Moja matka – wyjaśniam, nie bez rozdrażnienia – była hipiską. Mężczyzna kiwa głową, wygląda, jakby chciał powiedzieć coś w rodzaju: no tak, nikt normalny nie nadaje swojemu dziecku takiego imienia, ale jednak się powstrzymuje i pozwala mi dokończyć badanie. Nie mówię mu, że w naszym domu zawsze pachniało paczulą i ziołem, że pewnego lata byliśmy bezdomni i mieszkaliśmy w namiocie na lokalnym kempingu, że mój ojciec miał food trucka, z którego sprzedawał kanapki z grillowanym serem i marihuanę, że zabrał mnie na mój pierwszy koncert, występ zespołu Grateful Dead, kiedy miałem sześć lat. Nie mówię mu, że moja matka nie lubiła pracować i uważała większość zawodów za piramidy finansowe, a kiedy powiedziałem jej, że zamierzam studiować medycynę, oświadczyła, że jestem częścią problemu i nazwała mnie „yuppie”. Cztery lata później, kiedy zachorowała, odmówiła pobytu w szpitalu. Do końca życia nie mogła znieść faktu, że traci pamięć – za każdym razem, kiedy zaczynała coś mówić, z niepokojem pytała mnie, czy już to powiedziała, a ja za każdym razem odpowiadałem, że tak, choć przynajmniej czasem mógłbym odpowiedzieć nie. Nie mówię mu, że poczułem ulgę, kiedy w końcu umarła ani że śmierć była dla niej lepszym rozwiązaniem. Nie mówię, że śmierć jest lepszym rozwiązaniem dla wielu.
Nie masz czasem dosyć tego uskarżania się i dogadywania? Pyta mnie ordynator, a ja myślę o tym, że owszem, mam dosyć, ale akurat żadnej z tych dwóch rzeczy – mam dosyć przewlekłego zmęczenia, niedoborów kadrowych i wszechobecnej biurokracji, mam dosyć kolejek w poczekalni i ludzi, którzy umierają, czekając na zatwierdzenie przez ubezpieczyciela leków, które uratowałyby im życie, mam dosyć osób, które mówią mi, że wszystko jest teraz w rękach Boga, mam dosyć utrzymywania przy życiu zwłok. Zdarzają się dni, kiedy chcę po prostu usiąść i płakać, ale nie mogę, bo zaraz czeka na mnie kolejny pacjent. Ludzie często uważają, że jesteśmy nieomylni, nie wierzą, kiedy mówię, że lekarzem może zostać każdy, bo w rzeczywistości najtrudniejsze wcale nie jest poradzenie sobie z tym, co dzieje się w szpitalu – najtrudniejsze jest poradzenie sobie później, kiedy to już się stanie, kiedy jest po wszystkim. Czasem, kiedy zamykam oczy, wciąż wydaje mi się, że wyczuwam ostry zapach siarki i swąd spalonej skóry, przełykam ślinę i czuję, jak pali mnie gardło. Ze stołu operacyjnego praktycznie nie schodzę przez wiele tygodni, a kiedy w końcu wracam do pracy, żona mężczyzny, który oblał mnie kwasem, przychodzi, żeby powiedzieć, że jest jej bardzo przykro z powodu tego, co się wydarzyło. Kiwam głową, ale nie akceptuję jej przeprosin – jak wszystkie inne, te również nic dla mnie nie znaczą.
Siedem miesięcy po wypadku, Min kładzie na stole w kuchni dokumenty rozwodowe, a ja wychodzę z mieszkania, trzaskając drzwiami tak mocno, że znad górnej framugi obsypuje się tynk. Nie odzywał się do mnie, odkąd, wracając z weekendowego wyjazdu do Niagra Falls, przez godzinę nie zdjąłem stopy z pedału gazu – jechaliśmy dwieście kilometrów na godzinę przez nieoświetloną drogę krajową numer osiem. Zatrzymałem się dopiero, kiedy zaczął na mnie krzyczeć i długi czas siedzieliśmy na poboczu w milczeniu – pamiętam odgłos, który wtedy z siebie wydał, brzmiał jak gorzki śmiech, ale wydawało mi się, że być może płakał. Nigdy nie potrafiłem odczytać tego z wyrazu jego twarzy – miał w zwyczaju uśmiechać się, kiedy był smutny. Dużo później zdaję sobie sprawę, że czekał, aż go przeproszę, ale ja, przez trzy lata, które spędziliśmy razem, nie przeprosiłem go ani razu. Problem z miłością polega, jak sądzę, właśnie na tym – często wymaga ona zbyt wiele od ludzi, których trudno kochać.
Ciekawostki
❋ osiem miesięcy temu, w trakcie pracy, został zaatakowany przez ojca pacjentki, która poprzedniego dnia zmarła na oddziale ratunkowym i w wyniku ataku, dokonanego za pomocą żrącego kwasu, doznał poważnych oparzeń. Posiada widoczne blizny po prawej stronie twarzy, w tym wyraźnie zmętnioną rogówkę – w uszkodzonym oku zachował zaledwie 40% sprawności i ma problemy z nadwrażliwością na światło, zwłaszcza po godzinach spędzonych na jasno oświetlonych salach zabiegowych.
❋ ludziom często wydaje się, że to wypadek sprawił, że stał się nieprzyjemny i opryskliwy, ale w rzeczywistości nigdy nie był
miły – zawsze miał suche poczucie humoru i skłonność do wyżywania się ze swoich frustracji na innych ludziach.
❋ w przeszłości zależało mu na dobrej kondycji i regularnie biegał – obecnie zdecydowanie częściej spędza czas przed telewizorem lub siedzi zgarbiony przy kontrolerze, grając w wirtualne wyścigi simracingowe.
❋ od czasu wypadku – oraz sprowokowanego nim rozwodu – w zasadzie nie prowadzi życia towarzyskiego. Jest utwierdzony w przekonaniu, że ludzi odstrasza jego wygląd i blizny pokrywające połowę twarzy, ale w rzeczywistości dla większości osób odpychająca jest przede wszystkim jego osobowość.
❋ zależy mu na swoich pacjentach bardziej, niż dałby po sobie poznać – znaczną część życia poświęcił pracy i chociaż unika rozmawiania ludźmi, kiedy ci wrócą już do zdrowia, jest zaangażowany do końca w każdy przypadek, którym zajmuje się na oddziale ratunkowym.
❋ wychował się w mieście położonym na kanadyjskich preriach, w rodzinie o bardzo liberalnych poglądach i hipisowskim stylu życia, jego rodzice nie byli jednak zadowoleni z jego wyjazdu do miasta i wybranej kariery, a ich tolerancja – jak się okazało – miała swoje granice, w dużej mierze pokrywające się z granicami prowincji Saskatchewan, z której, przez całe swoje życie, nie wyjechali ani razu.
❋ ma skłonność i sympatię do używek – palił zawsze i w dużych ilościach, ale chyba jedynie brak czasu pomiędzy dyżurami sprawia, że nie popadł jeszcze w chorobę alkoholową.