ODPOWIEDZ
33 y/o
KONSEKWENTNY RENIFEREK
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

trigger warning
wulgaryzmy

16.


Żałosne. Nie lubił, odkąd sięgał pamięcią, dokładnie tego rodzaju elegancji - dyszącej nad linią karku, nad każdym, napiętym do sztywnych granic spłoszonym mięśniem i więzadłem, nie lubił, kiedy oczekiwano że będzie musiał zachować się w jeden sposób, piłując za pomocą obyczajów swoje kły, nie lubił, gdy nie miał innego wyjścia i musiał pozwolić smyczy zacisnąć się z suchym trzaskiem, trzymając na niewzruszonej uwięzi jego słowa, które gniotły go, uwierały, stłamszone we wnętrzu kojca bolesnej, odrętwiałej krtani. Nie lubił czuć się bezsilny, a sytuacja, w której się teraz znalazł, przygniotła go właśnie w sposób, jakiego od zawsze szczerze nienawidził, oczekując od niego posłuszeństwa - siedział, wetknięty w krzesło jak w okrojoną trumnę, która nie miała wieka, wiedząc, jak jego skóra rozgrzewa się i nachalnie swędzi pod materiałem opinającej ją koszuli, pod niepotrzebną okrywą marynarki oraz węzłem krawata zaciśniętego pomiędzy guzikami. Przez chwilę uległ wrażeniu, że znowu był drobnym chłopcem, garbiącym się na apelu, sumienność i dyscyplina, milczenie na jego wargach dotkliwsze niż kiedykolwiek, nieprzyjemne - konferencje pozwalały mu, z jednej strony, na przyswojenie zastrzyku nowej wiedzy i zaznaczenie swojej obecności w środowisku, z drugiej strony stając się widowiskiem sztucznej, wymuszonej uprzejmości, słuchania reklam sponsorów pod postacią firm farmaceutycznych i producentów sprzętu medycznego, nagród za zasługi odbieranych bardzo często nieszczerze, bez przekonania, z uśmiechem prosto do zdjęcia, które ktoś miał umieścić na stronie aktualności, zobaczcie, jakich mamy ambitnych pracowników. Lubił rzeczywiście wykłady i słuchał ich z nieskrywanym i pełnym zaciekawieniem, chociaż obecność wszystkich w formalnych, galowych strojach, stawała się dla niego czymś komicznym i niemal absurdalnym, przypominali w tym momencie wyblakłą, bezduszną masę urzędników, nie wyglądając zupełnie jak osoby, które zarzekały, że pracują w zawodzie, wokół którego pozostawał skupiony temat ich spotkania. Sam również miał prezentację, w której opowiadał o kilku rzeczywistych przypadkach i wyzwaniach, z jakimi mierzył się zespół ich placówki. Minęło już kilka godzin, a sesja spotkań naukowych dobiegła swojego końca, ustępując miejsca najgorszej, pogardzanej przez niego części towarzyskiej. Przenieśli się do hotelowej restauracji, opuszczając na dobre salę konferencyjną. Wytrzymał tam pewien okres, ten, który jeszcze nie budził podejrzenia - zamienił nawet kilka słów z figurami akademickimi, odnosząc się do nich z odpowiednim dystansem i szacunkiem. Uśmiechał się oraz zjadł kolację, wybierając spomiędzy kilku przygotowanych dla uczestników propozycji. Dopiero później postanowił wstać od wspólnego stołu. Przerwa na papierosa nie była niczym rażącym - wyszedł z wnętrza budynku, pozwalając, aby chłodne powietrze rozbryznęło się na powierzchni jego skóry. Miasto, przykryte powieką nocy, wydawało się być czymś całkowicie obcym i uśpionym. Wyjął z kieszeni paczkę i zapalniczkę, ciskając wiązką spojrzenia, gdy odkrył, że w jednej chwili przestał być tutaj sam. Znał bardzo dobrze tę sylwetkę - obecność, która wpełzła przyjemnie pomiędzy aktualne ramy jego świadomości. Nie musiał nawet dokładnie przyjrzeć się jego twarzy. Wiedział.
- Ja pierdolę - rzucił po krótkiej chwili ich milczenia - myślałem, że się porzygam - uniósł papierosa do ust. Odpalił go z niepokojem, nerwowo, jakby zbyt długo czekał, aby kolejna porcja nikotyny miała okazję przecisnąć się prosto w jego krwiobieg. Końcówka zaczynała pulsować niczym jaskrawa gwiazda, niemal zaskakująco prosta i przyziemna. Podał Riverowi zapalniczkę, nie czekając nawet, aż tamten zdąży się odezwać.
- Widziałeś, jak jedna z przedstawicielek zaczęła się nagle kleić do profesora? - zapytał go z cieniem pogardliwego rozbawienia. Filtr używki, nadal utkwiony pomiędzy wzniesioną linią jego warg odrobinę zniekształcał jego słowa. Rzeczywiście, jedna z kobiet, promująca różne rodzaje leków przeciwbólowych zaczynała zachowywać się niestosownie, zbyt głośno i bezpośrednio.
- Pizda jebana - mruknął, zaciągając się po raz kolejny oparami dymu - już teraz pijana w sztok - oparł się plecami o jedną ze ścian budynków. Dopiero teraz popatrzył na przyjaciela w pełni, dokładnie i intensywnie, zupełnie, jak gdyby czegoś w nim aktualnie poszukiwał. Na pewno nie potwierdzenia - nigdy nie potrzebował, aby ktoś przytakiwał na zawołanie jego słowom.


River Gurney
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
35 y/o
For good luck!
186 cm
lekarz medycyny ratunkowej w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
You think it will never happen to you, that it cannot happen to you, that you are the only person in the world to whom none of these things will ever happen, and then, one by one, they all begin to happen to you, in the same way they happen to everyone else
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidowolne zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie słuchał – na sali przemawiały kolejne osoby, mężczyźni ubrani w ciemne garnitury, wszyscy wstępujący na scenę tak, jakby wchodzili na postument, starając się, żeby słuchano każdego ich słowa. Bezustannie opowiadali historie, wygłaszali referaty, aby potwierdzić swoją wybitność, a on czuł, jak go obserwowali, jak myśliwy zwierzynę, czy właściwie reagował na ich mądre uwagi – za ich plecami wyświetlano prezentacje, informujące o zmianach w programach lekowych, o powikłaniach neurologicznych pacjentów, którzy przebyli zakażenie covid-19, o wyzwaniach i możliwościach w leczeniu chorych w stanach krytycznych. Wszystko brzmiało tak prosto, kiedy opowiadali o tym ludzie, którzy przyjmowali zaledwie kilku pacjentów dziennie, zazwyczaj w swoim gabinecie, gdzie mogli spokojnie zadać im niezbędne pytania, zaplanować program leczenia i spisać wszystko skrupulatnie w swoich firmowych notesach z logo firmy, która akurat – tak się składało – była producentem leków przepisanych w recepcie. Mimo woli, pomyślał o przypadkach, którymi musiał zająć się w tym tygodniu. O mężczyźnie, który nie mówił po angielsku i przyprowadził swoją nastoletnią córkę, żeby przetłumaczyła jego skargę, dotyczącą „przypadkowego włożenia zakrętki od lakieru do włosów do odbytu”. O chłopcu, który wypił kwas karbolowy, bo jego rodzice trzymali go w szafce w kuchni, w butelce po coca-coli. O kobiecie, która spojrzała mu prosto w oczy i powiedziała, że na skutek przegranego zakładu połknęła druciak. O siedemnastolatku, który podpalił się naftą we własnym mieszkaniu – „próba samobójcza”, powiedział mu ratownik, który przywiózł chłopaka na oddział, a on spojrzał na jego szarobrunatną skórę i rozległe oparzenia. Cóż – próba udana.
– […] powinniśmy? – wzdrygnął się, wyrwany z zamyślenia i spojrzał na mężczyznę, który stanął obok niego – młodego rezydenta, który w przeciągu ostatnich kilku tygodni nieustannie starał się zwrócić na siebie jego uwagę. Praca na oddziale ratunkowym nie zdążyła jeszcze zdusić jego entuzjazmu – wyglądał, jakby mógł reklamować coś drogiego, ale w gruncie rzeczy pozbawionego duszy, na przykład piwo bezalkoholowe lub inicjatywy polityczne CPC. Sądząc po wyrazie jego twarzy, mówił już od dobrych kilku minut, a teraz czekał na odpowiedź.
– Tak. – zaryzykował bez zainteresowania i niechętnie odstawił pusty kieliszek na jedną z tac. – W porządku. – przesunął dłonią po włosach, czując, jak kilka kosmyków wypada z zaczesanego do tyłu ładu i wziął głębszy oddech, zmuszając się, żeby spojrzeć w stronę rozmówcy, który, przez cały czas, uporczywie, nie odwracał od niego wzroku – przez chwilę wydawało mu się, że utkną w tym piekle na zawsze. Czuł, jak przesycona gwarem rozmów i masywem zmieszanych oddechów atmosfera zaczynała przywierać mu do skóry i zbierać się za sztywnością koszuli, pod jej najwyższym guzikiem. Kołnierz drapał go w kark, a on odnosił wrażenie, że wraz z upływem czasu ciasny węzeł krawata zaciskał się coraz mocniej na jego szyi. Miał nadzieję, że tchnienie świeżego, chłodnego powietrza to z niego strząśnie. – Wychodzę zapalić. – odparł, tonem dając do zrozumienia, że nie było to zaproszenie do dalszej rozmowy. Czuł na sobie czujny wzrok ludzi, których mijał w drodze do wyjścia – zdawał sobie sprawę, że powinien być dzisiaj lepszą wersją siebie, nieważne z jak głębokiej ciemności miałby ją wyciągnąć, ale zwyczajnie nie miał siły dłużej udawać. Wyobrażał sobie, że jedna, pełna sztucznych uprzejmości rozmowa dzieliła go od zwymiotowania komuś pod nogi.
Na dworze uderzył go przyjemny chłód wieczornego powietrza – dawno odzwyczaił się od patrzenia w niebo, ale teraz, kiedy uniósł głowę, zauważył, że noc była bezgwiezdna i ciemna, księżyc niewidoczny pomiędzy chmurami. Jedyne źródło światła – błysk zapaliczki, płomień pospiesznie uniesiony do ust. Pochylił lekko głowę, czekając, aż końcówka papierosa zajmie się ogniem, po czym odetchnął głęboko, wypełniając płuca dymem.
– Żenada w chuj – odparł, opierając głowę o ścianę budynku. – Ledwo stała na nogach. Jutro rano będzie: co się wczoraj działo? Nic. Na pewno? No pewnie. – pozwolił, żeby brzmienie jego głosu nabrało cynicznej przesady, ale na koniec wygiął tylko usta w zmęczonym grymasie i ponownie zaciągnął się papierosem. Zuważył, że Jude mu się przygląda, ale nie odwrócił głowy, żeby odwzajemnić spojrzenie. – Kurwa, nie wracam tam już – mruknął w końcu, wolną dłonią rozluźniając krawat, dotąd ciasno zaciśnięty pod grdyką i rozpinając uwierający kołnierz koszuli. – Ta robota coraz częściej sprawia, że zaczynam odliczać dni do swojej śmierci.

Jude Iverson
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
muppet
trigger mam w excelu
33 y/o
KONSEKWENTNY RENIFEREK
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

trigger warning
śmierć człowieka, kontrowersje
Pokryty mazią półmroku wyglądał teraz jak zwierzę które dopiero w nocy opuszcza jamę kryjówki, wędrując po trzewiach lasu, aby niedługo później wywęszyć podatny łup - mrużył oczy, zupełnie, jakby nie chciały przyjąć odprysków światła tryskających z latarni oraz okien, za którymi ktoś nie potrafił jeszcze ułożyć się do snu. Ponura gra otoczenia zaczynała wyostrzać jego rysy a papieros wciśnięty pomiędzy usta pulsował jaskrawym punktem jak cichy znak interpunkcji dzielący korowód zdań. Stał nieruchomo, dumny i nonszalancki, z warstwą cieni zawisłych pomiędzy krawędzią nosa a horyzontem powiek. Nie szukał dłużej spojrzenia, które mógł odwzajemnić, już nawet sam, nakreślony profil twarzy przyjaciela stał się czymś dostatecznym, nie musiał na niego patrzeć, nie musiał go nawet słuchać, dlatego, że w tym momencie liczyło się tylko jedno - decyzja którą podjęli zupełnie niezależnie, sprowadzona obecnie do identycznie banalnych konsekwencji. Rozpinał jeden z mankietów, żeby wygodniej spojrzeć na zegarek. Przyjął kolejne słowa, jakie zapadły, kładąc się między nimi.
- Czyli nie jest tak źle, skoro jeszcze masz siłę coś odliczać - ocenił po krótkiej chwili. Mówił dalej niezmiennie, matowym, wyblakłym tonem, znużony kaskadą głosek przesuwających się tunelem jego gardła. Od zawsze mówił w ten sposób, nieważne, czy ogłaszał swój sukces, składał komuś życzenia lub stwierdzał wyłącznie zgon. Krzyczał niezwykle rzadko, gdy tracił pojęcia granic. Przechylił głowę i strzepnął z końca używki strup popiołu. Oboje dobrze wiedzieli, że na tym świecie nawet o samą śmierć należało odpowiednio się postarać. W momencie, kiedy zaczynał studia, uważał, że śmierć jest stanem nietrudnym do osiągnięcia, a organizm jest kruchy i niezwykle podatny jak świeża, giętka łodyga którą mógłby przydeptać naprędce każdy przechodzień, dopiero później odkrywał, że nie jest tak prosto zabić swoich pacjentów, nawet, jeśli decyzja o ordynacji leku powinna była rozbudzić pewne kontrowersje - śmierć zawsze tworzyła proces, a niektórzy nawet nie mogli jej dostąpić, zawieszeni w przedsionku pomiędzy nieprzytomnością a całkowitym ustaniem fizjologii. Zdarzało się, że mówili pomiędzy sobą niech on już w końcu umrze, cicho, za zamkniętymi drzwiami, bez presji krążących rodzin i pacjentów.
- Sam tylko chciałbym, żeby ludzie uznali mnie za jednego z DNR-ów - oznajmił, wykonując wymowny, niemal bluźnierczy ruch: - ktoś tam przeżegna się całą procedurą, w imię Ojca i Syna, źrenice sztywne, szerokie, brak tętna i brak oddechu - wyliczył mu bez większego przekonania. Wzruszył ramionami. Znali tę treść na pamięć, powtarzali ją wiele razy nad nieruchomym, bladym woskowo ciałem o opadniętej żuchwie i suchych, stygnących oczach. Nawet, gdy nie pamiętał przyczyny z jakiej mogli zakończyć swoje życie, pamiętał zawsze ich twarze, które zmieniały się wprost natychmiast po serii krótkich, łapczywych, nieporadnych oddechów, wydawali się wtedy nawet nie przypominać dłużej siebie samych, zupełnie, jakby stali się pustym, rozdartym wreszcie kokonem, pozbawionym nadanej im wcześniej wartości i znaczenia. Wreszcie, po pewnej chwili wypowiedź, którą wygłosił River, miała okazję uderzyć go ponownie, wciskając się pod naskórek niczym drzazga. Skłoniła go, by pomyślał raz jeszcze, przetrawił znów jego słowa - czy mówił coś, co uważał od dawna, czy jednak miał świeży powód, aby mu to obwieścić.
- Gryzie cię jakaś nowość? - rozcinał przestrzeń pytaniem. Zostało zadane ciszej, jakby bardziej ostrożnie i z cieniem wysuwanego podejrzenia. Nie wiedział. Nie mógł ocenić.


River Gurney
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Ritz-Carlton”