ODPOWIEDZ
36 y/o
Welkom in Canada
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Trzymane przez nią szczypce weszły w ranę, zanim zdążył odpowiedzieć na cokolwiek z tego, co właśnie powiedziała, i przez sekundę nawet nie słyszał ani słowa. Szarpnęło nim od środka, konkretnie, paskudnie, aż palce same zacisnęły mu się na krawędzi siedzenia, a on przez ten moment miał ochotę urwać sobie rękę, byleby dać głowie coś innego do roboty.
Nie ruszył się.
To znaczy – ruszył, oczywiście, całe ciało napięło mu się odruchowo, barki, szczęka, brzuch, nawet noga pod jej udem, ale nie próbował się od niej odsunąć ani wywinąć z tego fotela jak idiota. Już raz sprawdził, jak kończy się wstawanie z dziurą pod żebrami i, ku zaskoczeniu dosłownie nikogo, wynik nie był szczególnie obiecujący.
— Humanitarne warunki — powtórzył w końcu, głosem niższym niż zwykle. Przełknął ślinę, powoli, bo nawet to wydawało się teraz jakąś absurdalną czynnością wymagającą skupienia. — I właśnie dlatego siedzisz na mnie. Tak to się teraz nazywa. Humanitarne warunki
Możliwe, że uwstecznił się jeszcze bardziej. Możliwe, że to była infekcja i gorączka.
Pojedynczy ruch jej dłoni wystarczył, żeby reszta komentarza zniknęła mu z ust razem z oddechem. Odchylił głowę na zagłówek, przymknął oczy i przez chwilę po prostu siedział nieruchomo, słuchając silników, własnego pulsu i tego jednego, irytującego dźwięku, który wydawał metal ocierający się o metal.
Miał zimne dłonie, chociaż pod koszulą był cały lepki od potu, kark też. Kiedy otworzył oczy, najpierw zobaczył tylko jej włosy i kawałek policzka, potem tę zaschniętą smugę krwi przy brwi. Zdecydowanie za blisko. W normalnych okolicznościach powiedziałby coś od razu, coś głupiego, bezczelnego, może nawet naprawdę dobrego, bo miała kolana po obu stronach jego bioder i dłoń na jego ciele, a on nie był świętym ani szczególnie cierpliwym człowiekiem.
W normalnych okolicznościach.
— Jeśli to jest ta część, w której próbujesz mnie zdominować — mruknął, unosząc na nią wzrok — to musisz wybrać trochę mniej krwawą metodę.
Kącik ust drgnął mu ledwie zauważalnie, zaraz jednak grymas zgasł, bo szczypce znów się poruszyły w jego ranie. Tym razem przekleństwo utknęło gdzieś w gardle, o mało co go nie dławiąc, a jego dłoń ześlizgnęła się z podłokietnika na jej biodro tylko po to, żeby od razu zatrzymać się nieruchomo. Przy kolejnej nieudanej próbie wydłubania pocisku z rany, która znów spięła mu ciało, wcisnął swoje palce w jej mięśnie.
— Condenada a mí, ¿sí? — powtórzył po niej, już ciszej. — Tragiczna historia. Ty, brudna igła i ja, który najwyraźniej powinienem był zostać w tym pieprzonym samochodzie i pomachać ci w czasie odlotu.
Oczywiście, że nie powinien. I nie potrafiłby. Wiedział to, zanim zdanie zdążyło wybrzmieć do końca, tak samo jak wiedział, że gdyby miał wrócić do tego momentu, znowu wszedłby do hangaru, znowu narobiłby hałasu, znowu zrobiłby dokładnie tę samą rzecz. Znowu miałby p l a n.
Samolot zadrżał lekko i ból pod żebrami odpowiedział od razu, głębokim pulsowaniem, które rozlało się aż pod łopatkę. Zacisnął powieki, tłumiąc w sobie kolejną garść przekleństw w natywnym języku. Kiedy je otworzył, jej twarz zdawała się odrobinę nieostra przy krawędziach.
— Jak już wyciągniesz tę kulę, możesz ją sobie zatrzymać na pamiątkę. — Zerknął na nią spod przymrużonych powiek. — Powiesimy ci ją na łańcuszku. — To było głupie, bo to było jak namacalny argument, którym mogłaby obracać w czasie debaty o tym, czy jego plany były rzeczywiście takie genialne czy może właśnie zjebane, jak to zwykle lubiła je określać.
spare me
tamagotchi
32 y/o
Welkom in Canada
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
you knew my name but you had no clue what are we gonna go through, baby
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wyciąganie kuli z ludzkiego ciała było dużo prostsze w teorii niż w praktyce. Szczypce nie miały możliwości przekazywania jej wrażenia tego, co było tkanką, a co drobnym, metalowym pociskiem, który próbowała pochwycić. Światło wydobywające się z sufitu było niewystarczające, by widziała go dokładnie, a pokrywająca wszystko krew nadawała pociskowi śliskości.
Gdy pomimo wszystkich tych przeciwności losu udało jej się go chwycić, samolot zadrżał pod wpływem jakiejś masy powietrza przemykającej pod jego kadłubem i szczypce zsunęły się ze swojego celu, a ona stłumiła w gardle przekleństwo.
Był taki czas, w którym z lubością oglądałaby, jak przyklejony do jego ust uśmieszek wreszcie z nich znika, zastąpiony grymasem bólu. Nawet kilka dni spędzonych w areszcie wraz z funkcjonariuszami o ciężkiej ręce nie był w stanie się go pozbyć, a wszystko, co nadeszło po tym, koncentrowało całość cierpienia w niej, pozostawiając w nim zaledwie dyskomfort bądź obitą szczękę. Teraz, w r e s z c i e, Robin Visser klął jak szewc, zaciskał dłonie na podłokietnikach i oddychał ciężko, dościgniony przez pocisk, którego, jak wszystkich, w swoim założeniu miał uniknąć.
A jej nie sprawiało to żadnej radości.
Wręcz przeciwnie, siedząc na jego nogach była w chorobliwy wręcz sposób świadoma każdego, mikroskopijnego ruchu, jaki wykonywał, każdego oddechu, który grzązł w jego krtani zamiast wydostać się na zewnątrz. Coś w jej trzewiach zaciskało się mocniej z każdym świadectwem jego bólu, jakieś szpony wdzierały się w te miejsca, które wcześniej zaznały ciepła gdy uświadomiła sobie, że po nią wrócił.
Tkwiło teraz wyłącznie w jej biodrze, w jego dłoni na nim zaciśniętej, palcach wpijającej się w jej mięśnie aż do bolesności. Zacisnęła usta w wąską linię, nie odzywając się, zbyt skupiona na znalezieniu tej pieprzonej kuli, ale choć czuła, jak przez materiał spodni jego palce zaciskają się na jej ciele z pełną mocą, było to dla niej uspokajające.
Przynajmniej kontaktował na tyle, by to robić.
- Siempre vuelves por mí - cichsze słowa opuściły jej usta gdy pochyliła się, szukając tego upartego kawałka metalu zagnieżdżonego w męskim ciele. Z tej odległości czuła emanującą z niego temperaturę, jej włosy spoczęły na skropionej szkarłatem klatce piersiowej. - Unas cuantas veces más y dejaré de creer que quieres matarme.
Miała ją.
Spłaszczony nabój wreszcie błysnął w jej szczypcach pośród krwi. Ostrożnie wyciągnęła go z rany, nie dbając o to, gdzie spocznie i czy faktycznie zrobią z niego wisiorek. Jego słowa stawały się niepokojąco nie-złośliwe, nie skomentował w żaden sposób jej umiejętności czy tego, że zajęło jej to zbyt długo. Gdy pocisk wylądował gdzieś na siedzeniu obok wraz z zakrwawionymi szczypcami, jej głowa odwróciła się z powrotem w jego kierunku, dostrzegając półprzymknięte powieki.
- Visser - syknęła, panika wkradła się do jej głosu choć usilnie próbowała ją zatrzymać tam, gdzie nie miał żadnego dostępu. Jej dłoń sięgnęła do nowej gazy, przycisnęła ją do otwartej rany. Druga już miała sięgnąć po przygotowany zestaw do szycia - sięgnęłaby, gdyby nie dostrzegła, jak zaczynał tracić kontakt z rzeczywistością. - Spójrz na mnie.
Zakrwawione palce przesunęły się po jego szorstkim policzku, zostawiając po sobie czerwone smugi. Zatrzymały na jego szczęce, siłą uniosły opadającą głowę w górę, gotowe nawet go zdzielić, jeśli już straciłby przytomność.
Wewnątrz samolotu nagle zrobiło się bardzo chłodno, pomimo jego gorąca, które czuła pod sobą, przy sobie. Wspomnienie jej dłoni desperacko uciskających ranę na męskim ciele, innym ciele, sączyło się przez barierę oddzielającą przeszłość od chwili obecnej, podsycając jej panikę.
- Si mueres, te encontraré en el más allá y te mataré - warknęła, odrywając rękę od jego twarzy by sięgnąć po nawleczoną igłę. Przebiła skórę pozbawiona wyprzedzenia i ostrzeżenia, jakby w nadziei na to, że nagłość tego ruchu będzie kolejnym bodźcem, który utrzyma go w przytomności. - Siempre haces lo mismo. Sin plan. Sin preparación - mruczała pod nosem, bardziej do siebie niż do niego, przeciągając chirurgiczną nić i tworząc pierwszy węzeł. - No te importa lo que te pase. No piensas.

no me dejes
36 y/o
Welkom in Canada
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Siempre vuelves por mí.
Nie odpowiedział.Pierwszą myślą było, że przesłyszał się przez silniki i własne serce walące gdzieś pod żebrami, drugą, że Navarro po prostu gadała, żeby utrzymać go przytomnego, a trzecią, zdecydowanie najgorszą, że jednak wcale się nie przesłyszał, a po prostu zabrakło mu języka w gębie. Jemu.
Siempre.
Słowo było całkiem mocne, całkiem duże. Za duże jak na nią – abstrahując już od jej dość kompaktowego rozmiaru – jak na nich, jak na trzy i pół roku, które po dialogu na stacji, tym o zaufaniu, a raczej jej braku, właściwie skurczyły się do jednego, bardzo niewygodnego faktu: ona przez cały czas robiła swoją robotę. To była robota. Jej nazwisko, część historii, którą mu sprzedała, te wszystkie chwile, w których sądził, że wie, co robi albo co myśli, nagle okazały się czymś, czego nie miał nawet prawa kłaść obok prawdy.
Nie ufała mu, jasno dała mu to do zrozumienia, a on wtedy uznał, że nie chce być przykrym kretynem, który cały czas będzie próbował dawać jej o c z y w i s t e powody, że przecież może. A potem jak ostatni pantofel wystartował za nią, żeby dać jej jeszcze kilka.
Więc co właściwie znaczyło teraz to jej zawsze?
Dla niego – wręcz oczywiste, że było to zawsze. Może nie na samym początku, gdy pojawiła się Ortega, ale kiedy dopuścił ją do swoich? Mógł sobie zrobić listę, gdyby akurat nie miał kuli w boku. Tylko pięć dni jeżdżenia za nią nie mieściło mu się już w żadnej zdrowej na umyśle kategorii. Mógł sobie powtarzać, że sprawdzał tego jej przyjaciela, że nie ufał Ortedze, że chciał wiedzieć, dokąd jedzie, ale to nadal nie tłumaczyło, czemu nie odbił po pierwszej stacji, drugiej, po tym, jak zatrzymała się w motelu.
Nie odbiłby też teraz. I to było chyba najbardziej irytujące.
Debil.
— No te acostumbres — odezwał się w końcu. Desperacka próba wbicia między nich dystansu, którego przecież miał nabrać. Wpasować się w miejsce, które f a k t y c z n i e miał zajmować w całej tej pojebanej historii; tej gdzie ona była agentką, wszystko blefem. Nawet jeśli on nigdy nie blefował.
Kiedy rzuciła, że jeszcze kilka takich akcji i przestanie wierzyć, iż naprawdę chce ją zabić, uniósł kącik ust, choć ledwie.
— Goverdomme, Nvarro. Jedna kula i od razu zmieniasz całą narrację. Dramatyczne.
Szczypce pociągnęły za metal ukryty pod skórą i dalsza złośliwość skończyła się na gwałtownym wdechu. Ból przeszedł przez bok aż pod czaszkę, potem kula była już gdzieś poza nim, na siedzeniu czy podłodze, chuj wie, natomiast jego głowa zrobiła się za ciężka, żeby dalej utrzymywać ją pionowo.
Dopiero jej dłoń na twarzy go zatrzymała.
Zbrukane jego własną krwią palce na policzku, kciuk przy szczęce, siła niby niewielka, ale wystarczająca, żeby zmusić go do podniesienia wzroku. Widok przez moment nadal pływał mu w oczach, ale jej twarz pozostawała na miejscu. Włosy przy jej skroni. Ciemniejsza smuga krwi pod brwią. Urocza lamówka przy oczodole. Oczy. Głos, który nie brzmiał jak zwykle.
Mógł to sobie nawet próbować wytłumaczyć. Była wytrenowaną federalną suką więc wiedziała – musiała chociaż mieć ogólne pojęcie – co robić z rannymi, wiedziała też, że nie powinien odpływać, zanim skończy go zszywać. Panika mogła być po prostu wkurwieniem, a ona, jak dobrze pamiętał, ostatnio była wkurwiona prawie bez przerwy.
Jeszcze trochę i może by uwierzył, że się o niego martwi. W dodatku realnie i nie na pokaz, bo przecież nie odgrywała już żadnej roli. Przykrywka spalona.
Jego dłoń na jej biodrze zacisnęła się mocniej, choć wyczuwalnie słabiej, kiedy obraz przygasł na obrzeżach.
— Qué romántica eres, Navarro — mruknął, gdy obiecała znaleźć go po śmierci i zabić ponownie.
Syknął, kiedy igła przeszła przez jego ciało, przeklął pod nosem po niderlandzku. Wszystko wokół zaczynało się rozpadać, a on, wraz z przeszywającym – dosłownie i w przenośni – bólem miał coraz mniej siły, by walczyć o kolejną sekundę przytomności.
Navarro w tym czasie, chyba już z przyzwyczajenia albo raczej nauczonego odruchu, jebała po jego planie. Nie chodziło o to, że miał gdzieś siebie. Gdyby miał, nie planowałby przecież niczego, nie pilnował pilota, nie myślał teraz o paliwie, lotniskach i ludziach, którzy mogli na nich czekać. Po prostu wtedy, przy samochodzie, rachunek wyglądał banalnie. Oni chcieli jej, ona miała zniknąć. On mógł wejść im w drogę albo później zastanawiać się, gdzie ją wywieźli i czy zdążyłby cokolwiek zrobić.
Nie było więc nad czym się zastanawiać.
— Funcionó — wycedził przez zaciśnięte bólem zęby. Spojrzał na nią spod ciężkich powiek. Czuł, że toczył bardzo nierówną walkę z własnym ciałem. Z własną świadomością, która chciała, aby się w końcu poddał. I zamknął. — Jesteś tutaj, w całkiem dobrym stanie; Żeluś nie żyje. Oficjalnie nie lecisz do Los Mochis chuj wie po co. To są dwa całkiem mocne kontrargumenty.
what a poor pathetic parasite
tamagotchi
32 y/o
Welkom in Canada
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
you knew my name but you had no clue what are we gonna go through, baby
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Fałsz był jak kij - również miał dwa końce.
Jeszcze tydzień temu nie zwróciłaby takiej uwagi na fakt tego, że Visser postanowił osobiście zadbać, by jej pomysł nie skutkował wpadnięciem w bagno, z którego nie mogłaby się wydostać. Bo właśnie taki był. Jego ręka w kartelu bywała żelazna, ale lojalność dla ludzi, których uważał za s w o i c h, była równie bezgraniczna, jak jego bezczelność. Był człowiekiem, do którego mogłaby przyjść z każdym problemem i choć zbeształby ją w trakcie, natychmiast wstałby z fotela i ruszył, by jej pomóc.
Rzecz w tym, że nigdy nie pomagał jej.
Nigdy nie była Ortegą. Jej przeszłość, jej luźne konwersacje nad piwem, jej wizje na przyszłość, której nigdy nie miało być - to wszystko było iluzją, roztaczaną wokół niej przez trzy i pół roku. Fałszywym obrazem, z którym dzieliła swój wygląd i osobowość, lecz nic ponad to. Osoba, której postanowił zaufać, którą dopuścił do siebie, dla której był skory ryzykować, tak naprawdę nigdy nie istniała.
Tydzień temu uwierzyłaby w myśl, że po nią wrócił. Obdarzyłaby go zaufaniem, którego nie była w stanie teraz rozciągnąć w jego kierunku. Natychmiast podzieliła się swoimi planami tak, jak o to prosił. Wiedziałaby, że o nią z a d b a.
Nie dziś.
Ponieważ to Ortega była osobą, której ufał, którą trzymał blisko, dla której był w stanie zrobić tak wiele. Navarro była federalną suką, której obiecał śmierć jeszcze w chwili, w której jej kolano wbijało się w męskie plecy. Jedna z tych kobiet, którymi była, nie była nawet mu obca - była jego wrogiem od pierwszej chwili, w której ujawniła swoją twarz.
Druga nigdy nie istniała.
Świadomość tego, że teraz, gdy wtargnął do tego samolotu i przyjął na siebie kulę, nie zrobił tego dla jakiejś jej wersji podtrzymywanej jako fasadę, tylko dla niej, nadkruszała fundamenty wzniesionego przez nią muru, który desperacko usiłowała podtrzymać. Nie chciała dowiadywać się, co tkwiło po drugiej stronie, w tym całym chaosie sprzecznych emocji, w nieodebranych telefonach od ludzi, których również porzuciła, w życiu, w którym prawda przeplatała się z kłamstwem tak płynnie, że przestała dostrzegać różnicę.
Ortega ułatwiała jej trzymanie go na dystans. Gdy zniknęła, nie potrafiła znaleźć wytłumaczenia dla strachu, który zagościł w jej drżących dłoniach gdy jego głowa zaczęła opadać w dół, grożąc utratą przytomności.
- Żeluś? - westchnęła, nawet nie spoglądając w stronę leżących gdzieś z tyłu ciał. Nie chciała na nie patrzeć. Sama myśl, że była z nimi zamknięta w ciasnej przestrzeni z zamkniętym obiegiem powietrza była dla niej wystarczająca, by wolała nie dokładać do tego żadnych, innych bodźców. - Nie śpij.
Zacisnęła dłonie mocniej na igle dostrzegając, jak ich drżenie wzmogło. Nie potrzebowała w tej chwili się rozklejać, musiała się skupić - jej brwi ściągnęły się w skupieniu, gdy palce tworzyły kolejny węzeł, szukając złotego środka między szybkością a skutecznością.
- Jechałam na Alaskę - mruknęła, ściągając boki rany ze sobą wiedząc, że każdy ruch zbliżał go do granicy całkowitej utraty przytomności. Pamiętała to uczucie. Pamiętała też towarzyszący temu strach, choć wątpiła, by Visser również odczuwał go w takim natężeniu. Wyglądał na człowieka, który nosił na swoim ciele dużo więcej blizn niż ona. - Wylądujemy blisko granicy, żeby nie wkraczać na terytorium Stanów. Tam złapiemy samochód i odwiedzimy mojego dobrego znajomego, który może powie nam, o chuj w tym wszystkim chodzi.
Kolejny węzeł. Była już za połowa, ilość krwi wydostającej się z rany stawała się coraz mniejsza, choć już wyrządziła nieodwracalne szkody na świecie wokół - skórzanych siedzeniach, jego ubraniach, jej spodniach.
- Wyłącznie pod warunkiem, że będziesz zachowywał się jak cywilizowany człowiek - dodała ostro, podnosząc na niego wzrok, który, w przeciwieństwie do głosu, nie potrafił na tę ostrość się zdobyć. Nie, gdy był w tym stanie, a ten absurdalny strach dalej trzymał ją w swoich okowach. - W innym wypadku, jak Boga kocham, Visser, zapakuję cię w paczkę i wyślę do tego pieprzonego Los Mochis osobiście.

truth gets mixed up in between the lies
36 y/o
Welkom in Canada
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zanim dotarło do niego, że Navarro w ogóle zaczęła mówić o dalszym planie, zdążył skupić się na wszystkim innym. Na igle przeciąganej przez skórę, na tym, że po wyjęciu kuli ból wcale nie stał się magicznie mniejszy, tylko zmienił się w jakieś ciężkie, pulsujące gówno rozlane pod żebrami, na chłodzie, który od pewnego momentu wszedł mu na skórę, chociaż kark miał cały mokry. Dopiero potem zaczęło do niego docierać.
Alaska.
Wylądujemy.
Złapiemy samochód.
Odwiedzimy.
My.
Początkowo uznał, że najwyraźniej zaczynało mu się już konkretnie mieszać w głowie, bo to przecież nie była szczególnie wyszukana liczba mnoga. Siedzieli w tym samym samolocie, a skoro ani on nie zamierzał wyskoczyć z niego w trakcie lotu, ani ona nie miała aktualnie prywatnego odrzutowca czekającego za rogiem, to logicznym było, że gdziekolwiek polecą, polecą tam oboje. To nie było żadne oświadczenie, zaproszenie, sensacyjny przełom w relacji, której, przypomniał sobie nieprzyjemnie, z jej perspektywy właściwie nie było.
Trzy i pół roku roboty. Tyle mu zostało.
A jednak nie powiedziała wyląduję. Nie poinformowała go, że po postawieniu ich gdzieś blisko granicy ma się grzecznie wynosić albo wracać do Meksyku, najlepiej jeszcze się czołgając, skoro ledwo siedział. Podała mu konkretny kierunek, konkretną osobę. Konkretne my. Prawdopodobnie tylko dlatego, że dowiedziała się, że przez ostatnie pięć dni robił dokładnie wszystko, żeby pokazać jej, jak fatalnie działa w jego przypadku słowo nie.
Nie dlatego, że mu zaufała. Ona po prostu nie miała już lepszej opcji. Wiedziała, że się go nie pozbędzie, wiedziała też, że jeżeli spróbuje zostawić go gdzieś po drodze, najpewniej obudzi się za dwa dni i znajdzie go śpiącego w bagażniku kolejnego samochodu.
Mimo tego przez chwilę jeszcze patrzył na jej twarz. Później ból przeciął mu tę myśl dokładnie w połowie, kiedy nić znowu szarpnęła pod żebrami, i odwrócił wzrok, zaciskając zęby.
— Nie mamy paszportów — odezwał się.
To był jego wielki wkład w planowanie operacji na Alasce. Mógłby rozwinąć temat, gdyby jakimś cudem nie zaczął gubić słów po drodze. Granica, dokumenty, tożsamości, mógł to oczywiście zorganizować. Gdyby miał czas i środki. Amerykanie, którzy prawdopodobnie bardzo entuzjastycznie przyjęliby wiadomość, że dwóch ludzi przyleciało z Kanady małym samolotem, a jeden z nich właśnie powoli przegrywał walkę z własnymi powiekami i miał dziurę w kurtce, koszuli i ciele.
Godverdomme.
Oparł głowę o zagłówek. Bardzo ostrożnie, bo nawet to pociągnęło bólem gdzieś w bok, i przez chwilę słuchał tylko jej słów, nie składając ich w całość. Cywilizowany człowiek. To dopiero do niego dotarło.
— Teraz się martwisz o maniery? — mruknął. Głos miał zbyt zachrypnięty, żeby kpiący ton faktycznie się w nim utrzymał. — Nie wpierdolę mu na dzień dobry. Więcej ci nie obiecam. — Miał kiepskie przeczucia co do tego pRzYjAcIeLa, ale ktoś by mu zarzucił, że jest po prostu nieobiektywny bo zazdrosny. Nie był zazdrosny. Absolutnie.
Wewnętrznie się gotował ze wściekłości. Na nią, na własne ciało, na fakt, że siedział nieruchomo i pozwalał jej zszywać bok, zamiast przejąć od pilota mapę, sprawdzić wszystko, przypolnować pilota, spróbować złapać kontakt z kim trzeba, zrobić cokolwiek poza oddychaniem i próbowaniem nie odpłynąć w jej ramiona jak kompletnie bezużyteczny pasażer. Najgorsze było to, że nie miał już nawet siły, żeby ten gniew faktycznie porządnie poczuć.
Tylko to jedno my ciągle wracało.
Nie wybrała go, sam się władował. Nie ufała mu przecież. Według niej nie było żadnej relacji, żadnego zaufania.
— Pilnuj tego pilota, Navarro. Nie ufam- — Nie urwał dramatycznie, nie zgasł. Ale czuł, że każde kolejne słowo kosztowało go coraz więcej energii, a świadomość bardzo, ale to bardzo próbowała się wyłączyć.
I'll be needin' stitches
tamagotchi
32 y/o
Welkom in Canada
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
you knew my name but you had no clue what are we gonna go through, baby
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zarzucała mu wyraźne braki w dokładności przeprowadzanego przez niego planowania, a jednak jej wcale nie szło to dużo lepiej.
Wiedziała, że nie mogą wylądować na terytorium Alaski, muszą to zrobić w Kanadzie i przekroczyć granicę na nogach. Wiedziała, że gdy tylko dotkną ziemi, ten punkt stanie się centrum zainteresowania służb, nie mógł więc być oczywisty ani łatwo dostępny. Im trudniej będzie im później na ziemi, tym trudniej też będzie agencji się do nich dostać. To wszystko owleczone było w wątłe zapewnienie o posłuszeństwu pilota, którego nie znała i który w obecnej chwili mógł właśnie nadawać z całkowitymi detalami przez radio do każdego, kto słuchał.
Musieli jednak spróbować.
- Nie będziemy ich potrzebowali do przekroczenia granicy. To same lasy i zadupia - uspokoiła go, nawet jeśli brak paszportu mógł bardzo łatwo ugryźć ich w dupę, jeśli znów dadzą się złapać bądź zwrócą uwagę policji. - Będziemy musieli uważać.
Trzymać z dala od dużych miast i ludzi. Krążyć po bocznych drogach i na krawędziach lasu. Nabrać ostrożności, tak jak w przeciągu ostatnich pięciu dni nim wreszcie fart jej się wyczerpał. Wciąż nie wiedziała w jaki sposób ją znaleźli.
Jej usta zacisnęły się w wąską linię w reakcji na jego obietnicę, a raczej coś, co mogłaby podciągnąć pod definicję tego słowa. Nie wpierdolę mu nie brzmiało wystarczająco, dużo bardziej preferowałaby nie tknę go w żaden sposób, ale wiedziała, że wyciągnięcie tego od Vissera będzie niemożliwe w obecnym stanie. Skupiła się na kolejnym węźle, kolejnym ruchu igłą, która przeszywała skórę.
Zamarła w trakcie jednego z ostatnich szwów, gdy jego słowa urwały się w połowie. Paniczny strach przemknął po jej ciele, zostawiając po sobie wrażenie chłodu. Cicho wypowiedziała jego imię, podnosząc na niego wzrok. Wrażenie całkowitej bezsilności zawładnęło jej drżącymi dłońmi gdy przysunęła się, sprawdzając, czy wciąż poczuje na swoim policzku jego oddech.
Wspomnienia walczyły o jej uwagę. Pragnęły, by poczuła chłód betonu pod swoimi nogami, sztywnienie drugiego ciała, obcą krew zalewającą jej dłonie. Podsuwały jej własny głos, echo krzyków rozbijające się w jej czaszce w desperackiej próbie przywrócenia życia komuś, kto właśnie je stracił. Visser nie mógłby bardziej różnić się od niego.
A jednak po nią wrócił.
Człowiek, którego szpiegowała, któremu wpajała inne nazwisko i tożsamość, z którym dzieliła nierzadko cztery ściany, którego kawę piła, którego okłamywała prze trzy i pół roku. Człowiek, któremu z r u j n o w a ł a życie z jakiegoś niemożliwego do ogarnięcia umysłem powodu po nią w r ó c i ł.
Skupiła się na jego klatce piersiowej, wciąż miarowo unoszącej się w górę. Na ciepłe jego ciała, które czuła pod swoimi nogami. Nie pozwoliła swojemu wzrokowi się rozmyć dopóki nie skończyła ostatniego szwu i nie ucięła nadmiaru nitki. Dopiero gdy sięgała po gazę by przetrzeć zakrwawioną skórę i oczyścić ją przed założeniem opatrunku, wyczuła gorące strużki na własnym policzku. Otarła je wściekle rękawem własnej bluzki, ale nie zatrzymało to nieustannego pieczenia, które czuła pod powiekami.
Chyba nigdy wcześniej nie stracił przy niej przytomności w takich okolicznościach. Zawsze, gdy rzeczy skręcały w złym kierunku, był obok ktoś inny - ktoś, kto mógł się tym zająć, kto mógł udzielić mu pomocy bez świadomości tego, że jednocześnie aktywnie działał na jego szkodę. Z jednej strony miała ochotę uderzyć go w policzek, zmusić do odzyskania przytomności, do bycia tym, który ogarnia, żeby ona nie musiała czuć tych rozdzierających ją, konfliktowych emocji w sobie. Z drugiej zaś sięgała po czystą gazę, by otrzeć jego twarz ze śladów krwi, które zostawiły na niej jej palce. Wyciągała z jednej z szafek cienki koc by go przykryć, czując chłód panujący wewnątrz kabiny i nie chcąc, by przedostał się do jego wciąż gorącego ciała.
Nie miała pojęcia ile paliwa stracili gdy wreszcie sięgała po broń, wcześniej zbierając drugą i zostawiając na fotelu obok niego na wypadek, gdyby się obudził. Spuchnięte oko skutecznie maskowało każdą łzę, która wymknęła się spod jej powiek, krople krwi rozproszone na jej dłoniach, białej bluzce a nawet spodniach skuteczne przekształcały ją w tę wersję siebie, którą porzuciła tydzień temu i to jako ona weszła z powrotem do kokpitu.
- Proszę - wybąknął pilot niemal natychmiast, pchając się do mówienia jakby wszystko zdążył sobie bardzo dokładnie przemyśleć. - Ja niczego nie wiem. Zapłacili mi podwójną stawkę. M-mam rodzinę. Córkę. Nie możecie...
- Opowiedz mi o niej - odrzuciła łagodnie, opadając na miejsce drugiego pilota, z dłonią zaciśniętą na pistolecie.
W ciągu godziny jej ciało zdążyło zdrętwieć.
Krawędzie metalu wryły się w jej zaciśnięte na nim dłonie gdy wreszcie wsuwała pistolet za pasek. Twarz tkwiącego na miejscu pilota była blada, lecz wzrok skupiony, dłonie mocno zaciśnięte. Chwyciła za jego odwieszoną kurtkę przy wyjściu z kokpitu - grubszą, bardziej adekwatną do północnej pogody, oferującą przy tym jakąś izolację od lądowania, które nie miało być szczególnie przyjemne.
- Visser - rzuciła cicho, wkraczając do przedziału pasażerskiego. Zwykle trzymała się na dystans, zwykle jej owczy instynkt podnosił gardę zawsze, gdy znajdowała się w jego pobliżu - teraz jednak stanęła tuż obok, pochyliła się nad siedzącym mężczyzną, wsunęła rękę pod jego ramię. - Lądujemy.
Jej własny, postrzelony bok zaprotestował gdy pociągnęła go w górę niezależnie od tego, czy życzył sobie takiego wsparcia, czy nie. Dopiero gdy upewniła się, że stoi względnie prosto, wyciągnęła w jego stronę kurtkę pilota.
- Załóż to - dodała z determinacją, sprawdzając, czy zabrał broń, którą mu zostawiła, czy nie. - Lądujemy w miejscu do tego nieprzystosowanym - mruknęła oględnie, zerkając na linię chmur, gwałtownie podnoszącą się w górę w miarę, jak samolot opadał w stronę porzuconego, starego pasa startowego w okolicy Jukonu. - Nie zatrzyma samolotu - dodała, odwracając się w stronę drzwi, które w chwili, w której różnica ciśnień nie będzie tak drastyczna, będą możliwe do otworzenia. - Zwolni na tyle, żebyśmy mogli wyjść i podniesie się z powrotem - kontynuowała, ze wstrętem chwytając za zwłoki mężczyzny, który próbował otworzyć drzwi wcześniej by odsunąć je z przejścia. "Wyjść" było bardzo optymistycznym założeniem. - Później poleci na wschód. Wyląduje w jeszcze dwóch miejscach, jeśli nie złapią go wcześniej.

no plan is good plan in these circumstances
36 y/o
Welkom in Canada
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Lądujemy.
Zajęło mu chwilę, zanim w ogóle zrozumiał, że to do niego. Najpierw dotarł sam głos Navarro, gdzieś spomiędzy szumu silników i tego jednostajnego dudnienia, które przez ostatnie minuty zdążyło stać się tłem dla bardzo przyjemnej półprzytomności, później jej ręka wsuwająca się pod jego ramię, a dopiero na końcu ból, ciągnący od rany.
Wciągnął powietrze przez zęby, zacisnął palce na brzegu fotela i otworzył oczy, choć świat potrzebował jeszcze momentu, żeby przestać być jednym jasnym rozmazanym gównem, a twarz Bianci wyostrzyła się dopiero wtedy, kiedy spróbował na niej skupić wzrok.
Próba wstania była kolejnym dowodem na to, że najwyraźniej nie uczył się równie szybko. Wiedział, jak skończyła się poprzednia, pamiętał białe plamy przed oczami i sposób, w jaki własne kolana na moment odmówiły uznania jego zwierzchnictwa, a mimo wszystko podparł się o oparcie i spróbował jeszcze raz, bo alternatywą było pozostanie na fotelu i pozwolenie Navarro, żeby pomagała mu wstać jak kalekiemu staruszkowi, a istniały jednak granice tego co był w stanie zaakceptować nawet po postrzale.
— Nie jestem dzieckiem — mruknął, odbierając kurtkę. — Potrafię się sam ubrać.
Co byłoby znacznie bardziej przekonujące, gdyby drugi rękaw nie okazał się nagle jednym z najbardziej skomplikowanych problemów technicznych, z jakimi przyszło mu się mierzyć w ostatnim tygodniu. Przy pierwszej próbie zaprotestował bark, przy drugiej bok, przy trzeciej właściwie wszystko naraz i przez krótką chwilę Visser nawet rozważał, czy rozsądniej nie byłoby po prostu zastrzelić kurtki, ale ostatecznie udało mu się wciągnąć ją na siebie bez dalszego udziału Navarro, co uznał za małe ale jednak zwycięstwo.
Nie patrzył na nią przy tym, bo nie potrzebował widzieć tej jej miny, którą znał już na tyle dobrze, że spokojnie potrafił sobie odtworzyć. Miał swoją godność.
Dopiero wtedy wróciło do niego to, co powiedziała o pasie i całym swoim genialnym planie wysiadania z samolotu, którego pilot właściwie nie zamierzał zatrzymać. Normalnie miałby na ten temat całą listę uwag, zaczynając od faktu, że stary pas gdzieś na zadupiu Jukonu nie brzmiał jak miejsce, na którym chciał sprawdzać aktualny stan własnych kończyn, a także tego czy założone przez nią w humanitarnych warunkach szwy w ogóle to wytrzymają.
Chociaż bardziej niż ewentualnie puszczające supły na ranie wkurwiało go coś zgoła innego – nie miał planu. Stracił czas na bycie nieprzytomnym, zamiast ułożyć coś, na czym będą mogli się oprzeć. Navarro z kolei zdawała się jakiś mieć i nawet jeśli dalej uważał ją za swoją, to jego duma i poczucie obowiązku leżały gdzieś w kącie, upokorzone i zadeptane.
— Czy to już ten moment, w którym zamieniam się w ciebie i mówię, że ten plan jest zjebany? — odezwał się, wciąż ochryple, przechodząc do zwłok bezimiennego, dość odruchowo przejmując zadanie ich utylizacji od Navarro. — Bo jest zjebany.
Faktycznie mógłby wymienić co najmniej osiemnaście rzeczy, które mu tu nie pasowały; nie odzywał się jednak, bo przynajmniej jakiś plan miała. W odróżnieniu do niego. Najwyraźniej potencjalne wessanie i przeżucie przez wciąż pracujący silnik na skrzydle było i tak lepszym losem, niż przeświadczenie, że nie miał niczego.
Będzie to odchorowywał kolejny tydzień.
Pozostało więc zaufać Navarro, co samo w sobie brzmiało wystarczająco źle, a jeszcze gorzej smakowało, kiedy samolot dotknął pasa i wszystko wokół nich zaczęło drżeć znacznie mocniej.
Kiedy prędkość w końcu spadła na tyle, że otwarcie drzwi przestało wyglądać jak natychmiastowe samobójstwo, Visser wypchnął je. Zimne powietrze wdarło się do środka od razu, brutalnie skuteczne w doprowadzaniu go do względnej przytomności. Zerknął na przesuwający się obok asfalt, potem na Navarro i jeszcze raz na asfalt,
— Jeśli będę mieć dziurę jeszcze po drugiej stronie brzucha to stawiasz mi łychę — rzucił — Ty pierwsza. Przynajmniej będę wiedział, czy ten genialny plan kończy się od razu złamanym karkiem.
Oczywiście, że nie puścił jej pierwszej. Oczywiście, że sam wyskoczył w myślach wyklinając, że nie po to zagrzał sobie miejsce tak wysoko w kartelu, żeby wracac do polowych zadań i wyskakiwania z samolotu.
Już przy kontakcie z ziemią wiedział, że było to jednym z gorszych pomysłów ostatnich kilku dni, co przy obecnej konkurencji stanowiło całkiem imponujące osiągnięcie. Nogi ugięły się pod nim natychmiast, bok zapiekł tak mocno, że na moment odebrało mu oddech, a bezwład rozpędzonego ciała pociągnął go jeszcze kawałek po twardym podłożu, zdzierając materiał ubrań i skórę z dłoni czy kolan.
Ostatni raz wyglądał tak kiedy matka wypuszczała go na podwórko aby się pobawił.
Podniósł się i pierwsze co zrobił, to rozejrzał się za Navarro. Dostrzegł ją kawałek dalej. Dopiero kiedy znalazł się bliżej, przesunął po niej wzrokiem od góry do dołu, zatrzymując go na twarzy, rękach, kolanach, wszędzie tam, gdzie mogła oberwać przy lądowaniu. Zaoferował jej pomoc przy podniesieniu się.
— Ależ to był zjebany plan, o ja pierdolę — rzucił, dla zasady. Z żartobliwym wydźwiękiem tych słów, którego nie były w stanie odebrać mu zęby zaciśnięte z piekącego bólu niemal na całym ciele.
geronimo
tamagotchi
32 y/o
Welkom in Canada
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
you knew my name but you had no clue what are we gonna go through, baby
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie musiał jej mówić, że ten plan był zjebany. Zdawała sobie z tego sprawę wystarczająco, jednak w obecnej sytuacji nie miała innego.
Gdyby po prostu wylądowali, całe siły posiadane przez szukających ich ludzi mogłyby zostać rzucone w rejon, w którym się znaleźli. Podtrzymując samolot na chodzie i zmuszając do wykonania ponownych manewrów posiadała cień szansy, że rozłożą te siły na dwie, trzy części i nie będą musieli sprostać im wszystkim.
Stworzenie tego planu kosztowało ją też więcej, niż chciała przyznać.
Zbliżyło ją do porwanego przez nich pilota wystarczająco, by wyznał jej oględne informacje na temat swojej rodziny, miejsca ich położenia i tego, czego potrzebowała poza jego licencją wsadzoną w kokpicie, zawierającą jego nazwisko. Broń w dłoni i obietnica przyjścia po Rebeccę i Mariannę wystarczyła, by jego własne życie okazało się dla niego potencjalnie warte wymiany.
Wystarczyło, by zgodził się wysadzić ich w ten prowizoryczny sposób na środku zadupia.
Podejrzewała, że wystarczy też, by wykonał drugą część ich planu pomimo tego, że nie będzie tkwiła obok niego z bronią w dłoni i groźbą, która za nią stała.
Tak więc ten plan musiał im wystarczyć.
Pasy w samolotach zawsze wydawały jej się czymś zbędnym, co miało bardziej ukoić umysł niż w jakikolwiek sposób zabezpieczyć ciało. Nagle jednak wydały jej się przydatne gdy samolot uderzył o nierówny pas startowy, którego pęknięcia w asfalcie zrodziły już wystającą spomiędzy kawałków betonu trawę. Wiatr wdarł się do środka przymusowo rozchylonych drzwi, uderzył w jej twarz, rozwiał włosy. Pomiędzy ciemnymi pasmami widziała pilota, panicznie wychodzącego z kokpitu by zamknąć je za nimi nim samolot stoczy się z pasa startowego.
A później widziała wyłącznie jego sylwetkę, choć przecież ruszyła pierwsza, zachęcona jego słowami.
Nie była w stanie zabrać marynarki czy kurtki z jednego z trupów, nie pozwalało jej na to sumienie - przeklinała je więc pod nosem gdy ziemia okazała się kurewsko twarda, beton odarł skórę z jej przedramion, skaleczył dłonie, które już doprowadziła do akceptowalnego stanu. Żałowała braku jakiegokolwiek odzienia wierzchniego gdy jej nogi ugięły się pod wpływem uderzenia, ramię przyjęło kolejne, z tym piekącym i nieznośnym wrażeniem, które kojarzyło jej się z najgorszym upadkiem ze swojego dzieciństwa.
Żałowała też, że nie zmusiła Żelusia do tego, by pozwolił jej się ubrać nim spiął jej nadgarstki i wyciągnął na zewnątrz.
Uderzenie wydarło dech z jej piersi uświadamiając, jak w istocie zjebany był to plan. Podniosła się na kolana, wciąż walcząc o zaczerpnięcie oddechu i wyłącznie jego pojawienie się w pobliżu zmusiło jej napakowane adrenaliną ciało do wdrapania się z powrotem do pozycji stojącej. Piekł ją nawet podbródek, którym przejechała po asfalcie, a ta płytka strona jej osobowości uświadomiła jej, że z jej podbitym okiem wyglądała prawdopodobnie bardzo spektakularnie.
- Nie było lepszego - odrzuciła, starając się oddychać trochę lżej i trochę wolniej. Jej dłonie sięgnęły do ramion by otrzepać je z pyłu i drobnych kamieni, ale dostrzegając krwiste kropelki kwitnące w jej otarciach jak kwiaty po deszczu, zrezygnowała.
Jej wzrok kontrolnie przesunął się po jego sylwetce, zniszczonej kurtce, która przyjęła na siebie część impetu, spod której zaś wystawał fragment rozciętej koszuli i nagiej skóry. Upewniła się, że nie wydobywa się spod odzienia żadna nowa strużka krwi, a szwy nie puściły nim rozejrzała się wokół.
- Samochód - dodała ciszej, robotycznie, jej wzrok zatrzymał się na opuszczonym hangarze i przystającym do niego budynku, który przypominał warsztat. Jej umysł nie potrafił w pełni przyswoić tego, co przed chwilą się wydarzyło, trzymał się więc kurczowo tego, co miało wydarzyć się najpierw.
Drzwi do hangaru były związane łańcuchem - jeden strzał z pistoletu wystarczył, by cienka kłódka poddała się pod naporem impetu. Jego wnętrze było ciemne, obskurne i wyraźnie porzucone, ale przy samym wyjściu dostrzegła coś, co spełniało definicję grata.
Pytanie tylko, czy było w ogóle na chodzie.
- Dlaczego chcieli nas zabrać do Los Mochis? - zapytała cicho, ignorując pieczenie swojej skóry, ból w kościach, chłód wdzierający się do ciała przez otwarte drzwi. Zapomniała, jak w Kanadzie powinno być cholernie zimno. - Co tam jest?

Robin Visser
36 y/o
Welkom in Canada
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Był na to stanowczo za stary.
Na pranie się po mordach, szarpanie z federalnymi agentami, bycie szytym w warunkach polowych i wyskakiwanie z samolotów w ruchu. Wisienką na torcie było pięć dób spędzonych w samochodzie, z krótkimi przerwami na stację i krótkie parodie kąpieli w zlewie.
Nie to, żeby tego wszystkiego nie lubił – dać komuś po pysku od czasu do czasu było całkiem miło. Szkopuł w tym, że szalone akcje rodem z filmu akcji, w które zwykle wliczone było szuranie mordą po asfalcie niczym dzieciak na rowerku puszczony pierwszy raz bez bocznych kółek, zostawił dawno za sobą. I rozgrywał zupełnie inną partię szachów, w których nie był już zwykłym pionkiem.
Powinien być jednak wdzięczny za wcześniejsze doświadczenie. Za to, że jego ciało miało okazję zakosztować bólu przeróżnej maści. Za to, że mięśnie były zapoznane już z przeróżnym rodzajem napięcia.
Jednak teraz o wiele bardziej byłby wdzięczny za chwilę spokoju. A także gorący prysznic i łóżko. Najlepiej z jakimś drogim materacem, a nie prosto z IKEA.
Przesuną, jeszcze raz, po Navarro szybkim, kontrolnym, spojrzeniem, od twarzy, przez zdarte dłonie, aż po sposób, w jaki stawiała kolejne kroki. Była poobijana, poobdzierana, brudna i widocznie oddychała nieco podejrzanie płytko, ale stała sama i nic nie sugerowało, żeby za moment miała złożyć się na pół.
Odnotował też wyjątkową oszczędność słów. Żadnego komentarza o jego genialnym skoku, nawet zwyczajowego poinformowania go, że jest zjebany – choć to jeszcze mógł próbować zrzucić na karb zaskoczenia sytuacją, w której to on komentuje jej plan, nie odwrotnie.
Tylko ten jej samochód. A to akurat było trochę bardziej niepokojące niż jej zdarta broda.
Dystans do hangaru pokonał obok niej, zdecydowanie za bardzo skupiony na niej samej, niż na starej, blaszanej hali.
— Pytaj mnie, a ja ciebie, Navarro — Stary rzęch zgodził się na współpracę po kilku próbach odpalenia go i dolaniu mu, na zachętę, benzyny spuszczonej z wyłączonego agregatu. — Wiesz, że to prawie samo serce Sinaloa. A skoro ty nie wiesz o tym, abyście mieli tam jakąkolwiek bazę wypadową to możemy sobie na razie pogdybać. — Mógłby ułożyć i wyłożyć przed nią kilka wariantów. Wszystkie brzmiałyby równie absurdalnie i mało wiarygodnie, ale na tym etapie on był już skłonny uwierzyć we wszystko. Odliczając Żelusia, to jeszcze kilka dni temu był świadkiem tego, jak ktoś z agencji kazał się pozbyć Navarro i dalej konsekwentnie próbował to zrealizować.
Wytoczył terkoczący głośno gruchot na szutrową drogę, która – miał nadzieję – po jakimś czasie połączy się z jakąś drogą krajową. Najlepiej ze znakami – nieszczególnie dobrze nawigował po Jukonie.
— Ale pierwsze, co mi przychodzi na myśl, to że nasz- mój — przecież nie jej, skoro Ortega nie istniała — może współpracować z jakąś częścią twojej agencji. Może z paroma ludźmi. — Ale to wszystko, jak na razie, nie miało sensu. Poszlak było za mało. A jego bardzo to drażniło, że nie wiedział. Brak wiedzy robił z nim różne, nie do końca dobre rzeczy.
Podobnie jak odmawianie mu informacji; czego akurat Navarro była już świadoma.
— Nie wiem, ciężko mi powiedzieć, kiedy jestem tutaj i odcięty od kontaktu z kimkolwiek. — Uderzył pięścią w wywietrznik, który niczym stara, smutna wdowa wydał z siebie pojedyncze tchnienie ciepła. — Może ten twój chłopak będzie coś wiedział. — Facet zdążył już zdobyć trzy różne określenia w przeciągu tygodnia. Jeśli liczyć tylko te, których nie musiała obejmować cenzura. — Ale i tak potrzebuję telefonu, Navarro. Za długo nie wiem i muszę zgadywać co się dzieje. — To go wyprowadzało z równowagi, jeśli wciąż należało się trzymać określeń tylko pozbawionych cenzury.
Jako człowiek, którego zadaniem było wiedzieć, znać sekrety i nimi handlować, dostatecznie długo był już z tego obdzierany. Sprowadzało się to do sytuacji, w której musiał przemieszczać się jakimś muzealnym artefaktem, z ledwo działającym ogrzewaniem, po zalesionej, przemarzniętej części granicznej Kanady.
Zerknął na nią jeszcze raz, tym razem odrobinę dłużej, na moment przestając myśleć o tym, jak niewiele wie o sytuacji i jak bardzo go to drażniiło.
— Cała jesteś? — rzucił w końcu, niby od niechcenia. — Poza brodą, która przegrała z asfaltem
anti-climate-tic
tamagotchi
32 y/o
Welkom in Canada
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
you knew my name but you had no clue what are we gonna go through, baby
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jej myśli intensywnie krążyły wokół tego miejsca na mapie Meksyku, osób, które znała i tego w jaki sposób to wszystko mogło być ze sobą powiązane. Stanowiło to stosunkowo dobre odwrócenie uwagi od nieustannego pieczenia, które w swojej irytującej ciągłości stawało się trudniejsze do zniesienia niż rana postrzałowa, której ciągnięcie nieustannie towarzyszyło jej od chwili, w której pocisk pierwszy raz przebił skórę.
Takim samym odwróceniem uwagi był towarzyszący jej mężczyzna.
Wodziła za nim wzrokiem, ale wyłącznie wtedy, gdy nie patrzył w jej stronę - gdy ruszał do agregatu, przywracał starego rzęcha do życia i pakował się na fotel kierowcy pomimo jej najszczerszych chęci do uczynienia go pasażerem.
Sprzeczność nie opuszczała jej od chwili, w której rozstali się na tamtej stacji benzynowej.
Może nawet od momentu, w którym to jej kolano spoczęło na jego plecach, jego nadgarstki zostały skute kajdankami.
Z jednej strony jego obecność była komfortowa. Tysiąckrotnie bardziej wolała w tym momencie tkwić w tym starym hangarze z nim, niezależnie od ilości chamskich komentarzy, które cisnęły mu się na usta. Świadomość tego, że po nią wrócił, rozlewała się ciepłem po jej ciele smaganym wiatrem zawsze wtedy, gdy sięgała pamięcią do chwili jego wpadnięcia do samolotu.
Ale za tym ciepłem chowały się wszystkie inne emocje, których nie chciała do siebie dopuścić.
Visser był jej celem, był osobą, którą manipulowała świadomie, wpełzając do jego życia na wystarczająco długo, by posiadana przez nią teczka zapełniła się wartościowymi informacji na temat kartelu. Był - całkiem obiektywnie patrzeć - podłym człowiekiem o skłonnościach do przemocy, którego dłonie w większości wykorzystywane były do zadawania bólu niż jego łagodzenia.
Myśl, że ta sama osoba, którą poprzysięgła zamknąć za kratami i która powinna się za nimi zająć wzbudzała w niej komfort okazywała się zbyt trudna do zniesienia.
- Niepierwszy raz jakaś komórka rządowa byłaby umoczona - mruknęła pod nosem, bardziej do siebie niż do niego, ponieważ dzielenie się z nim informacjami wciąż zahaczało o to, co nieprzyjemne, a jednocześnie w ten absurdalny sposób robiła to odruchowo. - Ale wydają dużo pieniędzy na to, żeby nas znaleźć.
I uciszyć.
Chociaż czy gdyby tak było, fatygowaliby się do transportowania jej samolotem do pieprzonego Los Mochis? Dużo prościej byłoby wpakować jej kulę między oczy niż siłą próbować zaciągnąć ją żywą do innego kraju. Może potrzebowali Vissera. Może potrzebowali, żeby ona pomogła im go znaleźć jako ekspertka w jego temacie i nie spodziewali się, że pojawi się jak na wezwanie.
- To zatrzymaj pierwszą osobę na drodze i jej go zabierz - westchnęła, odruchowo, nim fala bladego strachu znów zakradła się na krawędzie jej świadomości gdy zdała sobie sprawę z tego, w jaki sposób mógł odebrać jej słowa. - Ale bez robienia im krzywdy.
Zdobycie telefonu nie było czymś niemożliwie trudnym do osiągnięcia. Jego słowa podpowiedziały jej, że najwyraźniej w ciągu ostatnich pięciu dni nie miał czasu, żeby to zrobić.
Nie miał czasu, ponieważ śledził ją.
Ta myśl sprawiła, że znów skurczyła się w sobie, jej plecy wcisnęły w oparcie fotela w płonnej nadziei, że mogłaby w nim zniknąć. Powietrze wokół było chłodne, jej skóra naga w kontakcie z nim, ale to tkwiące w jej sercu poczucie winy z wolna ją zamrażało, przekształcając w lodową figurę.
Jak mogła czuć poczucie winy względem pieprzonego przestępcy?
Jego słowa wybrzmiały w ciszy samochodu i przez chwilę ta cisza była jedyną odpowiedzią na zadane przez niego pytanie. Mrugnęła, rejestrując je z opóźnieniem - może dlatego, że było wypowiedziane od niechcenia, a może dlatego, że zupełnie się go nie spodziewała.
- Żyję. Ty też żyjesz - mruknęła niechętnie, wbrew sobie sięgając do klapy przy suficie by odsłonić lusterko. - Będzie nam to musiało wystarczyć.
Przesunęła spojrzeniem po swojej zmęczonej twarzy, po fioletowym śladzie kwitnącym na jej oku, zaschniętej strużce krwi spływającej z zasklepionej już brwi, czerwonym podbródku, którym wyrżnęła w ziemię. Jej usta zacisnęły się w wąską linię, przekleństwo przemknęło przez głowę gdy zatrzasnęła klapę z powrotem, woląc tego nie widzieć.
Pierwszy samochód na drodze pojawił się pośród drzew chwilę później. Równie stary i rozklekotany co ich, poruszał się w żółwim tempie za sprawą prowadzącego go emeryta. Emeryta, który prawdopodobnie posiadał telefon i prawdopodobnie nie byłby zbyt trudny do pozbawienia przytomności - do czego dopuszczać nie zamierzała.
- Zajedź mu drogę, załatwię ci telefon - wycedziła, nie chcąc, by wpadł na magiczny pomysł zrobienia tego samemu.

Robin Visser
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Police Service Headquarters”