Clea przez chwilę stała przy kuchennym blacie z rękami skrzyżowanymi na piersi, patrząc, jak Neia znika na schodach. Dopiero kiedy drzwi na górze zamknęły się za nią, wypuściła powoli powietrze i przymknęła oczy. W całym tym poranku było coś tak absurdalnego, że gdyby ktoś opowiedział jej podobną historię przy kawie, prawdopodobnie uznałaby, że autor przesadził. Własna córka wracająca nad ranem z imprezy, płacząca w kuchni, ojciec zasłaniający się ścierką po wyjątkowo niefortunnym przerwaniu małżeńskich igraszek, a na dokładkę ścierka chwilę później służąca jako chusteczka do nosa. Trudno było zdecydować, który element tej układanki powinien zostać uznany za najbardziej kompromitujący. Spojrzała na Renoira, potem na ścierkę, której Neia już nie było w pobliżu, i pokręciła głową.
—
Nawet nie próbuj. — uprzedziła go od razu, choć kącik ust zdradził, że sama ledwo powstrzymuje śmiech. —
Nie chcę słyszeć ani jednego komentarza na temat tego, co właśnie się wydarzyło. Jeszcze przez kilka lat zamierzam udawać, że ta ścierka nigdy nie istniała. — sama potrzebowała chwili, żeby odzyskać normalny rytm oddechu i przestać czuć to osobliwe połączenie zażenowania, rozbawienia oraz niedowierzania, które pojawiało się za każdym razem, gdy wracała myślami do ostatnich kilku minut. Przed chwilą siedziała na kuchennym blacie zdecydowanie z innych powodów, a teraz miała ochotę zakryć twarz dłońmi i śmiać się z własnego losu.
—
Celibat w kuchni brzmi rozsądnie. — rzuciła, sięgając po pozostawione naczynie, po czym zorientowała się, że jest puste —
Przynajmniej przez najbliższe... dziesięć minut. — w jej głosie pojawiło się rozbawienie, lecz zaraz potem spojrzenie skierowało się ku schodom. Żarty żartami, Neia wróciła do domu w stanie, który niepokoił ją znacznie bardziej niż sama katastrofa przyłapania rodziców. Płacz, zataczanie się, głód, zmęczenie — wszystko razem nie wyglądało jak zwykły kac po udanej imprezie. Clea znała córkę wystarczająco dobrze, żeby widzieć, kiedy pod tym całym chaosem kryje się coś jeszcze. Nie zamierzała jednak wyciągać z niej tego siłą. Jeśli będzie chciała mówić, powie. Jeżeli nie, najpierw dostanie jedzenie, wodę i kilka godzin snu. Zwykle od tego należało zacząć większość rodzinnych kryzysów.
—
Zrób jej coś porządnego. — powiedziała spokojniej, odsuwając się od blatu —
Jajka, tosty, coś słodkiego. Cokolwiek, co nie będzie wyglądało jak kara za grzechy poprzedniego życia. — sama ruszyła w stronę szafek, wyciągając talerze i sztućce, bo najwyraźniej poranek postanowił wrzucić ją z powrotem w tryb gospodyni domowej, zanim zdążyła nacieszyć się snem. —
I wodę. Dużo wody. Zerknęła na Renoira z ukosa. —
Tobie też się przyda, skoro już postanowiłeś zostać kucharzem o piątej rano. — kiedy wrócił na dół ubrany, sama zdążyła narzucić na siebie spodenki od piżamy i poprawić szlafrok, uznając, że skoro Neia miała już wystarczająco dużo materiału do rodzinnych traum, nie należało dokładać kolejnych. —
I przestań się tak rozglądać. — mruknęła, widząc jego kontrolne spojrzenie w stronę schodów. —
Wróci. Dała sobie radę z gorszymi rzeczami niż zejście po schodach po prysznicu.
W kuchni zaczęło pachnieć jedzeniem, co rzeczywiście miało w sobie coś uspokajającego. Clea oparła się biodrem o blat, obserwując przygotowania i przez chwilę pozwoliła sobie po prostu milczeć. Dobrze wiedziała, że w tym domu jedzenie potrafiło rozwiązać zaskakująco wiele problemów. Nie wszystkie, oczywiście. Nie tę noc, nie to, co wydarzyło się Neii, ani zapewne to, co doprowadziło ją do domu w takim stanie. Mimo wszystko pełny żołądek był całkiem przyzwoitym początkiem. Kiedy wreszcie usłyszała kroki na schodach, od razu odwróciła głowę. Widok córki w czystych ubraniach i z mokrymi włosami przyniósł jej wyraźną ulgę, choć nie zamierzała robić z tego wielkiego przedstawienia. Butelka wody została już podstawiona pod jej rękę, talerz znalazł się na stole, a Clea zajęła miejsce naprzeciwko niej.
—
Dobrze. Teraz jesz. — powiedziała, wskazując widelcem na jajka. —
Nie negocjuj. Nie pytaj, czy musisz. Musisz. — dopiero potem sięgnęła po własną kawę i upiła pierwszy łyk, skrzywiając się lekko, bo organizm nadal pamiętał o wczorajszym winie —
Jak już odzyskasz człowieczeństwo, dostaniesz wykład. — dodała spokojnie, po czym uniosła brew. —
Krótki. Obiecuję. Najpierw jednak śniadanie. Nie zamierzam prowadzić rodzinnej terapii z kimś, komu burczy w brzuchu. — spojrzenie przesunęło się na Renoira, a na ustach pojawił się cień uśmiechu. —
Właściwie to chyba nasza nowa zasada. Jak pojawia się problem, najpierw karmimy wszystkich, dopiero później pytamy, co się stało. — oparła łokieć o stół i spojrzała na córkę znacznie łagodniej. —
A ty dzisiaj nigdzie nie jedziesz, niczego nie załatwiasz i nie udajesz, że świetnie się czujesz. Zjesz, napijesz się, odpoczniesz. Resztą zajmiemy się później. — na moment zamilkła, po czym zerknęła na jej twarz i dodała już lżej: —
I zdecydowanie nie musisz mi opowiadać, co robiłaś na tej imprezie. Wystarczy mi, że wróciłaś do domu. — zrobiła krótką pauzę —
Chociaż szpilki zostawiłaś w przedpokoju. Przynajmniej tyle dobrego, że nie będę ich zbierać z całej posesji. — dopiero wtedy pozwoliła sobie na niewielki uśmiech, sięgając po własną kawę. Poranek był kompletnym chaosem, lecz przynajmniej jedno pozostawało niezmienne: bez względu na to, co wydarzyło się poza domem, tutaj zawsze było miejsce przy stole.
Renoir Delacroix
Neia Delacroix