ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
170 cm
enolog przyszła żona podobno nie musi pracować
Awatar użytkownika
We were playing for keeps, but we both know the cost. Now the only way out is in your heart shaped box...
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiczas przeszły
czas narracji3os
postać
autor

Suavecito vengo, pa' que no sientas mis pasos.
Debajo del agua, pa' que no veas lo que traigo...




Przemierzając wieczorową porą ulice Toronto, Servillah gorączkowo zadawała sobie w myślach jedno z pozoru błahe pytanie.

Dlaczego w ogóle tutaj wróciłam?

Ostatnie lata urodziwa brunetka spędziła z dala od miasta, w którym została wychowana. Kształciła się, przy okazji sprawując opiekę nad wyraźnie upadłą w rodzinnej hierarchii, ukochaną babcią. Jednak, gdy ta przed kilkoma miesiącami nieoczekiwanie odeszła z tego świata, czyniąc swą najmłodszą wnuczkę jedyną spadkobierczynią, Steven ojciec dziewczyny nie posiadał się z radości, skrycie licząc na to, że jego córeczka wspaniałomyślnie rozwiąże narastające w rodzinie, finansowe problemy.
Pierwszy szok dosięgł go, gdy tak się nie stało. Owszem, Vi od zawsze buntowała się przeciwko wszystkiemu, co nie szło w parze z wyznawanymi przez nią wartościami i w przeciwieństwie do trójki starszego rodzeństwa, nie uginała się pod jego żelazną wolą, ale jeszcze nigdy wcześniej, nie zrobiła tego w tak otwarty sposób. Nie bacząc na konsekwencje podejmowanych decyzji, nieświadomie rzuciła swemu ojcu wyzwanie. Ten jednak nie był skłonny pogodzić się z rychłą porażką. Co gorsza, gotów był na każde poświęcenie, byleby tylko osiągnąć zamierzony cel. Nawet jeśli to oznaczałoby sprzedaż pozbycie się własnej córki.

Gdy taksówka zatrzymała się u bram okazałej, tętniącej obecnie życiem posiadłości rodziny Deamonne, Servillah zapłaciła kierowcy, następnie niechętnie opuszczając wnętrze samochodu. Zazwyczaj ludzie będący przez dłuższy czas daleko poza domem cieszą się z powrotu, ale ona wcale tego szczęścia nie czuła. Jeśli miałaby być szczera chociażby w stosunku do samej siebie, to zmuszona była przyznać, że im bliżej drzwi wejściowych, tym większy niepokój odczuwała, gdzieś podświadomie przeczuwając, że powrót do Toronto oznaczał błąd, ale nie miała innego wyjścia. W końcu, jakby na to nie patrzeć, musiała osobiście zakomunikować rodzicom, kolejną podjętą przez siebie decyzję. Choć była nawet bardziej, niż pewna, że z tą również nie będą zgodni.
Ku swojemu narastającemu niezadowoleniu, dziewczyna szybko spostrzegła, że znalazła się w samym środku wystawnego przyjęcia, niemalże na każdym kroku napotykając znane osobistości. Ludzi ważnych i ważniejszych. Takich, których nie sposób spotkać od tak. Przybierając więc tę przysłowiową dobrą minę do złej gry, uśmiechała się i witała z każdym, jednocześnie gdzieś w oddali wypatrując kogoś, kto mógłby choć na chwilę wyrwać ją z niechcianego centrum zainteresowania. Wtedy na swym ramieniu poczuła delikatny, acz stanowczy uścisk. Tym wybawcą z bożej łaski okazała się Suzette, która pod pretekstem rozmowy, odciągnęła na bok młodszą siostrę.
- Nareszcie jesteś! Gdzieś Ty była?! Wszyscy na Ciebie czekają! - Zawadiacki uśmiech na twarzy ślicznej szatynki, nie bardzo szedł w parze z tym oskarżycielskim tonem, jaki Servillah oczywiście zignorowała, z radością tuląc ją do siebie.
- Su, po co cały ten cyrk? Prosiłam przecież mamę, żeby nie wyprawiała żadnego przyjęcia z okazji mojego powrotu...- Przystępująca z nogi na nogę, unikająca odpowiedzi siostra, powinna wzbudzić w młodej Deamonne pewne podejrzenia, ale nie wiedzieć czemu, zignorowała je, wciąż oczekując odpowiedzi. Następne ostrzeżenie przyszło nagle. Dokładnie w momencie, w którym to Vi odwróciła na moment swój wzrok, dostrzegając przy tym kogoś, kogo absolutnie nie powinno tutaj być.

To był ON, Diego Sullivan!

Co ten gnojek do jasnej cholery robił w ich domu i to na dodatek, będąc gościem na przyjęciu wydanym na jej cześć?! Jego obecność nie spodobała się dziewczynie na tyle, że widząc wspomnianego mężczyznę w towarzystwie Stevena, znikających za drzwiami należącego do ojca gabinetu, niewiele myśląc, pozostawiła plączącą się we własnych zeznaniach Su i czym prędzej, pomknęła z gracją ich śladem, chcąc tym samym rozwikłać niewygodną dla niej samej zagadkę.
Bez żadnego pukania, pewnym krokiem wkroczyła do pomieszczenia, następnie niemalże od razu szczelnie zamknęła za sobą drzwi, opierając się o nie plecami. Każdą komórką swojego ciała, czuła na sobie przeszywający wzrok Diega, lecz jednocześnie ze wszystkich sił starała się uparcie ignorować jego obecność w gabinecie, całą swoją uwagę skupiając na siedzącym za masywnym biurkiem Stevenie.
- Co to wszystko ma znaczyć? - Było to jedno bardzo precyzyjne i jakże konkretne pytanie, które ku jej niewiedzy, wkrótce okaże się zaledwie wierzchołkiem góry lodowej, jaka tej nocy zaleje tę młodą kobietę lawiną wiadomości, oraz tajemnic, których wcale nie chciałaby poznać...


Diego Sullivan
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Riri
try me and see...
27 y/o
For good luck!
180 cm
rozpieszczony synalek który lubi przepierdzielić hajs ojca
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona, jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

outfit


Jego życie było po prostu sielankowe, widząc Diego ludzie zawsze uznawali go za człowieka, który potrafił dopasować się do każdej sytuacji, niczym kameleon zmieniający kolor, żeby wpasować się w otoczenie. On tak zmieniał swoje maski, które przywdziewał każdego dnia.

Uprzykrzanie życia jemu ojcu zaczynało mu chyba wchodzić w nawyk, bo ilekroć dostawał od niego jakieś wiadomości to po prostu go ignorował, dzisiaj jednak miało być inaczej i kiedy zabrzęczał jego telefon zwiastując wiadomość od ojczulka (nawet ustawił specjalny dźwięk, żeby wiedzieć kiedy ten napisze), to mimochodem zerknął na wyświetlacz i uniósł brwi zdziwiony na otrzymaną wiadomość.


Dzisiaj idziemy na kolację do rodziny Deamonne, nie spóźnij się i ubierz się stosownie.


Prychnięcie wyrwało się z ust bruneta gdy przeczytał tę wiadomość, ale z drugiej strony był ciekaw co takiego ojciec od nich chciał, że tam szedł i przede wszystkim po co mu był Diego. Znowu chciał dobić z nimi targu? Podobno tamta rodzina nie była już tak wpływowa i nie mieli zbytnio pieniędzy, ale ciekawość po prostu wzięła górę i przyszykował się w parę minut. Na początku chciał iść po prostu w dresach, żeby utrzeć ojcu nosa, ale uznał że powinien się w jakiś sposób zaprezentować.


To nie był zwykły obiad, to było pieprzone przyjęcie powitalne na powrót Servillah, o czym się dowiedział parę minut po swoim przybyciu, już żałując tego, że tak po prostu dał się w to wkopać, uniósł wzrok do sufitu i westchnął lekko, robiąc jak zawsze dobrą minę do złej gry, akurat w tym był dobry, niczym pieprzony kameleon. Uśmiechnął się lekko do gospodarzy kiedy przekroczył próg, od razu kierując się do miejsca gdzie spodziewał się, że coś będzie mocniejszego. Nie lubił Servi, była wszystkim czego nie lubił w kobietach, no może oprócz tej ślicznej buźki… Wiedział, że ona odwzajemniała jego nienawiść do niego, w końcu znali się już jakiś czas, a raczej ich rodziny bo ich staruszkowie chyba się skumplowali sądząc po tym, że ten kazał mu tutaj przyjść.


Jego wzrok spoczął na dziewczynie, która pojawiła się spóźniona na własne przyjęcie - a to on zazwyczaj dostaje opierdol w takich sytuacjach - i już miał w jej stronę skierować kroki gdy poczuł rękę na swoim ramieniu a przy nim niczym drzewo przy drodze wyrósł pan domu, kiwnął mu lekko głową na zaproszenie do gabinetu. Niczego nie przeczuwając poszedł po prostu za nim, będąc jednocześnie ciekaw co takiego od niego chciał. Zanim jednak zdążył się odezwać ktoś wszedł do pomieszczenia, a jego spojrzenie mimowolnie przeniosło się na dziewczynę, przesunął lekko spojrzeniem po jej posturze, tak jak zawsze to robił w obecności kobiet, a kącik jego ust drgnął lekko gdy skierował wzrok na jej ojca.

— Sam jestem tego ciekaw, po co mój ojciec mnie tutaj ściągnął?
— skrzywił się lekko, podchodząc powoli do fotela ustawionego przed biurkiem, siadając na niego z lekkim westchnieniem, rozpierając się na nim wygodnie, wbijając swoje ciemne oczy prosto w pana domu.

Servillah Deamonne
26 y/o
For good luck!
170 cm
enolog przyszła żona podobno nie musi pracować
Awatar użytkownika
We were playing for keeps, but we both know the cost. Now the only way out is in your heart shaped box...
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiczas przeszły
czas narracji3os
postać
autor

Choć na pierwszy rzut oka wcale tego nie widać, Servillah pomimo dorastania, jak i późniejszego życia w luksusie, nigdy nie łaknęła go tak bardzo, jak jej gotowe na wszystko, zachłanne rodzeństwo. Potrafiła czerpać radość z rzeczy prostych i ogólnodostępnych. Co więcej, raczej trzymała się na uboczu, stroniąc od rozgłosu i skandali, których w ich środowisku rzecz jasna, nie brakowało. Właśnie dlatego ostatnim razem zniknęła z rodzinnego radaru na tak długo, ponieważ nie chciała być częścią tej starannie budowanej przez Stevena farsy. Ta młoda, twardo stąpająca po ziemi kobieta, miała własne plany na życie. Szkoda tylko, że stary Deamonne chcąc teraz jej kosztem w dalszym ciągu konstruować swe imperium, nigdy tak naprawdę nie brał ich pod uwagę...

- Jak dobrze, że jesteś moja droga, własnie miałem po Ciebie posłać, siadaj. - Nie tak Vi wyobrażała sobie pierwsze spotkanie z własnym ojcem, po trzech latach egzystencji z dala od rodzinnego domu. Ten dobrze jej znany chłodny, rzeczowy i przede wszystkim nie znoszący sprzeciwu ton, jakim się do niej zwracał, sprawił że serce automatycznie podeszło jej do gardła. Chcąc czy nie, urodziwa brunetka niechętnie odstąpiła od drzwi, po to by posłusznie zająć miejsce na widocznie wcześniej przygotowanym dla niej krześle, tuż obok Diega, ktorego przy okazji uraczyła tylko przelotnym spojrzeniem.
- To wciąż nie jest odpowiedź na moje pytanie. - Zauważyła, starając się nie zwracać większej uwagi na to, jak ta idealnie skrojona koszula dobrze się na nim prezentowała. Faktem było, że Panna Deamonne w pełni odwzajemniała, nienawiść, którą od zawsze żywił do niej Sullivan, lecz nie mogła odmówić mu tego, jak cholernie pociągającym mężczyzną był.

- Cóż, skoro o tym mowa...- Steven celowo uraczył tę dwójkę krótką pauzą, odchylając się nieznacznie na swym wygodnym fotelu. -...jak oboje zdążyliście zapewne zauważyć, znajdujemy się w samym środku wystawnego przyjęcia. Zostało ono zorganizowane nie tylko dlatego, że moja ukochana córeczka nareszcie powróciła na łono rodziny. Prawdziwej wyjątkowości nadaje temu wszystkiemu fakt, że jest to Wasze przyjęcie zaręczynowe, podczas którego za kilka, no może najdalej kilkanaście minut, ogłoście rodzinie i zgromadzonym gościom, że wkrótce zamierzacie się pobrać. - Mężczyzna mówił to w taki sposób, jakby rozmawiał z nimi o czymś tak błahym, jak pogoda za oknem, a nie o życiu, które od tej pory mieli ze sobą dzielić.
Servillah w pierwszej chwili słysząc ten absurd, wychodzący z ust ojca, po prostu, najzwyczajniej w świecie roześmiała się, dzięki czemu dźwięczny śmiech wypełnił wnętrze cichego do niedawna pomieszczenia. Dziewczyna szybko jednak zrozumiała, że to wcale nie są żarty, a Steven mówił śmiertelnie poważnie. Zamilkła więc, a jej rozbawienie zostało natychmiastowo zastąpione czymś w rodzaju szoku i zrozumiałego rzecz jasna niedowierzania.

- Nie...to nie może być prawda. Po tym, jak ułożyłeś według własnego widzi mi się życie Sebastiana, Suzette i Simona, obiecałeś, że ze mną będzie inaczej, że sama będę mogła zdecydować! - Uderzając dłonią o blat biurka, Vi niemalże zerwała się z miejsca, czując jak powoli tląca się gdzieś wewnątrz niej wściekłość, próbuje dojść do głosu. Bowiem stary Deamonne od lat stosował tę samą praktykę na swych dzieciach.
- Siadaj i nie dramatyzuj. Temat połączenia naszych rodzin poprzez Wasze małżeństwo, poruszany był wcześniej już wielokrotnie. Z tym, że do tej pory Diego nie był gotowy na założenie rodziny, a Ty chciałaś się realizować, spełniać te pożal się boże marzenia, więc pozwoliłam Ci to robić. Zresztą Skarbie, sama jesteś sobie winna, bo wiedząc, że przechodzimy przez kryzys, nie byłaś sklonna do tego, by wesprzeć rodzinę, gdy nadarzyła się do tego okazja, więc o tę pomoc musiałem zwrócić się do kogoś innego. - Kręcąc głową z niedowierzaniem, Servillah odstąpiła od masywnego biurka i nerwowo chadzając w tę i z powrotem po okazałym gabinecie, ostatecznie usiadła na nieco bardziej oddalonej skórzanej sofie, chcąc tym samym zyskać choć odrobinę przestrzeni do namysłu.
- Jesteś obrzydliwy, bo brzmisz tak, jakbyś właśnie sprzedał swoją córkę...- Mruknęła z cierpkim uśmiechem, jaki podstępem wkradł się na jej malinowe usta, gdy kątem oka zerkała w kierunku Diega, który z każdą kolejną mijającą sekundą coraz bardziej przypominał zamknięte w klatce zwierzę. Młoda kobieta chciała nawet dodać coś jeszcze, ale wtedy rozległo się donośne pukanie do drzwi...


Diego Sullivan
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Riri
try me and see...
ODPOWIEDZ

Wróć do „#2”