Zarzucała mu wyraźne braki w dokładności przeprowadzanego przez niego planowania, a jednak jej wcale nie szło to dużo lepiej.
Wiedziała, że nie mogą wylądować na terytorium Alaski, muszą to zrobić w Kanadzie i przekroczyć granicę na nogach. Wiedziała, że gdy tylko dotkną ziemi, ten punkt stanie się centrum zainteresowania służb, nie mógł więc być oczywisty ani łatwo dostępny. Im trudniej będzie im później na ziemi, tym trudniej też będzie agencji się do nich dostać. To wszystko owleczone było w wątłe zapewnienie o posłuszeństwu pilota, którego nie znała i który w obecnej chwili mógł właśnie nadawać z całkowitymi detalami przez radio do każdego, kto słuchał.
Musieli jednak spróbować.
-
Nie będziemy ich potrzebowali do przekroczenia granicy. To same lasy i zadupia - uspokoiła go, nawet jeśli brak paszportu mógł bardzo łatwo ugryźć ich w dupę, jeśli znów dadzą się złapać bądź zwrócą uwagę policji. -
Będziemy musieli uważać.
Trzymać z dala od dużych miast i ludzi. Krążyć po bocznych drogach i na krawędziach lasu. Nabrać ostrożności, tak jak w przeciągu ostatnich pięciu dni nim wreszcie fart jej się wyczerpał. Wciąż nie wiedziała w jaki sposób ją znaleźli.
Jej usta zacisnęły się w wąską linię w reakcji na jego
obietnicę, a raczej coś, co mogłaby podciągnąć pod definicję tego słowa.
Nie wpierdolę mu nie brzmiało wystarczająco, dużo bardziej preferowałaby
nie tknę go w żaden sposób, ale wiedziała, że wyciągnięcie tego od Vissera będzie niemożliwe w obecnym stanie. Skupiła się na kolejnym węźle, kolejnym ruchu igłą, która przeszywała skórę.
Zamarła w trakcie jednego z ostatnich szwów, gdy jego słowa urwały się w połowie. Paniczny strach przemknął po jej ciele, zostawiając po sobie wrażenie chłodu. Cicho wypowiedziała jego imię, podnosząc na niego wzrok. Wrażenie całkowitej bezsilności zawładnęło jej drżącymi dłońmi gdy przysunęła się, sprawdzając, czy wciąż poczuje na swoim policzku jego oddech.
Wspomnienia walczyły o jej uwagę. Pragnęły, by poczuła chłód betonu pod swoimi nogami, sztywnienie drugiego ciała, obcą krew zalewającą jej dłonie. Podsuwały jej własny głos, echo krzyków rozbijające się w jej czaszce w desperackiej próbie przywrócenia życia komuś, kto właśnie je stracił. Visser nie mógłby bardziej różnić się od niego.
A jednak po nią wrócił.
Człowiek, którego szpiegowała, któremu wpajała inne nazwisko i tożsamość, z którym dzieliła nierzadko cztery ściany, którego kawę piła, którego okłamywała prze trzy i pół roku. Człowiek, któremu z r u j n o w a ł a życie z jakiegoś niemożliwego do ogarnięcia umysłem powodu po nią w r ó c i ł.
Skupiła się na jego klatce piersiowej, wciąż miarowo unoszącej się w górę. Na ciepłe jego ciała, które czuła pod swoimi nogami. Nie pozwoliła swojemu wzrokowi się rozmyć dopóki nie skończyła ostatniego szwu i nie ucięła nadmiaru nitki. Dopiero gdy sięgała po gazę by przetrzeć zakrwawioną skórę i oczyścić ją przed założeniem opatrunku, wyczuła gorące strużki na własnym policzku. Otarła je wściekle rękawem własnej bluzki, ale nie zatrzymało to nieustannego pieczenia, które czuła pod powiekami.
Chyba nigdy wcześniej nie stracił przy niej przytomności w takich okolicznościach. Zawsze, gdy rzeczy skręcały w złym kierunku, był obok ktoś inny - ktoś, kto mógł się tym
zająć, kto mógł udzielić mu pomocy bez świadomości tego, że jednocześnie aktywnie działał na jego szkodę. Z jednej strony miała ochotę uderzyć go w policzek, zmusić do odzyskania przytomności, do bycia tym, który
ogarnia, żeby ona nie musiała czuć tych rozdzierających ją, konfliktowych emocji w sobie. Z drugiej zaś sięgała po czystą gazę, by otrzeć jego twarz ze śladów krwi, które zostawiły na niej jej palce. Wyciągała z jednej z szafek cienki koc by go przykryć, czując chłód panujący wewnątrz kabiny i nie chcąc, by przedostał się do jego wciąż gorącego ciała.
Nie miała pojęcia ile paliwa stracili gdy wreszcie sięgała po broń, wcześniej zbierając drugą i zostawiając na fotelu obok niego na wypadek, gdyby się obudził. Spuchnięte oko skutecznie maskowało każdą łzę, która wymknęła się spod jej powiek, krople krwi rozproszone na jej dłoniach, białej bluzce a nawet spodniach skuteczne przekształcały ją w tę wersję siebie, którą porzuciła tydzień temu i to jako ona weszła z powrotem do kokpitu.
- Proszę - wybąknął pilot niemal natychmiast, pchając się do mówienia jakby wszystko zdążył sobie bardzo dokładnie przemyśleć. - Ja niczego nie wiem. Zapłacili mi podwójną stawkę. M-mam rodzinę. Córkę. Nie możecie...
-
Opowiedz mi o niej - odrzuciła łagodnie, opadając na miejsce drugiego pilota, z dłonią zaciśniętą na pistolecie.
W ciągu godziny jej ciało zdążyło zdrętwieć.
Krawędzie metalu wryły się w jej zaciśnięte na nim dłonie gdy wreszcie wsuwała pistolet za pasek. Twarz tkwiącego na miejscu pilota była blada, lecz wzrok skupiony, dłonie mocno zaciśnięte. Chwyciła za jego odwieszoną kurtkę przy wyjściu z kokpitu - grubszą, bardziej adekwatną do północnej pogody, oferującą przy tym jakąś izolację od lądowania, które nie miało być szczególnie przyjemne.
-
Visser - rzuciła cicho, wkraczając do przedziału pasażerskiego. Zwykle trzymała się na dystans, zwykle jej
owczy instynkt podnosił gardę zawsze, gdy znajdowała się w jego pobliżu - teraz jednak stanęła tuż obok, pochyliła się nad siedzącym mężczyzną, wsunęła rękę pod jego ramię. -
Lądujemy.
Jej własny, postrzelony bok zaprotestował gdy pociągnęła go w górę niezależnie od tego, czy życzył sobie takiego wsparcia, czy nie. Dopiero gdy upewniła się, że stoi względnie prosto, wyciągnęła w jego stronę kurtkę pilota.
-
Załóż to - dodała z determinacją, sprawdzając, czy zabrał broń, którą mu zostawiła, czy nie. -
Lądujemy w miejscu do tego nieprzystosowanym - mruknęła oględnie, zerkając na linię chmur, gwałtownie podnoszącą się w górę w miarę, jak samolot opadał w stronę porzuconego, starego pasa startowego w okolicy Jukonu. -
Nie zatrzyma samolotu - dodała, odwracając się w stronę drzwi, które w chwili, w której różnica ciśnień nie będzie tak drastyczna, będą możliwe do otworzenia. -
Zwolni na tyle, żebyśmy mogli wyjść i podniesie się z powrotem - kontynuowała, ze wstrętem chwytając za zwłoki mężczyzny, który próbował otworzyć drzwi wcześniej by odsunąć je z przejścia. "Wyjść" było bardzo optymistycznym założeniem. -
Później poleci na wschód. Wyląduje w jeszcze dwóch miejscach, jeśli nie złapią go wcześniej.
no plan is good plan in these circumstances