Ostatnie miesiące były jazdą bez trzymanki. Wydarzyło się tak wiele, że Aiden nie pomyślałby nawet, że jego
nudne życie mogłoby znowu nabrać tempa. I z jednej strony podobało mu się to — oczywiście pomijając kilka aspektów, jednak w ogólnym rozrachunku był
szczęśliwy. Oprócz jednego kryzysu, miał spokojny związek, pełen zaufania i wzajemnej troski, a na dodatek mieli dziecko w drodze, które było największym zaskoczeniem, jednak po czasie stało się to ekscytującym, nadchodzącym rozdziałem. Co prawda, popierdoliło się kilka tygodni temu, kiedy w jego życiu pojawił się Knox, a oprócz rozprawy, na którą przez chwilę przygotowywał się dniami i nocami, doszło uprzykrzanie jego życia prywatnego i wmieszanie w to wszystko jego niczego winnej dziewczyny. Był to moment, podczas którego zaczynał realnie zastanawiać się, czy problem nie leżał w nim. Jak to możliwe, że naruszył bezpieczeństwo drugiej kobiety? Że znowu coś
przegapił? Co prawda, minęły dwa tygodnie od tej całej sprawy, zdążył wszystko kilka razy przemyśleć i przepracować, jednocześnie dostając kilkukrotnie upomnienie od samej Vity, że nie powinien się tym wszystkim tak przejmować, a jednak… dalej gdzieś w nim to siedziało. Schodząc już na dalszy plan, nie zaburzając mu każdej wolnej chwili, ale tląc się gdzieś w oddali i przypominając, że niczego nie może być pewien.
Spotkanie u państwa O’Cahallan było koniecznością, która w końcu musiała się odbyć. Wypadało przedstawić rodzicom swoją dziewczynę, pierwszy raz po siedmiu latach, a także poinformować o cudownej nowinie, że zostaną dziadkami. Cieszył się, że Eleanor jechała razem z nim, a także Finnegan, ale już mnie podobało mu się to, że chłopak musiał opuścić ich w połowie drogi. Cholera jasna, no myślał egoistycznie, ale naprawdę nie chciał na sobie stu procent uwagi własnego ojca, który z pewnością będzie miał do powiedzenia zbyt wiele. Liczył, że jego siostra wraz ze swoim gościem, przejmą część chłost, a tymczasem zapowiadało się, że on zgarnie cały wachlarz uwag i niezadowolenia pana O’Cahallana.
Zapowiadał się cudowny wieczór.
Plusem było to, że od progu powitała ich matka, która w porównaniu do ojca, umiała się zachowywać. Przywitała swoje dzieci, przywitała się z Vitą, a potem przyszedł on, pan maruda i niszczyciel dobrej zabawy. Ah, jakie to spotkanie mogłoby być dobre, gdyby go nie było… A i tak Holloway odważyła się, podała mu rękę, przywitała się, ale na nic to było, skoro ten burak ledwo co zwrócił na nią uwagę, jeszcze komentując w sposób, przez który Aiden się zagotował.
— Serio, już od wejścia? — odparł, nawiązując z ojcem długi kontakt wzrokowy, z którego odpadł pierwszy, wywracając przy tym oczami, ponieważ mężczyzna nie przegrałby przecież z synem tej walki o dominację, choćby mieli tak stać i gapić się w siebie do rana. Pomógł Vicie zdjąć jej kurtkę, po czym ściągnął też swoją marynarkę i przelotnie musnął skroń dziewczyny.
— Nie przejmuj się nim — powiedział do niej cicho, po czym spojrzał porozumiewawczo na siostrę; ten wieczór na pewno nie będzie łatwy. Przywitał się krótko z Winstonem i ruszył wraz z dziewczynami do jadalni, gdzie swojej lubej odsunął krzesło, po czym sam usiadł obok niej. Sięgnął do ręki Vity, splatając razem ich palce i pozostawiając ich złączone dłonie na nogach dziewczyny. Łypnął spojrzeniem na ojca, powstrzymując się od ciężkiego westchnienia.
— Kogo zaprosiłeś? — zapytał, siląc się na najmilszy ton głosu, byle zaraz nie usłyszeć, że zachowuje się bez kultury i manier, i to wszystko z pewnością przez to, że spotykał się z b a r m a n k ą!!!
— To będzie wyjątkowy gość, nie chcę zdradzać niespodzianki. Tobie z pewnością przypadnie do gustu, synu — odpowiedział z zadowoleniem, wzrokiem uciekając na chwilę w kierunku krawędzi stołu, pod którymi płomiennowłosy trzymał Holloway za dłoń. Aiden zmarszczył brwi, nie do końca rozumiejąc, co mógł mieć na myśli, chociaż po swoim ojcu mógł spodziewać się
wszystkiego.
— Eleanor, opowiedz co u ciebie. Jak ci się pracuje w kancelarii? Na pewno nie wolisz zdecydować się na pracę w rodzinnej firmie? — zapytał, dalej z pewnością mając żal, że dzieci nie chciały pracować pod szyldem rodzinnego biznesu.
Nie dało się nie wyczuć napiętej atmosfery i kiedy zupa została podana, pani O’Cahallan postanowiła jako pierwsza złamać tę ciszę i odezwała się w ich kierunku. Pora zacząć odpytkę.
— Długo się już znacie? — zapytała, uśmiechając się do nich lekko.
— Od czerwca — odpowiedział, a mruknięcie ze strony ojca oznaczało, że zaraz znowu zabierze głos.
— Tuż to ledwie cztery miesiące. Jeszcze nic nie jest przesądzone — rzucił z zadowoleniem większym, niż Aiden by chciał, przez co od razu przeniósł na niego swojego spojrzenie.
— Przesądzone, skoro ją poznałeś — stwierdził z opanowaniem, a zanim starszy się odezwał, starsza płomiennowłosa kobieta postanowiła się odezwać.
— Dobrze. Czas o niczym nie przesądza. Przypomnę ci, że ty równie szybko wyznałeś mi miłość — zwróciła się do swojego męża, po czym przeniosła spojrzenie na Vitę.
— Opowiesz, jak się poznaliście? — zapytała, ciepło uśmiechając się.
my love and ginger sister