ODPOWIEDZ
28 y/o
Indulge in local cuisine
162 cm
właścicielka restauracji koreańskiej
Awatar użytkownika
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jej życie nabrało ponownie tempa odkąd Giovanni wtajemniczył ją we wszystkie kwestie związane z ciemną stroną ich życia. Brała udział w spotkaniach, w negocjacjach, a także rozmowach, które odbywały się oficjalnie. I faktycznie, jej mąż brał pod uwagę jej zdanie, co było dla niej przyjemną nowością w roli żony, do której szybko przywykła. Miała jednak wiele nowych rzeczy do przyswojenia – nazwiska, daty, liczby, lokalizacje. Nawet nie wiedziała kiedy jej palce zaczęły pokrywać się krwią, chociaż sama osobiście nigdy nie przyłożyła ręki do czyjejś egzekucji.
Ale wiedziała o handlu ludźmi. Wiedziała o morderstwach. Wiedziała o szantażach, porwaniach, torturach, które miały miejsce za zamkniętymi drzwiami. Wiedziała o metodach jakie są używane przez ludzi, którzy dla nich pracowali. I nic nie zrobiła. Nigdy nic nie powiedziała, bo rzeczy musiały być zrobione, a ona nie wdawała się w szczegóły w jaki sposób pewne prawa oraz zasady były egzekwowane.
Nie zauważyła momentu w którym stała się tak samo wyrachowana, bo dla wszystkich dookoła była tą samą osobą. Ciepłą, miłą, elegancką i wychowaną. Ciepło się uśmiechała do ludzi, gotowała, rozmawiała z pracownikami, dbała o nich. I z każdym kolejnym miesiącem promieniała coraz bardziej, gdy ciąża wchodziła w kolejne etapy zaawansowania.
Coraz ciężej było jej ukrywać brzuch, który po piątym miesiącu zaczął być coraz bardziej widoczny, nawet pod luźniejszymi ubraniami. W końcu wszyscy dookoła wiedzieli, że za kilka miesięcy przyjdzie jej rodzić i zniknie z pracy na jakiś czas. Do tego czasu chciała wszystko ogarnąć, aby interes z jej ukochaną restauracją rozwijał się dalej. Musiała przekazać wszystkie obowiązki i przygotować pracowników na jej nieobecność, zwłaszcza jej zastępców, którzy mieli ogarniać każdą najmniejszą sprawę.
Tego dnia także spędziła sporo czasu w restauracji. Czuła się dobrze. Była sprawna fizycznie, nie męczyła się tak szybko, chociaż nogi puchły jej częściej niż powinny, a plecy czasami przypominały o tym, że nie powinna być na nogach tak długo. Przez cały czas była zdania, że ciąża to nie choroba i nie zamierzała siedzieć w domu przez cały okres jej trwania. Zwłaszcza, że równo co dwa tygodnie chodziła na kontrolę do ginekologa, który ją prowadził. I który raz za razem potwierdzał, że wszystko jest w porządku, dziecko rozwija się prawidłowo, a jej wyniki są doskonałe.
Wróciła do domu później niż zakładała, ale od razu zamierzała się położyć.
Weszła do domu i odetchnęła. Giovanni w dalszym ciągu siedział w swoim gabinecie, bo miał dzisiaj wyjątkowo dużo pracy, dlatego też nie zamierzała mu przeszkadzać zbyt długo. Grzecznie zapukała i weszła do środka, gdy siedział nad stertą papierów. Oznajmiła tym samym, że już wróciła. Przeszła do niego, zsunęła dłonie po jego ramionach, obejmując go od tyłu.
— Dużo jeszcze? — spytała, starając się ogarnąć spojrzeniem cały stos akt i teczek. — Nie siedź zbyt długo, carissimo — dodała troskliwie, zaraz czule całując go w policzek. Na przywitanie i dobranoc jednocześnie, bo wiedziała, że już będzie spać nim przyjdzie do łóżka.
Wyszła z gabinetu i przeszła do sypialni, a następnie do garderoby, aby wyciągnąć świeżą pidżamę. Sięgnęła do jednej z szuflad i wtedy poczuła nieprzyjemny skurcz.
Skurcze od jakiegoś czasu były jej codziennością. Dziecko było ruchliwe, a przez to czasami odbierało jej dech w piersi. Normalnie wszystko mijało po krótkiej chwili. Skurcze Braxtona-Hicksa tak miały. Były naturalne, nieregularne i towarzyszyły jej od dwudziestego tygodnia ciąży.
Ten jednak był dłuższy niż zazwyczaj. I zdecydowanie bardziej bolesny.
Kolejny był jeszcze gorszy. Zgięła się w pół, łapiąc za brzuch, czując nieprzyjemne kłucie. A potem kolejne i jeszcze jedno, które niemalże ścięło ją z nóg.
— Giovanni… — zawyła żałośnie, ale niezbyt głośno, bo ból odbierał jej głos. Była w cholernej garderobie, kilka pokoi dalej. Oczywiście, że jej nie słyszał.
Kolejny skurcz. Złapała się mocniej obramowania szafy, robiąc krok w stronę sypialni.
— Giovanni! — użyła wszystkich sił, aby do niego krzyknąć. Nie była w stanie na ten moment do niego podejść bliżej, niż te kilka kroków, bo miała wrażenie, że każdy ruch powodował jeszcze większy ból.
Oddychała ciężko, starając się uspokoić. Do porodu był jeszcze miesiąc. Zaledwie tydzień temu jej ginekolog powiedział, że wszystko jest w idealnym porządku. Nie mogła już zacząć rodzić, to nie było możliwe.
Podniosła obolałe spojrzenie na męża, który pojawił się w zasięgu jej wzroku. Zgięta w pół trzymała się futryny drzwi, w nadziei, że skurcze zaraz miną i był to jedynie fałszywy alarm przez który niepotrzebnie spanikowała.
— Coś jest nie tak.

Giovanni Salvatore
38 y/o
OPIEKUN FORUM
189 cm
Dyrektor strategii w AG Industries
Awatar użytkownika
Revenge is a dish; the truth is a pit; words are weapons… Do you follow?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her/bitch
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

  Odwrócił nieco głowę, kiedy objęła go od tyłu, odrywając wzrok od dokumentów. Dopiero wtedy spojrzał na godzinę. Było późno, później niż zakładał, że skończy, ale akurat w kwestii przeciągania pracy nie był najlepszą osobą do wypominania jej czegokolwiek. Sam zamierzał skończyć jakiś czas temu, tyle tylko, że w trakcie znalazł jeszcze parę rzeczy, a po nich jeszcze kolejne.
  — Jeszcze trochę — odpowiedział, przesuwając dłonią po jej palcach. Przytrzymał je, gdy pocałowała go w policzek i obrócił głowę bardziej w jej stronę, muskając ustami wierzch dłoni. — Przyjdę do ciebie, Amore.
  Nie określał tylko za ile.
  Puścił jej dłoń i wrócił do papierów. Przeczytał fragment, przy którym przerwał, dopisał coś skrupulatnie obok, a później zastygł na moment, słysząc swoje imię.
  Sam sposób, w jaki je wypowiedziała już był dla niego alarmujący.
  Wstał od razu, rzucając na biurko długopis i zabierając z blatu telefon. Zobaczył Navi przy garderobie i od razu podszedł bliżej, spojrzeniem przesuwając po pochylonej sylwetce. Szukał obrażeń. Nie znalazł niczego, co było samo w sobie jeszcze bardziej alarmujące.
  — Już jestem, carissima — odezwał się. Jego umysł pracował teraz na najwyższych obrotach i fakt, że nie zażądał od niej raportu co do stanu swojego zdrowia i tego co się działo wynikał tylko i wyłącznie z miesięcy, które poświęcił na naukę życia z tą kobietą.
  Nie był lekarzem. Niestety, bo akurat teraz przydałaby mu się ta wiedza znacznie bardziej niż większość rzeczy, które przez lata wpakował sobie do głowy. Ale miał ludzi, którzy byli lekarzami – bardziej lub mniej zaufanymi. Potrzebował tylko wiedzieć co, aby wiedzieć jednocześnie do kogo.
  Spojrzenie zatrzymał na jej dłoni przy brzuchu. To było pierwsze, najbardziej oczywiste skojarzenie, ale samo skojarzenie wciąż nie dawało mu odpowiedzi. Ciąża. Tyle wiedział. Wiedział też, że miała jeszcze czas, że chodziła na kontrole i do tej pory wszystko było w porządku, ale akurat teraz to ostatnie stwierdzenie drażniło go wyjątkowo mocno. W porządku była przecież parę minut temu, gdy całowała go w policzek.
  Teraz wyglądała tak.
  Ten widok niemal burzył wiecznie opanowaną taflę jego umysłu.
  Trudno było nie próbować powiązać tej nagłej zmiany z ciążą, a przez te kilka miesięcy jego perspektywa była niezmienna. To Navi była jego priorytetem, niezależnie od tego, jak według niektórych, barbarzyńsko by to nie brzmiało. To ona była jego partnerką, jego integralną częścią. I jeśli dziecko było powodem jej dyskomfortu i zagrożenia, jego werdykt był taki, który nie pasowałby znacznej większości pro rodzinnych osób.
  Stanął bliżej, wsuwając dłoń za jej plecy, żeby miała w nim podparcie. Nie odciągał jej od futryny, nie próbował prostować, choć to było dość nieprzyjemne, patrzeć na nią pochyloną w ten sposób i nie wiedzieć nawet czy mógł ją poruszyć, żeby czegoś nie pogorszyć. Czegoś. Wyjątkowo szerokie określenie, a on nie znosił pracować na tak nieprecyzyjnych danych. Tym bardziej kiedy dotyczyły jej i nawet najprostszy ruch wymagał nagle zastanowienia.
  — Co się dzieje, Amore? — zapytał, pochylając głowę, żeby łatwiej było mu spojrzeć na jej twarz.
  Niewiedza była dla niego wybitnie frustrująca. Nie lubił jej, bo brak wiedzy był niemal równy brakowi kontroli, a tej drugiej rzeczy potrzebował, aby w ogóle funkcjonować w tym świecie. Dlatego im dłużej pozostawał bez odpowiedzi, tym większa była burza jego własnych myśli, projektujących rozwiązania.
  Przeniósł wolną dłoń na jej policzek, przesuwając kciukiem po skórze.
  Nie podobał mu się jej oddech. Nie podobało mu się spojrzenie, które podniosła na niego i chyba przede wszystkim nie podobało mu się, że patrzyła właśnie na niego, a on nie miał jeszcze gotowego rozwiązania. Zwykle je miał. Albo przynajmniej potrafił znaleźć je odpowiednio szybko.
  — Mów do mnie — dodał łagodniej, odgarniając włosy przy jej twarzy.

Navi Salvatore
pies (dc: canine.west)
Secrets are coins better saved, than spent.
28 y/o
Indulge in local cuisine
162 cm
właścicielka restauracji koreańskiej
Awatar użytkownika
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Bolało. Niezwykle bolało. Był to ciągły skurcz, niesamowicie silny, który nie ustępował. Z podbrzusza promieniował na całe ciało, nie pozwalając jej się ruszyć, bo każde napięcie mięśni powodowało duży dyskomfort. Ciężko było jej nawet oddychać. Potrzebowała pomocy. Skurcze już się jej zdarzały, ale nigdy tak silne. I nie trwały one tak długo jak teraz.
Na szczęście, jej mąż przyszedł szybko, chociaż każda sekunda wydawała się dłużyć.
Już jestem, carissima.
Ulga jedynie na chwilę pojawiła się w jej sercu, które zaraz mocniej się ścisnęło, gdy starała się po raz kolejny wytrzymać nieprzyjemną falę bólu. Sama świadomość, że nie jest sama była jednak wystarczająco uspokajająca. Bo przecież skoro był obok, to wszystko będzie dobrze. Nie będzie musiała radzić sobie z tym dyskomfortem sama.
Nie umiała się jednak wyprostować, a oddech był ciężki. Podniosła jednak na niego swoje obolałe, wystraszone spojrzenie. Czuła, że coś jest nie tak. Nie chodziło nawet o przyspieszony termin porodu, ale o fakt, że jej przeczucie podpowiadało, że jest źle. Z nią. Z dzieckiem.
— Skurcze — powiedziała krótko, bo każde jedno słowo przychodziło jej z trudem. — Są o wiele mocnie- — nie dokończyła, bo zamiast końca zdania, z jej ust wydobył się jęk bólu, który prawie zgiął także jej kolana.
Z tego bólu chciało jej się płakać, ale zamiast tego, po prostu mocniej oddychała przez usta, próbując w jakikolwiek sposób się opanować. Jakby to miało pomóc na ból. Niestety, nie działało tak, jak by sobie tego życzyła.
Ból był jednak pulsujący. Nasilał się i malał, ale w dalszym ciągu był bardzo wyczuwalny. Zaciskała palce na drewnianej framudze drzwi tak kurczowo, że nawet nie zauważyła kiedy jej pod paznokciami zaczęła mieć ich drobne kawałki.
— Coś jest nie tak, mam jeszcze miesiąc — wydusiła z siebie, w dalszym ciągu trzymając się za okolice podbrzusza, dokładnie tam, gdzie czuła największy dyskomfort.
Bała się. Naprawdę się bała. I to nie o siebie.
Nigdy nie miała instynktu macierzyńskiego. Nigdy wcześniej też nie chciała mieć dzieci, głównie ze względu na to czyją żoną była. Odkąd jednak związała się z Giovannim, zauważyła, że życie może być przyjemne. A kiedy zaszła w ciążę, początkowo była przerażona. Z biegiem czasu jednak pojawiło się coś nieznajomego. Instynkt, któremu zaprzeczała. Przez te osiem miesięcy ciąży zdążyła się przywiązać. Czuła każdy ruch coraz lepiej rozwiniętego dziecka, zwłaszcza w ostatnim czasie, a wizja bycia matką zaczęła być ekscytująca.
Nawet jedna z sypialni w apartamencie została już przerobiona na pokój dziecięcy. Dziewczęcy dokładniej, bo spodziewali się córki. Godzinami siedziała wybierając każdy szczegół, kolor farby, lampkę, zabawki, kołyskę, wózek, ubranka. Była gotowa na poród, chociaż wiedziała, że będzie on bolesny i nieprzyjemny, ale wiedziała podświadomie, że teraz, to nie był jego początek.
Kolejny skurcz niemalże zwalił ją z nóg, na których i tak się ledwo trzymała. Z gardła uciekł jej jęk przepełniony bólem. Instynktownie chwyciła przedramię męża, zaciskając na nim mocno palce. Mało delikatnie, próbując jakoś odreagować ten dyskomfort.
— Musimy jechać do szpitala — wystękała bliska płaczu, modląc się w duchu, aby to faktycznie były po prostu skurcze, a ona zwyczajnie panikowała.

Giovanni Salvatore
38 y/o
OPIEKUN FORUM
189 cm
Dyrektor strategii w AG Industries
Awatar użytkownika
Revenge is a dish; the truth is a pit; words are weapons… Do you follow?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her/bitch
typ narracjitrzecioosobowa, ograniczona
czas narracjiprzeszły
postać
autor

  Sposób, w jaki funkcjonował jego mózg, bardzo chętnie spłaszczano, bez wcześniejszego zrozumienia, to określenia – maszyna. Robot, bo ten kojarzył się z płytkim zrozumieniem, bądź całkowitym jego brakiem, dla emocji. Czasami wygodniejszą nazwą, dla niektórych, było zabranie mu człowieczeństwa i nazywanie potworem, bo dla wielu nieludzkim był brak empatii. Brak możliwości rozpatrywania spraw na poziomie emocjonalnym.
  Kiedyś rozmawiał z Navi na ten temat; próbował jej to wytłumaczyć, ale świadom był, że nigdy tego w pełni nie zrozumie, podobnie jak on nigdy w pełni nie zrozumie jej perspektywy, niewypaczonej z podstawowego wachlarza z emocji.
  Sposób, w jaki on funkcjonował na co dzień, opierał się na strukturach. Na hierarchii wartości, na ułożonym systemie, w którym wszystko miało swoje miejsce, a było tym więcej warte, im więcej korzyści, nie tylko materialnych, mogło przynieść.
  Tylko jedna kobieta była wyjątkiem od całej tej zasady i znajdowała się w przestrzeni nie do końca należącej do systemu. Płynnie przesuwała się każdego dnia między poszczególnymi elementami jego konstrukcji i jednocześnie stanowiła integralną, potrzebną jej część.
  Zrozumienie tego zajęło mu miesiące. Pogodzenie się z tym – kolejnych parę.
  Ale sprowadzało się to do najważniejszego wniosku: Navi była jego, Navi była nim. Oznaczało to, w znacznym uproszczeniu, że nie było już wersji struktury jego codzienności, w której uwzględniony zostałby jej brak.
  A to z kolei prowadziło do jednego werdyktu – była niezmiennie najważniejsza w jego życiu. Nawet wieść o dziecku, mającym przyjść na świat, tego nie zmieniała. Aby nie zabrzmieć bezdusznie – nie potrafił nawet założyć, technicznie i według własnej struktury, aby włączyć do systemu coś – a raczej: kogoś – kogo nie poznał i kto po prostu był. Niewinny, nieprzydatny, choć zrodzony z jego krwi. A który w dodatku był sprawcą bólu, dyskomfortu i możliwego zagrożenia dla najistotniejszego elementu.
  Dlatego przez całą ciążę czuwał nad Navi, by upewnić się, że nie zagraża ona ani życiu, ani jej zdrowiu. Sprawdzał ją podwójnie, pomijał jej własne odpowiedzi, aby mieć pewność, że niczego nie zataja – zaślepiona kolejną emocjonalną słabością: matczynym instynktem – w obronie nienarodzonego dziecka.
  Może więc był maszyną. Bezdusznym robotem, który funkcjonował w zdrowym świecie.
  A może po prostu miał zdrowszą perspektywę, niż większość, fałszywie wyidealizowanego społeczeństwa, które błędnie zakładało, że najważniejsze było dziecko; dopiero później matka czyli partnerka.
  Przesunął dłoń dalej za jej plecy, kiedy resztę zdania zastąpił jęk. Podchwycił ją pewniej, nie próbując prostować; spojrzenie na moment zsunęło mu się na jej palce kurczowo trzymające framugę, a później wróciło do twarzy. Zacisnął zęby – nie odpowiadało mu to, jak brzmiał jej głos, jak z trudem wydobywała z siebie kolejne słowa, choć nie potrzebował już więcej, żeby wiedzieć do kogo zadzwonić.
  — Wiem, Amore — odpowiedział na wzmiankę o miesiącu. Wolną dłonią odgarnął włosy przy jej twarzy, przez krótką chwilę trzymając palce przy skroni. — Spójrz na mnie. — Sam nie spuszczał z niej wzroku. Nawet kiedy mocno chwyciła go za przedramię, nie zerknął w dół ani nie próbował rozluźnić jej palców. — Jedziemy. Wszystkim się zajmę.
  Sięgnął po telefon, nadal podtrzymując ją przy sobie. Wezwał ich lekarza do szpitala, nie wdając się w szczegóły i poinformował że sam przywiezie żonę. Lekarz miał już tam być. Miał dopilnować, żeby ktoś czekał na Navi, zanim dojadą.
  Schował telefon i pochylił się, muskając, w wyuczonym odruchu, ustami jej skroń. Na moment zatrzymał przy niej twarz. Nie powiedział niczego o dziecku, nie zapytał o nie – nie interesowało go w tej chwili. Liczyła się tylko ona.
Przesunął tylko kciukiem po jej policzku.
  — Wezmę cię na ręce — powiedział ciszej, wsuwając drugą rękę pod jej kolana. Podźwignął ją ostrożnie i przytrzymał blisko siebie, upewniając się, że nie wywołuje to w niej większego dyskomfortu.
  Tym sposobem przeszedł z nią do garażu; otworzył drzwi od pojazdu i umieścił Navi na fotelu, dostrajając jego ustawienie tak, aby móc zapewnić jej jak najmniej inwazyjną pozycję. Później obszedł pojazd i wsiadł od strony kierowcy, bez zbędnej zwłoki uruchamiając go.
  Wyjechał na drogę, skupiając swoją uwagę na trasie oddzielającej ich od szpitala. Co jakiś czas zerkał kontrolnie na partnerkę.
  — Jeszcze kawałek, Amore. Zaraz będziemy
  
Navi Salvatore
pies (dc: canine.west)
Secrets are coins better saved, than spent.
28 y/o
Indulge in local cuisine
162 cm
właścicielka restauracji koreańskiej
Awatar użytkownika
When is a monster not a monster?
Oh, when you love it.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Bała się. Szczerze, po ludzku się bała.
Sęk w tym, że nie o siebie.
Wcześniej nigdy nie pomyślałaby, że faktycznie obudzi się w niej instynkt macierzyński, bo też nie myślała, że kiedykolwiek zajdzie w jakąkolwiek ciążę. Nie było tajemnicą, że dziecko, które aktualnie nosiła pod sercem nie było planowane. Jak już jednak została postawiona przed faktem dokonanym, nie zamierzała się wycofać i z każdym miesiącem czuła się coraz bardziej przywiązana do córki, którą miała urodzić.
A został tylko miesiąc do porodu. W teorii.
Nie spodziewała się, że cokolwiek może pójść źle. Bardzo poważnie i odpowiedzialnie podeszła do tematu. Zrezygnowała nawet z kawy. Brała wszystkie przepisane witaminy, nie przepracowywała się, regularnie chodziła do ginekologa na kontrole, gdzie wszystko miało wyglądać dobrze, nie stresowała się, dobrze się odżywiała. Robiła wszystko, aby donosić ciążę i urodzić w pełni zdrowe dziecko.
Ale coś, kurwa, poszło nie tak, i teraz zwijała się z bólu, czując niezwykle nieprzyjemne skurcze, których być nie powinno. Bo nie tak wyglądały ruchy, nie tak wyglądał Braxton- Hicks, a nie czuła się jakby miała rodzić. Czuła, że coś jest nie tak.
Szczęście w nieszczęściu, że dotarła do domu, gdzie był jej mąż, zanim zaczęło się to dziać.
Ufała mu całkowicie, w każdej chwili swojego życia, zwłaszcza teraz, gdy potrzebowała go najbardziej. Spojrzała na niego, gdy potwierdził, że pojadą do szpitala i chociaż powinna czuć się lepiej, to jej spojrzenie wciąż było wystraszone i obolałe. Bo straszliwie ją bolało, zwłaszcza gdy nadchodził kolejny skurcz, który zwalał ją z nóg.
Oddychała ciężko, starając się uspokoić, jakby to miało chociaż trochę zmniejszyć jej dyskomfort. Przytaknęła jedynie na informację, że weźmie ją na ręce, mentalnie się przygotowując do bólu, który mogło to spowodować. Zacisnęła mocniej zęby, spinając mimowolnie mięśnie, gdy jej nogi oderwały się od ziemi.
Oparła głowę o jego ramię i przymknęła oczy, starając się nie ruszać. Trzymała się wciąż za brzuch, jakby to miało złagodzić wszystkie objawy oraz skurcze. I powstrzymać rozwój problemów, które właśnie miały miejsce.
Gdy usiadła na siedzeniu auta, wypuściła powoli powietrze z płuc, nie zauważając, że prawie cały czas je wstrzymywała. Uważała teraz nawet na to jak oddycha.
Chwyciła się jedną ręką za oparcie w drzwiach, ściskając na nich mocno swoje palce. Skurcze przychodziły falami. Raz się uspokajały i dyskomfort był wyczuwalny w czterdziestu procentach, ale gdy uderzały, to miała wrażenie, że coś ją rozrywa od środka. I żadna pozycja nie łagodziła tego stanu.
Oczy miała szkliste od bólu i strachu, które walczyły o pierwsze miejsce w jej głowie. Strach jednak wygrał w momencie, jak przy kolejnym skurczu poczuła wilgoć między nogami.
Sięgnęła palcami do luźnych spodni, które na sobie miała.
Nie były to wody płodowe.
Tylko krew. Sporo krwi.
Szczere przerażenie wstąpiło na jej twarz mikrosekundy przed kolejnym skurczem, dzięki któremu ból zastąpił jakikolwiek inny wyraz. Odgłos cierpienia wymieszał się z dźwiękiem silnika. Chwyciła mocno podłokietnik w drzwiach, zaciskając na nim swoje palce.
— Szybciej — błagała, niemalże łamiącym się głosem, wciskając mocno plecy w oparcie fotela na którym siedziała.
Miała wrażenie, że zaraz odejdzie od zmysłów. Bolało ją absolutnie wszystko i to w mocy przekraczającą jakąkolwiek skalę. Nawet wcześniejsze postrzelenie, przez które była bliska śmierci, nie dawało tak silnych odczuć.
Całą swoją nadzieję teraz pokładała w Giovannim. I lekarzach, którzy mieli już na nich czekać.

Giovanni Salvatore
ODPOWIEDZ

Wróć do „#105”