27 y/o
Mark your calendar for Canada Day
170 cm
Specjalistka ds. marketingu w Ironcrest Development
Awatar użytkownika
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Baby, where the hell is my husband
And what's taking him so long,
to find me


To miała być zwykła kolacja z ojcem. Na jego życzenie, przyjechała o umówionej porze do jego ulubionej restauracji i, ubrana w białą sukienkę z delikatnym dekoltem z przodu, postukiwała obcasami za kelnerem w drodze do stolika. Po trzecim nakryciu od razu miała złe przeczucia.
Nie myliła się, bo kiedy zdążyła usiąść i zapytała Thomasa z wystudiowaną swobodą w głosie, czy na kogoś jeszcze czekali, jego zadowolony uśmiech zwiastował nadchodzące kłopoty.
A właściwie jeden, konkretny, o imieniu Nathan. Był przystojny, szarmancki i miał wszystko, czego można było oczekiwać po mężczyźnie, który… świadomie godził się na szatańskie plany jej ojca. Z miejsca nie spodobało jej się jego lizusostwo, więc złośliwy impuls w jej głowie nakazał jej go podchodzić przy każdej nadarzającej się okazji. Podczas ich rozmowy nie kryła przy tym, że jej miłe usposobienie to tylko pozory, bo w rzeczywistości uwierało ją, że Thomas znowu kombinował coś za jej plecami. Z każdą chwilą jej kąśliwość, ukryta za przepięknym uśmiechem, zaczynała coraz mocniej doskwierać starszemu Covingtonowi, aż podczas składania zamówienia zwrócił jej uwagę. Rudowłosa w odpowiedzi zamrugała niewinnie, jakby nie rozumiała, o co mu chodziło. Niemniej z dumą zajrzała do karty, żeby zamówić wszystko, co było najdroższe. Skoro tatuś stawiał…
Kiedy kelner odszedł, starszy mężczyzna przestał się już patyczkować i przeszedł do meritum sprawy. A wtedy mina Adeline automatycznie spoważniała. Wraz z każdym następnym słowem, z którym gorliwie wyrażał nadzieję na jej rychłe zamążpójście oraz przypominał o jej obowiązkach jako kobieta, powoli zaczynało się w niej gotować.
Nawet nie poruszyła się na danie, które zostało jej podstawione pod nos, wpatrując się w bezruchu w Thomasa, ledwo zwracając uwagę na paplaninę Nathana, który był równie mocno zaangażowany w sprawę. Wiedziała, czemu — ojciec obiecał mu udziały w firmie.
Dopiero z tego przedziwnego odrętwienia obudził ją dźwięk tłuczonego szkła i następujące po nim krzyki. Odwróciła na moment głowę w tamtą stronę, gdzie dostrzegła kelnera, który jeszcze przed chwilą obsługiwał ich stolik, wykłócającego się o coś z kierownikiem sali. Ich wymianę zdań szybko zagłuszyły kuchenne drzwi.
Gdy przeniosła wzrok z powrotem na tatę, posłała mu sztuczny uśmiech.
— Po moim trupie — wycedziła przez zęby, przeciągając każdą głoskę, i, nie bacząc na zdumienie Nathana i ostrzejszy ton Thomasa, demonstracyjnie sięgnęła po torebkę i podniosła się z miejsca, szurając przeraźliwie krzesłem, po czym wyszła pospiesznie z restauracji.

Nieco chłodne powietrze uderzyło w jej rozpalone ze złości policzki, ale nie zatrzymała się. Bezwiednie skierowała swoje kroki za najbliższy róg, chcąc jak najszybciej zniknąć z oczu w razie, jakby tatulek postanowił za nią wybiec.
Wrzało w niej z narastającego gniewu, a jednocześnie czuła tak ogromne rozgoryczenie, że zaraz po wsunięciu się w uliczkę za budynkiem, oparła się plecami o ścianę i złapała mocniej powietrze w płuca.
Gdyby tylko mogła tak utrzeć nosa swojemu ojcu!
Trwała tak przez kilka sekund, próbując ujarzmić kotłujące się w niej emocje, aż drzwi od zaplecza nieopodal otworzyły się z hukiem i wypadł z nich wyraźnie rozeźlony mężczyzna. Przełknęła nerwowo ślinę, przypatrując się mu badawczo, a gdy rozpoznała w nim tego samego kelnera, który chwilę wcześniej przyniósł jej do stołu posiłek, a potem pokłócił się z kierownikiem, odetchnęła nieco.
— Co za wieczór, co? — zagaiła, odbijając się od ściany, i powoli podeszła do niego. Przecież zdawała sobie sprawę, że coś nie coś musiał podsłyszeć w trakcie tej osobliwej kolacji. — Nie wiem, kto jest w gorszym położeniu — pracownik, który stracił pracę u jakiegoś gbura, czy laska, której ojciec próbuje na siłę ułożyć życie — stwierdziła nieco ironicznie i wzruszyła niedbale ramionami, po czym skrzyżowała je na klatce piersiowej, przystając nieopodal mężczyzny.
Już wcześniej zauważyła jego nietypową, szlachetną urodę, ale dopiero teraz miała szansę przyjrzeć mu się uważniej. Surowe rysy twarzy i przenikliwe spojrzenie kontrastowały z kręconymi, jasnymi włosami, sprawiając, że naprawdę było na czym zawiesić oko. Jej uwadze nie umknęły również widoczne spod koszuli tatuaże na szyi oraz dłoni.

Aslan Mountbatten
27 y/o
For good luck!
190 cm
kuchcik u boku żony
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona, jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pracował w tej restauracji od kilku miesięcy, ale od jakiegoś czasu miał wrażenie, że szef zaczął mieć z nim jakiś problem. Aslan nie bardzo wiedział, czy chodziło o to, że żona mężczyzny coraz częściej wpadała do lokalu i zdawała się coraz śmielej wdawać z nim w rozmowy, czy może rzeczywiście zaczął mieć wobec niego wymagania, których sam nie potrafił jasno zdefiniować.
Niemniej Aslan niezmiennie robił swoje. W zależności od potrzeb menadżera na zmianę kelnerował, siedział na zmywaku, a od czasu do czasu nawet zastępował któregoś z kucharzy.
Właśnie to sprawiało mu zdecydowanie najwięcej satysfakcji. W końcu... lubił gotować.
Tego wieczoru, o tej konkretnej godzinie, miał pod opieką cztery stoliki, jednak jeden z nich szczególnie przykuł jego uwagę. Siedząca przy nim młoda rudowłosa kobieta, ku wyraźnemu brakowi entuzjazmu starszego mężczyzny, zamówiła wszystkie najdroższe dania z karty. Aslan z uprzejmym, acz delikatnie widocznym rozbawieniem poinformował ich, że potrawy pojawią się w ciągu dwudziestu minut. Następnie skłonił lekko głowę i odszedł.
W międzyczasie podczas obsługiwania pozostałych stolików, nie sposób było mu nie zauważyć zachowania tamtych gości. By,ć może trochę wścibsko, ale ukradkiem zerkał w ich stronę. Starszy mężczyzna notorycznie podnosił głos, rozprawiał o zamążpójściu oraz obowiązkach kobiet. Z każdym kolejnym podobnym komentarzem Aslanowi coraz trudniej było powstrzymać zażenowanie. W pewnym momencie prychnął z kpiną nad głową Thomasa, kiedy akurat zmierzał w kierunku kuchni.
Ba, czasy patriarchatu dawno przecież minęły. Tym bardziej nie rozumiał, dlaczego mężczyzna próbował wbić te archaiczne przekonania do głowy swojej (jak zdążył się domyślić) córki. W dodatku mimowolnie okrzyknął siedzącego przy tym samym stole drugiego mężczyznę mianem pizdusia. Nie potrafił bowiem pojąć, jak można z tak bezmyślnie potakiwać na słowa dominanta, a następnie dorzucać pełne zachwytu anegdotki, od których Aslan miał ochotę zwrócić porannego tosta. Gdyby to od niego zależało, jedyne co posłałby w ich stronę, to anielski orszak.
Nie mógł się jednak wtrącać, więc zaczął nakładać gotowe dania na tace. W pewnym momencie jeden z półmisków z kawiorem zsunął się z krawędzi i po chwili rozbił o podłogę. I zanim Aslan zdążył zacząć sprzątać, tuż obok pojawił się szef, który jak zwykle nie szczędził mu obelg oraz krytyki.
Po tylu sytuacjach, w których zdołał zacisnąć zęby i przełknąć kąśliwe uwagi, jego pokora sięgnęła końca. Spojrzał na przełożonego z piętrzącym się w oczach zdenerwowaniem, po czym z impetem kopnął kawałek rozbitej porcelany i powiedział wprost, co sądził o takim traktowaniu.
Po wszystkim otrzymał wypowiedzenie. Wciąż w czarnym uniformie, z bomberką niedbale zarzuconą na plecy i zgniecioną paczką papierosów w dłoni, wyszedł drzwiami od zaplecza. Chwilę później nerwowo odpalił tytoń i niby nonszalancko się nim zaciągnął. Właśnie wtedy ciszę zaułka oraz jego rozhulane myśli zmącił głos, a potem kroki.
Słysząc głos kobiety, którą natychmiast rozpoznał, gdy tylko wyszła z cienia, ponownie zaciągnął się papierosem. Zaraz odwrócił głowę i wypuścił chmurę dymu gdzieś w przestrzeń, jednocześnie chroniąc ją przed tym nieprzyjemnym doznaniem.
Akurat w tym momencie Aslan nie miał ochoty na rozmowę, dlatego na słowa nieznajomej odpowiedział jedynie ironicznym prychnięciem. Po chwili ponownie skierował ku niej twarz. Bez trudu mogła odczytać zdenerwowanie czające się w jego jasnych oczach oraz niezadowolenie wypisane w każdej zmarszczce.
Pomimo wszystko całkiem odruchowo przetworzył pytanie kobiety i musiał przyznać, że nie znał na nie odpowiedzi. Nie wiedział, które z nich znalazło się w gorszym położeniu, dlatego ostatecznie mlasnął i ostentacyjnie kiwnął głową.
— Więcej optymizmu — rzucił zupełnie znienacka, sztucznie rozbawionym tonem, zupełnie niepasującym do tej cholernie patowej sytuacji. Zaraz zaciągnął się jeszcze raz, po czym rzucił niedopałek na ziemię i przygniótł go czubkiem buta. — Kto jest w lepszej sytuacji? Pracownik, który właśnie zyskał wolny wieczór, czy laska, która nie potaknęła ojcu i zostawiła go z gigantycznym rachunkiem? — pociągnął temat, sugerując się tym, co zdążył wywnioskować. — Jutro poszukam czegoś innego. — Wzruszył ramionami. — Też walcz dzielnie — i właściwie zamierzał odejść.

Adeline Covington
27 y/o
Mark your calendar for Canada Day
170 cm
Specjalistka ds. marketingu w Ironcrest Development
Awatar użytkownika
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Dla Adeline pomysł ojca nie był żadną nowością. Co prawda, nie spodziewała się tak bezpośredniego ruchu z jego strony w najbliższym czasie, niemniej mogła się tego po nim spodziewać. Już od dawna wojowała z nim w kwestii zamążpójścia, zbywając i sabotażując jego plany jak tylko mogła.
Sytuacja na kilka lat ustabilizowała się w momencie pojawienia się w jej życiu Sullivana, który z miejsca zdobył miano przyszłego zięcia oraz przychylność najstarszego Covingtona. Wówczas Ade również tak uważała. Ich zaręczyny uszczęśliwiły wszystkich. Nic dziwnego, że po powrocie Hartleya nadzieje Thomasa się ożywiły. I mimo rozmówienia jego córki ze swoim byłym partnerem, nie odpuścił.
Z tym, że rudowłosa zaczynała coraz bardziej zdawać sobie sprawę, że żeby uszczęśliwić ojca, mogła jedynie być ślepo mu posłuszna. Wyjazd do Włoch uświadomił jej też, że wykonywanie jego poleceń i usilne próby zaskarbienia sobie jego lodowatego serca wcale nie uszczęśliwiały j e j. Tak, jak wybrała siebie ponad Sully’ego, tak przyszedł czas na zrobienie tego samego z tatą.
Miała mu za złe to, jak ją traktował po wszystkim, co dla niego robiła, więc w jej umyśle zaczęła gościć coraz śmielsza myśl, że powinna mu się za to odwdzięczyć. W końcu była dorosła, miała prawo sama decydować o własnym życiu i żyć według własnego uznania.
Równie dobrze sama mogę znaleźć sobie męża.
Naprawdę miała ochotę zapalić. Rzadko sięgała po fajki, ale w chwilach takich, jak ta, nikotyna zdecydowanie mogła ukoić jej zszargane nerwy. Nieznajomy, z fajką w zębach, trafił się więc jej idealnie.
Jego pozytywna wersja sytuacji, w której się znaleźli, na chwilę zatrzymała jej myśli. Gdyby nie fakt, że znała Thomasa, przyjęłaby tę perspektywę z otwartymi ramionami, ale jej walka przyjmowała formę tej z wiatrakami — bezsensownej. Chyba, że pobiłaby ojca jego własną bronią.
Nagły impuls wraz z odwracającym się od niej mężczyzną przyprawił ją o szybsze bicie serca.
— Poczekaj! — zawołała pospiesznie, gdy w jej głowie zaczęła klarować się pewna myśl. Gdy mężczyzna przystanął, przełknęła nerwowo ślinę. — Wiem, jak moglibyśmy rozwiązać nasze problemy na jakiś czas. Myślę, że możemy sobie pomóc — powiedziała, z wolna ważąc słowa, jeszcze przez chwilę intensywnie nad czymś rozmyślając. Następnie podniosła na niego spojrzenie, już znacznie pewniejsze, jakby właśnie podjęła decyzję. — Nie chcesz zarobić? Stała pensja, trzy razy wyższa niż kelnerowanie, możliwe bonusy za zaangażowanie, elastyczne godziny pracy. Ty nie musiałbyś się użerać z takimi pracodawcami jak tutaj, a ja przytarłabym nosa ojcu i dałby mi spokój — powiedziała zdecydowanym głosem, przy ostatnich słowach spoglądając na niego wymownie.
Serce biło jej jak oszalałe, bo to, do czego dążyła, było chyba najbardziej szaloną rzeczą, jaką przyszło jej dokonać, ale… była zdesperowana. Zbliżyła się do nieznajomego, przystając niespełna krok przed nim. To czyste wariactwo, dudniło jej w głowie, na co odetchnęła nieznacznie, próbując w ten sposób dodać sobie odwagi. Co miała do stracenia?
— Proponuję układ. Zostań moim mężem — zaproponowała w końcu, patrząc na niego z powagą i zapewne czającymi się w jej oczach iskrami szaleństwa. Nie poczekała na odpowiedź. — Na rok. Małżeństwo, które istnieje głównie na papierze. Jedyne, czego oczekuję to wiarygodności przy ojcu i obecności wszędzie tam, gdzie będzie wymagało tego towarzystwo męża. Nikt nie może poznać prawdy — wyjaśniła prędko, chcąc postawić sytuację jasno — w tym szaleństwie była metoda.
Mężczyzna, którego imienia nawet nie znała, wydawał się być idealnym kandydatem na zmiażdżenie dalekosiężnych planów jej ojca. Zwykły kelner, bez większych perspektyw, z wykupioną lojalnością sprawdziłby się do tej roli wręcz znakomicie. Za opłatą robiłby wszystko, co by mu kazała, byle tylko dokuczyć Thomasowi. A ona, po takim fikcyjnym ślubie, wcale nie musiałaby się niczym ograniczać. Ślub był tylko formalnością. Rozwody też.
Była szalona.

Aslan Mountbatten
27 y/o
For good luck!
190 cm
kuchcik u boku żony
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona, jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Na dźwięk tak głośnego i gwałtownego poczekaj odruchowo zatrzymał się w połowie kroku i odwrócił przez ramię. Dopiero gdy nieznajoma rozpoczęła kolejną wypowiedź, ponownie zdecydował się stanąć przed nią w pełnej krasie i opieszale wsunął ramiona w rękawy bomberki, którą chwilę wcześniej niedbale trzymał przewieszoną przez bark.
— Co ty możesz wiedzieć — prychnął rozbawiony nie tylko zasłyszanymi słowami, ale i widokiem tej osobliwej desperacji, która niespodziewanie rozbłysła w oczach kobiety.
Wtedy, jakby w końcu poświęcając jej więcej uwagi, przesunął wzrok wzdłuż jej drobnej sylwetki. Miała oczy w ładnym kolorze, którymi nad wyraz przenikliwie taksowała jego twarz; intensywnie rude włosy i... jak stwierdził po pobieżnej ocenie, uroczą buzię.
Zaraz jednak zmarszczył brwi i podejrzliwie zmrużył powieki, jednocześnie przekręcając głowę na bok. Z ust Aslana wyrwało się przeciągłe syknięcie, po którym kilkukrotnie cmoknął, jakby nie do końca dowierzał tak d-o-b-r-y-m, acz niespodziewanym warunkom pracy.
Gdzieś musiał być haczyk. Coś musiało w tym wszystkim nie grać, skoro była skłonna zaproponować jakąś posadę całkiem obcemu mężczyźnie. W dodatku takiemu, który ledwo co został wyrzucony z poprzedniej.
Niemniej nie chciał od razu odmawiać. Sytuacja Aslana była patowa. Od jakiegoś czasu ledwo wiązał koniec z końcem. Zalegał z czynszem, z ratą za tę i tamtą pożyczkę oraz paroma innymi opłatami. Miał mnóstwo problemów i, jak dotąd, niewielkie perspektywy na ich szybkie rozwiązanie.
W milczeniu uniósł brodę i skrzyżował ramiona, kiedy nieznajoma przystanęła raptem krok przed nim. Mimowolnie drgnął, gdy wspomniała o układzie. U k ł a d y zazwyczaj niosły ze sobą widmo niepokoju, a ten na moment rozlał się w jego sercu, gdy kobieta dokończyła wypowiedź.
Wówczas uniósł brwi, a przez jego twarz przemknęło ogromne zdumienie. W oczach Aslana odbił się szok, kiedy wpatrywał się w rozedrgane źrenice kobiety i obserwował, jak przemknęło przez nie coś na kształt szaleństwa.

No, pieprznięta wariatka; sarknął we własnej głowie. Pewnie sprzeda mnie na organy; dodał w myślach, po czym znowu cmoknął.

Przywykł do tego, że kobiety proponowały mu na przykład seks, ale nigdy małżeństwo. To było coś nowego.
— Na rok — powtórzył, zastanawiając się przez chwilę.
Na moment odwrócił głowę w stronę ulicy, a potem intuicyjnie zerknął na te obskurne drzwi od zaplecza, które raptem kilka minut temu przekroczył w tak okropnym humorze. Następnie znów nawiązał kontakt wzrokowy z nieznajomą.
To szaleństwo. Cholerne szaleństwo, ale w takim wykonaniu, jakie zaprezentowała mu kobieta, brzmiało naprawdę wiarygodnie. W końcu widział i słyszał, jakie bzdury wygadywał jej ojciec. Nawet zdążył przyjrzeć się potencjalnemu kandydatowi na jej męża i musiał przyznać, że kijem by go nie tknął. W dodatku całą rodziną zawitali do George Restaurant, jednego z droższych lokali w Toronto, więc po prędkim przekalkulowaniu stwierdził, że pieniędzy im nie brakowało.

Ba, łatwa robota. Trzykrotna pensja, a może jeszcze wynegocjowałby coś więcej.

— Chcę się upewnić, że dobrze to zrozumiałem — odezwał się po naprawdę długiej chwili ciszy i uniósł wytatuowaną dłoń, po czym delikatnie nią kiwnął. — Mam udawać twojego męża, aby wkurzyć twojego tatusia? — W tym był dobry. Świetnie trafiła. Ileż to razy denerwował jakichś mężczyzn czy to swoim niewyparzonym językiem, czy w momentach, kiedy uciekał z łóżek ich niewiernych kobiet. Brzmiało prosto, choć nadal... mało sensownie.
Przełknął ślinę. Serce zabiło mu mocniej pod wpływem paru wątpliwości, ale musiał kuć żelazo, póki było gorące. Może był kretynem, skoro decyzję również podjął w ciągu kilku sekund.
— Jestem praktykującym katolikiem. Ślub musi być kościelny — rzucił niespodziewanie. — Znam jednego księdza. Jeżeli chcesz, możemy to zrobić w ciągu godziny — dodał i tym razem to on z wyczekiwaniem spojrzał na rudowłosą.

dear lady
27 y/o
Mark your calendar for Canada Day
170 cm
Specjalistka ds. marketingu w Ironcrest Development
Awatar użytkownika
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przez cały czas, gdy streszczała mężczyźnie swój genialny plan, nie spuszczała z niego wzroku. Obserwowała, jak wraz z każdym kolejnym zdaniem przez jego twarz przebiegały coraz to inne emocje — od nieufności, przez konsternację, aż po niepokojące milczenie, gdy skończyła.
Stojąc przed nim, starała się odczytać z jego mimiki odpowiedź, a upływające w milczeniu sekundy zdawały się ciągnąć wieczność. Mimowolnie zaczął rosnąć w niej niepokój oraz wątpliwości, czy to nie było jednak zbyt pochopne z jej strony. Jej umysł pracował na pełnych obrotach, podsuwając jej naprawdę różne myśli.
Na pewno miał ją za wariatkę. Nikt przy zdrowych zmysłach nie prosił obcej osoby o ślub po to, żeby odpłacić się ojcu za wieczne lekceważenie. Tym bardziej, że proponowała za to pieniądze, wcale nie takie małe. Ta desperacja z pewnością aż biła po oczach, ale przecież nie szkodziło jej zapytać. Ryzykowała jedynie wyśmianie, a całą swoją propozycję równie dobrze sama mogła obrócić w żart.
Z drugiej strony tatuś zdążył nauczyć ją, że wiele osób zwyczajnie dało się przekupić. Nie musiała daleko szukać, wystarczyło spojrzeć na podsuniętego jej w restauracji amanta, by wiedzieć, że pieniądze rzadko kiedy zawodziły. Nic więc nie stało jej na przeszkodzie, żeby spróbować kupić sobie czyjąś lojalność.
Gdy więc w końcu nieznajomy powtórzył za nią słowa w wyraźnym zastanowieniu, energicznie pokiwała głową.
— A potem nasze drogi jakby nigdy nic się rozejdą — potwierdziła z pełnym przekonaniem i machnęła ręką w powietrzu.
Patrzyła na niego z oczekiwaniem, próbując nie okazać po sobie kiełkującej w niej nadziei na zgodę, która udowodniłaby jej tezę i jednocześnie pozwoliła jej odetchnąć od próbującego ułożyć jej życie ojca. Miała własne zdanie i wolną wolę.
Przez tę długą chwilę milczenia miała szansę przeanalizować swoje obecne położenie. Jak na jej przyszłego męża naprawdę prezentował się bardzo przyzwoicie, nikt nie mógłby posądzić jej o zły gust. Co do reszty, wszystko tak naprawdę dało się ustalić. Jeśli mężczyzna zgodzi się na układ, naturalnie zechce współpracować. A przynajmniej w to właśnie wierzyła.
Kiedy odezwał się ponownie, ukradkowo zerknęła na wyciągniętą przez niego dłoń, którą ozdabiał tatuaż. Zaraz ponownie skupiła spojrzenie na jasnych tęczówkach nieznajomego.
— Tak. I za nic nie może to wyjść na jaw. Inaczej pożegnamy się znacznie szybciej. — A wraz z rozstaniem przepadną pieniądze. Nie musiała o tym wspominać na głos, bo jej znaczący wyraz twarzy mówił sam za siebie. Dla niej to był czysty układ.
Na wspomnienie o ślubie zamrugała oczami, a zrozumiawszy, że właśnie podjął decyzję, momentalnie uderzył ją gorąc. Kąciki jej ust drgnęły niepostrzeżenie, kiedy próbowala za wszelką cenę nie dać po sobie poznać opanowującego ją triumfu.
— Kościelny — tym razem to ona powtórzyła, jakby rozważała ten warunek. Kościół brzmiał poważniej, niż urząd stanu cywilnego. Ale ona na szczęście nie wiązała się ze swoją religią aż tak mocno. — Nie ma na co czekać. Miejmy formalności z głowy — przytaknęła finalnie, wzruszając przy tym ramionami, a na jej twarzy wstąpił lekki, zadowolony uśmiech.
Nadal była pod wrażeniem własnego, szalonego planu, a tym bardziej zgody ze strony człowieka, którego znała raptem od pięciu minut. Myśl o ślubie napawała ją różnymi emocjami, ale nie pozwalała tym niepokojącym na długo zagościć w jej umyśle. Wolała myśleć wyłącznie o pozytywach.
Dla niej liczyło się tylko osiągnięcie celu. Ekscytację i miesiące przygotowań już raz miała za sobą. Nie miała zamiaru fundować sobie powtórki z rozrywki.
Gdy zobaczyła, że chłopak wyszedł z alejki, przypomniała sobie o tym, że chodnik przy restauracji nie był dla niej zbyt bezpiecznym miejscem do przejścia. Jej ojciec wciąż mógł gdzieś tutaj się kręcić i wolała się na niego nie natknąć. Impulsywnie więc popędziła za mężczyzną, postukując pospiesznie swoimi obcasami.
— Czekaaj! — zawołała za nim, po czym bez większego skrępowania złapała go za rękę i zarzuciła ją sobie na własne ramiona. Następnie swoje wolne ramię wsunęła pod jego bomberkę, by objąć go w pasie, i wtuliła się w jego bok, chcąc się w ten sposób ukryć przed ewentualnymi gapiami. Dopiero po przejściu poza teren lokalu odetchnęła i wysunęła się z jego objęć.
— Tak poza tym jestem Adeline — rzuciła do mężczyzny, drepcząc przy nim jakby nigdy nic. Z tego wszystkiego nawet nie zdążyli poznać swoich imion, ale to w niczym im nie przeszkadzało, by chcieć zawrzeć związek małżeński. Na myśl o tym cicho parsknęła śmiechem w rozbawieniu. — I daj mi fajkę. Dzielenie się powinno wejść nam w krew — wyciągnęła do niego dłoń i przekrzywiła głowę w bok z zuchwałym uśmieszkiem i pełnym przekonaniem, że w tej chwili to ona rozdawała tu karty.


Aslan Mountbatten
27 y/o
For good luck!
190 cm
kuchcik u boku żony
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona, jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To było szaleństwo. Nawet dla kogoś takiego jak on.
W swoim życiu dopuścił się wielu wariactw, ale to zakrawało już o prawdziwy absurd. Z drugiej strony potrafił zrozumieć pobudki, które kierowały nieznajomą. Jego rodzina również usiłowała kontrolować jego życie. Ostatecznie musiał uciec do innego kraju, aby wreszcie dali mu spokój, choć nawet ten desperacki krok nie sprawił, że Beatrice i Rupert zrozumieli swoje błędy.
Skoro więc kobieta w tak niekonwencjonalny sposób prosiła Aslana o rękę, musiała mieć ku temu naprawdę silne powody. A ten jak gdyby nigdy nic, wciąż siedział dupą na stołku w George Restaurant i prowadził rozmowę ze swoim pizdusiowatym paziem. Na samą tę myśl Aslan aż prychnął.
Absurd. Absurd. Absurd.
Tatuś Adeline nie mylił się jednak przynajmniej w jednej kwestii. Rzeczywiście, wielu ludzi można było przekupić. Nie brakowało takich, którzy byli na tyle łasi na pieniądze, że dla odpowiedniej sumy daliby się pociąć. Aslan może i nie należał do tego grona, ale nie dało się ukryć, że ostatnio żył w nędzy. Nic więc dziwnego, że rudowłosa uznała go za prostego człowieka, którego można było skusić odpowiednio wysoką zapłatą. I co więcej, nie zamierzał wyprowadzać jej z tego przekonania.
Mógł być jej psem, jeśli w zamian zamierzała zapłacić mu trzykrotność tego, co zarabiał.. To była naprawdę pokaźna suma; z pewnością wystarczająca, aby w ciągu kilku miesięcy odłożył pieniądze na przynajmniej część kosztów związanych z otwarciem własnego lokalu gastronomicznego.
Mimowolnie skinął głową, nie kryjąc, że zgadzał się ze słowami kobiety. Ich drogi miały się rozejść po upływie określonego czasu i, szczerze pisząc taki układ wydawał mu się rozsądny. Rok wcale nie brzmiał tak strasznie, jak mogłoby się wydawać. Zwłaszcza że sama nieznajoma sprawiała wrażenie całkiem przyzwoitej kobiety - pomijając oczywiście tę niezpełna rozumu propozycję.
Na kolejne słowa, Aslan zadarł brodę wyżej, a potem powoli skinął głową, aby dać jej do zrozumienia, że nie potrzebował dalszych wyjaśnień. Doskonale pojął, co miała na myśli. Dyskrecja była częścią umowy, a on nie zamierzał ryzykować utraty pieniędzy przez jakąś tam n i e o s t r o ż n o ś ć.
— Świetnie — rzucił zwyczajnie.
Na widok lekkiego uśmiechu rudowłosej sam mimowolnie uniósł kąciki ust, a jego twarz na krótką chwilę rozjaśnił osobliwy blask. Ten jednak zniknął, gdy ruszył wzdłuż zaułka, aby następnie wyjść na ulicę. Zdążył postawić zaledwie kilka kroków, kiedy dobiegło go zawodzące czekaj. Już miał się odwrócić, gdy niespodziewanie rudowłosa przywarła do jego boku niczym mała pijawka.
W pierwszym odruchu Aslan uniósł ramiona w niemal obronnym geście. Dopiero po chwili, kiedy złapała jego rękę i ułożyła na sobie, zrozumiał że być może już musieli zacząć tę d z i w a c z n ą grę. Mocniej więc objął kobietę, po czym przyciągnął ją do siebie.
— Aslan — odpowiedział trochę nazbyt obojętnie, uprzednio rozglądając się na boki, czy aby na pewno mogli bezpiecznie przejść na drugą stronę ulicy. W międzyczasie zerknął podejrzliwie na swoją towarzyszkę, kątem oka próbując zrozumieć, co takiego ją rozbawiło. Szybko jednak uznał, że u Adeline na próżno było szukać rozsądku, dlatego ostatecznie darował sobie pytanie.
Po ledwie kilku metrach, Aslan ponownie popatrzył z ukosa na rudowłosą. Najpierw spojrzał na jej twarz, potem na wyciągniętą dłoń, aby ostatecznie zatrzymać wzrok na tym zuchwałym uśmieszku. Na ten widok z jego ust wyrwało się sarkastyczne prychnięcie. Następnie pokręcił głową i w tę otwartą rękę Adeline, po prostu przybił piątkę.
— Nie lubię palących kobiet — stwierdził i niby nonszalancko wzruszył ramionami. — Poza tym, to ty masz być moim sponsorem — dodał i nawet w zabawny sposób poruszył brwiami, aby uściślić własną wypowiedź jako żart, choć w rzeczywistości było w tym wiele prawdy.
— O, właśnie! — rzucił nagle, po czym wyswobodził się z uścisku kobiety i... stracił nią zainteresowanie.
Tuż pod oknami mijanego właśnie lokalu, który wyglądał na kameralną bawialnię dla dzieci, stało kilka automatów z kapsułkami z pierdołami. Aslan sugestywnie wskazał na nie palcem, po czym znowu spojrzał na Adeline.
— Potrzebujemy pierścionka — zauważył i od razu zaczął grzebać w kieszeniach, aż w końcu wydobył z nich garść monet. Potem podszedł do urządzeń i przez chwilę bacznie im się przyglądał. W końcu wrzucił drobne, przekręcił mechanizm i poczekał na swoją kulkę. Kiedy wreszcie sięgnął i ją otworzył, jego oczom ukazał się posrebrzany pierścionek z małym ,,brylancikiem". Wyglądał na tani i zupełnie niepasujące do Adeline, ale pomimo tego ochoczo uniósł go na wysokość twarzy i kiwnął w stronę kobiety.
— Dawaj rękę — nakazał niegrzecznym tonem, po czym nie czekając sam pochwycił jej dłoń. Przesunął kciukiem po skórze towarzyszki, zanim opuścił wzrok z jej twarzy na smukłe palce. I nagle... przestał być taki gwałtowny. Spokojnie przyłożył pierścionek, ale zamiast od razu go wsunąć, zawahał się na ułamek sekundy, jednocześnie znowu unosząc spojrzenie ku jej ładnej buzi.
Ich oczy spotkały się na krótką chwilę. W jego spojrzeniu zamajaczyła dziwna, nie pasująca do tego durnego momentu powaga. Jeszcze nie wzięli ślubu, ale Aslan właśnie pojął, że naprawdę zamierzał założyć pierścionekkobiecie, którą ledwie znał.
Prędko jednak otrząsnął się z tego niespodziewanego zawahania i ostatecznie wsunął na palec Adeline biżuterie. Następnie nonszalancko uniósł jej dłoń i ucałował wierzch.
— Moja pani — szepnął. — Na pewno nie jest w guście twojego ojca, ale czy nie zabrzmi to lepiej, jak mu powiesz, że nie było mnie stać na nic lepszego? — zapytał ironicznie, niespodziewanie rozbawiony perspektywą, że będzie musiał robić komuś na złość i nawet mu zapłacą.

Adeline Covington
27 y/o
Mark your calendar for Canada Day
170 cm
Specjalistka ds. marketingu w Ironcrest Development
Awatar użytkownika
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Adeline nie była święta. Miała już za sobą naprawdę wiele szalonych występków, z których najświeższe to zawitanie na włoskim komisariacie. To najwyraźniej nie nauczyło jej rozumu. Jak bardzo trzeba było być zdesperowanym, żeby zaufać obcemu mężczyźnie i postanowić za niego wyjść? Zadając mu to osobliwe pytanie, a właściwie, przedstawiając mu wprost genialny plan, nawet nie zastanowiła się, z kim właściwie chciała związać na rok swoje życie. Nie pomyślała, czy rzeczywiście nadawał się do tej roli, czy nie okazał się zbirem, złodziejem albo mordercą. Zadziałał w niej czysty impuls, a on nierzadko prowadził ją na manowce.
Zoya złapałaby się za głowę, gdyby usłyszała, że zaproponowała mu układ, bo ładnie mu z oczu patrzyło. Była wariatką, bez dwóch zdań.
Ale rudowłosa miała wrażenie, że znalazła się w podbramkowej sytuacji. Miała już dość ciągłego przytakiwania Thomasowi i podporządkowywania sobie życia pod jego zasady oraz przestarzały światopogląd. Małżeństwo, które próbował na niej wymusić, było chłodną kalkulacją, która przelała czarę goryczy.
Małżeństwo, które zaproponowała, jak się po chwili dowiedziała, Aslanowi, również było małżeństwem z rozsądku, ale przynajmniej na jej własnych zasadach. Grunt, to przedstawić sytuację z bijącą pewnością siebie i nie pozwolić sobie na choćby chwilę wahania. To oraz pieniądze musiały skusić mężczyznę.
Dlatego tym większą czuła satysfakcję, kiedy finalnie jej przytaknął, a gdy zaraz wspomniał o ślubie kościelnym, przez jej głowę przemknęła myśl, że najwidoczniej musiał być podobnym szaleńcem do niej. Szybko poszło, poklepała się po ramieniu w myślach, zanim ruszyła za nim.
I choć istniała szansa, że miała do czynienia z jakimś szemranym typem, nie przeszkodziło jej to w tym, by wsunąć się pod jego ramię i przemknąć przez ulicę w nadziei, że nie napotkają na jej ojca. Jej szalony plan miał być dla Thomasa niespodzianką i to ona miała kontrolować sytuację, informując go o ślubie w odpowiednim momencie.
Kiedy poczuła, że Aslan objął ją mocniej, napięcie czające się w jej ciele odrobinę ustąpiło. Niby to drobnostka, ale na ułamek sekundy osadziła jej myśli na tyle, by zdać sobie sprawę, że w zasadzie nie musiał jeszcze poczuwać się w tej chwili do żadnej odpowiedzialności. I to wydało jej się na swój sposób pokrzepiające.
— Aslan. Jak ten lew z Narnii? — zerknęła na niego spod ściągniętych brwi, bo nie miała pewności, czy przypadkiem sobie z niej żartów nie robił. Zaraz jednak uznała, że biorąc pod uwagę jego jasne, delikatne loczki w sumie całkiem by to imię do niego pasowało.
Przybicie przez niego piątki zamiast podzielenie się z nią papierosem, którego oczekiwała, natychmiast wykrzywiło jej usta w grymas niezadowolenia. Jeszcze przez kilka sekund patrzyła na niego z niezrozumieniem, po czym prychnęła sama do siebie i odwróciła wzrok na drogę.
— To nietypowa sytuacja. Gdybym była nałogowcem to już dawno unosiłyby się nade mną chmary dymu — stwierdziła z przekąsem, ale i pewnym usprawiedliwieniem. I nie musiałabym się prosić o pomoc, dodała już sobie w myślach, w ostatniej chwili gryząc się w język.
Dziś wyjątkowo nie przygotowała się na taką ewentualność. Chociaż patrząc przez pryzmat ostatnich wydarzeń w jej życiu, fajki powinny stanowić niezbędny element wyposażenia jej torebki, a ona już dawno powinna wpaść w nałóg.
Gdy Aslan postanowił sobie trochę zażartować z sytuacji i zobaczyła, jak żartobliwie poruszył brwiami, mimowolnie kąciki jej ust również się nieco rozszerzyły.
— Tylko fajek nie zamierzam ci kupować — pomachała mu wskazującym palcem z udawaną powagą, acz na nic się to zdało, bo po chwili przewróciła w rozbawieniu oczami. Jednocześnie w jej głowie pojawiła się nikła myśl, że ten sponsoring zapewne jeszcze odbije się jej czkawką.
W pierwszej chwili nie zrozumiała aluzji, kiedy mężczyzna nagle wskazał na automaty, ale na wspomnienie o pierścionku uniosła zaskoczona brwi do góry. Właściwie w ogóle nie pomyślała o takim detalu, który według niej nie był w tym momencie zbyt istotny.
— Och, okeej — powiedziała nie do końca przekonana, przystając na chodniku, i zaczęła przyglądać się jego poczynaniom z pewną ostrożnością. — Chociaż możemy się bez niego obejść — dodała jeszcze, na co było już za późno.
Pierścionek wylosowany przez Aslana już z daleka świecił tandetą, ale po przedmiotach z automatu nie można było spodziewać się niczego więcej. Nadal trochę nieufnie podchodziła do tego pomysłu jakby ten jej był znacznie bardziej rozsądny, więc gdy mężczyzna rozkazał jej podać dłoń, wyciągnęła ją niepewnie. Na nieoczekiwane szarpnięcie aż wstrzymała na moment powietrze i ściągnęła nieznacznie brwi, posyłając mu spojrzenie z nadzieją, że wiedział, co robił.
I poczuła to delikatne, przyjemne muśnięcie jej skóry, które przyniosło jej dziwne ukojenie. Wzrok Aslana momentalnie stał się również spokojniejszy, kiedy na chwilę podniósł na nią spojrzenie znad jej dłoni. Wtedy po raz kolejny tego wieczoru oblał ją nagły gorąc, a serce przyspieszyło od nieoczekiwanych emocji.
Naprawdę zamierzała wyjść za nieznajomego.
Odetchnęła nieco głębiej, gdy ostatecznie założył jej pierścionek, a to zgęstniałe między nimi powietrze stało się trochę lżejsze. Delikatne muśnięcie warg na jej dłoni i osobliwe określenie mimowolnie przywołało na jej twarzy cień uśmiechu. Za wszelką cenę starała się nie poszerzyć go pod wpływem ciepła, jakie przyniosły jej te drobne gesty. Na szczęście, przywołanie jej ojca sprowadziło ją na ziemię.
— Na teraz wystarczy. Nie będę tego nosić przez cały czas — zerknęła trochę krytycznie na zabawkowy pierścionek, po czym podniosła bystre spojrzenie na mężczyznę.— Jako mąż chciałbyś dać mi wszystko, co najlepsze, na prawdziwy wydasz więc trzy swoje pensje — przyznała z wysoko uniesioną brodą. Była przy tym niezmiernie pewna siebie, jakby to nie podlegało dyskusji. — Spokojnie, ten właściwy wybiorę i kupię sobie później sama — przechyliła głowę na bok, pogodzona z losem.
Dla niej to naturalne, że musiała zadbać o siebie i swoją reputację, czego nauczyła się przez ostatnie dwa lata. Oczywiście, nie wymagała od niego niczego więcej, niż godnie prezentować się w roli jej męża przed ojcem, Ree i każdym innym, w zależności od sytuacji.
Wysunęła swoją dłoń i przyjrzała się pierścionkowi na swoim serdecznym palcu, przygryzając dolną wargę z mieszanymi uczuciami. Zupełnie nie przypominał jej tego, który dostała za pierwszym razem. I którym wtedy rzuciła w kąt, gdy poznała prawdę. Ten pobłyskujący właśnie niemrawo w świetle ulicznej latarni musiał jej teraz wystarczyć.
— Daleko ten kościół? — zapytała, unosząc wzrok na mężczyznę, po czym ruszyła ramię w ramię z narzeczonym w wyznaczonym przez niego kierunku.

narzeczony
27 y/o
For good luck!
190 cm
kuchcik u boku żony
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona, jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Nie. Aslan jak, jego Królewska Wysokość, książę Mountbatten z pałacu Ashbourne w Londynie. Osiemnasty w linii sukcesji brytyjskiego tronu — powiedział całkiem poważnie, po czym niespodziewanie roześmiał się w głos. — Żartuję. Tak, jak ten z Narnii. Rodzice są ludźmi wielkiej wiary. Myślą, że podbije z tym imieniem świat — zdradził chyba nawet ciekawą, pierwszą anegdotkę na własny temat, a jednocześnie nonszalancko wzruszył ramionami.
Aslan na pewno nie zamierzał zdradzić Adeline, skąd pochodził, choć właśnie wypowiedział to głośno i dosadnie. Mimo wszystko doskonale wiedział, że mu nie uwierzyła. Bo w prawdę najtrudniej było uwierzyć, dlatego postanowił udawać, że jedynie stroił sobie z niej żarty. Było to wygodne rozwiązanie, a zważywszy na to, że często porównywano go do bohatera popularnej ekranizacji, chętnie korzystał z przywileju łatwego kłamstwa.
Gdy płynnie przeszli do kolejnego tematu, a on w przekornym geście przybił z kobietą piątkę, zamiast poczęstować ją papierosem, przez chwilę obserwował oburzenie rozkwitające na jej twarzy. Jednak kiedy zaczęła mówić o nietypowej sytuacji i unoszącej się wokół chmurze dymu, ponownie tylko wzruszył ramionami. Aslan wydawał się zupełnie nieprzejęty jej argumntami. W dalszym ciągu nie zamierzał dzielić się papierosami. I musiała to przełknąć.
— Sam sobie kupię za pensję, którą będziesz mi wypłacała. Płatność gotówką raz w miesiącu czy proponujesz tygodniówki? — dopytał, obrzucając Adeline wścibskim spojrzeniem, gdy ledwie zdążyła przewrócić oczami z rozbawienia. — Nie mam konta.
Była ładna, kiedy tylko tak uporczywie się nie krzywiła. W restauracji spotykał kobiety o najróżniejszej urodzie, ale Adeline wydawała mu się wyjątkowa. Może za sprawą absurdalnej wizji małżeństwa, a może dlatego, że ilekroć na niego patrzyła, w jej jasnych oczach dostrzegał całe swoje odbicie. Było w tym coś osobliwego, jakby rzeczywiście stanowił dla niej ostatnie koło ratunkowe, czyli też w jakiś dziwny sposób musiała w nim widzieć kogoś i d e a l n e g o.

W tak ważnej umowie nie zamierzał pomijać pierścionka zaręczynowego, który przecież stanowił kwintesencję początku płomiennej drogi ku małżeństwu.
Z drugiej strony cała ta sytuacja niezmiernie bawiła Aslana i nawet nie zamierzał się z tym kryć. Nie podchodził do tego wszystkiego całkiem poważnie; nie potrafił jeszcze wczuć się w dramat, który przeżywała Adeline, bo czuł się raczej jak uczestnik turnieju aniżeli przyszły małżonek.
Pierścionek, ku jego własnemu zdumieniu, pasował idealnie na smukły palec kobiety. Nie błyszczał ani nie hipnotyzował, ale nawet zdaniem Aslana prezentował się uroczo, choć na dłoni kogoś, kto nosił na szyi naszyjnik zapewne wart parę setek, wyglądał rzeczywiście bardzo tandetnie.
Dostrzegł leniwy uśmiech, który ozdobił twarz Adeline, gdy odsunął usta od skóry jej dłoni. Jeszcze przez chwilę mogła czuć na niej jego ciepły oddech. Co gorsza ten moment wydał się osobliwy nawet jemu, bo był podejrzanie czarujący, gdy tak przez kilka sekund w milczeniu patrzyli sobie w oczy.
W końcu jednak przeszedł do sedna, a tajemnicza aura prysła w chwili, gdy nonszalancko wsunął dłonie do kieszeni kurtki.
— Och, rozumiem — przytaknął, układając uprzednio usta w niewielkie „o”. Na wieść o tym, że miał wydać trzykrotność swojej pensji, aż się wzdrygnął. Już unosił palec, aby uprzedzić ją, że nie zamierzał przeznaczyć na ten cel więcej niż dwie kanadyjskie monety, ale Adeline weszła mu w słowo, przez co ostatecznie tylko schował dłoń z powrotem do kieszeni. — Rób, co uważasz za słuszne. Przecież się dostosuję — rzucił i wzruszył ramionami.
Aslan początkowo sądził, że będzie mógł po prostu pozostać sobą, czyli mało rozgarniętym, kiepsko zarabiającym dwudziestosiedmiolatkiem, ale Adeline prędko doprecyzowała swoje oczekiwania. Niezadowolony odwrócił wzrok ku ulicy i cmoknął z dezaprobatą. Nie zamierzał jednak ingerować w jej plany. Skoro miał w nich uczestniczyć, pozostawało mu dostosować się do narzuconych warunków, a te wskazywały, że jako mąż musiał wykazać się ogromnym oddaniem!
Nikt normalny nie kupuje tak drogiej biżuterii; pomyślał mimowolnie. Tylko zakochany wariat.
Wkrótce znów spojrzał na kobietę i skinął głową, akurat gdy ta przyglądała się tandetnemu pierścionkowi. Wtedy leniwie wyciągnął ku niej dłoń.
— Daj, jak nie chcesz. Wyrzucę go — zaproponował całkiem lekko.

Dwunastominutową drogę pokonali w milczeniu. Kościół, do którego zmierzali, wyróżniał się na tle nowoczesnej zabudowy Downtown ciemnoczerwoną cegłą. Aslan bywał tu często.
Zatrzymał się przed wejściem i przeżegnał. Dopiero potem pchnął ciężkie drzwi, ustępując Adeline miejsca i wpuszczając ją do środka jako pierwszą. Sam przekroczył próg jako drugi, a następnie, skierowawszy się ku ołtarzowi, ponownie uczynił znak krzyża. Potem poprowadził w stronę zakrystii.
Po ciemnym korytarzu rozniosło się echo ich kroków. O tej porze Aslan spodziewał się zastać we wnętrzu tylko jedną osobę, dlatego do ostatniego pomieszczenia wszedł nie kwapiąc się nawet pukaniem.
W nikle oświetlonym pokoiku, pośród regałów zastawionych księgami i segregatorami, siedział na skórzanej kanapie około trzydziestoletni ksiądz. Mężczyzna poderwał się i od razu schował za plecy dłoń z tlącym się jointem. Oczywiście zakrztusił się z zaskoczenia, po czym pospiesznie zaczął odganiać sprzed twarzy kłęby dymu. Najwyraźniej dopiero gdy oczyścił powietrze, dostrzegł stojącego w progu Aslana i mimowolnie uniósł brwi.
— Potrzebuję, abyś udzielił nam sakramentu małżeństwa — oświadczył natychmiast, przy czym sięgnął po dłoń rudowłosej, którą mocno zacisnął w swojej i znienacka przyciągnął ją do siebie. — Adeline to Marcus. Marcus, to Adeline, moja narzeczona. — Uśmiechnął się zadziornie i przełożywszy dłoń kobiety do drugiej ręki, otulił ją ramieniem.
Tymczasem Marcus wysunął rękę zza pleców i wetknął sobie jointa między wargi.
— Pojebało cię? — rzucił znienacka w stronę Aslana. — To nie koncert życzeń. — Wskazał ręką na zawalone papierami biurko, stertę teczek piętrzących się na parapecie oraz coś tam jeszcze. — Zobacz, ile mam pracy. Biskup mnie zajebie, jak spróbuję przepchnąć ci ślub bez kompletu dokumentów. Myślisz, że mogę sobie ot tak udzielać sakramentów na życzenie, bo jaśnie pan akurat przypomniał sobie o ożenku? Dobre sobie. — Marcus obrzucił wpierw Aslana krytycznym spojrzeniem, a następnie podobnym Adeline.
Zaczął uważniej obserwować księdza, gdy ten zaczął udawać niewyobrażalnie zajętego i zajął się grzebaniem w jakimś segregatorze. Potem przeniósł wzrok na ]Adeline i mimowolnie mocniej zacisnął palce na jej dłoni. Po paru sekundach nachylił się ku kobiecie.
— No... teraz wszystko w twoich rękach, Moja Pani — szepnął, jednoczśnie owiewając jej policzek swoim gorącym oddechem. — Spróbuj go przekupić. Lubi czterocyfrowe kwoty. — Na ustach Aslana zamajaczył rozbawiony, acz trochę przekorny uśmiech.

Adeline Covington
27 y/o
Mark your calendar for Canada Day
170 cm
Specjalistka ds. marketingu w Ironcrest Development
Awatar użytkownika
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jego niezwykle sprecyzowana odpowiedź sprawiła, że Adeline na chwilę ściągnęła mocno brwi i obrzuciła go skonsternowanym spojrzeniem. Właściwie brytyjski akcent nadawał jego słowom osobliwego charakteru, przez który nie trudno było zbić się z tropu. Dopiero po tym, jak Aslan się roześmiał i sprostował to jako żart, rysy jej twarzy widocznie złagodniały, a nawet uśmiechnęła się pod nosem.
— No wiesz, masz jeszcze czas. Król Karol trochę się naczekał, zanim udało mu się na ten tron dostać — zauważyła lekkim, żartobliwym tonem, ponownie wracając wzrokiem na drogę.
Oczywiście, nie wzięła jego słów na poważnie, a jedynie pozwoliła sobie na małą dygresję a propo ambicji jego rodziców na podbicie świata. Skoro on sobie żartował, to czemu nie miałaby tej gry podjąć?
Może nie śledziła na bieżąco losów brytyjskiej rodziny królewskiej, ale historia Diany, jej nieszczęśliwa miłość oraz tragiczna śmierć chwyciły ją za serce. I choć współczuła młodym chłopcom, którzy musieli zbyt wcześnie odprowadzać mamę na cmentarz, tak nie podobali jej się na tyle, żeby z zapartym tchem obserwować ich żyć po drugiej stronie oceanu. Wystarczyły jej publiczne wiadomości przekazywane w tv. No i netflixowy The Crown, który był sfabularyzowaną historią Elżbiety, pewnie dość luźno opartą na faktach.
Niechęć w stosunku do podzielenia się fajką już o czymś świadczył, na razie jednak Ade nie zamierzała tego analizować, a zwyczajnie płynęła z prądem. Z ogromnymi pokładami zawziętości (i niekoniecznie rozumu) dawała się ponieść chwili. Słysząc o wypłacie, ponownie odruchowo przewróciła oczami, ale na brak konta zmrużyła na moment oczy w zastanowieniu. Unikał podatków?
— Sprytnie. Gotówka będzie znacznie dyskretniejsza. Poza tym, czysty zysk — uznała ostatecznie, z pewną ironią w głosie na koniec. — Raz w tygodniu. W poniedziałki. Jako motywację do tego, by starać się w weekendy podołać zadaniu — powiedziała po chwili namysłu, na koniec unosząc znacząco brew w jego stronę. Gdyby nie to, że właśnie ustalali formę wypłaty za pomoc, mogłaby pomyśleć, że los wyjątkowo przewrotnie podsunął jej tak przystojnego partnera w zbrodni. To miała być jednak tylko transakcja. — Ale mam nadzieję, że nie unikasz celowo zasilania rządowej skarbonki? — zapytała w celu upewnienia się, czy przypadkiem małżeństwo z nim nie sprowadzi na nią kłopotów.
Tak, spośród wszystkich rzeczy, które powinny ją w tej chwili martwić, właśnie teraz najbardziej obawiała się skarbówki.

Pomimo tego, jak mocno Aslan był zdeklarowany, by jej pomóc w ramach opłaty, to wydawał jej się coraz bardziej intrygującym mężczyzną. Jego pomysłowość mimowolnie zrobiła na niej wrażenie.
I choć zdawała sobie sprawę z tego, że te zaręczyny były zwykłą farsą, tak przez te kilka ulotnych sekund w powietrzu dało się wyczuć dziwną podniosłość chwili. Wystarczyło spojrzeć w jasne, złagodniałe tęczówki mężczyzny, by świat na moment się zatrzymał. Nagle pojęła, że ona naprawdę miała za niego wyjść. Z własnej, nieprzymuszonej woli.
On nie miał wyjścia. Jeśli chciał zobaczyć pieniądze, musiał się dostosować, również do jej oczekiwań względem wypełniania powierzonych mu zadań. Ona natomiast była przyzwyczajona do pewnych standardów i nie zamierzała tak drastycznie obniżać poprzeczki postawionej przez Sullivana. Przynajmniej nie w oczach Thomasa.
Jeszcze krótką chwilę przyglądała się pierścionkowi, ale widząc wyciągniętą w jej stronę dłoń, przeniosła spojrzenie najpierw na nią, a potem podniosła je na mężczyznę.
— Nie — powiedziała, sama się dziwiąc swoją stanowczością. — W końcu to symbol naszej miłości, prawda? — przechyliła nieco głowę na bok, a kąciki jej ust nieznacznie zadrżały.

Dawno nie była w kościele. Nie praktykowała swojej wiary, tracąc ją pod wpływem wszystkich przeżyć, jakich doświadczyła w swoim dwudziestosiedmioletnim życiu. Ree zarzucił jej męczeństwo, ale miała powody, żeby się czuć jak przypadkowa ofiara losu. Ten na górze chyba lubił sobie z niej kpić.
Skinęła bez słowa głową, gdy Aslan otworzył przed nią ciężkie drzwi, po czym weszła do środka. Półmrok panujący w środku i oświetlony z daleka ołtarz tworzył tajemniczy, dostojny nastrój, który z miejsca zrodził w niej mieszaninę lęku i skrępowania. Pewność siebie musiała pozostać na zewnątrz, bo teraz trochę niepewnie, w milczeniu poszła za mężczyzną w kierunku zachrystii.
Młody ksiądz i znajomy zapach, którym się okadzał, na krótką chwilę całkowicie zbił ją z tropu. Stanąwszy w progu, popatrzyła niepewnie to na duchownego, to na Aslana, zastanawiając się, jak ciekawe jej przyszły mąż miał znajomości.
Na niespodziewane ujęcie jej dłoni i gwałtowne przyciągnięcie do siebie, zacisnęła mocniej zęby, ale żeby dodać słowom narzeczonego wiarygodności, której potrzebowali, momentalnie uśmiechnęła się przeszczęśliwa i potaknęła ochoczo głową. Miała już nawet powiedzieć, że miło było poznać i dużo dobrego o księdzu słyszałam, ale ten bez pardonu wszedł jej w słowo.
Mina jej trochę zrzedła, gdy Marcus zaczął coś wspominać o papierach i udawać wielkie zapracowanie, a jej serce nerwowo zadudniło. Tę samą nerwowość wyczuła w momencie mocniejszego zaciśnięcia przez Aslana palców. Następujące po nich nachylenie się i szept narzeczonego skupiły jej uwagę, jednocześnie przyprawiając o dreszcz trwogi. Właśnie namawiał ją do złego.
— Zwariowałeś? Myślisz, że na kolację z ojcem wzięłam plik z czekami? — obrzuciła go krytycznym spojrzeniem, dopiero wtedy orientując się, jak blisko siebie się znajdowali.
Z tej perspektywy dokładniej widziała obserwujące ją intensywnie zielone tęczówki, smukły, nieco przygarbiony nos oraz pełne usta, po których przesunęła wzrokiem w ciągu tych kilku sekund. Przełknęła ślinę i machinalnie odwróciła wzrok, który padł ponownie na sługę Bożego.
— Oczywiście, wynagrodzimy księdzu poświęcony nam czas. Jesteśmy w tej kwestii bardzo łaskawi i zmotywowani, żeby stanąć przed obliczem Pana i obwieścić wszystkim nasze szczęście — wyznała nad wyraz uprzejmym tonem, wykrzesując z siebie nuty ekscytacji i ciepła.
W tym czasie wyswobodziła swoją dłoń z uścisku i przeniosła wzrok z powrotem na Aslana, w którym gniewne ogniki ustąpiły teraz miejsca łagodnie dryfującym iskierkom. Jednym ramieniem objęła go w pasie, wtulając się w niego bardziej, drugą dłonią zaś przesunęła po jego torsie, zatrzymując się w okolicy jego serca, czule i opieszale gładząc to miejsce. Patrzyła tak na mężczyznę, bacznie obserwując jego zielone oczy, delikatnie rozszerzające się nozdrza i ledwie dostrzegalne drgnięcie warg, odrobinę dłużej niż wypadało, jakby nie potrafiła się od niego oderwać. Otulona jego ramieniem, czuła bijące od niego ciepło oraz ciężką dłoń nieznacznie gładzącą jej biodro i… miała nadzieję, że wyglądają wystarczająco przekonująco.
— A dokumenty? — przeniosła wzrok z powrotem na zwierzchnika. — Dostarczymy je w najbliższym czasie wraz z hojnym podziękowaniem tak, żeby ani ksiądz ani biskup nie miał wątpliwości co do szczerości naszych głębokich uczuć — uśmiechnęła się pogodnie, posyłając mu znaczące spojrzenie. Swoje szalone bicie serca nadrabiała ogromną pewnością siebie. — Jak to się mówi, czas to pieniądz, a my nie chcemy zbyt długo zakłócać księdza spokoju — poklepała Aslana po torsie, nieco popędzając duchownego w podjęciu decyzji, po czym opuściła rękę. Nie spuszczała wzroku z Marcusa, który jeszcze przez chwilę wyglądał na niezdecydowanego, aż westchnął przeciągle.
— No, dobra, niech wam będzie. Ale mamy umowę — zastrzegł, unosząc palec wskazujący w ich stronę, na co kąciki ust Adeline od razu wystrzeliły do góry.
— Ależ oczywiście — przytaknęła w zadowoleniu, po czym spojrzała przelotnie na Aslana z triumfalnym uśmieszkiem.
No to do dzieła, mężu.

Aslan Mountbatten
27 y/o
For good luck!
190 cm
kuchcik u boku żony
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona, jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Musieli pokombinować, aby Markus rzeczywiście zgodził się udzielić im ślubu. Początkowo Aslan sądził, że ksiądz powita go z większym entuzjazmem, zważywszy na to, że się znali. Ten jednak udał wielce skonsternowanego, co, delikatnie pisząc, wymknęło się spod kontroli.
Mimo wszystko w ułamku sekundy Aslan zdał sobie sprawę, że jego przyszła żona, podobnie jak on, szybko odnaleźć się w nowym otoczeniu i bez trudu podjęła rolę, którą jej narzucił. Było w tym coś pokrzepiającego. Najwyraźniej już na samym początku znajomości potrafili dobrze odczytywać swoje zamiary i wspólnie działać.
Nie sposób było jednak nie dostrzec jej zdenerwowania, gdy nachyliwszy się ku niej, Aslan subtelnie szepnął o łapówce. Kiedy obdarzyła go krytycznym spojrzeniem, odpowiedział jej rozbawionym wzrokiem i łagodnym uśmiechem, jakby chciał dać tym do zrozumienia, że nie miała wyboru.
Dzieliło ich zaledwie kilka centymetrów. Przez chwilę spoglądali na siebie w milczeniu, dzięki czemu Aslan mógł dokładniej przyjrzeć się twarzy Adeline. Wodził wzrokiem po jej rysach i nieśpiesznie zatrzymywał się na kolejnych detalach.
— A nie? — zapytał cicho z udawanym zdumieniem. — Jak trzeba, wyciągnij ten plik nawet z majtek. Albo bądź cholernie przekonująca, kiedy obiecasz mu, że jakoś wynagrodzisz mu to, że uczyni nas małżeństwem. Inaczej wątpię, aby jakikolwiek inny ksiądz w Toronto zgodził się udzielić nam ślubu. To nierealne — wyszeptał, szczerze dzieląc się z Adeline swoimi przemyśleniami.
Być może spory odsetek duchownych dawał się przekupić, ale Aslan nie znał żadnego, na kim mógłby polegać poza Markusem. Pozostali, dostrzegając jego tatuaże, zdawali się natychmiast utożsamiać z uosobieniem moralności i uczciwości.
A bądź co bądź, ta ich nagła potrzeba zawarcia sakramentu małżeństwa cuchnęła przekrętem na kilometr. Waliła szambem.
Cofnął rękę, gdy Adeline jako pierwsza się od niego odsunęła i stanęła tuż obok. Następnie skrzyżował ramiona na piersi, przyjmując pozę jakiegoś dziwnego obserwatora. Kobieta tymczasem z pełnym zaangażowaniem podjęła dyskusję z Markusem, na co Aslan ledwie powstrzymał się od prychnięcia. Starał sie słuchać jak z pasją i teatralnym kunsztem rozwodziła się nad tematem ich domniemanego małżeństwa i musiał przyznać, że całkiem nieźle odnalazła się w swojej nowej roli.
Wtedy sądził, że jego udział w przedstawieniu dobiegł końca, jednak niespodziewanie Adeline ponownie skierowała na niego wzrok. Uniósł brwi, napotykając jej… ekhem, rozanielone spojrzenie, po czym mimowolnie drgnął, gdy znienacka objęła go w pasie i przesunęła dłonią po torsie. Ba, przez chwilę czuł się zaskoczony, ale prędko odzyskał rezon.
Nakrył ręką rękę Adeline, po czym delikatnie odsunął ją od swojej piersi i uniósł wyżej. Nie spuszczając wzroku z Markusa, pochylił głowę i z czułością ucałował wierzch dłoni kobiety, aby zaraz odłożyć ją z powrotem na to samo miejsce. Wtedy ponownie zerknął na ukochaną i uśmiechnął się filuternie, po czym po raz kolejny mocno przysunął ją do swojego boku. Dodatkowo dla lepszej efektywności, zaczął gładzić biodro kobiety. Materiał sukienki był na tyle cienki, że czuł bijący od jej skóry gorąc.
Adeline mówiła dalej, ale Aslan ani na moment nie oderwał wzroku od jej profilu. Ponownie przyglądał się każdemu szczegółowi twarzy od smukłej szyi, przez delikatnie zarysowaną linię żuchwy, aż po pełne usta. Kilka rudych pasm wysunęło się z koka i opadło na ramiona oraz smukłą szyję kobiety. Aslan w beztroski sposób sięgnął ku nim i delikatnym gestem odgarnął je na bok, aby odsłonić sobie obojczyk. Zaraz pochylił się i niespodziewanie musnął go ustami, akurat wtedy, gdy Adeline wspominała coś o pieniądzach i zakłócaniu spokoju. Przerwał, gdy klepnęła go w tors, po czym wyprostował się i spojrzał na Marcusa z iście ironicznym uśmieszkiem. Już wtedy wiedział, że łasy na pieniądze ksiądz, na pewno odpuści.
Nie pomylił się.

Kuźwa. W imię Boga i przed Bogiem, po wypełnieniu kilku dokumentów, wpisaniu przypadkowych nazwisk w rubryki świadków oraz, o zgrozo, odbyciu spowiedzi, stanęli przed ołtarzem. W kościele panował półmrok, który rozpraszały jedynie boczne lampy i świece.
Aslan stał na przeciwko Adeline, trzymając w mocnym uścisku jej dłonie. Nie czuł się szczególnie poruszony. Musiał jednak przyznać, że przynajmniej biała sukienka kobiety pasowała do ceremonii. Sam prezentował się gorzej w restauracyjnym, granatowym uniformie, ale musieli jakoś to przełknąć. Zresztą, biorąc pod uwagę okoliczności, wybujała elegancja schodziła na dalszy plan, bo tak jak w wielu przypadkach, tu liczył się papier.
Tymczasem Marcus prawił te wszystkie banały, które słuchał trochę znudzony, o wzajemnym szacunku, wierności, odpowiedzialności i wszystkich tych wzniosłych wartościach, jakie w ustach duchownego brzmiały naprawdę poważnie.
Starał się, jebaniutki; pomyślał mimowolnie, przypomniawszy sobie, że raptem kilka chwil wcześniej przyłapali mężczyznę na jaraniu.
Wreszcie ksiądz przeszedł do końcowej części ceremonii. Wypowiedział kilka ostatnich słów, po czym w końcu ogłosił ich mężem i żoną.
Aslan doskonale wiedział, że to wszystko było kłamstwem. Ba, osobliwym przedstawieniem odegranym na potrzeby ich własnych interesów, a pomimo tego, kiedy spojrzał na Adeline, uznał, że nie zaszkodzi dopełnić ceremonii jeszcze jednym gestem. Pochwycił więc jej twarz w dłonie i pochyliwszy się, złożył na ustach krótki pocałunek.

Moja pani
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Distillery District”