Logan mało nie opluł się gulaszem słysząc komentarz Laurenta. Sięgnął po kromkę chleba i gniotąc ją w dłoni, wziął wielki kęs. Przeżuł tego “ogiera” bez słowa, bo nawet nie musiał spoglądać na Laurenta, by wiedzieć kogo miał na myśli. Zresztą, w ogóle nie zamierzał mu się przyglądać, nawet jeśli ciepłe światło świec zdecydowanie mu służyło. Nie widział więc błysku irytacji w jego oczach, zresztą nawet gdyby go dostrzegł, nie użyłby innych słów. Ich dziwny układ nie znaczył przecież, że nagle cały świat się do niego dostosuje. Skoro od dekad tęczowe ruchy nie mogły zmienić podejścia wszystkich ludzi, to już się to po prostu nie stanie. A oni żyli gdzie żyli i musieli brać pod uwagę konsekwencje, a nie patrzeć na świat przez różowe okulary i żyć nadziejami. Logan wiedział doskonale, że nadzieja to kłamliwa suka, która w zderzeniu z rzeczywistością ucieka w popłochu i nie zamierzał dać się jej zwodzić. Więc to gdzie sam wkładał dzisiaj fiuta, nie miało znaczenia. Nie zmieniało prawdy, a prawda była taka, że ludzie nie byli tolerancyjni. Nie tutaj.
Nie wtrącał się już w rozmowę przy stole. Kiedy skończył, odłożył talerz do zlewu i ruszył na górę, nawet się nie oglądając. Jakby nic się nie zmieniło. Jakby był to kolejny dzień ich wypracowanej wcześniej rutyny. Nie zamierzał przecież w żaden sposób zdradzać ich zażyłości, szczególnie że Travis zauważał zdecydowanie więcej niż Callahan by sobie tego życzył.
Wziął prysznic przy blasku świeczki, którą zabrał ze sobą z kuchni gdy szedł na górę. I akurat gdy wychodził z łazienki w bokserkach, wycierając jeszcze ręcznikiem wilgotne włosy, Laurent właśnie wspiął się na ostatni schodek. Spojrzeli na siebie w korytarzu, nagle bardziej ciasnym i duszniejszym przez mrok i ciszę. Logan trzymał świecę, której drgające światło kładło się na nagiej piersi i sprawiało, że sylwetka rzucała długi, czarny cień.
-
Dobranoc - powiedział cicho, miękko i nisko, nadając pożegnaniu wymiar czułej pieszczoty. Uśmiechnął się ledwo zauważalnie, zanim zniknął za drzwiami swojej sypialni, zostawiając Laurenta w mroku, który słabo rozświetlał chłodny blask księżyca wpadający przez okno na końcu korytarza.
Logan postawił świeczkę na komodzie. Płomień zalśnił w szybce ramki na zdjęcie, ściągając jego uwagę. Stała tam od tak wielu lat, że czasem zapominał o jej istnieniu, chociaż w pierwszych latach po śmierci Harper trzymał ją przy łóżku i podnosił bardzo często. Teraz zdał sobie sprawę, że od kilku tygodni nawet jej nie tknął. Nie poczuł wyrzutów sumienia, raczej zdumienie.
Ujął prostą, drewnianą ramkę i przysunął do siebie. Ze zdjęcia uśmiechała się do niego śliczna blondynka w kwiecistej sukience i jego ulubionym kapeluszu, który przytrzymywała dłonią. Logan znał każdy pieg uchwycony na tym zdjęciu, tak jak znał ich konstelację na jej policzkach. Wiedział o niej wszystko. Przeciągnął kciukiem po szybce, czując tę samą mieszankę bólu, czułości i nostalgii. Czasem zastanawiał się jak ludziom udawało się iść dalej po stracie ukochanej osoby. Jak to możliwe, że na nowo układali sobie życia, wchodzili w nowe związki i zamiast egzystować, po prostu żyli? Minęło już tyle lat, a on wciąż sądził, że to nieosiągalne.
A jednak w ostatnim tygodniu w ogóle o niej nie myślał.
Usłyszał cichy trzask drzwi w sąsiednim pokoju i oderwał wzrok od zdjęcia. Spojrzał na ścianę, za którą Laurent na pewno szykował się już do spania. Przez głowę przeszła mu dzika myśl, by do niego pójść. Pocałować gwałtownie i znów na kilka chwil uczynić świat śmiesznie prostym. Chciał tego. Przez jedną, krótką chwilę potrzeba była tak silna, że aż się jej przestraszył. Puścił ramkę, odsuwając ją od siebie jakby go parzyła. Boże, co on robił ze swoim życiem?
Przetarł twarz dłońmi, wzdychając głośno. Mógł wmawiać sobie, że robił to wszystko dla przyszłości syna i z miłości do rancza. Że chciał w ten sposób ratować swój dom i przekonać Laurenta, że warto zachować dziedzictwo. I w dużej mierze tak było, ale prawda była dużo bardziej prozaiczna, a jednocześnie przerażająca.
Chciał go. Chciał, bo właśnie przy nim czuł się żywy. Nieważne czy Laurent działał mu na nerwy bezczelnymi prowokacjami czy się z nim kłócił czy pieprzył. Logan czuł się wtedy jakby znów mógł oddychać. Jakby w piersi zamiast zimnego kamienia, wciąż miał jeszcze serce.
Przez chwilę stał, wpatrując się w ścianę, jakby mógł go przez nią zobaczyć. Nie przypuszczał, że kiedykolwiek wejdzie w takie bagno, a tu proszę. Tkwił w nim po szyję i wcale nie chciał uciekać. Zirytowany na siebie, zdmuchnał świeczkę i wsunął się pod kołdrę. Nie mógł zasnąć. Był napięty, dziwnie podminowany i czujny. Dom ucichł, księżyc wzeszedł wysoko, a on coraz śmielej rozważał żeby, jak jakiś zakochany szczeniak, zakraść mu się do pokoju. Okazało się, że Laurent miał dokładnie ten sam plan.
Drzwi nie skrzypnęły, ale Logan usłyszał ciche kliknięcie zamka. Wstrzymał oddech i przez moment leżał w bezruchu, nasłuchując. Mógł się zdradzić, ale kiedy nie zrobił tego w pierwszej chwili, czuł że jest za późno, więc udawał, że śpi. Kiedy jednak Laurent bezceremonialnie wspiął się na niego, siadając dokładnie tak, by zmusić jego ciało do reakcji, od razu otworzył oczy. Niestety nie zdążył nic powiedzieć, bo poczuł na ustach jego dłoń. Adwokat mógł wyczuć, że pod nią Logan się uśmiecha, a potem również dotyk dużych dłoni na swoich udach. Logan potarł je z rozmysłem, autentycznie zadowolony, że wreszcie znów może go dotknąć. Zmarszczył jednak brwi, słysząc o ustaleniach. Nie był pewien czy to też mu się spodoba.
Pozwolił żeby przesunął kciukiem po jego wardze, ale gdy wsunął pomiędzy nie opuszek, ukąsił go zaczepnie. Potem chwycił go za nadgarstek i odciągnął dłoń od swojej twarzy, ale jedynie po to żeby złapać go nad łokciem i pociągnąć do siebie. Uniósł się lekko. Chciał go pocałować i zamierzał spełnić ten kaprys. Słowa zatrzymały go tuż przy wargach i wywołały ten nowy, zuchwały uśmiech.
-
Nie ignoruję cię - zamruczał i oblizując dolną wargę, sięgnął wreszcie jego ust. Pocałował go głęboko, bezmyślnie kładąc wolną dłoń z powrotem na jego udzie. Ścisnął je i potarł, na tyle oswojony już z jego ciałem, by śmiało do niego sięgać. Potem druga dłoń oderwała się od przedramienia i wplątała w ciemne włosy na karku, przytrzymując Laurenta chwilę dłużej. Logan poczuł przedziwny splot ulgi i podniecenia. Znajomy. Przyjemny.
Zamruczał cicho, czując że ciało, nad którym zwykle tak dobrze panował, reaguje jakby znów miał naście lat i siano w mózgu.
-
Gdybym patrzył tak, jak mam na to ochotę, to dopiero byłoby podejrzane - wychrypiał, kiedy oderwał się od jego warg. Opadł głową na poduszkę i popatrzył na niego z dołu. Laurent miał na sobie jedynie bieliznę i ten widok przypominał mu to nieszczęsne spotkanie w Toronto, ale… teraz było inaczej. Teraz Logan nie czuł się tak rozdarty, nawet jeśli miał świadomość, że facet siedzący mu na biodrach był pewny, że go kocha.
-
Chodź tutaj - mruknął, unosząc brzeg kołdry. Przez jedną, krótką chwilę pomyślał, że to cholernie dziwnie być z nim w tym łóżku, ale zdusił w sobie te myśli. Bał się, że jeśli pozwoli Harper wejść między nich w tej chwili, stchórzy i każe mu wracać do siebie.
-
Co chcesz ustalać, że nie mogło poczekać do rana? - zapytał tak poważnie, jakby wcale się z nim nie droczył. W kącikach ust czaił się jednak uśmiech, a oczy lśniły bezczelnością.
Kiedy Laurent wsunął się pod kołdrę, on przykrył go i położył się na boku, podpierając głowę na ręku. Potem sięgnął do jego szyi, gdzie w nikłym blasku księżyca widniała ciemna plamka malinki.
-
Ja ci ją zrobiłem? - zapytał z namysłem, odprowadzając spojrzeniem ruch swoich palców, sunących w dół przez obojczyk, zanim zupełnie zabrał dłoń.
Laurent Ashcroft