Przez chwilę Clea była tak pochłonięta walką z telefonem, że niemal zapomniała o całym świecie poza kawałkiem czarnego etui, które uparcie wymykało się spod końcówki parasola. Zabawne, jak szybko człowiek potrafił przywiązać się do zupełnie obcego przedmiotu, kiedy jego odzyskanie stawało się kwestią honoru, choć w tym przypadku honor miał prawdopodobnie niewiele wspólnego z elektroniką, a znacznie więcej z faktem, że jej córka od dobrych kilku minut próbowała zachować powagę w sytuacji, która od początku nie miała prawa wydarzyć się podczas zwyczajnej przerwy na kawę.
—
Nie patrz tak na mnie, sama zaproponowałaś ten eksperyment. — rzuciła przez ramię, ostrożnie przesuwając parasol po dnie fontanny —
Poza tym, jeśli kiedykolwiek zamierzasz prowadzić badania nad zachowaniem zwierząt, dobrze wiedzieć, że pierwszą zasadą jest niedrażnienie obiektu badawczego przed śniadaniem.
Kapibara najwyraźniej nie była szczególnie zainteresowana jej uwagami, ponieważ zamiast odsunąć się od poruszanego pod wodą przedmiotu, podpłynęła jeszcze bliżej, trącając nosem metalową końcówkę. Clea zacisnęła usta, powstrzymując komentarz, który zapewne nie przyniósłby jej chluby w towarzystwie zgromadzonej młodzieży, i spróbowała pod innym kątem podsunąć parasol pod telefon. Wtedy właśnie usłyszała plusk. Nie ten niewielki, rozleniwiony odgłos, do którego zdążyła przywyknąć, obserwując kapibary, lecz gwałtowny rozbryzg wody, po którym rozległy się okrzyki kilku osób. Odwróciła głowę tak szybko, że mokre pasmo włosów przykleiło jej się do ust, a widok pustego miejsca obok fontanny, gdzie jeszcze sekundę wcześniej kucała jej córka, sprawił, że serce podeszło jej do gardła.
—
Mona! — krzyknęła, odrzucając parasol na bok. Nie zastanawiała się nad tym, czy ktoś nagrywa, czy ktoś się śmieje, ani nawet nad tym, jak będzie wyglądać za kilka minut, kiedy cała ta historia zacznie żyć własnym życiem w mediach społecznościowych; liczyło się wyłącznie to, że jej córka znalazła się w wodzie, a mokry kamień przy krawędzi nie dawał żadnej gwarancji, że upadek skończył się jedynie przemoczoną odzieżą. Opadła na kolana przy brzegu, niemal boleśnie uderzając nimi o kamień, i wyciągnęła ręce w stronę Mony, próbując dosięgnąć jej ramienia.
—
Kochanie, patrz na mnie! Dawaj rękę, już, łap mnie! — mówiła szybko, stanowczo, z tym szczególnym spokojem w głosie, który pojawiał się u niej wtedy, gdy panika była luksusem, na jaki nie mogła sobie pozwolić. Jedną dłonią chwyciła Monę za przedramię, drugą zaciskając na metalowej obręczy fontanny, żeby sama nie zsunąć się do wody, kiedy ciężar córki pociągnął ją do przodu. Mokry materiał utrudniał pewny chwyt, więc przesunęła palce wyżej, mocniej obejmując jej ramię —
Powoli, nie szarp się, mam cię. Oprzyj się na mnie, słyszysz? — poleciła, zapierając się stopą o kamienny cokół, po czym uniosła głowę w stronę gapiów, których obecność nagle stała się nieznośna. Kilka osób wciąż trzymało telefony w górze, jakby oglądały przedstawienie, za które nie musiały nawet płacić, i właśnie ten widok sprawił, że w oczach Clei pojawił się gniew znacznie ostrzejszy niż zwykła irytacja.
—
Ktoś niech pomoże, zamiast stać i nagrywać! — warknęła, nie puszczając córki ani na moment —
Pan w szarej kurtce, proszę mnie przytrzymać, a reszta niech się odsunie od krawędzi! Ktoś powinien zadzwonić po ochronę i zgłosić te zwierzęta, zanim wydarzy się coś jeszcze! — dopiero wtedy jeden z mężczyzn stojących nieopodal ruszył w ich stronę i chwycił ją mocno za ramię, zapewniając jej dodatkowe podparcie, podczas gdy kobieta z czerwonym plecakiem przykucnęła z drugiej strony, gotowa pomóc wydostać Monę na brzeg. Clea wykorzystała tę chwilę, by przyciągnąć córkę bliżej, pilnując, żeby nie uderzyła się ponownie o kamienną krawędź —
Jeszcze kawałek, skarbie. Dasz radę, już prawie. — szepnęła, a kiedy wreszcie udało im się wydostać dziewczynę z fontanny, pomogła jej usiąść na szerokim brzegu, sama zaś pozostała przy niej na kolanach, nie przejmując się wodą wsiąkającą w spodnie ani tym, że rękawy bluzki miała przemoczone niemal po łokcie. Przez kilka sekund tylko patrzyła na córkę, jakby jej wzrok musiał upewnić się, że naprawdę jest już obok, cała i bezpieczna, po czym objęła ją ramionami i przyciągnęła do siebie mocniej, niż zrobiłaby to w zwyczajnych okolicznościach.
—
Jezu, kochanie... — wymknęło jej się cicho, a reszta słów ugrzęzła gdzieś między ulgą a strachem, który dopiero teraz zaczynał docierać do świadomości. Przycisnęła policzek do mokrych włosów Mony, zamknęła oczy na krótką chwilę, a następnie odsunęła się na tyle, by obejrzeć ją uważnie —
Spójrz na mnie. Uderzyłaś się w głowę? Boli cię kark, nadgarstek, cokolwiek? Zakręciło ci się w głowie? — pytania wypowiadała jedno po drugim, przy okazji odgarniając córce włosy z czoła i sprawdzając, czy nie ma na skórze śladów po uderzeniu. Nie próbowała udawać, że wszystko jest w porządku, bo nie miała pojęcia, czy rzeczywiście było, znała jednak Monę na tyle dobrze, by wiedzieć, że dziewczyna potrafiła najpierw zatroszczyć się o wszystkich dookoła, a dopiero później przyznać, że sama potrzebuje pomocy. Tym razem nie zamierzała dać jej okazji do zbycia sprawy żartem, choćby najbardziej przekonującym —
I zanim powiesz, że nic ci nie jest, pozwól mi przynajmniej sprawdzić, czy nie rozbiłaś sobie głowy. Nie mam dziś ochoty tłumaczyć twojemu ojcu, dlaczego zabrałam cię na kawę, a wrócimy z niej z historią o urazie czaszki i kapibarach. — dodała, próbując przywołać na twarz uśmiech, który wyszedł jej nieco krzywo, ale przynajmniej przypominał coś znajomego. Dopiero gdy upewniła się, że Mona jest przytomna i może swobodnie oddychać, odwróciła głowę w stronę tłumu, a ciepło zniknęło z jej spojrzenia tak szybko, jakby ktoś zgasił światło.
—
Kto ją potrącił? — zapytała, podnosząc się powoli, lecz nie odsuwając od córki dalej niż na wyciągnięcie ręki —
Widziałam, że ktoś przepychał się za jej plecami. Jeśli ta osoba nadal tutaj jest, proponuję, żeby podeszła i wyjaśniła, co właściwie się stało. — jej ton pozostawał opanowany, ale pod tą opanowaną powierzchnią kryło się coś, co dobrze znali wszyscy, którzy kiedykolwiek próbowali skrzywdzić kogoś z jej rodziny: Clea potrafiła być czarująca, potrafiła żartować i przymykać oko na drobne przewinienia, lecz nie należało mylić tego z brakiem charakteru. Skinęła głową kobiecie, która pomogła im przy brzegu, dziękując jej krótkim, szczerym spojrzeniem, a następnie zdjęła własną marynarkę i narzuciła ją na ramiona Mony, ignorując fakt, że sama również potrzebowała czegoś suchego —
Na razie zostajemy tutaj, dopóki nie będę pewna, że wszystko z tobą dobrze. Potem znajdziemy ci suche ubrania, a ja zadzwonię po kogoś, kto zajmie się tą fontanną, bo najwyraźniej miasto uznało, że dwie kapibary to wystarczający personel do zarządzania sytuacją. — zerknęła w stronę wody, gdzie porzucony parasol dryfował przy brzegu. Przez moment miała ochotę zaśmiać się z absurdalności tego widoku, lecz śmiech nie chciał przejść jej przez gardło, więc jedynie pokręciła głową i ponownie zwróciła się do córki, ujmując jej dłoń w obie ręce.
—
Kawa może poczekać. Telefon też. Ty nie. — powiedziała ciszej, ściskając jej palce —
A kiedy już się ogrzejesz i upewnimy się, że nic ci nie jest, obiecuję, że kupię ci nowy telefon, jeśli ten nie przeżyje. — kącik jej ust uniósł się wreszcie odrobinę, a Clea odgarnęła z własnej twarzy mokre włosy, po czym rozejrzała się za kimś z obsługi, kto mógłby wreszcie przejąć kontrolę nad zbiegowiskiem i zwierzętami. Nie miała zamiaru odchodzić, dopóki Mona nie poczuje się lepiej, a kiedy jedna z kapibar znów podpłynęła w ich stronę, posłała jej spojrzenie pełne zmęczonego wyrzutu. —
Nawet nie próbuj. Na dzisiaj wyczerpałaś już limit rodzinnych przygód.
Mona Delacroix