45 y/o
Welkom in Canada
185 cm
member of parliament
Awatar użytkownika
there's an old Italian saying: "you fuck up once, you lose two teeth"
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjipłynny?
postać
autor

To w sumie ciekawe, jak skala tej awarii wpłynęła na postawę Anthony’ego, a potem na dalszy przebieg tego wieczoru. Z jednej strony - gasnące światła były trochę jak zaproszenie do zabawy i obietnica, że wszystko, co się od tej chwili wydarzy, pozostanie ich słodką tajemnicą. Z drugiej jednak - nie oszukujmy się, jeśli naprawdę udało im się zbudować jakiś nastrój (jeśli, bo on raczej nie był w to dobry, czego dowód dostała również i tym razem), to on po prostu nie miał prawa przetrwać aż tak silnego tąpnięcia. Wszystko, co między nimi zaszło, było oparte na bardzo prostych i bezpośrednich impulsach, a awaria zasilania w całej okolicy była od nich znacznie bardziej złożona i wymagała zainteresowania “już, teraz”.
O dziwo jednak - stojąc przy tym oknie, Bellore nie pomyślał o tym ani przez chwilę. Być może to trochę pyszne z jego strony, że pożądany (no czuł to, okay; tym razem to czuł) przez Love potrafił w jednej chwili zupełnie zlekceważyć to, jak bardzo sam jej pragnął, ale tę powściągliwość i dyscyplinę wpajaną miał od lat najmłodszych, toteż wezwany z łatwością przestawiał się na życie w tym swoim “trzymetrowym świecie”. Wpatrzony w ciemności, zastanawiał się nad podobnymi kwestiami, co Love - co z zasilaniem awaryjnym, dlaczego wszystko padło w tej samej chwili i czy to przypadkiem nie jest apokalipsa jak długo potrwa odkręcanie takiej awarii. Wyobrażał sobie też chaos na mieście, gdyby naprawienie usterki miało potrwać dłużej niż kilkanaście minut - już teraz z oddali słychać było, jak rozbrzmiewają syreny kolejnych radiowozów (Anthony nie przysypiał na spotkaniach dotyczących obrony i rozróżniał sygnały dźwiękowe), samochody coraz głośniej grały swój koncert na klaksonach, a raz miał nawet wrażenie, że pisk opon skończył się uderzeniem i kakofonią składanej blachy, tłuczonego szkła i tak dalej.
I te cholerne rozmowy - czuł się trochę jak w kinie, bo chociaż nie rozumiał ani słowa, to trajkotanie i śmiechy strasznie go drażniły. Starzał się.
– Poważnie? Pokaż. – Szybko przyzwyczaił się do ciemności, więc bijące z ekranu jej smartfona światło wystarczyło mu, żeby względnie bezpiecznie dotrzeć do kanapy, ale już siadając na pewno ją szturchnął albo macnął, bo już zaglądał jej przez ramię, żeby doczytać wiadomości. – Co do kurwy… – Mruknął pod nosem. Posty na twitterze zaczęły zlewać się z powiadomieniami służbowego komunikatora Love, dlatego czytał, dopóki wpis jednego z dzienników nie połączył się z jakimś głupim memem, wysłanym przez jednego z jej kolegów (i którego, zresztą, nie rozumiał). – To jest chyba ten moment, w którym muszę włączyć telefon – skrzywił się Anthony, sięgając do kieszeni. Ze względu na rodzinny lokalizator, Bellore - jeśli potrzebował zniknąć z radaru - zostawiał swój telefon w biurze albo go wyłączał, polegając wówczas na pagerze, ale tym razem go ze sobą nie zabrał. Był więc odcięty od świata jeszcze bardziej niż Love. – Nie, to nie jest głupie pytanie - odparł szybko, ale nie z kurtuazji. Wręcz przeciwnie, był dumny, że doszła do takich wniosków sama. Ona naprawdę się marnowała. – Jedyny problem polega na tym, że to musiałby być najbardziej precyzyjny zamach na świecie. Całe miasto nie stoi na tylko jednym generatorze. Nie wystarczy po prostu wcisnąć guzika – powiedział zamyślony, wpatrując się w ekran ładowania swojego telefonu. Zgodnie z tym, co przeczytała Love, zasięg faktycznie był psi, ale to nie przeszkodziło w tym, żeby przywitało go kilka nieodebranych połączeń. Wpatrując się w kolejne numery na liście, domyślił się, że jednocześnie próbowali go wydzwonić wszyscy domownicy (łącznie z nieobecną Kimberly), a także ojciec i osobisty asystent. – Tak. Brooke zaprosiła jakąś koleżankę, a Vinnie znowu grał w te swoje głupoty. To nie o nich się martwię – stwierdził. Zarejestrował, że Love właśnie po raz kolejny wykazała się dużą dojrzałością, empatią i troską, ale to chyba nie był odpowiedni moment, żeby jej za to podziękować. Jej bezpieczeństwo było przecież prawie równie ważne. – To Doug. Może już coś wie – mruknął, gdy telefon zabrzęczał mu w dłoni i energicznie przeciągnął zieloną słuchawkę przez cały wyświetlacz. Bellore rozmawiał, nie ruszając się z miejsca - luksusu trybu głośnomówiącego jej nie zaproponował, ale był przekonany, że dobrze słyszała, co mówił jego asystent. Zwłaszcza, że był to bardziej monolog Douga, niż rozmowa; z pierwszych informacji miało wynikać, że służby nie wykluczają obcej ingerencji w infrastrukturę energetyczną miasta, ale w awaryjnym komunikacie radiowym burmistrz będzie - rzecz jasna - zapewniał, że sytuacja jest pod kontrolą. Poza tym przekazał, że awaria obejmuje całe miasto, że obiekty krytyczne właśnie przechodzą na generatory awaryjne i że mają godzinę, żeby stawić się w ratuszu na spotkaniu sztabu kryzysowego, na którym Anthony - z braku laku, jedyny konserwatysta z Toronto - będzie reprezentować Tories. – W takim razie spotkamy się na miejscu – rzucił, zerkając kątem oka na fluorescencyjne wskazówki swojego zegarka, które w tej idealnej ciemności wreszcie wyglądały bez zarzutu. – Nie, nie ma sensu, żebyś mnie odbierał. Muszę się najpierw upewnić, że w domu wszystko gra. I tak, ja muszę to zrobić. Do zobaczenia – rozłączył się, a potem znów zajrzał Love przez ramię i pokręcił głową. – Niczego nie słyszałaś. Przynajmniej na razie – zdecydował i to głosem, który raczej nie znosił sprzeciwu. – Ale wydaje mi się, że powinnaś pojechać do redakcji. To łatwe punkty do zdobycia. Ja ci nie będę za wszelką cenę wciskać, że wszystko gra – dodał. W przeciwieństwie do swoich redakcyjnych kolegów, będzie miała bezpośredni dostęp do opozycji, której nie zależy na pudrowaniu samorządowych (albo i rządowych) niepowodzeń, i będzie mogła zanieść do newsroomu coś nowego. A w jej sytuacji to dobra okazja, żeby wygrzebać się z ławki rezerwowych.
I mówił to tak po prostu; jak gdyby nigdy nic.

Love Roderick
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
przeciwko sztucznej inteligencji i upadkowi zasad
29 y/o
CHRISTMASSY
159 cm
prezenterka w CBC News
Awatar użytkownika
'Cause I'm a real tough kid
I can handle my shit
They said, "Babe, you gotta fake it 'til you make it"
And I did
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Bardzo szybko przyszło im wrócić na ziemię, czy im się to podobało, czy nie. Wręcz brutalnie. Roderick trochę jak zahipnotyzowana wpatrywała się w kolejne powiadomienia wyskakujące na ekranie jej telefonu. I to telefonu z dość niskim procentem baterii, co chyba warto w tym momencie zauważyć – ona niestety nie zwróciła na to najmniejszej uwagi, czego pewnie szybko pożałuje. Drgnęła dopiero, gdy Anthony wspomniał o tym, że musi włączyć telefon… on telefon. U niej. Telefon. Lokalizacja. Na ułamek sekundy ściągnęła mocniej brwi, ale to naprawdę był tylko ułamek sekundy. Doszła do wniosku, że jednak dzieją się teraz rzeczy, które wymagają więcej uwagi niż poszukiwanie Bellore na mapie miasta. Zresztą zawsze można powiedzieć, że lokalizacja szalała…
Skupiła się natomiast na tym potencjalnym ataku. Domyślała się, że nie chodzi o wciśnięcie jednego guzika, ale jednocześnie to rodziło kolejne pytania… co to za awaria, że jednak tak zadziałała? – Coś jednak wywołało awarię… coś zadziałało jak jeden wielki guzik wyłączający prąd w całym mieście. – rzuciła myśl na głos, nie oczekując, że Anthony będzie znał odpowiedź na jej pytanie. Nie potrafiła też tego wytłumaczyć, ale z jakiegoś powodu wywoływało to u niej dziwny niepokój. Przez chwilę obserwowała też mężczyznę sprawdzającego swoje powiadomienia… jego dzieci były bezpieczne, ale to nie o nich się martwił.
To strasznie głupie, strasznie… ale poczuła ukłucie zazdrości. Oczywistym dla niej było, że chodziło mu o Kimberly, a to jednak nie jest coś, co chcesz usłyszeć od mężczyzny, który cię przed chwilą całował. I to tak, jakby wcale nie zamierzał przerywać. Momentalnie skarciła się w myślach za ten idiotyzm, bo przecież znała swoje miejsce w szeregu. I była wdzięczna jego asystentowi bardziej niż kiedykolwiek…
Przysunęła się bliżej, żeby usłyszeć, co mówił. Skupiła się na tym. I nawet bez głośnomówiącego nie miała problemu ze zrozumieniem monologu Douga – prawdopodobnie przez tą dzwoniącą w uszach ciszę panującą w mieszkaniu. Dość szybko zrozumiała też, że ich wieczór właśnie dobiegał końca, Anthony będzie musiał wyjść, a ją przeszedł z tego powodu nieprzyjemny dreszcz. Miała złe przeczucia, nie chciała zostawać sama. Nie miała jednak odwagi powiedzieć tego na głos.
- Będziesz mnie informował? – jeśli miały to być łatwe punkty do zdobycia – potrzebowała informacji. Bez prądu i internetu niewiele mogła tam zrobić, a bez informacji? Jeszcze mniej. Skłamałaby też, gdyby powiedziała, że dobrze znosiła tą sytuację i że wiedziała jak do tego podejść. Prawdę powiedziawszy… była przerażona. I ciemność dookoła nich wreszcie działała na ich korzyść, bo istniała spora szansa, że Bellore nie mógł tego po prostu zobaczyć – I Tony, ja… – zaczęła, chcąc jeszcze nawiązać do sytuacji sprzed chwili. Musiała wykorzystać ten moment, zanim wstaną z kanapy i zaczną się zachowywać jak odpowiedzialni ludzie, którzy mają rzeczy do zrobienia. Bellore nie miał dużo czasu, a przez to ona również – jeśli chciała coś z siebie wydusić. Średnio jej jednak poszło. Myślenie ewidentnie nie było teraz jej mocną stroną, bo po prostu przesunęła się do mężczyzny, ponownie oparła dłoń na jego policzku i znowu go pocałowała. Jakby to była najbardziej naturalna rzecz na świecie, a przecież nie była – Uważaj na siebie, dobrze? Na drodze i w centrum. Jeśli ludzie się wściekną w pierwszej kolejności skierują swoją złość na ratusz. – szepnęła tuż przy jego wargach. Jakby troska o niego też była najnaturalniejszą rzeczą na świecie. A też przecież nie była.
- I na boga… masz jakąś gotówkę? – znowu wróciła na ziemię, a wargi zadrżały jej w lekkim rozbawieniu. Jeśli miała wyjść z domu, jeśli miała jechać do redakcji i jakkolwiek funkcjonować w centrum, potrzebowała gotówki, której oczywiście nie miała. Do tej pory jeśli nie mogła za coś zapłacić apple pay to po prostu tego nie potrzebowała – Moja duma właśnie poszła się jebać. Pierwszy raz w życiu proszę faceta o pieniądze… bo nie ma prądu od pięciu minut. Nie chcę wiedzieć, co będzie dalej – prychnęła, odsuwając się od niego i opadając na poduszki. Schowała twarz w dłoniach i potrzebowała sekundy, dwóch albo pięciu, żeby wziąć się w garść i wejść w tryb pracy. Nie mogła panikować.


anthony bellore
45 y/o
Welkom in Canada
185 cm
member of parliament
Awatar użytkownika
there's an old Italian saying: "you fuck up once, you lose two teeth"
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjipłynny?
postać
autor

– Właśnie tak to wygląda. – Anthony porozumiewawczo pokiwał głową, gdy zaniepokojona Love podzieliła się z nim swoimi przemyśleniami o wielkim guziku od zasilania miasta.
Była zestresowana; czuł to. Zestresowana, a może nawet i przestraszona - w każdym razie, jakkolwiek dziwnie nie brzmiałoby to w takiej sytuacji, Bellore pomyślał, że potrzebowała teraz mężczyzny bardziej niż jeszcze kilka chwil temu, gdy oboje gotowi byli stracić resztki godności przy najbliższej ścianie albo innym parapecie. Mimo więc, że zdawało mu się, że sytuacja wcale nie była tak poważna, na jaką wyglądała, nie zlekceważył jej obaw i nie zbył ich żadnym głupim żartem albo anegdotą o swoim dzieciństwie bez telefonów i internetu. Chciał być oparciem, którego potrzebowała. Przynajmniej dopóki nie będzie musiał zostawić jej samej.
– Nie sądzę, żeby to był atak… Żeby to było zaplanowane – odezwał się po kilkunastu sekundach milczenia, których chyba oboje potrzebowali, żeby ostatecznie zapanować nad oddechem czy przyspieszonym biciem serca. Zdawało mu się, że w tej ciszy, która opanowała Toronto, ciągle słyszał, jak to w piersi Love nadal łomotało trochę za szybko i że mówił za głośno, i choć wcale tak nie było - obniżył ton do półśzeptu. – Może nie znam się na elektrowniach, ale za to widziałem z bliska walkę, więc wiem, że w walce absolutnie każdy plan bierze w łeb po pierwszym strzale. A żeby zrobić coś takiego, ktoś musiałby być bezbłędny, więc… To musi być awaria. Zajebiście duża, ale tylko awaria – mówił spokojnie, powoli i z dużym przekonaniem o swojej racji, ale tak naprawdę to miał wrażenie, że wolałaby posłuchać kogoś mądrzejszego i był sobą zawiedziony, że jedyne, co mógł jej zaproponować, to luźna hipoteza, którą mogłaby usłyszeć od sąsiada z przeciwnego balkonu.
To dlatego zachowanie Love zupełnie go ogłupiło.
Zupełnie się go nie spodziewał.
Jej dłonie były przyjemnie ciepłe, a usta miękkie, słodkie i ciągle cholernie tęskne następnych pocałunków. Pociągały go. Muskał je więc z prawie taką samą żarliwością, jak przy oknie, choć tym razem był znacznie bardziej delikatny i czuły. Tym razem to ona “prowadziła”, a on jakby za ten gest dziękował i żalił się, że nie mieli czasu na więcej. I chociaż był w tym tak nienachalny, że wręcz leniwy, to kiedy się odsunęła, mimowolnie mruknął w rozdrażnieniu tak głośno, że momentalnie zalał się czerwieniem. Dzięki Bogu, że było tak okropnie ciemno.
– To wpuszczę ich do środka – wyszeptał przewrotnie, uśmiechając się pod nosem. Uciekał w dowcip, bo im dłużej mówiła, tym trudniej było mu przełknąć ślinę, a żeby ukryć jakoś drżenie warg, musiał je mocno nakryć zębami. To… To nie powinno go tak poruszyć; Love była po prostu dobrym człowiekiem i powiedziała mu to, co każdemu na jego miejscu, ale… No właśnie. Ale - ale Anthony doszukał się w jej słowach (albo doszukać się chciał) czegoś więcej i teraz z trudem hamował rozczulenie jej troską. Między nimi ciągle coś było. Tak zamierzał myśleć. – Tym razem jestem niewinny. Niech zrobią z tym porządek – dodał prędko i choć nadal nerwowo maltretował zębami swoją dolną wargę, odważnie wyciągnął ręce w stronę twarzy Love, żeby pochwycić ją obiema dłońmi. Nadal byli blisko, a jej rozchylone usta wciąż kusiły aksamitną delikatnością, ale Anthony zdobył się na dyscyplinę i - owszem - pocałował ją, ale w sam środek czoła. I to inaczej niż zwykle (bo zwykle robił to w zupełnie innych okolicznościach) - z troską i rozczuleniem, jakich chyba jeszcze nigdy jej nie okazał. Przynajmniej nie tak bezpośrednio. – Teraz na pewno będę – mruknął, a choć “na siebie uważać” pozostało niewypowiedziane, to wybrzmiało w tym milczeniu, jakby wykrzyczał je z całych sił.
Tylko po to, żeby moment później podnieść się na równe nogi i zachowywać się, jakby nic, co wydarzyło się przez ostatnich kilkadziesiąt minut, nie miało miejsca.
– Czy jak powiem, że to brzmi jak całkiem interesująca gra wstępna, to będzie jeszcze za wcześnie na taki żart? – Zaśmiał się pod nosem. Odblokowawszy telefon, zrobił sobie latarkę z poświaty wyświetlacza i sięgnął do kieszeni po plik banknotów. Pieniądze nosił starym, włoskim (a właściwie to włosko-bandyckim, ale o tym nikt nie mówił) zwyczajem spięte klipsem (eleganckim, skórzanym z wytłoczoną pieczęcią swojego pułku), w innej kieszeni niż dokumenty czy kluczyki do samochodu, dlatego szybko zaczął liczyć. – Mam przy sobie trzysta osiemdziesiąt pięć dolarów. Zostawię ci to i podrzucę do centrum, ale w drodze powrotnej będziesz musiała sobie poradzić sama – powiedział, nakierowując telefon w jej stronę. Światło było zbyt słabe, żeby dobrze rozjaśniło jej twarz, ale miał wrażenie, że odmalowany na niej niesmak był autentyczny. Westchnął. – Nawet tak o sobie nie myśl. To pożyczka. Czy na procent to się jeszcze zastanowię. - Anthony zganił Love ostrym syknięciem; położył banknoty na klawiaturze laptopa, złapał za swój kubek z kawą i znów stanął przy oknie, żeby poprawki w garderobie zrobić już w świetle księżyca.

Love Roderick
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
przeciwko sztucznej inteligencji i upadkowi zasad
29 y/o
CHRISTMASSY
159 cm
prezenterka w CBC News
Awatar użytkownika
'Cause I'm a real tough kid
I can handle my shit
They said, "Babe, you gotta fake it 'til you make it"
And I did
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

To był bardzo… bardzo dziwny wieczór. Bardzo. Dziwny. Wieczór. Czy chociażby w najmniejszym stopniu przypuszczała, że to pójdzie w tym kierunku? Nie. Ani trochę. Bo dlaczego miałoby, prawda? Mieli się spotkać, napisać tą nieszczęsną notatkę dla Malarza, żeby brzmiał na trochę mniej obłąkanego niż był w tym momencie, a zadziało się to… wszystko. Powiedzieć, że szumiało jej od tego wszystkiego w głowie to jakby nie powiedzieć nic. Za dużo myśli na raz, ale przede wszystkim za dużo emocji na raz. Z jednej strony mogłaby to zrzucić na okoliczności… jednak pocałował ją (albo ona jego, kto by się w tym momencie przejmował takimi drobnostkami) zanim Toronto opanowały całkowicie ciemności. To była po prostu wisienka na torcie. To naprawdę był dziwny wieczór.
Gdy została sama na kanapie zapadła się mocniej w poduszkach i obserwowała go na tyle, na ile była w stanie. Na szczęście wzrok powoli przyzwyczajał się do ciemności. Ściągnęła mocniej brwi i chociaż spojrzała na niego tak, że można byłoby się domyśli, że żart raczej nie wpadł na podatny grunt to jednocześnie kącik ust drgnął jej w lekkim rozbawieniu. Oczywiście, że to był żart z rodzaju tych nie na miejscu, ale jednocześnie… był to zaskakująco miły powrót do żartów z przeszłości, gdy nie musieli gryźć się w język i przejmować tym, że czegoś nie wypadało powiedzieć. Jednocześnie musiała dać sobie mentalnie po łapskach, żeby nie wyobrażać sobie za dużo. To tylko ten dziwny wieczór… to była chwila, za dużo pracy, za dużo kofeiny i przecież niczego to między nimi nie zmieniało. Prawda?
Nigdy nie brała od niego żadnych pieniędzy. Nigdy. Jasne… prezenty były miłe, ale jednocześnie nigdy ich nie oczekiwała, ani nie wymagała. Nawet jeśli byłoby to najbardziej oczywiste wytłumaczenie – bo jednak historia znała tysiące takich przypadków – nie spotykała się z nim dla korzyści majątkowych. Zawodowych? Prędzej. Ale nie typowo finansowych. Więc, gdy wyciągnął w jej stronę plik banknotów poczuła nieprzyjemny ścisk w żołądku. Nawet nie zdawała sobie sprawy, że na jej twarzy pojawił się wymowny grymas, który nie umknął jego uwadze.
- Pożyczka… – powtórzyła za nim, bardziej jednak wmawiając to sobie. Westchnęła pod nosem i podniosła tyłek, żeby się ogarnąć skoro miał ją podwieźć do centrum. Zamierzała z tej oferty skorzystać, a skoro mieli bardzo ograniczony czas musiała wziąć się w garść. Tym bardziej, że kolejne przychodzące powiadomienia wcale nie były optymistyczne i wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że ta awaria potrwa znacznie dłużej niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Wiedziała, że prędzej czy później ludzie zaczną wpadać w panikę i będzie tylko gorzej.
Dlatego nie zamierzała tego przedłużać. Chwilę później oboje byli gotowi do wyjścia z mieszkania, żeby po dłuższej niż normalnie chwili skończyć w centrum miasta. Love zapewniła go jeszcze dzisiaj dokończy notatkę dla Malarza i wyślę mu ją na maila. Zawahała się przed wyjściem z auta, ale mimo wszystko… nic nie zrobiła. Podziękowała za podwózkę i przypomniała, żeby pamiętał ją informować i wyszła. W tą jeszcze dziwniejszą noc.


/koniec
anthony bellore
ODPOWIEDZ

Wróć do „#25”