25 y/o
Welkom in Canada
165 cm
nauczycielka hiszpańskiego & barmanka
Awatar użytkownika
It's 2 AM
You and I used to talk until the morning
It's day and night hurry now
Baby let's just take it slowly today
I don't wanna miss out on much today
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Carmen mogłaby śmiało stwierdzić, że ich przyjaźń była idealnie zbalansowana. Potrafiły nie rozmawiać ze sobą przez paręnaście dni, będąc całkowicie pochłoniętymi swoimi sprawami, by potem spotkać się jednej nocy, dokładnie tak jak dzisiaj i wszystko dokładnie przegadać. A czasem w ogóle nie rozmawiały o tym, co ich męczy, jedynie dotrzymując sobie towarzystwa i dając sobie to słodkie poczucie, że w razie potrzeby, zawsze jest się tuż obok. Mogły balować do białego rana, a Torres mogła wpadać w jej ramiona, gdy tylko potrzebowała przyjacielskiej czułości i mogły pokłócić się o najgłupszą pierdołę, używając wszystkich znanych im przekleństw. I to w każdym języku, jaki tylko znały. Meksykanka naprawdę to ceniła; całą tę wybuchowość i jednoczesny stoicyzm ich relacji, która dawała jej komfort, niezależnie od tego, na jakim etapie życia właśnie była.

Torres nie mówiła już tak chętnie o swojej rodzinie jak kiedyś. Nie kłamała, mówiąc, że ma bliskich w rodzinnym kraju, w tym dość problematycznych braci, ale zwykle nie wgłębiała się w szczegóły. Ruelle oczywiście wiedziała o ich relacji i o tym, jak toksyczny i zły wpływ mieli na jej codzienność. Nie poruszała jednak tego na każdym spotkaniu, dochodząc do wniosku, że spotykała się z Prescott właśnie po to, żeby jak najbardziej móc się od tego odciąć. I chyba dlatego też, nie chciała głębiej ją w to wciągać. Chyba podświadomie obawiała się, że im więcej ludzi będzie znać szczegóły, tym więcej osób z jej otoczenia mogłoby być potencjalnie zagrożonych.
— Słodka jesteś — stwierdziła, uśmiechając się przy tym z rozbawieniem, zanim uniosła palce, by założyć kosmyk ciemnych włosów Rue za ucho. — Ale chyba nie chciałabym, żeby zwęszyli, gdzie mieszkasz — westchnęła, bo w takim wypadku, musiała brać wszystko pod uwagę. — Nie chcę martwić się jeszcze o bliskich — mruknęła, marszcząc lekko nos. Albert sobie poradzi. Rue na pewno też, ale po co wystawiać ją na zbędne ryzyko, prawda?

Plany wyjazdowe, o których rozmawiało się po pijaku zwykle nie wychodziły, to prawda. Szczególnie, jeśli snuła je Torres, która dziewięćdziesiąt procent swojego czasu spędzała w pracy. Jednej, drugiej albo trzeciej, ale tym razem... Naprawdę chciała to zrobić. To byłoby lepsze od tych wszystkich terapii. Kolejnego dnia, jak tylko kac morderca minie, dziewczyna od razu zabierze się za planowanie. Ot co. — Też wolałabym domki. Może uda się znaleźć takie budżetowe — mruknęła w namyśle, stukając się palcem wskazującym po brodzie. — Och, nasz pierwszy wyjazd. Qué emoción! — rzuciła zachwycona swoim własnym pomysłem. Samouwielbienie.

— Admítelo, soy tu favorita — parsknęła na jej słowa. Na wspomnienie o tym jej wyjątkowym instynkcie, Carmen po raz kolejny zaśmiała się pod nosem, bo to też nie było dla niej nic szokującego. Ach, ten latynowski temperament... Kiedyś wpędzi je obie do grobu. — Ale zakładam, że już się pogodziłyście? — mruknęła, mierząc ją uważnym spojrzeniem. — Boże, dlatego właśnie uczucia między dwoma kobietami są tak przejebane. To jak walka ognia z ogniem — rzuciła. Torres chyba wyrwałaby sobie włosy z głowy, gdyby musiała przez to przechodzić, a o potencjalnych kłótniach, usłyszałoby całe Toronto.

Carmen objęła ją w talii i zaczęły tańczyć. Muzyka przenikała ją aż do kości, a alkohol przyjemnie rozgrzewał jej ciało. Zupełnie straciła poczucie czasu — nie wiedziała, ile już szalały na parkiecie, ale w pewnym momencie zrobiło się tak tłoczno i duszno, że Torres zdecydowała się wyciągnąć Ruelle tylnym wyjściem na zewnątrz. Dopiero tam puściła jej nadgarstek, opadając tyłkiem na chodnik z tyłu budynku. Oparła dłonie za swoimi plecami i spojrzała w gwiazdy, rozpościerające się nad ich głowami. — Puta madre, qué hermosas estrellas! — westchnęła. Zawsze miała do nich słabość.

Ruelle
24 y/o
quoth the raven
160 cm
tanatopraktorka white lily funeral services
Awatar użytkownika
She's a femme fatale
Hypnotizes with her spell
Armed with seduction and affinity
She's a femme fatale
Like an angel sent from hell
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie czuły żadnej presji w związku ze swoją relacją. Mogły nie rozmawiać z sobą od dawna, mogły siedzieć przy sobie bez wypowiedzenia choćby słowa czy też szaleć do woli w klubach, a i tak niezależnie od sytuacji czuły się zwyczajnie ze sobą komfortowo. To właśnie była taka przyjaźń, którą najbardziej się ceniło. W zasadzie były one tak bliskie siostrzeństwa, że bliższe chyba nie mogły być. Właśnie kogoś takiego ludzie potrzebowali w swoim życiu.
Były zwyczajnie tematy, o których ludzie nie lubili mówić. Nawet nie musieli mieć dla tego jakiś większych powodów ani potrzeby zachowywania tajemnicy. Rozumiała to. Nie próbowała jej nawet nakłonić do tego, aby zmieniła swoje zdanie w tej kwestii.
- Jasne. Jeśli tylko uważasz, że tak jest lepiej - przytaknęła, bo nie zamierzała się kłócić. - I przestań... Po prostu oferuję. Wiem, że ty też byś mi to zaproponowała.
W końcu to nie było nic wielkiego. Normalnie przecież nie byłby to wielki problem, że Carmen postanowiła spędzić noc albo kilka w jej domu. Tylko, że sytuacja nie była taka standardowa. Potrafiła to zrozumieć. Zresztą jeśli faktycznie miała jakąś alternatywę w postaci Alberta to nie było przecież tak źle.
Powinny do tych wszystkich rozmyślań wrócić na następny dzień. Wtedy, gdy obie będą miały czystą głowę i wyzbędą się procentów. W tym stanie mogły tylko gadać, a nawet jeśli próbowałyby dokonać czegoś więcej to... Zapewne skończyłyby jedynie bookując jakiś naprawdę dziwny domek w nie wiadomo jakim miejscu. To mógłby być przepis na tragedię, ale jeśli cena byłaby dobra, a nie otrzymałyby zwrotu wpłaconej kwoty to pewnie i tak by pojechały.
- Jak się chce to wszystko się znajdzie - podsumowała, bo taka była swoista prawda życiowa. - Emocionante w chuj. W sumie nawet nie myślałam o tym, żeby się gdzieś wyrwać.
Termin jej praktyk letnich nie był pewny do ostatniego momentu, więc w tym roku chciała odpuścić sobie wszystkie wyjazdy, ale w zasadzie... czemu by miała? Skoro teraz się nadarzyła okazja do tego, aby gdzieś się wybrać z osobą, którą lubiła to musiałaby być prawdziwie głupia.
- Solo una de mis personas favoritas - poprawiła ją, bo na pewno nie mogłaby ot tak nazwać Carmen swoją faworytą.
Latynoski temperament był tym, co je łączyło, ale u każdej mógł się on wyrażać w nieco inny sposób. Porywczość jednak zdawała się być elementem wspólnym. Czasem jednak na pewno sprawiała, że można było napytać sobie biedy.
- Właściwie to... nie. Nawet pokłóciłyśmy się drugi raz, ale przynajmniej tekstowo - odparła, bo pewnie Torres spodziewała się po niej czegoś całkowicie innego. - Po prostu przekroczyła pewne granice. Płeć tu nie ma nic do rzeczy.
Równie dobrze mogłaby dać w pysk facetowi. Pewnie również skończyłoby się to w podobny sposób, gdyby nie trafiła na damskiego boksera. River wyszła, trzaskając drzwiami własnego mieszkania po to, aby nie zrobić czegoś, czego by żałowała. Wcześniej jednak zniszczyła płótno z rozpoczętym obrazem.
To jednak nie był moment na to, aby się tym przejmowała. Alkohol coraz śmielej krążył w żyłach, a Ruelle poczuła owijające się wokół niej ramiona, które ciągnęły ją w stronę parkietu. Mogła się temu oddać bez żadnego problemu. Nawet bez panującego tam ścisku tańczyły wyjątkowo blisko siebie. Prescott potrzebowała poczuć czyjeś ciało tuż przy swoim: dłonie na talii, biodra napierające na jej własne i kogoś, kto poruszał się zwinnie pod jej dotykiem. Właśnie to oferowała jej teraz Carmen, która doskonale wiedziała, czego jej trzeba.
W końcu jednak musiały wyjść na zewnątrz, aby się przewietrzyć. Duchota i ścisk źle wpływały na dwie pijane dziewczyny, które potrzebowały wyraźnie powietrza. Co prawda gwiazdy w mieście nie prezentowały się tak pięknie jak na obrzeżach, ale dalej było pięknie. W dodatku owiewał je lekki i orzeźwiający wiaterek.
- Tú eres más hermosa tan todas las estrellas - mruknęła, siadając za dziewczyną.
Oparła głowę na jej ramieniu, obejmując ją luźno. Pozwoliła sobie na chwilę odprężenia, gdy przylgnęła nieskrępowana do pleców Meksykanki. Mruknęła coś niezrozumiałego tuż przy jej uchu i przez moment czegoś szukała, ale szybko to znalazła.
- ¿Fumas? - zapytała cicho, wyciągając przed nią gotowego do odpalenia blanta.
Skoro miały się bawić to na całego. Zapomniała już nawet o tym, że przecież przyszła ją ratować. Powinny jak najlepiej wykorzystać tę noc.

Carmen Torres
Ari
Nie lubię narzucania mojej postaci reakcji i zachowania oraz dopisywania do jej rzeczy czy sterowania nią w jakikolwiek sposób bez konsultacji.
25 y/o
Welkom in Canada
165 cm
nauczycielka hiszpańskiego & barmanka
Awatar użytkownika
It's 2 AM
You and I used to talk until the morning
It's day and night hurry now
Baby let's just take it slowly today
I don't wanna miss out on much today
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wiem, że ty też byś mi to zaproponowała.

— Mogłabym spalić dla ciebie całe Toronto, jeśli tylko byś o to poprosiła — powiedziała całkowicie poważnie, co chyba najlepiej oddawało sens ich relacji, jak i temperament Carmen. Szczególnie, jeśli ktoś usilnie próbował grać jej na nerwach, krzywdząc lub grożąc jej bliskim; wtedy nie miała absolutnie żadnych zahamowań. Dla Torres w życiu bardzo liczyły się relacje międzyludzkie i rodzina, a skoro straciła swoich braci i poniekąd też rodziców, to traktowała swoich przyjaciół w ten wyjątkowy sposób. Żałowała, że wszystko potoczyło się w ten sposób i czasem smutek boleśnie ściskał jej serce na myśl o rodzicach, ukrytych gdzieś na wsi, ale wiedziała, że nad niektórymi rzeczami, żadne z nich nie miało kontroli. Tak czy inaczej, dziewczyna naprawdę chętnie skorzystałaby z jej pomocy, jak i noclegu, gdyby wiedziała, jak długo to wszystko będzie się ciągnąć. Nie mogła jednak obiecać, czy ten problem z bliźniakami rozwiąże się na przestrzeni paru dni czy może miesięcy. Oby jak najszybciej.

— A widzisz, zdarza mi się jeszcze wpaść na jakieś dobre pomysły — rzuciła z wyraźnym zadowoleniem. Ach, ten pijacki samo zachwyt, nieporównywalny do niczego innego. — Przyda nam się taki wyjazd. Trochę odpoczniemy od tej głupiej nauki, pracy i... innych ludzi — mruknęła, bo każda z nich miała kogoś, od kogo na pewno powinny zrobić sobie przerwę. Torres chętnie zresetowałaby swój umysł, szczególnie że zdarzało jej się wracać myślami do tego jednego człowieka, o którym usilnie starała się zapomnieć. Może była naprawdę chora na głowę? Może powinna się zbadać? Tak zapobiegawczo.

— No dobra, lepsze to niż nic — mlasnęła, gdy ją poprawiła i posłała jej szeroki uśmiech, bo Carmen miała naprawdę dobry nastrój tej nocy. Mogła więc nie być jej jedyną ulubioną osobą, ale przynajmniej niewątpliwie zaliczała się do tego grona, nieprawdaż? — Och. Cóż, przynajmniej nie skończyło się na komisariacie — stwierdziła, szukając jakichkolwiek innych plusów. — Może to i dobrze? Cała ta równość... Każdy może dostać tak samo po mordzie — mruknęła, kiwając lekko głową. Nie chciałaby sprawdzać siły ciosu Ruelle; zanotować.

Carmen zaczęła wierzyć, że te ich tańce, nie były tylko formą rozrywki, a ta bliskość nie była wywołana jedynie żądzą imprezy. To był sposób na wskazanie oparcia, jakiejś przynależności i przyjacielskiej miłości. W ten sposób przekazywały wszystko, co tylko chciały i dla obu było to wystarczające; zupełnie, jakby czytały sobie w myślach. I cholera, dobrze, że w rzeczywistości nie mogły tego robić.

— Ya basta, que me voy a enamorar de ti — rzuciła z rozbawieniem na jej słowa. Wyczuwając jej obecność za swoimi plecami, Carmen oparła łagodnie ciężar swojego ciała w jej ramionach. Odchyliła nawet głowę, opierając ją na ramieniu Rue, by nadal spoglądać w gwiazdy. Zawsze miała do nich ogromną słabość, przez co poczuła dziwną gulę w gardle, jakby zalały ją niechciane wspomnienia. — Claro que fumo — mruknęła, odbierając od niej blanta. Z trudem wygrzebała ze swojej torebki zapalniczkę, odpalając jego końcówkę. — Te quiero, Ruelle. — mlasnęła językiem, zanim zaciągnęła się porządnie dymem, po krótkiej chwili wydychając go w stronę nieba. Podała jej blanta, odwracając łagodnie głowę w bok, by na nią zerknąć. — Bez ciebie byłoby mi ciężko w tym Toronto — stwierdziła, gładząc palcami jej włosy. Poczuła dziwne zmęczenie, ale to pewnie spowodowane imprezą i rozmyślaniami... O braciach, Wesleyu, o tym jak bardzo brakowało jej normalności i jakiegoś pieprzonego świętego spokoju.

Ruelle
24 y/o
quoth the raven
160 cm
tanatopraktorka white lily funeral services
Awatar użytkownika
She's a femme fatale
Hypnotizes with her spell
Armed with seduction and affinity
She's a femme fatale
Like an angel sent from hell
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pod względem temperamentu obie dobrały się wyjątkowo mocno. Można byłoby nawet odnieść wrażenie, że zawarły jakiś pakt krwi, który zobowiązywał je do tego, aby pogrążyć świat w chaosie i pożodze, gdyby tylko tej drugiej coś się stało.
- Jeśli kiedyś będę potrzebowała chihuahuy z koktajlem mołotowa to się do ciebie zgłoszę, cariño - odpowiedziała, uśmiechając się z rozbawieniem.
Wierzyła, że mogła na nią liczyć i to działało w obie strony. Jeśli tylko miałaby własne mieszkanie to na pewno pozwoliłaby tam zostać Carmen tak długo jak tylko by potrzebowała. Mogłaby nawet się wprowadzić, jeśli by tego chciała. Tylko, że Prescott dalej mieszkała z rodzicami, a wyprowadzenie się od nadopiekuńczej matki było istnym wyzwaniem. No, ale ten układ dotychczas jej odpowiadał. W końcu nie musiała się martwić finansami czy wyżywieniem, co było niewątpliwym plusem. Były też i minusy, ale o nich wolała na razie nie myśleć.
- Taki detoks od wszystkiego na pewno nam się przyda. My dwie, jedna chatka. Czego chcieć więcej? - przytaknęła, bo jakby nie patrzeć plan był po prostu genialny w swojej prostocie.
Powinny zdecydowanie uciec od swoich trosk i problemów na tyle na ile tylko mogły. W końcu nie powinny ich dogonić na jakimś całkowitym pustkowiu, prawda? Na pewno to tak działało.
Niewielu osobom Ruelle byłaby w stanie powiedzieć taki komplement. Były też takie, które zaliczały się do grona ulubieńców, ale podobne słowa w ogóle nie przeszłyby jej przez gardło. Także Carmen mogła być szczęściarą, że mogła usłyszeć takie wyznanie od swojej przyjaciółki.
- Przy ludziach się zachowujemy... jakoś. Znęcamy się nad sobą tylko prywatnie - rzuciła takim tonem, który nie zdradzał w ogóle czy żartowała czy może mówiła nadzwyczaj poważnie.
Bez wątpienia temperament odziedziczyła po matce i odzywał on się w momencie, gdy nie była w stanie już dłużej tłumić swoich emocji. Zazwyczaj panowała nad nimi perfekcyjnie, ale zdarzały się sytuacje, gdy stawało się to prawie niemożliwe lub osoby, które wciskały uparcie zapalnik, a potem dział się zwyczajny chaos.
Musiały zapomnieć się na parkiecie, wyzbyć tej energii, która w nich tkwiła i zwyczajnie zapomnieć o całym świecie. Dużo łatwiej było to zrobić, skupiając się na bliskości znajomego ciała oraz przyjemności, którą za sobą niosła. Zwłaszcza, gdy rytm intensywnej muzyki sam prowadził je w tańcu.
- No necesito otra chicha enamorada - odparła, czując jak dziewczyna rozluźnia się i zapada w jej ramionach, aby znaleźć w niej oparcie. - Pero jakbyś to była ty... quien sabe.
Żartowała, ale w sumie... Kto wie jak by się to skończyło, gdyby zakochała się w niej dziewczyna zaliczana do grona najlepszych przyjaciółek, a nie artystka, z którą łączyła ją bardziej niż skomplikowana relacja. Nie miała jednak czasu, aby rozważać coś takiego. Nawet nie próbowała. Zamiast tego pochłaniała ją kwestia jointa, którego cudem znalazła w swoich rzeczach.
- Y yo a ti, Carmenita - odpowiedziała, składając krótki pocałunek na jej włosach nim sięgnęła po skręta, którego przekazywała jej dziewczyna.
Zaciągnęła się porządnie, rozkoszując się sposobem w jaki dym zaczął wypełniać jej gardło i płuca. Właśnie tego jej było trzeba. Liczyła na to, że w końcu spłynie na nią upragniony spokój oraz rozluźnienie.
- Bo potrzebna ci przynajmniej pół-Latina, aby przetrwać? - zapytała, wydmuchując w końcu zaczerpniętego bucha, a skręt raz jeszcze powędrował do Torres.
Wiedziała, że czasami niezwykle istotne było posiadanie kogoś, kto nie tyle zapewniałby wsparcie, ale także jakieś poczucie przynależności. Wystarczyła jedna osoba, która posługiwała się tym samym językiem, aby już poczuć się bezpieczniej.

Carmen Torres
Ari
Nie lubię narzucania mojej postaci reakcji i zachowania oraz dopisywania do jej rzeczy czy sterowania nią w jakikolwiek sposób bez konsultacji.
25 y/o
Welkom in Canada
165 cm
nauczycielka hiszpańskiego & barmanka
Awatar użytkownika
It's 2 AM
You and I used to talk until the morning
It's day and night hurry now
Baby let's just take it slowly today
I don't wanna miss out on much today
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Chihuahy? — parsknęła, wskazując na siebie palcem. — Ja? — powtórzyła, jakby była to największa obraza, jaką było jej dane kiedykolwiek usłyszeć. — Kochana. Ruelle. Ja jestem... rottweilerem! Albo dobermanem, a nie takim małym skunksem — rzuciła, unosząc dumnie podbródek. Pijany umysł Carmen uważał to za temat, który musiały jasno przedyskutować tu i teraz. Nie mogła pozwolić na błędne zobrazowanie jej pieskowego alter ego. Bądźmy poważni. — Dobrze. Nie wierzysz we mnie. Mam ci to udowodnić? Podpalić tamten śmietnik? — rzuciła, machając ręką w przypadkową stronę. Może Torres to niczego nieświadoma piromanka? Lepiej powstrzymać ją, zanim będzie za późno. Nigdy nie wiadomo, jaki głupi pomysł wpadnie do jej pijanej głowy; niby z natury była grzeczną dziewczyną, ale potrafiła zapomnieć o morałach, kiedy czuła powiew wolności i buntowniczości.

Meksykanka zdecydowanie podzielała jej entuzjazm odnośnie do tego wyjazdu, chociaż podejrzewała, że to wcale nie będzie wystarczające i uciszy ich problemy tylko na chwilę. No, ale chyba lepsze to niż nic, racja? Carmen chętnie odpoczęłaby te dwa, trzy dni i później wróciła do tego chaosu, ale z nieco świeższą głową. — Mówiłam ci już kiedyś, że jesteś szalona? — zapytała, patrząc na nią z powagą, jakby właśnie stawiała jej śmiercionośną diagnozę. Zaraz jednak pokręciła głową z niedowierzaniem, opadając plecami w jej ramiona, by nabrać powietrza w płuca i popodziwiać te pieprzone gwiazdy. — Soy insoportable cuando estoy enamorada, Rue — przyznała. Nieświadomie wróciła wspomnieniami do swojego ostatniego związku, na krótką chwilę, przymykając oczy, by znowu przypomnieć sobie, że to wszystko miało być po to, żeby im obojgu poszło w życiu lepiej. — Creo que ya me cansé de estar soltera. ¿Será que debería abrirme una cuenta en Maplinder? — westchnęła.

To nie był taki zły pomysł. Mogłaby oderwać trochę myśli od codzienności, poznać kogoś nowego, nie skupiać się tak bardzo na chłopaku jej byłej już przyjaciółki... Chciała wyrzucić to z siebie, ale z jakiegoś powodu nie przechodziło jej to przez gardło. Zamiast tego znów podebrała jej blanta, po raz kolejny porządnie się zaciągając, by dym rozmył jej myśli. — Potrzebna mi przyjaciółka, przy której będę się czuła bezpieczna. A innym plusem jest to, że jest pół-latina — stwierdziła dość leniwym tonem. — Zostań dziś u mnie na noc. Zrobimy sobie jutro babski dzień — zasugerowała, odchylając łagodnie głowę, by na nią zerknąć. Torres po chwili przeniosła spojrzenie na drugi koniec ulicy i zmrużyła oczy, jakby próbowała coś dostrzec. — Joder, Rue. Mogę być już trochę zjarana, ale chyba znowu go widzę — szepnęła, nieco się napinając. — To już któryś raz z rzędu — dodała. Zaczynała mieć obsesję czy co?

Ruelle
24 y/o
quoth the raven
160 cm
tanatopraktorka white lily funeral services
Awatar użytkownika
She's a femme fatale
Hypnotizes with her spell
Armed with seduction and affinity
She's a femme fatale
Like an angel sent from hell
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mogła się domyślić, że to porównanie nie przypadnie Torres do gustu, ale naprawdę nie widziała jej jako takiej masywniejszej rasy psa. Była chihuahuą. Jakby nie patrzeć to też pochodziły one z Meksyku, były głośne oraz miały problemy z agresją. Dodatkowo posiadały niewielkie rozmiary czym również pasowały do Carmen. Nie żeby Prescott pod tym względem była jakaś lepsza. W końcu nie bez powodu River mówiła do niej wiecznie Mała.
- Cariño, akurat chihuahua pasuje do ciebie perfectamente i pogódź się z tym - odpowiedziała wprost, bo chyba musiała to powtórzyć, aby do niej w pełni dotarło. - No, ale jak chcesz udowadniać to śmiało.
Kim ona była, aby jej zabraniać? Jeszcze kilka drinków temu na pewno odwodziłaby ją od tego pomysłu, ale teraz? Była już nieco porobiona i nie widziała z tym wszystkim najmniejszego problemu. Pewnie byłoby nawet zabawnie. Przynajmniej dopóki nie wpadłyby w tarapaty z tego powodu.
Przynajmniej na jakiś czas mogłyby się skupić wyłącznie na sobie, ale może to nie był taki dobry pomysł, bo wyjazd na odludzie da im aż za dużo czasu i przestrzeni na rozmyślania wszelkiego rodzaju? Zabawne, gdyby wpadły tym bardziej w pułapkę tego, czego próbowały uniknąć.
- Sí moment temu me dijiste esto - przypomniała jej, ale w zasadzie to chyba nie było, aż tak chwilę temu.
Nieistotne. Obie były szalone na swój sposób i kochały się tak, jak tylko dwie latynoskie przyjaciółki potrafiły. To im na razie wystarczało do szczęścia. Nie miały wielkich wymagań.
- Okay. Que suerte que no estás enamorada de mi - stwierdziła, gdy tylko Carmen wspomniała jej o tym drobnym fakcie.
Nie była pewna czy zniosłaby ją w takim wydaniu, więc może lepiej, że nie próbowały niczego między sobą i pozostawały przy przyjaźni. Zwłaszcza, że Prescott miała głęboką awersję do romantyzmu i ze swoją artystką umówiła się na randkę wyłącznie dla świętego spokoju i dlatego, że ta miała nie robić nic romantycznego. To brzmiało jak uczciwy układ.
- No lo sé, nena. W życiu nie korzystałam z czegoś podobnego, więc nie wiem czy znajdziesz tam coś, czego szukasz - stwierdziła obojętnie, bo o apkach wszelkiego rodzaju mówiono różnie.
Jasne, pewnie były długoletnie pary czy małżeństwa, które się poznały w ten sposób, ale jak trwałe to było? Czy Carmen chodziło o coś takiego czy tylko o kogoś na chwilę, żeby nie czuła tej samotności, a potem mogłaby wskoczyć w znajomość z kimś innym? Nie wnikała. Dla niej takie rozwiązania wymagały za dużo wysiłku. Wolała zwyczajnie pójść do łóżka z kimś kogo przypadkiem poznała na imprezie, jeśli już czuła na to ochotę. Oszczędzało jej to wszystkich tych wiadomości i spotkań. Po prostu od razu nawiązywała z kimś odpowiedni kontakt i czuła to fizyczne połączenie.
- Estoy contenta que te sientes segura conmigo - mruknęła tuż przy jej uchu, zaciskając mocniej ramiona wokół jej talii. - Y yo contigo… Me siento completa. No como un mix extraño.
Pewnie to, co mówiła nie miało większego sensu, ale często czuła się… czymś pomiędzy. Ani w pełni biała, ani w pełni Latina. Towarzyszyło jej poczucie, że nigdzie nie pasuje. W towarzystwie Carmen było jednak inaczej. Naprawdę to doceniała.
- Mówiłam już mamie, że będę u ciebie spała. Trochę jej było nie w smak, że znowu spędzam noc poza domem, ale… No nir wykłócała się - wzruszyła ramionami, gdy tylko o tym wspomniała. - Zostanę tak długo jak będziesz chciała, mi reina.
Mogły zrobić sobie noc i dzień tylko dla siebie. Czemu nie? Przez chwilę nawet zafiksowała się na tym pomyśle i nie zwracała na nic innego uwagi. Przejęła od niej z powrotem skręta i zaciągnąwszy się, wydała z siebie cichy pomruk, gdy tylko dziewczyna zwróciła jej uwagę na kogoś lub coś. Nie podobało jej się to.
- Może lepiej pójdźmy gdzieś indziej - zaproponowała, niepewnie stając na nogi i wyciągnęła do niej rękę. - Venga. Znajdziemy sobie lepszą miejscówkę.
Lepiej tak niż ryzykować, że dziwne haluny po zielsku mogły nie być halunami lub, że faktycznie ktoś się uwziął na Torres. Przejdą się, zmienią może lokal, aby zobaczyć czy inny proponuje lepszą ofertę drinków i dobór muzyki. W końcu dostatecznie się już przewietrzyły.

Carmen Torres
Ari
Nie lubię narzucania mojej postaci reakcji i zachowania oraz dopisywania do jej rzeczy czy sterowania nią w jakikolwiek sposób bez konsultacji.
25 y/o
Welkom in Canada
165 cm
nauczycielka hiszpańskiego & barmanka
Awatar użytkownika
It's 2 AM
You and I used to talk until the morning
It's day and night hurry now
Baby let's just take it slowly today
I don't wanna miss out on much today
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Carmen miała całe pięć centymetrów przewagi nad Ruelle, co też było wystarczająco dobrym powodem do nazwania się, na przykład, dobermanem. No, bo skoro była wyższa, to w jej pijanym umyśle, logiczne wręcz było to, że to jej przyjaciółka powinna być jakimś karzełkiem, który tylko wygląda groźnie. A pewnie Torres miała po prostu szczęście, że się przyjaźniły, bo nie chciałaby mieć Prescott po przeciwnej stronie. Tak czy inaczej, dla otoczenia obie musiały wyglądać jak dwie skończone wariatki. Nie było to jednak coś, czym przejmowałaby się szczególnie mocno; nie liczyło się dla niej to, co mówili o niej obcy ludzie. Najważniejsi zawsze byli dla niej bliscy i nic, poza tym.
— No niech ci będzie — westchnęła dramatycznie. Przynajmniej byłaby słodkim pieskiem; takim, z którego wychodzi demon, dopiero jak się zdenerwuje. Dobra, im dłużej nad tym myślała, tym bardziej dostrzegała pewne podobieństwa, ale już nie przyzna jej racji. Duma to okropna sprawa i częsty powód rozpadu jej związków. — Ty chyba naprawdę chcesz zobaczyć ten ogień, co? — rzuciła z rozbawieniem. — Nie mam zapałek — dodała na swoje usprawiedliwienie. Byłaby w stanie podpalić ten śmietnik, tak? Tylko może nie na widoku tak wielu osób, bo niekoniecznie miała ochotę spędzić resztę nocy w areszcie.

— Jestem pijana — powiedziała, choć nie było to raczej zaskoczenie dla nikogo. Nawet dla kogoś, kto mijał ich z boku, rzucając im przy tym niezbyt ukradkowe spojrzenia. W głowie Carmen było to jednak idealne wyjaśnienie na to, że mówiła głupotę za głupotą. Każdy może czasem gadać trzy po trzy, tak? Nie było w tym nic złego. — Hej. Wcale nie — mruknęła, marszcząc przy tym nos. — Ty miałabyś akurat ze mną bardzo dobrze — powiedziała pewnie, unosząc dumnie podbródek. Torres zmieniała zdanie co minutę, ale czy tej nocy, kogokolwiek to dziwiło? — Tssk. Jestem tylko dla tych najbardziej wytrzymałych. Dlaczego inni nie dają sobie rady? Ech, słabe jednostki chodzą po tym świecie — wymruczała marudnie. To nie zapowiadało się dobrze. Była krok od zaczęcia tematu, który skończy się najprawdopodobniej płaczem. — Ja też nigdy nie próbowałam. A chuj, zrobię to — powiedziała pewnie. No najwyżej usunie tę aplikację, prawda?

Wyczuwając nieco mocniejszy uścisk wokół swojej tali, Carmen uśmiechnęła się łagodnie. Nie mogła narzekać na samotność w Toronto. Może nie była otoczona setką przyjaciół, ale miała swoich ludzi, za których wskoczyłaby w ogień. Jedną z takich osób była właśnie Rue; bez cienia wątpliwości, ukryłaby dla niej ciało, jeśli byłaby taka potrzeba.
— Ya es hora de hacer algún pacto de sangre? — zaśmiała się, słysząc jej wyznanie, choć na samą myśl o jej słowach, zrobiło jej się tak ciepło na sercu. — Blah, blah. Lepsza noc u przyjaciółki niż pod mostem — westchnęła. Mamy już tak chyba mają, że są wiecznie niezadowolone. Zaraz jednak odrzuciła jej matkę gdzieś w odmęty swoich myśli, bo ten mężczyzna zajął jej całą uwagę. Carmen podniosła się chwiejnie, zaciskając palce na nadgarstku przyjaciółki. Torres pociągnęła ją w stronę głównej ulicy, żeby ruszyły w kierunku innego baru. — Będę po prostu udawać, że go nie widziałam — mruknęła, mimo wszystko odwracając głowę za ramię, by upewnić się, że są same.

Ruelle I. Prescott
24 y/o
quoth the raven
160 cm
tanatopraktorka white lily funeral services
Awatar użytkownika
She's a femme fatale
Hypnotizes with her spell
Armed with seduction and affinity
She's a femme fatale
Like an angel sent from hell
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Te pięć centymetrów naprawdę robiło kolosalną różnicę. Może, gdyby była ona większa to nie byłyby one tak istotne, ale w ich przypadku? Pewnie formalnie rzecz biorąc należały do dziewczyn raczej średniego wzrostu niż niskich, bo miały więcej niż ten metr pięćdziesiąt i parę. Niewiele, ale jednak. W dodatku to Torres miała jeszcze tę przewagę, że mogła być prawdziwą chihuahuą, a Ruelle? Z niej był taki mieszaniec. Kundelek portorykański. Niewielki, o ciemnym umaszczeniu i łatwy do sprowokowania. Przynajmniej mogła liczyć na to, że będzie miała ładną obrożę.
- Estamos de acuerdo - podsumowała z zadowoleniem. - Mi perrita linda.
Musiała się z nią jeszcze trochę podroczyć. Nie było innej opcji. Przynajmniej jeszcze przez jakiś czas uśmiechała się ukontentowana przyznaniem racji, a po chwili spojrzała pobłażliwie na Meksykankę, gdy wspomniała o zapałkach.
- Jakoś zapaliłyśmy blanta, nie? - zapytała, ale zaraz wzruszyła ramionami. - No, ale zapalniczki byłoby żal. Niech będzie.
Tym razem bez pożarów. Może jednak powinny się przenieść gdzieś na obrzeża i rozpalić ognisko? Nagle wydawało jej się to naprawdę ciekawym pomysłem, który warto było zrealizować. Najwyraźniej zaczął jej się udzielać nastrój Carmen. Chyba naprawdę były siebie warte.
- Yo támbien - przyznała, bo obie zdecydowanie się mocno porobiły. - A zaraz będziemy jeszcze spizgane.
Nie żałowała sobie i śmiało nadrabiała zaległości, jakie miała względem przyjaciółki. Może dalej nie znajdowała się w takim samym stanie upojenia alkoholowego, ale z pewnością daleko jej było do trzeźwości. Strach pomyśleć, co będzie dalej.
- Miałabym? Czy może zadusiłabyś mnie swoją miłością? - zapytała wprost, przyglądając się koleżance poprzez wypuszczony dym ze skręta.
Nie miała pewności, co do tego jak wyglądałaby ich relacja, gdyby miała wykraczać poza zwyczajną przyjaźń. Chociaż czy na pewno była ona taka zwyczajna? Pewnie o to można byłoby się w ten czy inny sposób sprzeczać. Z pewnością jednak na pewno łączyła je dosyć piękna więź.
- Cóż, twoja wyjątkowość ich po prostu przerasta - stwierdziła absolutnie szczerze. - Zakładaj jak chcesz. Wiem, że potem przybiegniesz zdać raport z tych swoich apkowych podbojów.
Nie było mowy o tym, aby Carmen mogła pominąć coś z jej doświadczeń na aplikacji. Jeszcze będzie jej o nich opowiadać, a Ruelle jak na dobrą przyjaciółkę przystało jej wysłucha. Im więcej alkoholu w siebie wleje uprzednio tym większe będzie jej zainteresowanie.
Nie mogła nic poradzić na to, że czuła się przy niej tak swobodnie. Przycisnęła ją mocniej do siebie, chcąc dać jej znać, że naprawdę docenia jej obecność i bliskość. Udało jej się też skutecznie wywołać jej pewne rozbawienie.
- Zostawiłam scyzoryk w domu, ale… Jak chcesz możemy odprawić un ritual satánico, aby się związać na wieczność - zasugerowała, uśmiechając się na jej komentarz. - To na pewno. Lub szlajanie się po mieście samej, aby wrócić w środku nocy do domu.
Tylko, że matki miały swoją własną logikę, którą się kierowały i nie należało od nich oczekiwać tego, że tak łatwo odpuszczą. Zwłaszcza te nadopiekuńcze Latynoski. Kto się z taką wychowywał ten wiedział, że należało się w życiu bać trzech rzeczy, przerażającej trójcy: Boga, szanownej matki oraz jej laczka sprawiedliwości, którym wymierzała nadzwyczaj bolesne ciosy. La Chancla była bronią o straszliwej sile, której powinna zakazać Konwencja Genewska.
- To przez niego po mnie zadzwoniłaś? - zapytała jeszcze, podnosząc się, gdy tylko dziewczyna ją pociągnęła a rękę.
Wstała posłusznie. Zaczęła posłusznie iść we wskazanym przez nią kierunku, ale jeszcze obejrzała się przez ramię na tę tajemniczą postać. Nie podobało jej się to. Pomimo krążącego we krwi alkoholu, a może właśnie dzięki niemu, czuła się na siłach, aby skonfrontować się z nieznajomym.
- Jesteś pewna, że mamy iść? Mogę to z nim załatwić - zaoferowała, a tryb bojowy wydawał się w jej przypadku być już dawno włączony.
W końcu nikt nie będzie straszyć jej przyjaciółki. Bez względu na to kim był ten gość: planowała sprawić, że zniknie z zasięgu ich wzroku raz na dobre.

Carmen Torres
Ari
Nie lubię narzucania mojej postaci reakcji i zachowania oraz dopisywania do jej rzeczy czy sterowania nią w jakikolwiek sposób bez konsultacji.
25 y/o
Welkom in Canada
165 cm
nauczycielka hiszpańskiego & barmanka
Awatar użytkownika
It's 2 AM
You and I used to talk until the morning
It's day and night hurry now
Baby let's just take it slowly today
I don't wanna miss out on much today
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Aguas, eh. Que seamos amigos no significa que no te dé un llegue — rzuciła żartobliwie, zaraz parskając pod nosem. Na pewno nie byłby to pierwszy raz, gdy przepychałyby się jak dzieci, kłócące się o jakąś pierdołę. No, ale taki już latynoski temperament. Każdy myślał, że miał rację. Każdy chciał powiedzieć to jedno słowo więcej. Najważniejsze, że po tych przepychankach, potrafiły dojść do porozumienia i nadal nazywać się przyjaciółkami. — Tssk, przyznać tobie rację. Dramat — westchnęła teatralnie, przyglądając się jej zadowolonej minie. — Korzystaj, póki możesz, to się szybko nie powtórzy — ostrzegła, poszerzając swój pijacki uśmiech. Och, jak niewiele jej potrzeba do szczęścia; alkohol, przyjaciółka i głupoty w głowie.

Kurde, Carmen uwielbiała ogniska. Chociaż nie wiedziała, czy to dobry i przede wszystkim bezpieczny pomysł. Zważywszy jednak na niekończący się niepokój, które stale odczuwała, kręcąc się po mieście, może pojechanie na obrzeża wcale nie byłoby głupim pomysłem. — Daj mi ją — powiedziała poważnie, wyciągając rękę w jej stronę. Tak na wszelki wypadek, jakby poczuła impuls albo miałaby znowu trafić na tego przerażającego mężczyznę. No co, musiała się jakoś bronić! Najważniejsze, żeby działać po cichu i żeby nie pojawiła się jutro na pierwszych stronach gazet, jako nałogowa piromanka.

— Niech żyje Toronto. Viva Kanada! — zaśmiała się, unosząc ręce w swoim okrzyku na wspomnienie, że nie dość, że będą pijane to jeszcze spizgane. Co za wybuchowa kombinacja. Taka niewróżąca nic dobrego. — Contigo hasta el fin del mundo — powiedziała z pasją, trzymając ją za dłoń jak swoją najważniejszą powierniczkę. Jakby zajmowały się gangsterką, to pewnie sprowadziłyby więcej problemów na same siebie niż na swoje otoczenie. Taki właśnie był z nich duet. Więcej krzyku i zachodu, niż realnego zagrożenia.

— Ojejku. Jestem emocjonalna. Horrible — mlasnęła, wywracając oczami. — Poza tym nie duszę ludzi swoją miłością. Czasem udaję niedostępną, żeby było zabawniej — rzuciła, odrzucając swoje włosy za ramię. — A czasem jestem trochę niepoczytalna, przyznaję, ale to wszystko nadal mieści się w granicach dobrego smaku — stwierdziła. A przynajmniej tak jej się wydawało, skoro ludzie nadal w pewien sposób do niej lgnęli. — To prawda. Już ci współczuję, że będziesz musiała tego słuchać, ale taka rola mojej kumpeli — westchnęła, klepiąc ją pocieszająco po policzku.

Na wspomnienie o przysiędze krwi i scyzoryku, Carmel zaśmiała się pod nosem, bo po alkoholu naprawdę miały wybujałą wyobraźnię. Jednak co prawda to prawda, posiadanie latynoskiej matki było czasem cholernym utrapieniem. Torres nie potrafiła zliczyć, ile razy słuchała krzyków matki i jej narzekania. Dobrze, że szybko się wyprowadziła, teraz przynajmniej miały naprawdę dobry kontakt. — Tak — wymruczała na jej pytanie. Dziewczyna zatrzymała się w miejscu, zaciskając palce na jej przedramieniu. — No co ty! Chyba nie będziesz się z nim lała? — rzuciła, spoglądając na nią z niedowierzaniem. — Wiesz co, złapmy taksówkę. Mam alkohol w domu — powiedziała, bo teraz bała się, że Ruelle wpadnie na jakiś chory plan. — Wolę o nim zapomnieć — przyznała. Tak było bezpieczniej.

Ruelle ♥
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Rapture”