Il Serpente di Fuoco nie obchodził go w najmniejszy sposób.
Kolejne nazwisko na liście biznesowych transakcji, kolejna osoba, która mogła mu coś zaoferować w zamian za pieniądze bądź on zarabiał na jej potrzebach. Może nie był warty tworzenia sobie z ’Ndranghety przeciwników.
Może gdyby Scalvini zaprosił go na
zwykłe spotkanie, byłby skłonny zaoferować mu osobę, której tak potrzebował. Oczywiście za odpowiednią cenę, wszak wydanie każdej osoby powiązanej z nim jednocześnie wpływów tej osoby go pozbawiało. Monroe nie wierzył w gwarantowaną lojalność tak samo, jak nie wierzył w bezwarunkowe wybranie kogoś innego - tak długo, jak wszystko mu się opłacało, mógł zmieniać strony jak chorągiewka.
’Ndrangheta mogła nie chcieć tej ceny płacić.
Rzecz w tym, że teraz, gdy Scalvini posługiwał się pieprzonym butem i ł o m e m by wydusić z niego tę informację, teraz nie było mowy o tym, by ją otrzymał. Teraz
Ogniste Gówno był sekretem, dla którego był w stanie nawet zginąć, choć jego lojalność nadal nie tkwiła po żadnej stronie.
Tym bardziej jednak nie tkwiła tam, gdzie ktoś miał mylne wrażenie, że może wyciągnąć z niego cokolwiek siłą.
Każde uderzenie sprawiało, że wściekłość w jego wnętrzu gotowała się, wypalała go od środka jak kwas, a wyjałowione od niego ciało przyjmowało następne z postępującymi oznakami zmęczenia. Monroe był uparty, była to kolejna wada na jego liście, która również była nieskończenie długa - i ta upartość niejednokrotnie mogła zaważyć o jego życiu i śmierci, jak lubił wypominać mu Avis.
Avis, gdzie jesteś ty lojalna kupo gówna?
Był przy tym, gdy Monroe zerwał się z miejsca na widok nazwiska na jego telefonie. Może nie widział, że to akurat Haze dzwoniła, ale po sprawdzeniu wszystkich innych możliwości mógł dotrzeć do tego wniosku. Może zjawił się już wraz z ludźmi w progu jej mieszkania i napotkał krwawy ślad na framudze jej drzwi.
Tylko co miałby zrobić dalej?
To śmierdzące pomieszczenie nie mogło być łatwym do znalezienia. Wciąż, uparcie trzymał się tej myśli, że
prędzej czy później dotrą tutaj.
To, czy będzie wtedy żywy, czy martwy, było jednak kwestią sporną.
Jego dłonie były śliskie od krwi. Choć jego sylwetka garbiła się coraz mocniej, żebra paliły ogniem, niejedno z pewnością pęknięte, o ile nie złamane którymś z ciosów pieprzonego łomu, jego ręce nieustannie usiłowały poluzować więzy trzymające go przy stalowej pułapce. Musiał tylko uwolnić jedną. Musiał zrobić
cokolwiek, ponieważ bycie skatowanym w śmierdzącym miejscu na końcu świata przez pieprzonego Lucę Scalviniego bez możliwości oddania choćby jednego ciosu wydawało mu się bardziej żałosne, niż bycie tu zaciągniętym przez Haze.
Haze, którą dostrzegł gdzieś w peryferiach swojego wzroku, zaledwie rozmazaną sylwetkę wciśniętą w róg pomieszczenia. Nie usłyszał ani słowa, które z siebie wypowiedziała. Nie wątpił, że nie wypowiedziałaby żadnego - niezależnie od tego, czy miała problem z patrzeniem na to, co robił Scalvini, Violet przecież była osobą, która
sztywniała.
Nie robiła nic innego.
W ciszy pozwalała zaciągnąć się do obcego samochodu więc logicznym było, że w ciszy będzie patrzeć, jak mężczyzna, którego wymieniła na swoją siostrę w p r o s t y m układzie jest katowany na jej oczach.
Przerwa między uderzeniami z początku była tylko tym - przerwą. Momentem, w którym mógł nabrać oddechu do jego kurczących się płuc, walczących o tlen w nagle ciasnej przestrzeni klatki piersiowej. W którym jego umysł zdołał odzyskać odrobinę utraconej klarowności, wcześniej przełączony w tryb przetrwania, wyczekiwania każdego uderzenia i zaciskania zębów, gdy wreszcie lądowało.
Dopiero po chwili dostrzegł, że Scalvini mówił do niej. Że tkwił przy niej, wodził palcami po jej szczęce, odgarniał włosy z twarzy.
Dobrze.
Właśnie na to zasługiwała. Na to, by nie wyjść z tego
prostego układu bez skazy. By dostrzec konsekwencje swoich pierdolonych działań. Może nawet na to, by nie był w tym miejscu jedynym poszkodowanym, by mógł ściągnąć ją na dno, na które go wysłała, zamiast zadzierać głowę by widzieć gdzieś u góry, w bezpieczeństwie, jej zbolałe spojrzenie.
-
Zostaw ją. - gardłowe warknięcie zaprzeczyło wszystkim, złośliwym myślom, które wybrzmiały w jego umyśle. Wyrwało się na zewnątrz nieproszone i, szczerze mówiąc, kontr produktywne. Było tylko pożywką dla potrzeby brutalności mężczyzny, potwierdzeniem też tego, jak żałosną osobą był.
Naiwnym idiotą, który dał się oszukać kobiecie, a który teraz, z krwią zalewającą mu oczy i gardło, w jakimś bezwarunkowym odruchu nie chciał widzieć na jej twarzy obcych palców.
-
Sprytnie wybierasz sobie cele, Scalvini - zaszydził, w prowokacyjnej potrzebie przywrócenia uwagi na niego, choć jego żebra wrzeszczały w zaprzeczeniu. -
Jeśli nie związani, to kobiety, które nic nie mogą ci zrobić - kontynuował, mówiąc tak długo, jak tamten mu na to pozwolił. -
Na pewno masz na to jakiś sensowny argument - plótł, zadzierając głowę. Jego potylica oparła się o zimny metal, dłonie nieustannie pracowały nad więzami, jakby magicznie, samym uporem, mógł je poluzować. -
Na pewno nie jesteś po po prostu pierdolonym tchórzem.
pathetic little looser