ODPOWIEDZ
34 y/o
For good luck!
176 cm
💼 dyrektor ds. komunikacji i PR w avalon global industries
Awatar użytkownika
Czarna owca, nie tylko w rodzinie. Sprzeciwia się wszystkiemu i wszystkim. Trudno jest nadążyć za jej myślami. Pracoholiczka.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

II.
We all take different paths in life, but no matter
where we go, we take a little of each other everywhere.
Meadow w przeważającej większości skupiała się na tym by jej życie było jak najbardziej poukładane. Nie chodziło o to by wszystko działo się jak z zegarkiem w ręku ale raczej chodziło jej o to by mieć swoją rutynę. Nie była przecież fanką niespodzianek a już na pewno nie tych, które ciągle pojawiały się w jej pracy. Może właśnie dlatego jej życie poza AGI potrafiło być upierdliwie perfekcyjne. Zdołała zbudować w sobie dyscyplinę, która skutecznie pomagała jej w tym by jednak nie wypadać z rytmu. W jakimś sensie jej codzienność wyglądała podobnie. Mimo tego zawsze potrafiła wplatać w to drobne zmiany, tak by po jakimś czasie nie wpaść w rutynę. Często wybierała sport jako coś co zmieniało jej rutynę i wprowadzało różnorodność. Oczywiście nie zawsze miała na to czas, chwilami po prostu wracała do siebie i liczyła, że zaraz będzie mogła na moment zapomnieć o problemach w pracy. Na tym, że ludzie potrafią być upierdliwi. Zastanawiała się nad tym co trzymałą ją w pracy, gdzie ciągle się nimi otaczała, ale też nie widziała siebie w żadnej innej roli. W tym wszystkim chodziło również o to, że gdyby została teraz wyrwana ze swojej rutyny to mogłaby się w tym wszystkim pogubić. Przecież poza tym, że przychodziła do pracy i wracała do pustego apartamentu jej dotychczasowe życie nie opierało się na niczym innym. Nie miała rodziny do której mogła wracać. Zajmować się wtedy tym wszystkim co jest typowe dla żony, matki a może nawet kochanki. Daleko jej było do takiego życia o które nawet teraz nie zabiegała. Może za jakiś czas wszystko się w niej zmieni i zapragnie założyć rodzinę. Nie mogła tego wykluczyć.
Restauracja to nie jest typowy przystanek do ciężkim dniu w pracy. Raczej wybierała komfort swojego apartamentu, gdzie nikt nie przejmował się tym co miała na sobie. Jest jednak powód dla którego pojawiła się właśnie tutaj, a raczej to, że pierwszy raz od bardzo dawna została zaproszona na kolację. Niestety dla niej, nie potoczyła się ona w takim kierunku jak można było się tego spodziewać. Siedząc już przy stoliku otrzymała wiadomość, że osoba która miała jej towarzyszyć, tak po prostu zmieniła zdanie. Wykręcając się jakimś ważnym projektem w pracy i pracą do późna. Doskonale znała te wszystkie wymówki, sama stosowała je naprawdę często. Pierwszy raz poczuła na własnej skórze jak to jest zostać wystawioną, chociaż tego mogła się spodziewać. Wszystko wydawało się zbyt idealne, jak na jej ostatnie relacje. Nigdy nie była dobra w randkowaniu, a już na pewno nie po ostatnich swoich związkach, które rozpadły się w większości przez jej własne zachowanie.
- Poproszę butelkę wina, obojętnie jakiego - rzuciła w kierunku kelnerki, która po raz kolejny zawitała do jej stolika. Nie miała zamiaru wychodzić, a jeśli trzeba było to zje tutaj kolację całkiem sama. Nawet jeśli wyglądało to tragicznie i depresyjnie. Nie przejmowała się tym co mogą powiedzieć inni. Skoro stolik został opłacony to przecież mogła z tego skorzystać. Kolacja będzie zaliczona, a ona nie będzie musiała się martwić o to co zamówić. Przeglądając leniwie menu, nie do końca wiedziała na co ma ochotę ale przecież głód przyjdzie z czasem i cała jej złość minie gdzieś po drugiej lampce wina. Znała siebie i to jak potrafiła zatuszować choć na moment swoją złość. W dodatku nie zamierzała robić scen w lokalu pełnym innych gości. Nikt nie ma przecież ochoty słuchać o tym jak jej życie uczuciowe to jeden wielki żart.
Odkładając kartę na stolik, westchnęła ciężko, rzucając przy tym spojrzenie na stoliki obok siebie. W tej jednak chwili wypatrzyła znajomą twarz. Oczywiście to nie tak, że miała cudowną pamięć do ludzi i często zdarzało jej się, że pomyliła kogoś znajomego z kimś kompletnie obcym. Teraz jednak miała pewność, przecież nie udało jej się wypić zbyt dużo. Powoli wstała, jakby chciała ruszyć w kierunku kobiety, która wydawała się jej starą znajomą ze studiów. Zatrzymała się jednak, jeszcze przez moment wpatrując się w nią. Nie będzie się znowu tłumaczyła z własnych pomyłek.
- Jennifer? - odezwała się, kiedy była na tyle blisko by nie krzyczeć w jej kierunku - Ginny czy to ty, czy znowu zrobię z siebie debilkę - mruknęła to ostatnie pod nosem - Meadow, studiowałyśmy razem - chciała jakoś wyjaśnić swoje nagle podejście i to, że zaczepiła ją w chwili kiedy mogła czekać przecież na swojego partnera albo partnerkę. Mogła zakłócić jej randkę, a po swoim niepowodzeniu, nikomu tego nie życzyła. Uśmiechnęła się delikatnie, próbując wyczytać cokolwiek z twarzy kobiety. Nie wiedziała czego może się spodziewać i czy takie wtargnięcie w okolice jej stolika to był dobry pomysł. Ostatnio dość często robiła coś co było zaskakująco głupie jak na kogoś takiego jak Meadie. Może kiedyś nauczy się, że chwilami milczenie jest złotem a ona powinna skupić się na tym by w bardziej odpowiedni sposób nawiązać z kimś rozmowę.
Wyglądała przekomicznie wpatrując się w Ginny i oczekując na jej reakcję, jakakolwiek by ona nie była. Nawet jeśli za moment będzie musiała wrócić do swojego stolika z podkulonym ogonem, bo dotrze do niej, że znowu pomyliła osoby. Znowu zdawało jej się, że widzi kogoś znajomego, a ten ktoś wcale jej nie kojarzył. W jej własnej głowie tworzyły się relacje, które nie do końca musiały być prawdziwe, tylko dlatego że Meadow kogoś polubiła albo miała małą obsesję na punkcie tej osoby. Niestety jej życie to chwile w których robiła różne dziwne rzeczy, a to że teraz musi za nie odpokutować to wie tylko ona sama.
Miała jednak nadzieję, że teraz było inaczej.

Ginny Wheeler
Ostatnio zmieniony pn sie 24, 2026 11:50 pm przez Meadow Langenberg, łącznie zmieniany 1 raz.
papryczka
ludzie mym triggerem, wszechobecna dwulicowość
35 y/o
For good luck!
164 cm
wykłada entomologię na University of Toronto
Awatar użytkownika
it's probably nothing. it's just a little neighbourhood murder.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

002.
Meadow Langenberg


Restauracja nie była miejscem, do którego Ginny przychodziła w nadziei, że kogoś spotka. Właściwie było dokładnie odwrotnie. Wybierała ją właśnie dlatego, że mogła usiąść sama, zamówić coś do jedzenia i przez godzinę nie musieć być dla nikogo dostępna.
Samotność dawno przestała być dla niej czymś, czego się bała i unikała. Z czasem stała się czymś znacznie bardziej naturalnym, częścią jej samej, jej codzienności i sposobu funkcjonowania. Było w niej coś, co zwyczajnie lubiła. Cisza, brak pytań, brak konieczności odpowiadania, brak poczucia, że powinna coś powiedzieć tylko dlatego, że przy stole siedzi druga osoba. Mogła zjeść w swoim tempie, zamyślić się, zapatrzeć przez okno i wrócić do własnych myśli, kiedy tylko miała na to ochotę.
Nie musiała przed nikim udawać, że ma dobry humor. Nie musiała też tłumaczyć, dlaczego milczy. To było wygodne. Może nawet zbyt wygodne. Kiedyś samotność była dla niej czymś, co przychodziło z zewnątrz. Pojawiała się wtedy, kiedy nie miała obok siebie właściwej osoby. Po śmierci ojca i rozpadzie związku nauczyła się jednak, że można się do niej przyzwyczaić. A potem zrobić coś więcej – zacząć ją wybierać.
I właśnie to zrobiła.
Tego wieczoru siedziała przy stoliku pod ścianą. Telefon leżał odłożony ekranem do dołu, jedzenie powoli znikało z talerza, a obok stała kawa, którą zdążyła już kilkukrotnie zamieszać, choć dawno przestała jej potrzebować.
Nie spieszyła się. Lubiła takie wieczory. W restauracji było wystarczająco dużo ludzi, by nie czuła się zupełnie odcięta od świata, ale jednocześnie na tyle mało, żeby nikt nie zwracał na nią uwagi. Mogła być częścią tego miejsca, pozostając jednocześnie gdzieś obok.
Przez szybę obserwowała przechodniów. Robiła to bezwiednie, tak jak kiedyś przez okno mieszkania obserwowała sąsiadów. Ktoś trzymał pod pachą papierową torbę. Kobieta poprawiała płaszcz, zanim ruszyła dalej. Jakiś mężczyzna stał na rogu i pisał wiadomość. Małe, zupełnie nieistotne sceny cudzych żyć, które za chwilę miały zniknąć z pola jej widzenia.
Ginny lubiła na nie patrzeć. Może dlatego, że robiła to przez większość życia, choć zamiast przez szybę mieszkania zwykle obserwowała małe istnienia w laboratorium. Tam również wystarczała jej sama obecność, cierpliwość i kilka godzin spędzonych na przyglądaniu się temu, czego inni nawet nie zauważali.
Cudze życie wydawało się prostsze, kiedy oglądało się je z dystansu. Nie trzeba było wiedzieć, co wydarzy się później. Nie trzeba było znać zakończenia. Przez chwilę pomyślała o tym, jak dawno temu sama siedziała w podobny sposób, tyle że z poczuciem, że życie dopiero się zaczyna.
Studia.
Ojciec, który jeszcze żył.
Narzeczony.
Plany, których wtedy nawet nie nazywała planami, bo wydawały jej się czymś oczywistym. Przyszłość po prostu miała nadejść. Nie zastanawiała się, czy będzie miała obok siebie tych samych ludzi. Zakładała, że będą. Tak po prostu.
A potem wszystko zaczęło znikać. Nie jednego dnia. Nie jako jedna tragedia, po której człowiek budzi się rano i wie, że nic już nie będzie takie samo. Raczej kawałek po kawałku. Trochę ciszej, trochę bardziej po drodze, aż pewnego dnia orientujesz się, że z rzeczy, które uważałeś za pewne, niewiele już zostało.
Śmierć ojca zostawiła po sobie pierwsze pęknięcie. Rozpad związku pojawił się później, kiedy jeszcze nie zdążyła nauczyć się, jak żyć z pierwszą stratą. W końcu została sama z całym tym życiem, które kiedyś miała dzielić z innymi. I chyba właśnie wtedy zrozumiała, że można tęsknić nie tylko za człowiekiem, ale też za własnym życiem sprzed jego odejścia. Czasami myślała, że wtedy jej życie zostało przecięte grubą kreską. Przed nią była Ginny, która wierzyła, że niektóre rzeczy są stałe. Po niej ta, która już nie zakładała niczego z góry.
Może dlatego tak dobrze odnalazła się w samotności. Początkowo przypominała jej o pustce. O tym, kogo nie było. O miejscach przy stole, które zostały puste. O telefonach, których już nie miała do kogo wykonywać. Z czasem jednak przestała patrzeć na nią jak na brak. Stała się czymś, co należało tylko do niej. Bezpiecznym miejscem, do którego nikt nie mógł wejść bez jej zgody.
Jennifer?
Uniosła głowę. Przy jej stoliku stała kobieta, którą przez kilka sekund próbowała dopasować do jednego z odległych wspomnień. Brązowe włosy. Ten sam sposób przechylania głowy. Uśmiech, który wydawał się znajomy, choć przez moment nie potrafiła powiedzieć dlaczego. Patrzyła na nią jeszcze chwilę, jakby samo przyglądanie mogło podsunąć odpowiedź.
Ginny, czy to ty, czy znowu zrobię z siebie debilkę?
Ginny zmarszczyła lekko brwi. Potem padło imię.
Meadow.
I nagle wszystko się zgadzało. Nie tyle twarz, co cały sposób, w jaki się uśmiechała, lekkie przechylenie głowy, ton głosu, nawet to nerwowe rozglądanie się, jakby sama nie była do końca pewna, czy dobrze trafiła.
– Meadow – powtórzyła za nią. Wypowiedziała to imię ciszej, jakby sprawdzała, czy nadal brzmi znajomo. A potem zaśmiała się krótko, szczerze zaskoczona tym spotkaniem. – Tak, pamiętam.
Ginny jeszcze przez chwilę patrzyła na nią w milczeniu. Nie spodziewała się tego. Nie tutaj, nie teraz. Właściwie nie spodziewała się jej już od dawna.
Spojrzała na wolne miejsce obok siebie. Jeszcze chwilę temu była zadowolona, że siedzi sama. Samotność nie była dla niej przypadkiem ani koniecznością. Była wyborem. Czymś, co przez lata nauczyła się cenić i czego nie miała zamiaru porzucać tylko dlatego, że nagle przy jej stoliku pojawiła się twarz z przeszłości.
Ale to była Meadow, ktoś z życia sprzed postawionej przez nią k r e s k i.
Ginny zawahała się. Może nawet odrobinę dłużej, niż wypadało. Czuła, jak pomiędzy nimi zaczyna pojawiać się ta niezręczna cisza, w której żadna nie wie jeszcze, co zrobić z tym przypadkowym spotkaniem. W końcu odłożyła widelec, przesunęła lekko filiżankę, żeby zrobić więcej miejsca, i chrząknęła cicho.
Wskazała głową wolne krzesło.
– Mam wolne miejsce. Jak chcesz się dosiąść, to zapraszam.
Przesunęła się trochę, robiąc jej więcej miejsca przy stole. Potem oparła dłonie na kolanach i przez moment przyglądała się znajomej twarzy. Przez te wszystkie lata wydarzyło się tak wiele, że trudno było mówić o zwykłej przerwie w znajomości. To nie były po prostu lata, które minęły. To był zupełnie inny etap życia.
Meadow znała Ginny sprzed tego wszystkiego. Sprzed śmierci ojca. Sprzed narzeczonego, który miał być częścią jej przyszłości. Sprzed samotności, którą Ginny początkowo traktowała jak karę, a później nauczyła się traktować jak własny wybór.
Znała ją z czasu, kiedy jeszcze wierzyła, że pewne rzeczy zostają z człowiekiem na zawsze.
Ginny sama nie wiedziała, co dziwniejsze – zobaczyć kogoś z tamtego życia czy pozwolić mu usiąść przy sobie teraz. Przesunęła palcem po brzegu filiżanki, po czym uniosła wzrok na Meadow. Przez moment nic nie mówiła. W jej spojrzeniu była mieszanka zaciekawienia i ostrożności. Ogarnęło ją coś między nostalgią a ciekawością do tego, ile z dawnego życia jeszcze w niej zostało. W końcu lekko się uśmiechnęła i ruchem dłoni wskazała krzesło raz jeszcze.
– No już. Siadaj.
34 y/o
For good luck!
176 cm
💼 dyrektor ds. komunikacji i PR w avalon global industries
Awatar użytkownika
Czarna owca, nie tylko w rodzinie. Sprzeciwia się wszystkiemu i wszystkim. Trudno jest nadążyć za jej myślami. Pracoholiczka.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przeszłość pozostawiała w nas o wiele więcej niż tylko wspomnienia. Każdy z nas nosił bagaż naszych dawnych decyzji, nie zawsze tych dobrych i przemyślanych. W chwili kiedy zauważyła gdzieś w oddali Ginny, powróciło do niej to wszystko co wiązało się z czasami studiów. Popełniała wtedy naprawdę sporo błędów, można wręcz powiedzieć, że uczyła się jakby po omacku tego czym jest dorosłe życie. Uczyła się tego jak zadbać o siebie, o swoje własne potrzebny. Nawet jeśli wszystkim zdawało się, że ma to wszystko podane na tacy. Osoby, które mogły znać jej rodzinę, zapewne wiedzieli lepiej. Wiedzieli to, że nigdy nie było jej łatwo, a rodzice nie wspierali swoją córkę tak jak powinni to robić. Jeszcze kilka lat temu czekałaby na każdą ich aprobatę, dobre słowo ale teraz zrozumiała, że nigdy nie będzie na tyle dobrą córką, żeby mogli być z niej dumni. Przecież tylko o to chodziło, o to by poczuć się o wiele lepiej, wiedząc, że przez cały ten czas miałaby wsparcie najbliższych.
Pracowała więc dwa razy więcej niż inni ale nigdy nie narzekała. Udało jej się przecież wyjść na swoje, pokazać wszystkim, że jest na tyle silną i zawziętą kobietą, że każde potknięcie może traktować jak okazję do zrobienia czegoś wspaniałego. W tym momencie swojego życia zdała sobie sprawę, że chyba lepiej, że jej rodzina nie wspierała ją zbyt mocno podczas jej dorastania. Nie była aż tak zepsuta jak niektóre osoby z tych samych kręgów. Odcinała się od tego, chociaż jej charakter nie pomagał. Przecież nie każdy jest w stanie z nią wytrzymać, to też jeśli ktoś stał się częścią jej niewielkiego kręgu znajomych i przyjaciół, to musiały to być osoby niezwykle wyjątkowe i silne, głównie psychicznie.
Wiele się zmieniło od kiedy ukończyła studia. Przeszła przez wiele perturbacji w swoim życiu, że nie zawsze miała okazję by utrzymać kontakt z kimś, kto przecież był jej bliski w tamtym czasie. Ginny na pewno nie była jedną z koleżanek, które spotykała tylko na zajęciach. W innym wypadku nie fatygowała by się teraz do niej. Raczej nie jest z tych osób, które zajmują się sztucznym utrzymywaniem znajomości, tylko dlatego że tak wypada. Jeśli coś miało być jednostronne to nie miało to sensu. Zapewne to, że od dłuższego czasu nie rozmawiały ze sobą to kwestia tego, że każda poszła w innym kierunku ze swoim życiem. Nie mogła nikogo obwiniać o to, że chcieli zawalczyć o swoje własne szczęście czy to w miłości czy też w pracy. Sama mocno skupiała się na karierze i to było jej całym życiem, nawet jeśli gdzieś po drodze pojawiały się uczucia i związki, to jak widać nie potrafiła z nikim żyć na dłużej. Może to się kiedyś zmieni ale teraz nie było na to większych pespektyw, tak naprawdę Meadie nie myślała o tym. Nie zastanawiała się nad tym, że miałaby teraz porzucić swoją karierę albo chociaż w małej części zmienić swoje podejście do pracy. Chyba nie dorosła jeszcze do tej poważnej decyzji by założyć rodzinę. Nawet jeśli czuła się samotna i próbowała o tym nie myśleć.
Samotność była dla niej trudna ale nie mówiła o tym głośno. Może nawet nie zauważała, że jest w niej całkowicie pogrążona. Przez własne zaangażowanie w pracę i to, że rzadko pojawia się we własnym apartamencie, po prostu jej umysł nie miał czasu by to zauważyć. Przeanalizować w sposób, który uświadomiłby jej, że jednak potrzebuje coś w swoim życiu zmienić. Nie musiała przecież pchać się w długotrwały związek ale chociaż wyjść na przeciw swoim potrzebą. Zapewne ta nieudana randka była jej wołaniem o pomoc, a może próbą zrozumienia czego tak naprawdę potrzebuje.
Szukała czegoś albo kogoś, kto znowu pomoże jej zapomnieć dlaczego w ogóle pojawiła się w tej restauracji. Będzie w ten sposób mogła udawać, że tak naprawdę nic się nie stało. Lepiej to, niż użalanie się nad sobą i nad tym, że nawet głupia randka jej nie wychodzi. Miała przed sobą jeszcze cały wieczór. W dodatku zgłodniała od tego popijania wody i wina. Dlatego też ruszyła tak pewna siebie w kierunku dawnej znajomej.
- Cieszę się, że pamiętasz. Chyba już nie przeżyłabym tego gdyby ktoś znowu powiedział mi, że się pomyliłam - zaśmiała się pod nosem bo teraz te wszystkie wpadki wydawały się naprawdę zabawne. Nie mniej, w tamtym czasie nie było jej do śmiechu, wręcz próbowała jak najszybciej oddalić się z miejsca i próbowała zapomnieć o tym, że zaczepiła kogoś obcego.
Ginny wcale nie musiała zaprosić ją do swojego stolika, tak naprawdę Langenberg na to nie liczyła bo przecież ta druga mogła na kogoś czekać. Mogła być umówiona, a ona zwyczajnie wchodziła jej w paradę. Kiedy wreszcie zrozumiała, poczuła się nieswojo, może nawet było jej wstyd. Przecież niewiele osób przychodzi do restauracji by pobyć w samotności. Chociaż i w tej kwestii nie mogła być taka pewna. Przecież mogło chodzić o spotkanie biznesowe albo rodzinne.
- Jesteś pewna, że nie będę przeszkadzać? - poczuła, że to ona powinna pierwsza zapytać i przeprosić. Nie każdy miął ochotę ponownie wracać do tego co było kiedyś i nie było tutaj mowy o tym czy znały się jeszcze za czasów studiów, czy później. Przecież teraz też mogła mieć inny powód by nie chcieć rozmawiać z Meadow. Zawsze mogła po prostu powiedzieć jej, że jest zajęta ale jednak stało się inaczej.
Trochę niepewnie ale wreszcie usiadła na krześle obok niej. Delikatnie się uśmiechnęła i odwróciła się w stronę jednego z kelnerów, mając nadzieję że za moment będzie mogła zamówić czerwonego wino. Może powinna skupić się tylko na wodzie ale dzisiaj już nic nie było tak poukładane jak chciała.
Dopiero teraz miała okazję przyjrzeć się kobiecie, temu jak bardzo zmieniła się od ich ostatniego spotkania, zapewne kilka tygodni po tym jak odebrały dyplom. Wtedy chyba też spotkały się w restauracji, chociaż tego Meadow nie mogła być już pewna. W tamtym czasie jej myśli już od dłuższego czasu skupiały się na kolejnych krokach, na tym jak będzie mogła rozpocząć swoją karierę, jeśli w ogóle to miałoby się jej udać. Zbyt ambitnie do tego podchodziła. Zapewne to było powodem tego, że teraz nie miała zbyt wielu przyjaciół. Wszyscy gdzieś rozmyli się wraz z kolejnymi jej decyzji i godzinami spędzonymi przy biurku.
- Minęło już tyle lat, a ty ciągle wyglądasz tak samo. Co u ciebie? - oczywiście, że to był komplement. Musiała przyznać, że niewiele się zmieniła. Oczywiście była teraz dojrzalszą kobietą, która na pewno przeszła dość sporo w swoim życiu. Nie wiedziała jednak o szczegółach, o tym jak zmagała się z utratą ojca i narzeczonego.

Ginny Wheeler
papryczka
ludzie mym triggerem, wszechobecna dwulicowość
35 y/o
For good luck!
164 cm
wykłada entomologię na University of Toronto
Awatar użytkownika
it's probably nothing. it's just a little neighbourhood murder.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Meadow Langenberg


Ginny przez moment przyglądała się kobiecie stojącej przy jej stoliku, trochę zaskoczona tym przypadkowym spotkaniem, ale zdecydowanie mniej niechętna, niż mogłoby sugerować jej milczenie. Meadow należała do tej odległej części jej życia, o której właściwie nie myślała już od lat, dlatego jej obecność wydawała się czymś niemal nierzeczywistym. Mimo wszystko nie przeszkadzało jej towarzystwo. Wręcz przeciwnie, dziwnie przyjemnie było zobaczyć kogoś, kogo nie musiała najpierw poznawać od początku. Kogoś, przy kim nie musiała zastanawiać się, co powiedzieć i ile o sobie zdradzić.
– Nie, wcale mi nie przeszkadzasz – odpowiedziała spokojnie, przesuwając lekko rzeczy ze stojącego obok krzesła. W jej głosie nie było przesadnego entuzjazmu, ale też żadnej rezerwy, która mogłaby zniechęcić Meadow. Po prostu pozwalała jej usiąść, jakby to było czymś zupełnie naturalnym. Być może właśnie tego potrzebowała tego wieczoru – odrobiny czyjejś obecności, nawet jeśli jeszcze nie wiedziała, co miałaby z nią zrobić.
Samotność dawno przestała być dla niej czymś, z czym walczyła. Po śmierci ojca została z nią właściwie z konieczności, a kiedy kilka lat później odszedł narzeczony, nie bardzo miała już komu udowadniać, że wszystko jest w porządku. Została sama i z czasem przestała się nad tym zastanawiać. Nie dlatego, że tego chciała. Po prostu człowiek potrafił przyzwyczaić się do niemal wszystkiego, jeśli miał wystarczająco dużo czasu. Ginny nauczyła się więc wracać do pustego mieszkania, przygotowywać kolację dla jednej osoby i nie zerkać na drugi koniec stołu, szukając kogoś, kogo już tam nie było. Praca również skutecznie pozwalała nie zadawać sobie pytań, na które odpowiedzi nigdy nie były szczególnie wygodne.
Spotkanie Meadow przypomniało jej jednak o czasach, kiedy jeszcze wszystko wydawało się prostsze. Uniwersytet należał teraz do niemal absurdalnie odległej przeszłości. Pamiętała długie godziny spędzone między zajęciami, kawę wypijaną w pośpiechu i rozmowy, które wydawały się wtedy niezwykle ważne, choć dziś prawdopodobnie nie pamiętałaby nawet połowy ich tematów. Pamiętała też jedno z zajęć, kiedy Meadow spóźniła się kilka minut i z absolutną pewnością próbowała przekonać prowadzącego, że zegar na korytarzu musiał się spieszyć. Ginny do dziś pamiętała jej minę, kiedy okazało się, że problem nie leżał w zegarze. Wtedy potrafiło ją to bawić przez cały dzień. Dzisiaj wspomnienie wywoływało jedynie cichy, nieświadomy uśmiech. To wszystko było tak dawno temu, że tamta wersja ich obu wydawała się niemal obca.
Teraz mogła tylko patrzeć na Meadow i próbować odnaleźć w jej twarzy kogoś, kogo pamiętała sprzed lat. Sama nie sądziła, żeby wiele pozostało z tamtej Ginny. Nie chodziło nawet o wygląd. Zmieniło się znacznie więcej. Zbyt wiele rzeczy wydarzyło się po drodze, by można było po prostu usiąść naprzeciwko dawnej znajomej i udawać, że minione lata były tylko krótką przerwą. Nie zamierzała jednak od razu opowiadać o wszystkim. O ojcu, którego już nie było. O narzeczonym, który miał być jej przyszłością, a ostatecznie stał się kolejnym wspomnieniem. To nie był temat na pierwsze kilka minut rozmowy, nawet jeśli Meadow kiedyś była jej bliska.
Dlatego pozwoliła tej chwili po prostu trwać. Było niespodziewane, może trochę dziwne, ale z całą pewnością nie niechciane. Kiedy więc Meadow skomentowała jej wygląd, Ginny uniosła lekko brwi, a na jej ustach pojawił się ledwie widoczny uśmiech.
– To chyba ty pamiętasz mnie lepiej, niż ja pamiętam siebie – mruknęła pod nosem, sięgając po kieliszek. – Bo trochę się wydarzyło od tamtego czasu.
Co u ciebie?
Cisza po tych słowach zawisła między nimi. Przez chwilę musiała zastanowić się, od czego właściwie zacząć. Nie była przyzwyczajona do opowiadania o sobie, szczególnie komuś, kogo nie widziała od tak dawna.
– Wykładam na uniwersytecie, więc można powiedzieć, że utknęłam dokładnie tam, gdzie kilka lat temu obiecywałam sobie, że na pewno nie utknę. – Uśmiechnęła się lekko, choć w jej głosie nie było szczególnej ironii. Najwyraźniej po prostu pogodziła się z tym, że niektóre rzeczy w życiu układają się zupełnie inaczej, niż zakładało się na początku.
Przez kilka lat mieszkała w Kingston. To tam wróciła, kiedy potrzebowała odsunąć się od wszystkiego, co przez długi czas wydawało jej się całym życiem. Miasto znała dobrze i miało tę zaletę, że nie wymagało od niej ciągłego tłumaczenia się z tego, kim jest i dokąd zmierza. Wystarczyło pracować, wracać do domu i pozwolić kolejnym dniom mijać. Z czasem jednak zatęskniła za Toronto, choć długo nie chciała się do tego przyznać. Za tempem miasta, za ludźmi, których nie znała, i za poczuciem, że może zacząć od nowa, nawet jeśli w rzeczywistości zabierała ze sobą całą przeszłość.
– Do Toronto wróciłam cztery lata temu – dodała, sięgając po kieliszek. – I wygląda na to, że tym razem zostałam na dłużej.
Spojrzała na Meadow spokojnie, jakby sama świadomość upływu tych czterech lat była dla niej odrobinę zaskakująca. Czas miał ostatnio nieprzyjemny zwyczaj płynąć szybciej, niż powinien. Przez moment zawahała się, po czym dodała z lekkim uśmiechem:
– Brzmi mało interesująco, wiem. A ty? Dalej tutaj?
34 y/o
For good luck!
176 cm
💼 dyrektor ds. komunikacji i PR w avalon global industries
Awatar użytkownika
Czarna owca, nie tylko w rodzinie. Sprzeciwia się wszystkiemu i wszystkim. Trudno jest nadążyć za jej myślami. Pracoholiczka.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Spotkania po latach bywały huśtawką emocji, których nie dało się pominąć. Nie tylko, że wspomnienia same do niej wracały. Jej przeszłość choć nie zawsze była przyjemna to nie mogła być związana tylko z najgorszymi momentami. Miała przecież okazję wspominać prawdziwe przyjaźnie. Sytuacje, które kojarzyła z radością i śmiechem. Chwilami pragnęła do tego wrócić. Choć na krótką chwilę ale nie potrafiła tego zrobić kiedy tylko miała na to ochotę. Najczęściej poświęcała się pracy by zagłuszyć swoje własne pragnienie tego by częściej wracać do przeszłości.
Zakładanie maski samo w sobie nie było tak trudne, czasami chyba człowiek po prostu do tego przywykł. Najtrudniejsze wydawało się to kiedy się ją zdejmowało. Meadow już tak przywykła do tego by ciągle się wyszczerzać i być miłą i nie okazywać swoich emocji, że jak już mogła być przed kimś sobą to trudno było jej się przestawić. Przynajmniej w tej pierwszej chwili, po jakimś czasie zwyczajnie wracała do starej siebie. Potrzebowała tego, żeby znowu odetchnąć. Mimo wszystko ciągle jednak powstrzymywała się przed tym by okazywać to jak źle jej jest. Niestety nie dało się też tego tak do końca uczyć, a może po prostu jej przyjaciółka potrafiła wyczytać z niej niemal wszystko jak z otwartej księgi. Nie miała nic przeciwko temu, z jakiegoś powodu dawała się poznać od tej mniej "twardej" strony. Obie zdawały się ciągle robić coś trochę na przekór sobie i tym kim naprawdę były. Wewnętrznie były bliższe siebie niż ktokolwiek mógłby to wyczytać, z tego jak się zachowywały i co robiły w swoim życiu. Każda z nich świetnie pokazywała innym, że tak naprawdę mają ogromną odwagę i siłę w sobie by robić coś co spełniało ich własne potrzebny. Oczywiście, żadna z nich nie pragnęła do końca takiego życia albo zawodu. Rzadko kiedy można robić naprawdę to co się kocha. Wręcz przeciwnie. Jednak ta miłość została w niej w jakiś sposób wymuszona. Przez jakiś czas nienawidziła tego, chciała się wyrwać ale wtedy wydawało jej się, że nie ma zbyt wiele praw i powinna robić wszystko to co jest jej powiedziane. Miało to mieć lepszy wpływ na jej ogólny rozwój, posiadanie pasji jest przecież czymś rozwijającym. Nikt jednak nigdy nie zadał sobie odrobiny trudu, by zapytać co tak naprawdę chciałaby robić w swoim życiu. Teraz sama nie wiedziała co byłoby dobrą odpowiedzą.
- Nie wiem czy pamiętam ciebie lepiej czy po prostu tamten okres w moim życiu pozostawił po sobie tak wielkie znaczenie - odpowiedział z delikatnym uśmiechem na ustach. Oczywiście, że nie musiały myśleć o studiach w takich samych perspektywach, wręcz było to niemożliwe. Przyjaźń miedzy dziewczynami na pewno była oparta na wspólnych doświadczeniach i tym ja same musiały sobie z nimi poradzić. Oczywiście teraz mogły siebie wspierać, co robiły niemal na każdym kroku ale chyba obie zdawały sobie sprawę z tego by pozostawić sobie tą swobodę, której tak potrzebowały. Żadna nie osądzała tej drugiej. Każda z nich wiedziała jak ułożyć swoje życie by spełnić swoje marzenia.
- Wykładasz? Serio to chyba bardziej zaskakujące niż myślałam i nie mówię, że to coś złego. Z pewnością robisz coś dla potomnych i ma to większy wkład niż moja praca - roześmiała się pod nosem. Tak naprawdę to wiedziała, że ma rację. Jeśli chodzi o to co sama robiła. Nawet jeśli jej samej przynosiło to satysfakcję ale z pewnością nie mogła powiedzieć, że ktoś będzie pamiętał o jej wkładzie w młode umysły.
Wpatrywała się przez jakąś chwilę w kobietę, widząc na moment jak zmieniła się jej postawa. Mogła wyczytać, że nie wszystko jest w porządku. Bolało ją, to że nie jest tak szczęśliwa jak na to zasługiwała. Gdyby tylko chciała to zaczęłaby wypytywać, ale wiedziała że lepiej nie psuć kompletnie atmosfery. Każdy przecież niesie ze sobą bagaż doświadczeń i często nie chcemy o tym mówić na głos. Meadow zawsze chciała mieć możliwość czytania w myślach, uważała że wtedy jej życie byłoby o wiele łatwiejsze. Nie dlatego, że nie ufała swoim przyjaciołom ale chyba ze względu na fakt, że mogłaby reagować o wiele szybciej, bardziej być obecną. W chwilach kiedy myśli zaczynały się kotłować albo problemy przytłaczać.
- Jednak tutaj wróciłaś a ja tak naprawdę nigdy nie myślałam o tym by wyjechać na dłużej - zmarszczyła brwi bo gdzieś w głębi duszy czuła, że powinna coś z tym zrobić. Zmienić otoczenie, szczególnie teraz kiedy tak naprawdę nic ją tutaj nie trzymało - Wcale nie brzmi mało interesująco. To chyba ja jestem nudna, że ciągle tutaj jestem. Jestem dyrektorem do spraw komunikacji a tak po krótce to ratuję wszystkim tyłki - zaśmiała się, chociaż opis ten był naprawdę trafny, żeby nie powiedzieć, że idealny. Zbyt idealny bo dla wielu było to na tyle nudne, że mówili jej wprost, że nie mają ochoty o tym słuchać. Często wzbraniała się przed tym by mówić o tym czym się zajmuje.

Ginny Wheeler
papryczka
ludzie mym triggerem, wszechobecna dwulicowość
35 y/o
For good luck!
164 cm
wykłada entomologię na University of Toronto
Awatar użytkownika
it's probably nothing. it's just a little neighbourhood murder.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Meadow Langenberg


Nie wiem czy pamiętam ciebie lepiej czy po prostu tamten okres w moim życiu pozostawił po sobie tak wielkie znaczenie.
Jennifer nie od razu odpowiedziała. Przez krótką chwilę przyglądała się kobiecie z tym samym łagodnym skupieniem, z jakim zwykła obserwować ludzi, choć w jej przypadku rzadko oznaczało to próbę rozszyfrowania drugiej osoby. Raczej naturalną ciekawość, podszytą przekonaniem, że człowiek nigdy nie jest wyłącznie tym, co akurat postanowił o sobie opowiedzieć. Można było spędzić z kimś całe lata, a mimo to nie wiedzieć, co kryło się za jego milczeniem. Można było też nie widzieć kogoś przez długi czas, by przy ponownym spotkaniu odnaleźć w nim coś znajomego, co wcale nie musiało należeć do przeszłości. Meadow siedziała obok niej, na tyle blisko, by Ginny nie musiała podnosić głosu, a jednak przez moment miała wrażenie, że dzieliło je znacznie więcej niż kilka lat i nieobecności. Nie była to nieprzyjemna odległość. Przeciwnie, dawała im przestrzeń, by przyjrzeć się sobie na nowo, bez konieczności udawania, że nic się nie zmieniło.
– Wtedy byliśmy też zupełnie innymi ludźmi – powiedziała w końcu, zerkając na nią ze słabym uśmiechem. Wspomnienia miały bowiem tę irytującą właściwość, że rzadko przychodziły pojedynczo. Jedno potrafiło otworzyć drzwi do kolejnego, a za nim pojawiały się następne, nieproszone, niekiedy tak wyraźne, jakby czas wcale nie upłynął. Wystarczyło jedno zdanie, zapach czyjegoś perfum, znajomy układ dłoni na stole. Czasem nawet sposób, w jaki ktoś się śmiał. Ginny nie była pewna, czy właśnie dlatego tak często unikała sentymentalnych powrotów do przeszłości, czy może po prostu nauczyła się ostrożności wobec wszystkiego, co mogło wywołać w niej uczucia, nad którymi nie miała pełnej kontroli.
Toronto zawsze było dla niej miastem dwóch zupełnie różnych żyć. Pierwsze pamiętała w kolorach, których nie potrafiła już odtworzyć z równą intensywnością, ale wciąż umiała przywołać ich ciepło. Było w nim miejsce na miłość, na beztroskę, na tę szczególną pewność, że bez względu na to, co przyniesie kolejny dzień, gdzieś na końcu czeka ktoś, przy kim można będzie odetchnąć. W tamtym Toronto miała ojca, który odbierał zawsze, kiedy potrzebowała zadzwonić i potrafił sprawić, że nawet najbardziej ponury dzień nabierał znaczenia. Nie musiał rozwiązywać wszystkich jej problemów ani znać odpowiedzi na każde pytanie. Wystarczało, że był. Że słuchał, wspierał ją w podejmowanych decyzjach i nie próbował zmieniać jej w kogoś, kim nie była. Przy nim mogła popełniać błędy bez przekonania, że jeden niewłaściwy krok przekreśli wszystko, co do tej pory zbudowała. Mogła być ambitna, uparta, czasami nieznośnie przekonana o własnej racji, a mimo to wiedziała, że nie musi zasługiwać na jego obecność.
Później pojawił się ktoś, komu pozwoliła uwierzyć, że podobne poczucie bezpieczeństwa można zbudować również poza rodzinnym domem. Miłość nie przyszła do niej jako wielkie olśnienie, po którym nagle wszystko nabrało sensu. Raczej stopniowo wrosła w codzienność, w drobne gesty, wspólne plany i przyzwyczajenia, które z czasem zaczęły przypominać fundamenty przyszłego życia. Było w tym szczęście tak zwyczajne, że wówczas nie przyszłoby jej do głowy, by je kwestionować. Wierzyła, że ma przed sobą człowieka, z którym będzie mogła dzielić nie tylko dobre chwile, lecz także te mniej wygodne, wymagające kompromisów i cierpliwości. Był przecież jej narzeczonym. Słowo to niosło ze sobą obietnicę, a Ginny, choć nigdy nie uważała się za bezkrytyczną romantyczkę, potrafiła traktować obietnice poważnie.
Może właśnie dlatego to, co wydarzyło się później, tak skutecznie pozbawiło ją wiary we własną zdolność oceniania ludzi. Nie było jednej wielkiej sceny, która mogłaby zamknąć tamten rozdział w jej pamięci. Nie było dramatycznej kłótni, podczas której padłyby wszystkie słowa, których człowiek potrzebuje, żeby zrozumieć, że coś się skończyło. Była zdrada, a potem odejście. Fakt, który z perspektywy czasu wydawał się niemal banalny w swojej prostocie, a jednocześnie pozostawił po sobie zniszczenia, których nie dało się uporządkować równie łatwo jak cudzych błędów w akademickiej publikacji. Człowiek, któremu ufała, zdecydował się zbudować coś poza ich związkiem, a kiedy prawda w końcu wyszła na jaw, nie potrafił już albo nie chciał zostać, by wspólnie zmierzyć się z tym, co zrobił.
Po wszystkim została cisza.
Ginny długo myślała, że właśnie to było najgorsze. Nie sam fakt zdrady, nie nawet upokorzenie związane ze świadomością, że ktoś inny wiedział o ich życiu więcej, niż powinien, podczas gdy ona nadal wierzyła w jego uczciwość. Najgorsza okazała się pustka, która pojawiła się później, kiedy codzienność nie miała już dla kogo zachowywać swoich drobnych rytuałów. Mieszkanie nadal wyglądało tak samo. Przedmioty stały na swoich miejscach, poranki przychodziły o tej samej porze, a ludzie na ulicach nie przestawali się spieszyć tylko dlatego, że jej własny świat nagle utracił kierunek. Musiała wstawać, pracować, odpowiadać na wiadomości i podejmować decyzje, jakby nic się nie stało. Najtrudniejsze było to, że z zewnątrz rzeczywiście niewiele się zmieniło.
Właśnie w tej ciszy odnalazła wspomnienie, którego przez lata nie potrafiła zrozumieć. Była jeszcze dzieckiem, kiedy jej matka odeszła od ojca. Ginny nie pamiętała każdego szczegółu tamtego dnia, a może z biegiem lat pamięć starła część obrazów, pozostawiając jedynie te, które z jakiegoś powodu uznała za ważne. W przedpokoju leżał sweter. Zwyczajny, pozostawiony jakby przez nieuwagę, choć później Ginny wielokrotnie zastanawiała się, czy matka rzeczywiście o nim zapomniała. Na kuchennym blacie stał kubek, który utkwił jej w dziecięcym umyśle z niewytłumaczalną siłą. Nie potrafiła przypomnieć sobie, co było w środku ani dlaczego akurat ten przedmiot zachował się w jej pamięci tak wyraźnie. Pamiętała za to, że należał do matki. Że jeszcze niedawno ktoś po niego sięgał, a potem nagle przestał.
Z perspektywy dorosłej kobiety rozumiała, jak absurdalnie małe rzeczy potrafią stać się świadectwem czyjejś nieobecności. Nie trzeba wielkich pożegnań, żeby człowiek zapamiętał odejście. Czasami wystarczy sweter w przedpokoju i kubek, którego nikt już nie zabiera do zlewu. Dziecko nie musi znać przyczyn, nie rozumieć problemów dorosłych ani potrafić nazwać emocji, by zauważyć, że coś bezpowrotnie się skończyło. Wystarczy, że któregoś dnia w domu pojawia się cisza innego rodzaju, a ktoś, kto dotychczas był częścią codzienności, staje się wspomnieniem.
Kiedy narzeczony ją zdradził i odszedł, Ginny poczuła coś, czego nie chciała przed sobą przyznać. Nie wrócił do niej jedynie ból związany z utratą miłości. Wróciło również tamto dziecięce doświadczenie, nieproszone i nieproporcjonalnie silne wobec sytuacji, w której przecież była już dorosła. Tym razem nie było swetra ani kubka, nie było też potrzeby szukania wyjaśnień w zachowaniu matki. Była świadomość, że nawet człowiek, z którym planowała przyszłość, mógł pewnego dnia przestać wybierać ją, pozostawiając po sobie przestrzeń, którą przez długi czas nie wiedziała, jak wypełnić.
I chyba właśnie wtedy Toronto podzieliło się na dobre.
Nie geograficznie, rzecz jasna. Ulice pozostały te same, podobnie jak skrzyżowania, kawiarnie, budynki i miejsca, które znała niemal na pamięć. Zmieniło się to, co w nich widziała. Dawniej miasto było przestrzenią możliwości, obietnicą przyszłości i miejscem, w którym miała do kogo wracać. Później stało się świadkiem wszystkiego, co utraciła. Każdy znajomy zakątek potrafił przywołać obraz dawnego życia, a każdy nowy dzień przypominał jej, że nie da się do niego wrócić tylko dlatego, że wciąż zna się drogę.
Nie oznaczało to, że przestała lubić Toronto. Być może dlatego wróciła tu po śmierci ojca. Niektóre miejsca przywiązywały człowieka do siebie nie tylko przez szczęście, które mu dały, ale również przez to, co odebrały. Wyjazd wydawał się prostym rozwiązaniem, dopóki nie przyszło jej do głowy, że zabierze ze sobą wszystkie wspomnienia. Mogłaby zamieszkać w innym mieście, poznać nowych ludzi, zbudować życie od początku, ale nie zmieniłoby to faktu, że nadal byłaby sobą. Kobietą, która pamiętała zarówno smak szczęścia, jak i jego nieprzyjemnie cichy koniec.
– Wykładam entomologię – odpowiedziała, sięgając po filiżankę upijając łyka kawy. – I zapewniam cię, że studenci nie zawsze wychodzą z sali z takim przekonaniem. Nieraz wyzwaniem jest, by nie zasnęli. – Uśmiechnęła się szerzej, przesuwając palcami po brzegu filiżanki. Zabawne, że kiedyś sama nie potrafiła sobie wyobrazić siebie w roli wykładowczyni. Jeszcze na studiach myślała przede wszystkim o badaniach, o pracy, która pozwoli jej zrozumieć świat w najmniejszych szczegółach. Owady fascynowały ją właśnie dlatego, że nie potrzebowały ludzkiej aprobaty, by istnieć w sposób doskonale przystosowany do własnego środowiska. Ich świat nie był prostszy, niższy ani mniej znaczący tylko dlatego, że ludzie rzadko poświęcali mu uwagę. Wystarczyło przyjrzeć mu się dostatecznie uważnie, by odkryć zależności, które umykały przy pobieżnym spojrzeniu. Z biegiem lat coraz częściej dostrzegała w tym coś kojącego.
– Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę, jak wiele można powiedzieć o człowieku na podstawie tego, co uważa za nudne. – Uniosła lekko brwi. – Pracujesz w komunikacji, więc zapewne musisz wiedzieć, jak mówić do ludzi i jak przekonać ich do określonych rzeczy. – Parsknęła śmiechem, a w jej spojrzeniu pojawiło się coś niemal figlarnego. – Właściwie to brzmi jak bardzo przydatna umiejętność.
Jednak tutaj wróciłaś a ja tak naprawdę nigdy nie myślałam o tym by wyjechać na dłużej. Słowa te mimo wszystko pozostały gdzieś z tyłu głowy na dłużej. Odruchowo zerknęła na Meadow ponownie, próbując zrozumieć, czy za tym stwierdzeniem kryła się zwykła wygoda, przywiązanie do miasta, czy może coś jeszcze. Nie zamierzała pytać. Znała ten rodzaj zawahania, który pojawiał się, kiedy człowiek mówił o własnym życiu i nagle uświadamiał sobie, że być może powinno ono wyglądać inaczej. Nie trzeba było znać wszystkich szczegółów, żeby rozpoznać tę chwilę.
– Wiesz, czasami zastanawiam się, czy ludzie rzeczywiście zostają w jakimś miejscu dlatego, że chcą czy jest to po prostu kwestia przyzwyczajenia – zawiesiła głos, obracając filiżankę w dłoniach. – A potem mija pięć, dziesięć lat i nagle nie chce się szukać innego miejsca.
W pewnym sensie rozumiała ją aż nazbyt dobrze. Toronto potrafiło być bezpieczną przystanią, ale bywało też miejscem, w którym człowiek uczył się żyć z rzeczami, których nie umiał zmienić. Łatwo było pomylić przywiązanie z poczuciem obowiązku, a spokój z brakiem odwagi. Jeszcze łatwiej było wmówić sobie, że skoro wszystko jakoś funkcjonuje, nie ma potrzeby niczego ruszać. Ginny znała tę pułapkę. Sama w niej tkwiła, choć nie zawsze potrafiła to przed sobą przyznać.
– Z drugiej strony nie uważam, że każdy musi wyjeżdżać, żeby udowodnić sobie, że potrafi zacząć od nowa. – Kącik jej ust uniósł się nieznacznie. Ona bowiem tak właśnie robiła. Uciekła z Toronto do Kingston, by potem znowu ucieć. Czy więc sama dała się złapać w pułapkę, o której mówiła? Czasami bowiem zostanie jest trudniejsze. Trzeba nauczyć się patrzeć na te same miejsca bez myślenia o tym, co się w nich wydarzyło. A czasami człowiek po prostu lubi swoje życie, nawet jeśli z zewnątrz nie wygląda ono szczególnie ekscytująco.
Przez ułamek sekundy jej wzrok uciekł w stronę restauracyjnego okna. Za szybą Toronto trwało w swoim zwyczajnym rytmie, zupełnie obojętne wobec tego, ile historii mieściło się w jego ulicach. Ludzie mijali się na chodniku, samochody przesuwały się przez skrzyżowanie, a gdzieś dalej ktoś prawdopodobnie planował ślub, ktoś inny pakował walizki, jeszcze ktoś wracał do mieszkania, w którym od dawna nie czekał na niego nikt. Miasto nie miało obowiązku pamiętać. To ludzie robili to za nie.
ODPOWIEDZ

Wróć do „Archeo”