ODPOWIEDZ
36 y/o
Welkom in Canada
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Sure, Jan — odpowiedział, pozwalając sobie, aby wymowne spojrzenie dopełniło za niego resztę formalności i domknęło przekaz.
Nie rozumiał, dlaczego tak bardzo musiała mu udowadniać, że wie lepiej. Że jest przygotowana lepiej. Że poradzi sobie lepiej, szybciej, skuteczniej, choćby miała przy tym paść na pysk pięć minut później.
Nie wiedział nawet, kiedy dokładnie zaczęło go to drażnić.
W samochodzie kazała mu siedzieć i sama chciała zdobyć telefon. Tutaj mogła położyć się obok choćby na część czasu, który pozwoliła przespać jemu, ale najwyraźniej nawet wtedy, kiedy leżał nieprzytomny i nie był w stanie wejść jej w drogę choćby przez przypadek, nie potrafiła odpuścić sobie tej dziwnej odpowiedzialności.
A może właśnie wtedy szczególnie.
Mógł oczywiście uznać, że mu nie ufała.
Byłoby to nawet rozsądne. W ciągu ostatniego tygodnia dostarczył jej wystarczająco dużo powodów, żeby nie zostawiać mu własnego bezpieczeństwa w rękach, a już na pewno nie wtedy, kiedy zamykał oczy. Poza tym ta wersja wydarzeń była wygodna. Dużo wygodniejsza niż przyznanie, że Navarro siedziała na pieprzonym krześle przez pół nocy, bo uznała, że on potrzebował snu bardziej. I zdecydowanie wygodniejsza niż wracanie do tego całego chaosu z samochodu. Do rzeczy, które oboje wyrzucili z siebie, zanim w ogóle zastanowili się, czy aby na pewno chcieli, żeby druga strona powinna to usłyszeć.
Powinien był wyprzeć przynajmniej połowę tamtej rozmowy, ale n i e s t e t y nie potrafił. Przez co teraz wiedział więcej, rozumiał mniej i był znacznie bardziej zagubiony niż wtedy, kiedy wszystko sprowadzało się do schematu – teraz z perspektywy: bardzo wygodnego. Schematu, który Navarro narzuciła zaraz po zdradzie. On był kawałem cwela. Ona policjantką. Teraz może nieco mniej przekonaną do własnej strony barykady, ale nadal z odznaką przy sobie.
Kawałkiem blachy, z którym widocznie nie potrafiła się rozstać.
Widział jak po nią sięga i chowa ją, zamiast po prostu zostawić. Ciężko było mu przekonać samego siebie, że zrobiła to po to, aby nie zostawiać śladów w postaci numeru swojej odznaki. Cała ta podróż była, w jego odczuciu po to, aby zawalczyć jeszcze o jej możliwość do bycia gliną. Aby wyjaśnić sprawę i możliwie wszystko naprawić.
Komentarz sobie darował, choć miał go na końcu języka.
Po wyjściu z chaty ruszył za nią, zupełnie jak wcześniej, odsunięty o te parę metrów. Tyle, że widok ten i świadomość tego, że podążał za nią, uwierały go. Problemem nie było to, że uważał ją za niekompetentną – nie twierdził, że nie umie odczytać mapy, ani wyznaczyć kierunku; problem był w tym, że cały plan – cała ta ekspedycja na Alaskę, była dla niego zbyt niezrozumiała i opierała się w głównej mierze na zaufaniu. Przejście za nią przez las opierało się na zaufaniu.
Musiał jej zaufać.
A już nawet to słowo samo w sobie pozostawiło nieprzyjemny posmak.
Jeszcze niedawno robił to bez zastanowienia – pozwalał jej przecież stać za jego własnymi plecami, podawał jej informacje, broń, kluczyki, oddawał w ręce fragmenty planów, które niewielu ludzi w ogóle znało.
Nie zastanawiał się, gdzie go prowadzi, bo zakładał, że patrzą w tę samą stronę.
I się na tym srogo przejechał. Mając to z tyłu głowy, jak również to, że zbliżenie się do niego nie było celem misji, a i tak to zrobiła, by potem wbić nóż w plecy, sprawiało że ciężko było już tak po prostu zaufać, nawet jeśli desperacko próbował się trzymać żywych, świeżych dowodów, które dostarczała mu teraz.
To wszystko dało się jednak podkopać prostym stwierdzeniem – był jej potrzebny. Jak skończony kretyn pchał się do pomocy, choć powinien był zostawić ją kilka dobrych okazji temu.
— A ten twój przyjaciel — zaczął, przetaczając spojrzeniem po okolicy. Las jak las, niestety nie Vegas. — Skąd się znacie? To po prostu jakiś losowy federalny dupek, któremu postanowiłaś zaufać, bo przełożeni kazali, i pozwolić zrobić z siebie Ortegę czy jednak łączy was coś — chrząknął wymownie — ciekawszego?
whatever my ass
tamagotchi
32 y/o
Welkom in Canada
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
you knew my name but you had no clue what are we gonna go through, baby
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Leśniczówka nagle wydawała się wybitnie przytulnym miejscem gdy tylko Navarro wyściubiła nos na zewnątrz.
Deszcz ustał, co nie uczyniło jesiennego powietrza znośniejszym. Chłód szczypał ją w policzki, wdzierał się pod grubą, flanelową koszulę i ten ciasny top, który znów na siebie założyła decydując, że gdy następnym razem będzie musiała go zdjąć, użyje do tego celu nożyczek. Jedynie jeansy oferowały jej jakąś wyrównaną walkę z chłodem, choć podejrzewała, że z każdym kolejnym dniem temperatury będą wyłącznie spadać, nie mówiąc o temperaturach w nocy. Potrzebowała kurtki, kolejnej, gorącej kawy, nieważne jak paskudnej i równie ciepłego prysznica - wizja tej trójcy, stojącej gdzieś na ich drodze trzymała ją przy życiu gdy ruszyli lasem.
Nie rozumiała dlaczego nie potrafił iść razem z nią tylko trzymał się z tyłu, tworząc sztuczny dystans między nimi. Może z tego samego powodu, dla którego ona nie zdecydowała się położyć obok niego w łóżku tej nocy, choć gdyby powiedziała to na głos, z pewnością odszczeknąłby jej czymś nieszczególnie przyjemnym.
Nie miało to znaczenia.
A jednak tkwiło z tyłu jej głowy, jak irytująca drzazga, której nie potrafiła się pozbyć. W miarę, gdy milczenie pomiędzy nimi gęstniało, jej własne usta coraz mocniej się zaciskały, dorabiając do tego dystansu całą, ogromną ideologię, która stała w zupełnej sprzeczności z dotykiem męskich dłoni na jej skórze gdy pomagał jej zdjąć ubranie.
Wspomnienie poprzedniej nocy zaatakowało ją znienacka, ciało zareagowało bezwarunkowo, zaciskając powieki by pozbyć się tkwiącego przed nimi obrazu niezależnie od tego, jak niewykonalne to było - w efekcie czego weszła w jakieś gałęzie, które zaczepiły się o jej włosy i zostawiły w nich liście, i cholera wie co jeszcze.
Gdy wreszcie jego głos wybrzmiał w powietrzu, wydawał się wręcz dziwny, obcy, bo była zbyt zajęta słuchaniem jakiejś jego wersji we własnej głowie i zdążyła zapomnieć, jak brzmiał naprawdę.
- Z akademii, z której prawie go wyjebali gdy włamał się do bazy danych żeby zmienić wyniki - odpowiedziała, ignorując zaczepkę, jawnie jej zarzuconą. Oczywiście, że był losowym dupkiem, któremu postanowiła zaufać, ponieważ w ten sposób właśnie dobierała sobie sojuszników. - Przyjaźnimy się od dawna. Nie podziela... niektórych przekonań naszych położonych i miał wiele problemów w agencji przez swoje zachowanie. Zresztą, próbował mnie od tej całej operacji odwieść więcej niż raz.
Może wtedy życie byłoby prostsze.
Może nie szłaby wtedy przez las z mężczyzną, który odczuwał względem niej taką niechęć, że musiał trzymać się z dala jakby miała wokół siebie pole siłowe. Może tkwiłaby teraz w swoim mieszkaniu, w Nowym Jorku, pełnym śladów życia, którego już dawno nie było.
Może znalazłaby wreszcie spokój w rutynie. W codziennym budzeniu się w tym samym łóżku, w witaniu się z ludźmi świadomymi wszystkich błędów, które popełniła. W odwiedzaniu cmentarza w każdą pierwszą niedzielę miesiąca, choć przecież dawno już nie wierzyła w to gówno.
Może czas ukoiłby jej rany, gdyby od nich nie uciekła, porzucając wszystko to, co złe razem z tym, co dobre.
Ale gdyby tak było, dlaczego samo sięgnięcie wspomnieniami do jej mieszkania w Stanach sprawiło, że coś w jej sercu obudziło się na sprzeciw?
- Zniknął z Nowego Jorku, więc mamy trzy opcje - dodała, pragnąc przywrócić własny tok rozumowania na merytoryczny i nie pozwolić sobie błądzić zbyt daleko wspomnieniami. - Albo go dorwali i znajdziemy pusty domek letniskowy, o którym nie wie absolutnie nikt, w którym odpoczniemy, zdobędziesz swój telefon i stworzysz własny, dużo lepszy plan - zaczęła, ironia sama wkradła się do niektórych słów. - Albo go nie dorwali, znajdziemy go na miejscu, a on może powie nam coś o tym, o co w tym wszystkim chodzi i załatwi nowe paszporty - kontynuowała, obchodząc większą gałąź. - Albo Ryder nie był warty zaufania, to wszystko było ściemą i wejdziemy prosto w pułapkę - zakończyła krótko, zerkając na niego przez ramię. - Wtedy zyskasz możliwość powiedzenia mi a nie mówiłem, co podejrzewam, że leży bardzo wysoko na liście twoich priorytetów.
Jej wzrok powrócił na ścieżkę, usiłując dojrzeć coś między drzewami. Potrzebowali drogi, na drodze potrzebowali samochodu, w samochodzie potrzebowali właściciela z telefonem. Miała dość tego lasu, tej temperatury i tych kurewskich liści, które wciąż znajdywała we własnych włosach.
- Czy taka odpowiedź cię usatysfakcjonowała? - dodała, wyciągając kolejnego spomiędzy ciemnych, splątanych loków. - Czy brakuje ci informacji o tym, czy się z nim pieprzyłam?

you're the most interesting relationship i have, that's for sure
36 y/o
Welkom in Canada
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Był i d i o t ą.
Każdego, kolejnego dnia po tym tysiącu dwustu ileś-tam dniach, podczas którego nie decydował się, aby na Ortedze Navarro postawić grubą, czerwoną kreskę. A przecież byłoby to najbardziej logiczne rozwiązanie w jego przypadku. W przypadku tak długotrwałego fakapu nie tylko operacyjnego, ale i relacyjnego. Nie tak, że z Navarro łączyło go coś wielkiego, choć spoglądając na to przez pryzmat zawężony tylko do jego przypadku, to było coś istotnego.
Nie rozdawał zaufania tak po prostu – ba! Żył zasadniczo tylko dlatego, że nie ufał innym, co do zasady. Bianca była wyjątkiem od tej zasady i nie potrafił nawet wyjaśnić logicznie dlaczego. Nie chodziło przecież o fakt, że zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia – to było głupie i niemożliwe w jego przypadku. Jednak miała coś w sobie, co sprawiało, że opuszczał powoli gardę, każdego dnia coraz bardziej, aż w końcu odsłonił się i zaufał.
A wszystko po to, by pewnego dnia brutalnie zostać zweryfikowanym przez świat.
Był więc idiotą, że pozwolił sobie na słabość – to oczywiście można było tłumaczyć błędem, z którego można było wyciągnąć bolesną nauczkę.
Był jednak jeszcze większym idiotą, światowej klasy kretynem, kiedy pomimo wszystkiego wciąż przebywał w towarzystwie Bianci Navarro. Pozostawienie jej żywej można było jeszcze tłumaczyć sentymentem; zasłonić się choćby tym głupim stwierdzeniem, że nie wszystko musiało być udawane. Można było rozejść się, założyć zbroję i wszystko potraktować jako lekcję od życia.
Wracanie po nią, uważanie jej za swoją, rezygnowanie z własnego celu, z własnej konieczności połatania swoich spraw, na rzecz czuwania nad jej bezpieczeństwem było więc zwyczajnym szczytem tępoty.
Ergo – był idiotą.
Idiotą był również teraz, kiedy świadom swej niepewności co do intencji kobiety, pokonywał kolejne metry, setki metrów, dalej kilometry, idąc przez las. Opierając się tylko i wyłącznie na zaufaniu. Zaufaniu do kobiety, która już raz pokazała, że ta sama odznaka, której nie potrafiła wyrzucić i która teraz odciskała swój kształt w jej kieszeni, była dla niej ważniejsza.
Temat p r z y j a c i e l a, choć Navarro dość płynnie określała tę relację, bo zdarzyło jej się zmienić nazwę, nie dawał mu spokoju przede wszystkim ze względów operacyjnych. Jej sytuacja była pogmatwana, jeśli się temu przyjrzeć – własna agencja zdawała się polować na nią, a ona pokładała nadzieje w kimś, kto uszył skórę dla Ortegi i był w to zaangażowany.
— A więc nie jestem jedynym mężczyzną w twoim życiu, którego nie chciałaś posłuchać? Nie jestem pewien czy mi teraz z tym lepiej czy jednak poczułem się dotknięty — skomentował, wzdychając z teatralnym poruszeniem.
Byłby wytknął te długoletnią przyjaźń i poddał w wątpliwość, za przykład wskazując jej obecną sytuację i to, że to ona próbuje się z nim skontaktować, ale po drugiej stronie było raczej głucho, jednak Navarro sama pociągnęła ten wątek.
Z jakiegoś powodu żółć podchodziła mu do gardła, kiedy Navarro wskazała wariant, w którym facet miałby dla nich coś załatwiać. Oczywiście, że chodziło o jego własne kompetencje i to, że zwykle to on załatwiał sprawy. Włącznie z paszportami.
Fakt, że tak prosto wymieniła go w tej funkcji – choć o wiele bardziej trafnym byłoby założenie, że tak naprawdę nigdy go w niej nie uznawała, biorąc pod uwagę agencką przykrywkę i jej wyraźną potrzebę odebrania mu kompetencji – musiał oczywiście poruszyć jakąś jego część, która, nieproszona, odbiła się niezadowolonym grymasem na jego twarzy.
Wolałby, naturalnie, mieć rację i móc wetrzeć Navarro w twarz, że ta przyjaźń, w którą tak bardzo wierzyła, okazała się być obłudnym teatrzykiem. Łatwiej byłoby wtedy jej przetłumaczyć, jak poczuł się on, kiedy w końcu postanowiła mu wbić nóż w plecy. Inaczej nie sądził, że by zrozumiała na czym polegał jego problem w tym całym cyrku.
Nie odzywał się przez większość opowieści, pogrążony we własnych myślach, obracając w nich część informacji, które mu podsunęła. Z drugiej strony ciężko było mówić o tym, jako o informacjach, a szybciej o hipotezach bez potwierdzenia.
Prychnął pod nosem.
— Niekoniecznie, ale widzę, że bardzo chciałabyś się tym pochwalić, skoro już do tego doszliśmy, więc zamieniam się w słuch — odparł, wzruszając ramionami.
Nie był pewien, czy chciał tego słuchać. Nie był też pewien, dlaczego miałoby mu to robić różnicę. Prawdopodobnie tylko i wyłącznie dlatego, że gdyby jednak pieprzyła się ze swoim pRzYjAcIeLeM, zrobiłby się całkiem nieprzyjemny trójkąt, w którym to przyjaciel dyma Navarro, a Navarro Vissera.
where is your 'friend' now, hon
tamagotchi
32 y/o
Welkom in Canada
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
you knew my name but you had no clue what are we gonna go through, baby
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Najwyraźniej kompromis był niemożliwy do uzyskania pomiędzy nimi.
Był tylko jej plan lub jego plan, bez żadnych możliwości na modyfikację by zadbać o drugą osobę.
Zaufanie było bardzo skomplikowanym zagadnieniem. Ufała już, że Visser nie postanowi jej zabić któregoś dnia (może kiedyś się na tym przejedzie), natomiast nie ufała, że weźmie pod uwagę jej argumenty i dyskomfort jeśli pozwoli mu planować na jego sposób. Poprzednim razem za każdym razem, gdy mówił o telefonie, swoich kontaktach i paszportach były to wyłącznie przystanki między tym, gdzie byli teraz, a pieprzonym Meksykiem.
Meksykiem, w którym zamieniłaby jedne węże na drugie. W którym nie miałaby absolutnie nikogo, ani jednej osoby innej od niego, na której mogłaby polegać, za to wszyscy ci, którzy byliby skłonni pomóc jemu, jednocześnie pragnęliby w zamian jej głowy.
W jej planie przynajmniej oboje mieli równo przesrane, choć wątpiła, by ten rodzaj równości był przez niego jakkolwiek doceniony.
W jego planie był jedyną osobą stojącą między nią, a natychmiastową śmiercią, na obcym terytorium, w obcym gnieździe węży, które już zorientowały się, że nie była jednym z nich - że była pieprzoną myszą, której przypadkiem udało się wiarygodnie obrosnąć w łuski.
Pozostało jej wyłącznie iść naprzód, krok za krokiem, ignorując jego słowa i jego ciągnące się za nimi jak smród niezadowolenie.
- Nie czuję takiej potrzeby - odrzuciła poirytowana, oplatając się ramionami i rezygnując z próby wyczyszczenia swoich i tak splątanych włosów z wszystkiego, co zdołały zebrać po drodze w tym pieprzonym lesie.
To i tak nie była jego sprawa.
Tak samo jak wszyscy mężczyźni, których nie posłuchała w swoim życiu. Tekst, który z pewnością był tylko przytykiem, sięgnął gdzieś do głębi, do miejsca wciąż zabliźnionego, o nierównej powierzchni przypominającej wydarzenia, które wygnały ją z Nowego Jorku. Nie miał pojęcia jak blisko prawdy się znalazł.
Nie miał pojęcia też, co stało się z jednym z tych mężczyzn, których nie posłuchała.
Może taka była cena jej irracjonalnego szczęścia, dzięki któremu zawsze, na przekór wszystkiemu, udawało jej się wydostać nieważne z jak gównianej sytuacji. Przypłacali tym wszyscy inni wokół niej, jakby zamiast niezadowolenia, unosiło się wokół niej cholerne fatum.
Milczenie przyjęła z łaską. Jedynie chrzęst łamanych gałęzi, szelest liści muskanych wiatrem, kroki mężczyzny idącego gdzieś za nią i szczękanie zębów, nim zacisnęła szczękę, zmuszając je do posłuszeństwa. Nienawidziła tego lasu. Nienawidziła Alaski, nienawidziła Toronto, nienawidziła wszystkich miejsc, które odwiedziła w przeciągu ostatnich dziesięciu dni i wszystkich, które odwiedziła przed tym.
Gdy w tej ciszy pojawił się szum pracującego silnika, zamarła, w pierwszym odruchu przerażona, że znów, w jakiś absurdalny sposób, zostali znalezieni.
Dopiero potem dotarło do niej, że docierali do jakiejś drogi - niezbyt szerokiej, ale wybetonowanej. Widziała jej powierzchnię z daleka, spomiędzy drzew.
Droga.
Przyśpieszyła, w nagłym wyrzucie adrenaliny spowodowanym czymś innym, niż nieustanny las. Gdy przystanęli na krawędzi drzew, zatrzymała się za jednym z nich, obserwując. Droga była pusta. Nieznośnie pusta przez pierwsze kilka, dłuższych chwil, po których dotarł do nich odgłos kolejnego, nadjeżdżającego samochodu.
Zmarszczyła brwi dostrzegając lśniącą powierzchnię drogiego, beżowego suva.
- Przydałoby się coś mniej przyciągającego uwagę - rzuciła pod nosem, ostrożnie, racjonalność i logika wybrzmiały bardziej jak sugestia niż realna prośba. Było jej zimno, potrzebowali samochodu.
Nie tak drogiego, eleganckiego samochodu w dziurze takiej jak ta, ale może miał podgrzewane siedzenia.

Robin Visser
36 y/o
Welkom in Canada
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Cisza, w połączeniu z niewiedzą, go denerwowała. Gdy Navarro zamilkła, został sam ze swoimi myślami, z wątpliwościami i z drażniącym poczuciem niewiedzy; wszystko sprowadzało się wyłącznie do ślepego podążania za kobietą, po którą nie powinien był nawet wrócić.
Z łaską, to on przyjął zarys drogi, który przebił się pomiędzy drzewami. Z jeszcze większą świadomość, że nie będą musieli zbyt długo czekać na transport pośrodku tego przygranicznego zadupia.
Kąciki ust uniosły mu się w satysfakcji, kiedy rozpoznał, niemal od razu, markę i model pojazdu, który dopiero wyłaniał się zza zakrętu. Jeszcze nie widział dobrze kierowcy, ledwie kształt sylwetki za szybą i światło reflektorów, ale sam samochód wystarczył, żeby po raz pierwszy od dłuższej chwili świat zaoferował mu coś, czego nie musiał przyjmować z wielkim rozczarowaniem.
— Nada się idealnie — odpowiedział niemal od razu; bardziej do siebie niż do niej.
Jej perspektywa i zastrzeżenia oczywiście niosły w sobie sporo racji. Rozsądniej byłoby znaleźć coś przeciętnego; samochód, za którym nikt nie obejrzy się drugi raz – zwłaszcza jakaś blachara, i który zginie pomiędzy dziesiątkami podobnych na pierwszym parkingu większego miasta. Ciemnego sedana, starego pick-upa (bo to bardzo amerykańskie), czegokolwiek równie pozbawionego charakteru.
Z drugiej strony odzywała się ta część jego natury, której nigdy nie udało mu się do końca wychować. Która zasadniczo wychowała się sama, kiedy zaczął obracać w życiu coraz większymi kwotami.
Ta znów chciała skóry pod dłonią zamiast szorstkiego, wytartego materiału filcującej się kierownicy. Ciepłego wnętrza, grzania dupy. Silnika, który odpowiadał bez dławienia się i sprawiał, że auto wyrywało się naprzód ledwie za muśnięciem gazu.
Już tęsknił za skradzionym BMW, z którego ostatnim razem korzystał zdzbyt długo. Powinien był porzucić je dużo wcześnie, ale nie zrobił tego z dokładnie tego samego powodu, dla którego właśnie patrzył na zbliżającego się SUV-a z czymś niebezpiecznie przypominającym aprobatę.
Jeśli coś miało go kiedyś faktycznie zgubić, będzie to pazerność na luksus. Albo Navarro. Któreś z tych dwóch.
Nie był pewien, jak dokładnie wyglądały przepisy dotyczące noszenia broni na Alasce, ale Amerykanie jako naród wydawali mu się wystarczająco szajbnięci (patrz: Navarro), żeby założyć wariant najmniej dla nich korzystny. Kierowca mógł więc być uzbrojony, tak jak i pasażer. To nieco komplikowało sprawę, biorąc pod uwagę, że ich arsenał nie był zbyt imponujący. Siła przyjaźni wypadłaby blado; względnie mógł to być patyk lub kamień, jeśli zdecydowałby się schylić.
— No to zacznij przedstawienie, Navarro — rzucił, spoglądając na nią kątem oka. — Masz okazję by zacząć przede mną uciekać i opowiedzieć kierowcy, jak okropnym człowiekiem jestem — dopełnił, gdy auto powoli wyłaniało się zza zakrętu, wychodząc im naprzeciw.
Nie tłumaczył planu. W zasadzie nigdy szczególnie nie lubił tłumaczyć swoich planów, które jeszcze kilka sekund wcześniej wcale nie istniały. Za dużo zachodu.
Wrzucił ją więc, jak zwykł to robić i jak zwykło to też działać, prosto w żywą improwizację, która w jego własnej nomenklaturze nosiła tę jakże dostojną nazwę planu. Niewiele tu też było do objaśniania, wystarczyło spojrzeć na nich. On, wyglądający jak duży, zły mężczyzna. Ona, samotna, bezbronna kobieta. Sceneria lasu rodem z taniego thrillera; trochę aktorzenia.
Jeśli kierowca miał w sobie choć trochę empatii, powinien się zatrzymać, jeśli miał w sobie trochę testosteronu to tym bardziej. Inna sprawa, że jeśli miał za dużo testosteronu i broń w schowku, mogli za moment odkryć, że Visser trochę przeszacował swój scenariusz, ale to był drobny szczegół.
Dodatkowo samochód był już na tyle blisko, żeby nie było czasu na dalsze rozważania.
Bez słowa ostrzeżenia odwrócił się więc w stronę Navarro. Rana natychmiast przypomniało mu o swoim istnieniu; ciągnąc w miejscu rany, co wykrzywiło mu gębę w grymasie. Zignorował to i natarł na Biancę, zmuszając ją do cofnięcia się w stronę pobocza, a później, zgodnie z rolą, którą jej przydzielił, do ucieczki przed nim.
Bianca Navarro
tamagotchi
32 y/o
Welkom in Canada
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
you knew my name but you had no clue what are we gonna go through, baby
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W tym przedstawieniu chowało się zaskakująco mało fałszu jak na czystą improwizację.
Ich ubrania były podobne, sugerując, że mogli wybiec w tej chwili z tego samego domu. Jej włosy były splątane, w nieładzie, twarz blada, oczy podkrążone - jedno wręcz podbite, choć przez innego mężczyznę. Z pewnością wyglądała na kruchą i poobijaną, szukającą w tej chwili pomocy.
Świadomość tego, jak bliski był jej wygląd do faktycznego stanu pozostawiła nieprzyjemny posmak w jej gardle.
Visser z kolei daleki był do swojej zwykle uporządkowanej, eleganckiej postawy. Ostatnie dni drogi odcisnęły na nim piętno, którego nie był w stanie zmyć sen, nieważne jak długi. Jego policzki wciąż były bardziej zarośnięte niż zwykle, twarz nosiła ślady walki i zadrapania, włosy były w tym samym nieładzie.
Tyle, że w tym układzie tylko jedno z nich wyglądało na ofiarę.
- Niewiele się pomylę - rzuciła z przekąsem, nieświadoma tego, jak blisko się znalazł, przyzwyczajona do dystansu, który stworzył między nimi i którego skrupulatnie się trzymał.
A nagle był tuż obok.
Cofnęła się, jej noga zahaczyła o jakiś kamień, gałąź, coś, czego z pewnością nie powinno tam być - coś, co sprawiło, że poleciała w tył, wylatując bardziej niż wychodząc na drogę, na której miała się znaleźć. Frustracja i strach jednocześnie przemknęły przez jej głowę, umysł, zamiast na kamieniu, o który własnoręcznie się potknęła, szukał winnego w górującym nad nią mężczyźnie.
To było tylko przedstawienie.
Improwizacja, złudzenie, fałsz, który miał dać im przewagę w poszukiwaniu auta. Wiedziała to, jej umysł pojmował to w pragmatyczny sposób, a jednak wysyłane przez niego sygnały nie w pełni docierały do ciała, które tak mocno bazowało na odruchach.
Ciało tkwiło na zimnym asfalcie, oczy spoglądały na nacierającego na nią mężczyznę, dostrzegały błysk w jego oczach, napięcie w szczęce. I w reakcji, która była dużo bardziej bezwarunkowa, niż chciałaby to przyznać, to samo ciało rzuciło się w tył, z początku na betonowej powierzchni, szorując już i tak poranionymi dłońmi o asfalt, później z trudem podnosząc się na klęczki, z klęku na własne nogi.
Wyskoczenie przed maskę pędzącego samochodu nie należało do najbardziej rozważnych decyzji podjętych w jej życiu.
Czymże jednak było w kontraście do wskoczenia do wnętrza szykującego się do odlotu samolotu?
- Pomocy. - jej drżący głos wyrzucił prośbę nim samochód zdołał się zatrzymać. Sama jej obecność na środku drogi sprawiła, że pisk opon przedarł się przez ciszę i była przekonana, że SUV wyminie ją, ruszy dalej w idealnym przykładzie amerykańskiej obojętności, ale ku jej zaskoczeniu i uldze, beżowy pojazd zatrzymał się pod kątem, tak, by na pewno jej nie trafić.
Natychmiast ruszyła do uchylających się drzwi.
- Co się tu do cholery dzieje? - krzyknął wychylający się ze swojego fotela mężczyzna. Zerknęła do środka - nie było innych pasażerów.
- Musi mi pan pomóc. - dopadła go, błagalnym tonem wypowiadając kolejne słowa, rannymi dłońmi sięgając do jego eleganckiej kurtki, którą odruchowo cofnął, lecz i tak wczepiła się w czarny materiał, nie zostawiając na nim widocznych śladów. - M-mój mąż, on...
- Jasna cholera - sapnął mężczyzna, dostrzegając Vissera zdecydowanie zbyt blisko, niż miałby na to ochotę. Rzucił się do schowka, w którym zaczął grzebać za bronią - jej wzrok ostrzegawczo pomknął w stronę męża, licząc na to, że zrozumie jej porozumiewawcze spojrzenie. - Do tyłu! - krzyknął bohatersko, gdy jego dłonie już zatrzymały się na metalu broni.
Wyleciał na zewnątrz, wcześniej walcząc absurdalną ilość czasu z trzymającym go pasem. Jego dłoń wyciągnęła pistolet w stronę Vissera, ale dłoń wciąż nie znalazła się na bezpieczniku. Ruchy mężczyzny wyglądały na chaotyczne, niepoukładane.
- N-niech nie robi mu pan krzywdy - zaprotestowała, w ten sprzeczny sposób nie chcąc, by nacisnął na spust, ale jednocześnie chcąc, by zapewnił jej bezpieczeństwo. - On nie...
- Zamknij się, kobieto - warknął w odpowiedzi, chwytając ją za ramię. Jej ranny bark zawył w proteście na jego palce zaciśnięte na ramieniu - uległa mu, pozwalając zaciągnąć się za jego plecy, byle tylko ból zelżał odrobinę, ale grymas i tak przemknął przez jej twarz. - Trzymaj się z tyłu, co ty robisz?
Uniosła wzrok znad ramienia mężczyzny na tkwiącego przed nimi Vissera, czekając na sygnał.

we both play our part a little too well
36 y/o
Welkom in Canada
187 cm
wolf @ Sinaloa Cartel
Awatar użytkownika
eye for an eye says you owe me a debt, blood demands blood, gonna get my hands wet
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidamskie
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Złości akurat nie musiał sobie wgrywać, by dobrze odegrać swoją rolę.
Miał jej w sobie całkiem spory zapas; starej, świeżej, tej już przeżutej i tej, która wracała przy każdym razie, kiedy widział kształt odznaki odcinający się pod materiałem jej ubrania. Był ten nieuporządkowany chaos, wiele pytań, jeszcze więcej wątpliwości, co skumulowane tworzyło dość wybuchową mieszankę.
Zatem odegranie wściekłego faceta nie było nazbyt trudne, kiedy tak naprawdę się nim było. Tylko nie tak głośno, nie tak pokazowo. Nie mówiąc już o tym, że nie był to pierwszy raz, kiedy wystawiali na świat z Navarro jakąś swoją piękną improwizacje.
Zwykle były jednak mniej wiarygodne dla niego samego.
Prawdopodobnie dlatego pierwsze kilka groźnych kroków przyszło aż nazbyt łatwo.
Wystarczyło po prostu przestać pilnować tego, co przez ostatnie godziny, od wyjścia z samochodu, trzymał krótko, i pozwolić żeby wypłynęło na wierzch. Odznaka. Trzy i pół roku, których wciąż nie umiał ułożyć po właściwej stronie prawdy. Prosty przepis.
Odnotował potknięcie, które nie było wpisane w ich skrypt; niczego z nim nie zrobił. Jego wizja zawęziła się i zamknęła tylko na realizacji planu. Jednej rzeczy, która miała otworzyć tak wiele możliwości; która zwróciłaby mu choć trochę komfortu. Choć trochę ciepła. Choć trochę kontroli.
Sytuacja eskalowała do momentu, w którym miał lufę broni wycelowaną w swoją własną stronę. Jego myśli zwolniły, kiedy wstąpił na tę grząską część ich przedstawienia. Ryzyko było wpisane w jego zawód; wliczał je także w tę konkretną akcję, gdy składał ją do kupy na szybko. Nie uśmiechało mu się jednak zginąć na środku drogi postrzelonym przez drwala. Wystarczyła mu koszula takiego.
— Te, nie szarp mojej kobiety! — zawołał. Nie do końca wiedział, skąd wziął mu się ten dziwny, wsiurski akcent. Pasował do roli. I do tej koszuli, którą miał na sobie. — Kochanie — wycedził w stronę Navarro, posyłając jej szczerze sztuczny uśmiech — przestań się wygłupiać. Wracajmy do domu. — Zdrowy rozsądek zabronił mu się poruszyć. Dostrzegał, jak dłonie męskiego mężczyzny drżały od ciężaru broni i prawdopodobnie wystarczył tylko jeden, głupi ruch, aby jego palec ześlizgnął się z kabłąka i trafił niefortunnie na spust.
To znaczyło, że większość przedstawienia leżała po stronie Navarro. Tak naprawdę to teraz jego życie – zakładając ten mniej optymistyczny dla niego wariant – leżało teraz w jej rękach. To też wkalkulował. Co sprowadzało się do beznadziejnego wyniku.
Wciąż jej ufał. Swoim życiem.
Najwyraźniej istniały rzeczy, których niestety nawet zdrada nie potrafiła wyrwać z niego razem z korzeniami. Zostały gdzieś głębiej, obrzydliwie odporne na rozsądek, gniew i wszystkie argumenty, którymi przez ostatnie dni próbował przekonać samego siebie, że powinien wiedzieć lepiej.
Mogła teraz zrobić absolutnie wszystko. Zdecydować, że jest jej niepotrzebny i odjechać w stronę zachodu z jej bohaterem. Poprosić go o podwózkę i nie ściągać na siebie więcej uwagi, niż ściągnęliby kradnąc samochód.
Gdy przychodziło do działania, nadal potrafił postawić własne życie na szali i bez większego namysłu przesunąć ciężar decyzji w jej stronę.
To był beznadziejny wynik.
Tym bardziej dla człowieka, który od kilku dni usiłował wmówić sobie, że nauczył się na własnym błędzie. Chociaż temu przeczył każdego dnia, z każdym krokiem, który postawił za nią.
— No już, kochanie — zaczął, unosząc nawet powoli ręce w geście poddania się. W głowie odmierzał dystans pomiędzy nim, a facetem oraz szacował, jak szybko mógł sprawić, żeby stopniał. Przesunął spojrzenie z uzbrojonego mężczyzny na Navarro — Come on, babygirl — rzucił pojednawczo, ze złowróżbnym uśmiechem, który zawsze wpychał mu się na usta, kiedy używał znaku.
Postawił wszystko na jedną kartę. Postawił wszystko na Navarro. Na to, że pamiętała to durne hasło i przede wszystkim, że z nim współpracowała. Ledwie po tych słowach pochylił nieznacznie ciało, rana odpowiedziała mu tępym bólem, a on zaszarżował na kierowcę pojazdu z zamiarem położenia go na asfalt.
babygirl
tamagotchi
32 y/o
Welkom in Canada
168 cm
undercover in the devil's lair
Awatar użytkownika
you knew my name but you had no clue what are we gonna go through, baby
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Łatwość, z jaką wracała do tego trybu powinna ją niepokoić.
Zupełnie tak, jakby istniały dwa, różne rodzaje adrenaliny - jeden przeznaczony na samotne tkwienie w motelowych pokojach w oczekiwaniu na swoich oprawców, drugi napędzający do działania gdy tkwiła po drugiej stronie barykady.
Gdy miała przy sobie niego.
Nawet jej ciało układało się w inny sposób, klatka piersiowa unosiła nieco wyżej, plecy prostowały, ramiona odchylały w tył. Jej podbródek zadzierał w górę, krok stawał się bardziej sprężysty, w oczach pojawiał znajomy błysk i pewność, której nie dawała jej odznaka w kieszeni.
Czasem zdawałoby się, że było wręcz przeciwnie - że to przez tę odznakę wiecznie spoglądała za ramię, wiecznie zastanawiała się, czy postępuje dobrze, prawidłowo, optymalnie. Od ostatnich lat odznaka zasiewała w niej wyłącznie zwątpienie, podważając samą koncepcję bycia dobrą agentką federalną, kwestionując to, czy była w ogóle dobrym człowiekiem.
W kartelu nie musiała tego kwestionować - wiedziała, że nim nie była.
Ale jednocześnie Ortega miała coś, czego Navarro nigdy nie potrafiła uchwycić. Lekkość w sobie, z którą zabierała się do działania, beztroskę, pozwolenie sobie na wykonywanie rzeczy bez całkowitego ich przemyślenia.
A może po prostu Ortega miała obok niego.
I znów jej ciało wsunęło się w znajomą rolę, a ona starała się zignorować to, jak miękka i komfortowa dla niej była. Jej wzrok wyostrzył się gdy znalazła się za plecami mężczyzny - ważniaka, nawet jeśli jego rola ograniczała się do zadupia będącego Alaską. Wyostrzył się, gdy przeniósł się na niego.
Kącik jej ust wygiął się w krzywym uśmiechu na dźwięk pieszczotliwego określenia, wypowiedzianego zupełnie innym akcentem niż ten, do którego przywykła. Kochanie wyznaczało linię między tym, co w ich obecnym stanie działało na korzyść przykrywki, a co stało w całkowitej sprzeczności. Wątpiła, by Visser był zdolny do złagodnienia na tyle, by kiedykolwiek, kogokolwiek w ten sposób nazywać.
Babygirl sprawiło jednak, że ten krzywy półuśmiech musiała zdusić w sobie, nim poszerzyłby się jeszcze bardziej.
- No me llames así - syknęła, podejmując ryzyko zawodowe i zakładając, że mieszkaniec terenu wysuniętego tak na północ nie będzie znał hiszpańskiego.
Potrzebowała tylko znaku.
I gdy dostrzegła gotowość w jego brązowych oczach, jej własny but z całą siłą uderzył w stopę tkwiącego obok mężczyzny, odwracając jego uwagę od nadciągającego Vissera. Rzuciła się na trzymaną przez niego broń, odsuwając jej lufę w bok, w duchu przygotowując się na strzał  - strzał, który na szczęście nie padł, gdy dłoń w zderzeniu z blachą samochodu natychmiast wypuściła pistolet z ręki.
Cofnęła się w chwili, w której ciało Vissera przemykało obok niej, rzucając się na mężczyznę, który chwilę temu był jej wątpliwej jakości bohaterem, co teraz cementował krzykiem wydzierającym się z jego gardła. Jeden błysk, w którym w jej przestrzeni znów pojawiło się jego ciepło i zapach, nim wypadł z niej, zderzając się ze swoim celem - a ona pomknęła w dół.
Broń niemal wpadła pod samochód, co zauważyła z niechęcią. Wyciągnęła ją, zaciskając dłoń na chłodnym metalu i zerkając do środka.
- Hay un teléfono en el coche - dodała komunikatywnie, prostując się, spoglądając na walecznego, lecz nieszczególnie zdolnego do obrony przed człowiekiem pokroju Vissera mężczyznę.
Jakże łatwo było wrócić do tej roli.
Zaledwie uderzenie serca, impuls, a jej wzrok napotkał porozumiewawcze spojrzenie z drugiej strony, jej dłoń uniosła się, podrzucając broń - dobrowolnie oddając ją, wręczając mężczyźnie, któremu przekazywała ją zwykle, ponieważ on wiedział, w jaki sposób wykorzystać ją najlepiej.
I teraz zrobiła to samo. Broń błysnęła w powietrzu, odnajdując rękę Robina, a zaskoczenie wpełzło na jej twarz z przerażającą świadomością, że nie powinna tego robić. To ona powinna posiadać broń, to ona z nich była rozsądniejsza, to jej zależało na tym, by postronni ludzie nie umierali.
- No lo mates - rzuciła na wydechu, jej dłonie zacisnęły się z bezsilności na własną, bezwarunkową reakcję.

i'll be your babygirl
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Police Service Headquarters”