Haze miała w tej chwili dostęp do wszystkich, podstawowych rzeczy, które w tej chwili urosły do rangi luksusów. Mogła się przemieszczać, przysuwać do niego bliżej, zatrzymywać, w tym absurdalnym tańcu próby sprostania żądaniom przedstawionym jej przez Scalviniego i strachu przed tym, co mógłby jej zrobić. Mogła milczeć, ponieważ nie miał jak wyciągnąć żadnych konsekwencji z tego milczenia.
Ponieważ w tej chwili on mógł wyłącznie mówić, szarpać się w więzach jak dzikie zwierzę i na tym kończyło się niezbyt rozległe pole jego możliwości.
A Haze to
wiedziała. Wiedziała, że zagrożenie tkwiło w
ludziach mężczyznach, którzy nie byli związani, którzy mogli zrobić jej prawdziwą krzywdę. Z nim mogła robić co tylko chciała i wyłącznie jakiś pieprzony instynkt samozachowawczy powstrzymywał ją przed przyciśnięciem gazy do jego policzka.
Nienawidził bezsilności.
Może gdyby zmusił ją, żeby się odsunęła, wróciła pod tej pieprzony kąt, w który wcześniej była usilnie wczepiona, poczułby namiastkę jakiejkolwiek sprawczości. Zamiast tego, w tym układzie to ona rozdawała karty, ona mogła decydować, co zrobi
z nim i dotyk, którym mu groziła, wydawał mu się gorszy niż uderzenia łomu dzierżonego przez Scalviniego.
Kiedyś ten dotyk był wszystkim, czego pragnął.
Nie był tego w pełni świadom, wtedy, gdy wydawało mu się, że Haze zwyczajnie
wpadła mu w oko i czuł przemożną chęć towarzyszenia jej w rozwiązywaniu krzyżówek. Dopiero teraz, gdy zdrada krążyła w jego krwiobiegu, wypełniając go kwasem, zorientował się jak bliska mu się stała i jak bolesne było ostrze, które zdecydowała się zwrócić przeciwko niemu.
Nie to było jednak najgorsze.
Najgorsza była sztywność, jaka objęła jego ciało gdy drzwi się uchyliły, wpuszczając do środka Scalviniego. Sztywność, która miała wiele wspólnego z powrotem katorgi, od której chwilowo oferowała mu ulgę, ale też była splątana z tym żałosnym podrygiem wypalonego miejsca w jego sercu, które, wbrew słowom i wbrew reakcjom ciała, wciąż chciało, by się zbliżała. Wciąż chciało poczuć jej dotyk na swoim policzku, co powrót mężczyzny całkowicie uniemożliwił.
Romantyczny amator.
Prosty układ.
Syknięcie wydostało się spomiędzy jego zębów gdy potylica uderzyła z całą mocą o metalowy słup. Jego ciało, wcześniej rwące się do ataku, nieustannie napierające na przeszkodę i więzy trzymające go w miejscu, teraz zwiotczało, świadome nadciągającego
spektaklu, z którego nie miał już szans się wydostać. Jego barki się zgarbiły, odruchowo starając się przyjąć pozycję, która mogłaby amortyzować jak najwięcej uderzeń, jedynie wzrok powiódł w stronę siadającej na kartonach kobiety. Kobiety, przed którą Luca odpowiadał i która najwyraźniej nie była z niego szczególnie zadowolona.
Dobrze.
-
Stai invecchiando, Luca - rzucił ochryple, jego usta wygięły się w półuśmiechu, twarz zbyt obolała, zbyt zalana krwią by pozwolić mu uformować całkowity. -
Sai benissimo che non mi interessa minimamente del Serpente di Fuoco.
Słowa niemal ugrzęzły mu w gardle pod wpływem kolejnego ciosu, oddech wrócił do płuc nieco wolniej niż wcześniej, świat przekształcił w rozmytą plamę cieni i świateł nim wymusił na nim ostrość, mrugając.
Jego uśmiech przekształcił się, nabierając bardziej złośliwej natury.
-
Sono un uomo d'affari - kontynuował, zdania robiły się coraz krótsze gdy, ku swojemu niezadowoleniu, rozrywający mu czaszkę ból utrudniał ich budowę i następnie wypowiedzenie ich na głos w sposób, który uznawałby za zadowalający. -
Te lo darei. A un prezzo ragionevole.
Rozjuszanie mężczyzny prawdopodobnie było ostatnim, co powinien w tej sytuacji zrobić, a jednak nie potrafił sobie tego odmówić. Tej odrobiny pieprzonej
sprawczości, której nie posiadał, odrobiny władzy, którą mógłby zyskać, poniżając Scalviniego przed kobietą, która kazała mu coś załatwić, a on kompleksowo tę sprawę spierdolił.
-
Ma tu hai preferito dare spettacolo - westchnął, słowa połączyły się z desperacką próbą odzyskania powietrza, które któreś z uderzeń siłą wypompowało z jego płuc. -
È un peccato che si sia trasformato in un circo.
Tłuczenie go nigdy nie miało zagwarantować im jakiejkolwiek informacji. Monroe musiałby być wysoce racjonalnym człowiekiem, dbającym o swoje dobro i zdrowie by choćby posiadać punkt, do którego musieliby go zabrać, w którym zacząłby to rozważać.
Nie był rozważny. A gdy wściekłość i ból przedzierały się przez jego zakończenia nerwowe, wypalając go od środka, nieszczególnie dbał też o swoje dobro lub zdrowie.
Dlatego tym bardziej pochylił się do przodu, naparł na plastik wżynający się w jego skórę, zbliżając do swojego oprawcy - po to, by jego twarz wygięła się w szaleńczym wyrazie
zwycięstwa, od którego obiektywnie patrząc był bardzo daleki.
-
E ora non otterrai niente.
Patrzył na Scalviniego, jego paskudną twarz pełną rosnącej irytacji. Patrzył na łom w jego rękach, którym prawdopodobnie przymierzał się do wybicia mu zębów, korzystając z tego pochylenia i kąta, który mu nagle zaoferował.
I nagle Scalviniego nie było w jego polu widzenia.
Nagle tkwiły w nim czarne włosy i drobna sylwetka, o której zdążył zapomnieć między jednym uderzeniem a drugim. Nagle zamiast ciszy wypełnianej odgłosami tłuczonego ciała wybrzmiał męski krzyk, nienależący do niego, a później coś innego - brzdęk metalu.
W tym chaosie nie potrafił nawet dostrzec tego, co zrobiła.
Widział wyłącznie uginającą się sylwetkę jego oprawcy a później błysk nożyczek tkwiących tuż obok. Zanim zdążyło do niego dotrzeć, co działo się wokół, jego ciało wykręciło się niemal bez ingerencji umysłu, plastik werżnął w jego poranioną skórę, metal zatrzeszczał, gdy udało mu się przesunąć nożyczki do siebie, a później - pochwycić śliskimi od krwi dłońmi. Umysł, wcześniej chaotyczny i pofragmentowany tysiącem myśli i uczuć, teraz ucichł, skupiając tylko na jednej czynności, na zwróceniu ostrza w górę, wsunięcia go pod plastik trzymających go więzów.
Jedynie jego oczy, półświadome, wreszcie przesunęły się w jej kierunku, mozolnie pracując by połączyć jej ciało, tkwiące obok, nożyczki, które rzuciła w jego stronę i wściekłe, włoskie słowa wyrzucone w jej kierunku.
Cwana, ale naiwna bestia.
must be a mistake on your part