Stones nie należał do osób, które szczególnie łatwo traciły nad sobą panowanie. Praca nauczyła go, że panika rzadko przynosiła jakiekolwiek korzyści, a krzyki nie sprawiały, że problem znikał szybciej. Zazwyczaj wręcz przeciwnie. Właśnie dlatego, kiedy Audrey zaczęła piszczeć, wymachiwać ręką i oskarżać go o wszystkie nieszczęścia, jakie spotkały ją od chwili, gdy pojawił się w jej życiu, jedyne, co zrobił, to spojrzał na nią z wyrazem twarzy człowieka, który powoli zaczynał żałować każdej decyzji prowadzącej go nad jezioro Ontario. Mógł zostać w domu. Mógł zamówić coś do jedzenia, obejrzeć film albo po prostu przespać połowę dnia. Zamiast tego siedział nad wodą, z przegranym konkursem wędkarskim na koncie i kobietą, która właśnie urządzała mu scenę z powodu niewielkiego pasożyta.
Życie bywało zaskakująco kreatywne.
Nie zdążył nawet odpowiedzieć na jej zarzuty, kiedy Audrey, najwyraźniej uznając, że osobista przestrzeń przestała mieć jakiekolwiek znaczenie, usiadła mu na kolanach. Danny zesztywniał. Nieznacznie, ledwie na moment, lecz wystarczająco, by sam zauważył tę nieplanowaną reakcję. Opuścił wzrok na kobietę, która z całym swoim przerażeniem wyciągała mu przed twarz rękę, jakby oczekiwała, że za pomocą jednego spojrzenia rozwiąże problem. — Po pierwsze, zejdź z tonu. Po drugie, zejdź mi z kolan, zanim uznam, że to kolejna próba wyłudzenia pomocy medycznej — rzucił, chociaż w jego głosie trudno było doszukać się prawdziwej złości. Nie próbował jej z siebie zrzucać. Zamiast tego jedną dłonią przytrzymał ją ostrożnie w talii, żeby nie straciła równowagi podczas kolejnego ataku paniki, drugą zaś ujął jej nadgarstek. Wolał nie myśleć o tym, jak absurdalnie wyglądała cała sytuacja z perspektywy pozostałych uczestników konkursu. Policjant siedzący nad jeziorem, pokonany przez własny połów, z pielęgniarką na kolanach i pijawką, która najwyraźniej postanowiła skorzystać z darmowego cateringu.
Przynajmniej ktoś tego dnia miał udane łowy.
— Przestań machać ręką. W ten sposób tylko utrudniasz mi robotę — dodał spokojnie, przyglądając się stworzeniu przyczepionemu do jej skóry. Nie był lekarzem, ale nie oznaczało to, że zamierzał bezczynnie obserwować, jak Audrey doprowadza się do omdlenia z powodu pijawki. Znał podstawowe zasady udzielania pierwszej pomocy, a przede wszystkim potrafił zachować względny spokój w sytuacjach, w których inni najchętniej uciekaliby w przeciwnym kierunku. Sięgnął po niewielki przedmiot, który mógł posłużyć mu do ostrożnego podważenia przyssawki pasożyta, starając się nie szarpać go na siłę.
— Wiesz, że pracujesz w szpitalu, prawda? — zapytał, zerkając na nią kątem oka.
— Czy to oznacza, że wszystkie procedury medyczne przestają obowiązywać, kiedy coś dotknie ciebie? — kącik jego ust drgnął nieznacznie. Nie zamierzał się śmiać. Przynajmniej nie w tej chwili.
Audrey wyglądała na dostatecznie przerażoną, a on nie miał szczególnej ochoty tłumaczyć się później z tego, że zamiast udzielić jej pomocy, postanowił urządzić sobie z jej nieszczęścia przedstawienie. Skupił się na pijawce, ostrożnie podważając jej przednią przyssawkę i próbując odczepić ją od skóry. Nie wykonywał gwałtownych ruchów. Kiedy pasożyt w końcu puścił, Danny odsunął go od Audrey, odkładając na bok, a następnie przyjrzał się miejscu ukąszenia. Sięgnął po czysty materiał, żeby delikatnie ucisnąć rankę. — Przeżyjesz — podsumował, tonem lekarza specjalizującego się w pijawkorurgii.
Wtedy dotarło do niego, że Audrey wciąż siedziała na jego kolanach i — najwidoczniej — nie zamierzała z nich schodzić. Nie była ciężka. Nie nazwałby jej także piórkiem, lecz nie ważyła na tyle dużo, by jego kolana odczuły przeciążenie. Bardziej niż odczepiania pijawki, przytłaczał go fakt, że na nim siedziała. Odczuwał dyskomfort. Nie lubił dotyku, ani przesadnej bliskości. Dłoń, którą wcześniej ją podpierał, zabrał z jej talii, gdy tylko dostrzegł stabilność sylwetki. Płytki oddech bruneta, założenie dłoni za plecy i cofnięcie zarówno głowy jak i sylwetki, jasno sugerowały, że ta przesadna bliskość była dla niego problematyczna. Uniósł wzrok na jej twarz. Przez krótką chwilę nie powiedział niczego, jakby rozważał, czy powinien zwrócić jej uwagę na ten drobny szczegół, czy może pozwolić jej samej zorientować się w sytuacji. Ostatecznie westchnął cicho. To chyba stawało się jego odruchem w jej towarzystwie.
— LeBlanc, nie chcę cię martwić, ale pijawka już się odczepiła. Nie musisz składać mi wizyty na kolanach w ramach podziękowania… — napomknął ostrzegawczo, zatrzymując spojrzenie ciemnych oczu na przedramieniu Audrey. Chciał sprawdzić, czy krwawienie nie było zbyt obfite. Zachowanie Audrey nieco się zmieniło, co spowodowało zainteresowanie Danny’ego. Uniósł na nią pytające spojrzenie, przekrzywiając nieco głowę w bok. Słysząc jej słowa i przyglądając się pobladłej twarzy, rozpoznał pierwsze objawy nadchodzącego ataku paniki.
Nosz.
Kurwa.
Jego.
Mać.
Zaraz mi tu zemdleje, do chuja.
Przeszło mu przez myśl. Najwidoczniej stan dziewczyny był poważniejszy, niż z początku zakładał. Pijawki nie był najprzyjemniejszymi stworzeniami, ale przecież w medycynie używano ich do zaleczania stanów zapalnych, prawda? Chwilę temu był skłonny do zrzucenia ją z kolan, ale teraz, gdy jej stan widocznie się pogarszał, dotarło do niego, że musiał jej przede wszystkim pilnować, żeby nie zrobiła sobie krzywdy. Przełamując się, ponownie podtrzymał jej plecy dłonią, czując się jak najgorszy idiota.
— Nie odlatuj tylko, dobra? Po prostu na mnie spójrz. Piłaś wodę? Jadłaś coś? — dopytywał, przechylając głowę w taki sposób, by swobodnie podłapać jej spojrzenie.
Króliczek Playboya