Cree skinął głową, gdy padło krótkie
sytuacja rodzinna. Nie musiał usłyszeć nic więcej, żeby zrozumieć, że to raczej niewygodny, nieprzyjemny temat, a on nie zamierzał w niego brnąć. Nie dość, że nie miał do tego prawa, to jeszcze ledwo ją znał i wyszedłby tylko na wścibskiego detektywa. Ale czy w zasadzie nim nie był? Pytania zadawał z nawyku, jak inni stukali palcami w blat, i trudno było się tego przyzwyczajenia pozbyć po godzinach. Tu jednak się powstrzymał.
Jemu samemu rozmowy o rodzinie też czasem przychodziły z trudem. Jego sytuacja nie była ani zła, ani nieciekawa i raczej nie nadawała się na książkę. Przybijająca bywała za to relacja z jednym z rodzeństwa oraz odległość od reszty bliskich. Nie była wprawdzie gigantyczna, bo niecałe trzy godziny w jedną stronę samolotem, ale wymagała planowania i brania urlopu, a w policji z tym bywało różnie. Gdyby mieszkali w tym samym mieście, byłoby prościej. A rodzeństwo? Gdy zostali z dziadkami na wiele lat w Kanadzie, zamiast ruszyć za resztą rodziny do Stanów Zjednoczonych, relacja Cree z tym jednym pogorszyła się do tego stopnia, że nie rozmawiali już ze sobą. A na pewno nie z własnej woli.
Uśmiechnął się na samą myśl, że w kwestii Toronto zgadzali się ze sobą. Nie żeby ktoś go źle zrozumiał – kochał to miasto i naprawdę dobrze mu się tu mieszkało. Dzięki domowi po rodzicach mógł sporo zaoszczędzić, unikając kredytu albo wynajmowania czegoś na własny koszt, więc nawet jako detektyw nie powodziło mu się źle. Ale tempo życia w takim mieście bywało przytłaczające.
O akcji w lesie niczego nie słyszał, co było całkiem normalne, bo nie należał do wydziału zajmującego się takimi sprawami. Gdyby ktoś zginął w starciu ze zwierzęciem, pewnie wiedziałby więcej. A tak? Nie było ku temu powodu.
–
Nasza kondycja w takich sytuacjach potrafi nas mocno zaskoczyć. Sam nie wierzyłem, że potrafię tak szybko biegać – posłał jej dość skrępowany uśmiech. Nie był nawet do końca pewien, dlaczego. Był gliną i powinien być bardzo sprawny fizycznie, ale bieganie nie znajdowało się na szczycie listy jego ulubionych sportów. Wolał podnoszenie ciężarów i gry zespołowe. Bieganie na wiele kilometrów raczej wykluczał. Doskonale radził sobie w krótkich pościgach za podejrzanymi, ale trudno było to porównać z ucieczką przed dzikim zwierzęciem, gdy obawiał się o życie. Adrenalina robiła swoje.
–
Bardziej martwiłem się o kogoś, kto ze mną był, niż faktycznie o siebie – dodał po chwili. –
To było tak surrealistyczne. Może nie jak Park Jurajski, ale podobnie.
Wciąż trudno mu było uwierzyć, że spotkało go to naprawdę. Miał za to zdjęcia i filmiki wielkiego tygrysa, który krążył wokół jego samochodu, gdy już udało mu się do niego dostać. Nie było to żadne AI i właśnie to niepokoiło go w tym wszystkim najbardziej.
Gdy Zoya zdradziła mu swój
plan, udał przerażonego. Odsunął się lekko na kanapie, spojrzał z grozą na trzymaną szklankę, a potem na nią, wzrokiem pełnym szoku i niedowierzania.
–
Nie, to niemożliwe – po chwili roześmiał się, sącząc do końca bardzo niealkoholowy drink. –
Ale muszę przyznać, że uznałbym cię za odważną. Żeby tak brać się za gliniarza? I to jeszcze detektywa? Cel z kategorii bardzo trudnych.
Cieszył się, że pomimo całej sytuacji z psem Zoya potrafiła się uśmiechać. Takie wydarzenia były przygnębiające i potrafiły chodzić za człowiekiem przez wiele dni. Sam doskonale o tym wiedział, bo ile razy – szczególnie na początku kariery – nie mógł spać, gdy ktoś z kolegów zginął na akcji lub odniósł tak poważne obrażenia, że nie byli pewni, czy przeżyje?
Wysłuchał jej historii z uwagą, obracając w palcach szklankę, w której zostały już tylko lód i kilka listków mięty. Czyli kobieta wcale nie wykonywała wymarzonego zawodu. Coś pokrewnego, tak, ale jednak.
–
Alberta podobno słynie z koni. Jest tam ich największa populacja. Nigdy nie myślałaś o przeprowadzce i przeniesieniu uprawnień do innej prowincji? Miałabyś ręce pełne roboty – zapytał z ciekawości. Sam znajdował się w podobnej sytuacji kilka lat temu. Akademię policyjną ukończył w Stanach, więc wracając do Kanady – choć miał już za sobą pierwsze szlify – wciąż musiał zaczynać od zera. Przyspieszona szkoła, a potem kilka lat jako zwykły glina, zanim mógł awansować na detektywa. Gdyby nie przeprowadzka, znacznie wcześniej zajmowałby się tym, co robi dziś.
Na jego twarzy pojawił się grymas niezadowolenia, gdy wspomniała o zwolnieniu.
–
Na pewno tak się nie stanie. Uratowanie psa-gliniarza pod nieobecność głównego weterynarza, a potem zwolnienie tej osoby? Źle by to wyglądało. Klinika mogłaby oberwać hejtem – nie pamiętał dobrze, ale wydawało mu się, że weterynarze, podobnie jak lekarze, przysięgali zawsze ratować życie. A to właśnie Zoya zrobiła. Nawet jeśli nieco wykroczyła poza uprawnienia, a może i poza swoje możliwości.
Zerknął na ekran telefonu i dopiero wtedy zorientował się, że było już po północy. Dobrze mu się rozmawiało, ale jak wspomniał wcześniej, miał jeszcze trochę spraw do załatwienia: musiał wrócić do domu, ogarnąć się i napisać raport. Pewnie znowu posiedzi przy pracy dłużej, niż powinien.
–
Obowiązki gonią. Będę zmykać. Dzięki raz jeszcze za wszystko – mówiąc to, wstał z sofy. –
Przy najbliższej okazji oddam ci bluzę! Tylko najpierw ją wypiorę.
Po drodze do drzwi zgarnął swoje rzeczy. Nie chciał zostawiać kobiety z przekrwawionymi ciuchami na oparciu krzesła. Na komodzie przy wejściu położył jeszcze wizytówkę ze swoim numerem.
–
Tak, w razie gdybyś chciała zachować kontakt – mrugnął do niej. –
Śpij dobrze!
Po tych słowach wyszedł z mieszkania, zjechał na dół i ruszył do samochodu. Odpalił silnik, wprowadził domowy adres do nawigacji i odjechał, zostawiając ten trudny dzień za sobą.
KONIEC
Zoya Weasley