29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
a hero would sacrifice you for the world, a villain would sacrifice the world for you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Było w nim teraz coś z ognia, którego nie dało się już brać za zwykłe źródło ciepła.
Szalał gwałtownie; trzaskał ostrzeżeniami, rzucał iskrami dokładnie tam, gdzie wiedział, że zaboli, i pierwszy raz naprawdę pozwalał jej zobaczyć, że jeśli podejdzie jeszcze bliżej, może nie skończyć się na przyjemnym cieple rozlanym pod skórą.
Mógł ją poparzyć.
Mógł pochłonąć wszystko, co przez ostatnie tygodnie tak nieostrożnie między nimi budowała.
Był pożarem. Był szalejącą, pozbawioną kontroli pożogą, która, gdyby tylko uwolnić ją z okowów, mogła zniszczyć wszystko, czego tylko się dotknie.
Włącznie z nią, ledwie marną materią, nieodporną na ogień.
Powinna więc odsunąć się od płomieni. Zrobić to, czego nauczyłby się każdy rozsądny człowiek po pierwszym oparzeniu.
Tymczasem przesunęła się jeszcze odrobinę bliżej, o te kilka centymetrów, ze strachem siedzącym ciężko gdzieś pod żebrami. Jak ćma, która zdążyła już zrozumieć, czym kończy się dotknięcie ognia, a mimo to wciąż pamiętała przede wszystkim jego ciepło.
I zamiast uciekać przed możliwością spłonięcia, desperacko próbowała ogrzać przy nim dłonie.
Znów egoistka. Znów pazerna. Znów zachłanna jego bliskości.
Tyle że każde słowo trafiało dokładnie tam, gdzie miało; rozcinało, paliło, zostawiało po sobie coś znacznie trwalszego niż chwilowy strach, który zdążył już osiąść ciężarem gdzieś pod jej mostkiem.
Bała się go.
Czuła jak wszystko w niej napina się, każdorazowo coraz mocniej, kiedy metaliczny brzdęk słupa ponawiał się z każdym szarpnięciem. Jej serce zapominało o tym, że powinno bić na ułamek sekundy, ilekroć plastik jarzmiący Monroe zgrzytał przeraźliwie.
Bała się tego, co mógł jej zrobić, jeśli więzy faktycznie przestaną go trzymać, i bała się tego, co potrafił zrobić jej już teraz samym głosem.
Tyle że jakaś jej część przyjmowała to wszystko bez sprzeciwu, niemal z absurdalną wręcz ulgą. Jak karę, której nie trzeba było przed nią uzasadniać. Jeśli chciał ją zranić, miał przecież za co. Jeśli chciał, żeby bolało, miała wrażenie, że właśnie to mu się należało od niej najbardziej: prawo, żeby tym razem nie musiał być dla niej łagodny.
Miała mu do powiedzenia zbyt wiele rzeczy, wszystkie tłoczące się gdzieś wysoko, tuż pod gardłem, które nie chciało już przepuścić nawet jednej.
Sam oddech ciągnął bólem po przełyku, każde przełknięcie śliny paliło jak gdyby palce Scalviniego nigdy nie zniknęły, a próba poruszenia głosem kończyła się ledwie ochrypłym drgnięciem. A słowa były tam nieomal wszystkie; gotowe, rozpaczliwie spóźnione, pierwszy raz naprawdę w pełni szczere. Tylko ciało, które tak długo pozwalało jej milczeć wtedy, kiedy powinna była mówić, teraz odbierało jej głos dokładnie wtedy, kiedy wreszcie chciała go użyć.
Opuściła spojrzenie na gazę, którą zdążyła już zmiąć między palcami w nerwowym, bezwiednym ruchu. Biały materiał gnieciony w dłoni wyglądał niemal absurdalnie niewinnie obok nożyczek, które wcześniej odsunęła poza jego zasięg choćby jego spojrzenia.
Jedno miało pomóc mu przestać krwawić, drugie mogło pomóc mu się uwolnić; jedno nadal trzymała kurczowo przy sobie, drugiego nie zamierzała mu oddać. Bała się go wystarczająco, żeby nie chcieć widzieć go wolnego, naprzeciwko siebie, a jednocześnie wciąż nie potrafiła patrzeć na jego krew bez potrzeby, żeby coś z nią zrobić.
Jedno z nich uniemożliwił jej on; respektowała to, że nie chciał jej przy sobie; że nie chciał jej dotyku i chociaż rozrywało to jej wyjałowione serce na strzępy – brała za to pełną odpowiedzialność. Pełną odpowiedzialność za to, że ją odrzucał; i chociaż rozumiała dlaczego, chociaż wiedziała że ma powód, to wcale nie sprawiało, że bolało ją to choć w jednym procencie mniej.
Nie powiedziała nic.
Chyba nawet nie próbowała ponownie.
Zbyt wiele słów zdążyło już zmarnować się pomiędzy nimi wtedy, kiedy miała możliwość ich użyć; teraz każde kolejne wydawało się tylko spóźnioną próbą ratowania czegoś, co sama rozbiła.
Drzwi zaskrzypiały w rogu pomieszczenia.
Scalvini zatrzymał się już po pierwszym kroku. Jego spojrzenie przesunęło się po Vincentcie, po krwi, której nikt nie starł, później przeszło na Haze siedzącą w pobliżu, ale nie przy nim.
— Miał wyglądać lepiej kiedy wrócę — zauważył chłodno. — Nie mów mi tylko, że bałaś się go dotknąć, dolcezza. — Parsknął cicho, po czym podszedł do Monroe i bez większego namysłu wsunął palce w jego włosy, zaciskając je przy skórze i unosząc mu głowę. — Przecież jest zupełnie niegroźny. Może tylko ujadać. Jak smutny, porzucony kundel. — Wykorzystał swój chwyt, by spotkać z impetem potylicę Monroe ze słupem. — Siad.
Kobieta, która od wejścia pozostawała przy drzwiach, do tej pory niemal nie zwracała na siebie uwagi ruchem. Stała spokojnie, wyprostowana. Elegancja nie miękczyła jej ani odrobinę. Dopiero teraz oderwała się od drzwi i zrobiła kilka niespiesznych kroków w głąb pomieszczenia.
— Hai scoperto qualcosa?
— Non ancora — odpowiedział Scalvini. — Ma parlerà.
Kobieta uniosła brwi i spojrzała na Lucę z dezaprobatą urkytą pod zaskoczeniem.
— Pensavo che saresti stato più efficace con una donna così disperata.
Napięcie przemknęło po szczęce Scalviniego, a bezczelny półuśmiech, który pojawił się na jego twarzy, gdy spotkał czaszkę Monroe ze słupem, zniknął.
— Lo sarò.
Kobieta odsunęła się pod ścianę i przycupnęła na jednym z kartonów.
Scalvini odprowadził ją spojrzeniem, dopóki nie usiadła, jakby sam fakt, że znalazła sobie miejsce do obserwacji, zmienił charakter całej sytuacji. Tym razem nawet nie ponowił pytania. Bo to nie odpowiedzi potrzebował aż tak bardzo, jak potrzebował zatrzeć krótkie drgnięcie własnej szczęki i udowodnić, przede wszystkim jej, że niczego nie stracił; ani kontroli, ani cierpliwości, ani skuteczności, którą przed chwilą tak swobodnie podważyła.
Teraz przerwy były krótsze, pytania nie padały wcale. Każde kolejne uderzenie wyglądało bardziej jak odpowiedź udzielana kobiecie siedzącej pod ścianą niż próba wydobycia czegokolwiek z Monroe; demonstracja jego własnej siły i manifestacja własnej kontroli. Brutalna, jeszcze bardziej niż przed jego wyjściem.
Haze odłożyła gazę z powrotem do apteczki, nie podnosząc już na nich wzroku.
Nie musiała patrzeć. Nie chciała patrzeć. Nie mogła na to patrzeć. Wystarczały te wszystkie dźwięki; głuche uderzenie, metal odpowiadający krótkim drżeniem, cięższy oddech Monroe, czasem spóźniony o tę jedną sekundę, która za każdym razem wydawała się trwać odrobinę za długo. Zacisnęła szczękę, próbując skupić się na czymkolwiek innym, na porozrzucanej zawartości apteczki, na własnych dłoniach, na cienkim plastiku pomiędzy gazami, którego charakterystyczny kształt poczuła pod palcami.
Kolejny trzask sprawił, że drgnęła. Zaraz po nim przyszedł ten urywany, chropawy oddech, którego słuchać nie chciała bardziej niż patrzeć na krew.
Palce zacisnęły się mocniej na czymś chłodnym.
Słyszała jak kobieta w tyle pomieszczenia zawołała po włosku, coś krótkiego, wszystko dookoła stało się rozmyte. Pamiętała tylko własną dłoń zaciśniętą na nożyczkach i ten krótki, nieprzyjemny opór, kiedy wbiła na oślep w stojącego tak blisko Scalviniego, trafiając w zgięcie jego kolana.
Włoch nieomal przykląkł przed Monroe, zdjęty bólem i zrodzoną z chaosu i przypadku precyzją ciosu. Haze wyszarpnęła nożyczki, również odruchowo, również bezwiednie. Nie było w tym wielkiego planu, może chciała mieć czym się bronić, ale w ciągu zaledwie złamanej sekundy już nie miała, gdy rozwścieczony Włoch rzucił ją na ziemię.
— Brutta stronza! Sei completamente impazzita?!
Zimny metal pożegnał się z jej dłonią i przesunął po posadzce, w całym amoku, w kierunku Monroe.
once unchained, fire makes no promises about what it will spare
tamagotchi
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
i can't be your hero so i'll play the villain
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Haze miała w tej chwili dostęp do wszystkich, podstawowych rzeczy, które w tej chwili urosły do rangi luksusów. Mogła się przemieszczać, przysuwać do niego bliżej, zatrzymywać, w tym absurdalnym tańcu próby sprostania żądaniom przedstawionym jej przez Scalviniego i strachu przed tym, co mógłby jej zrobić. Mogła milczeć, ponieważ nie miał jak wyciągnąć żadnych konsekwencji z tego milczenia.
Ponieważ w tej chwili on mógł wyłącznie mówić, szarpać się w więzach jak dzikie zwierzę i na tym kończyło się niezbyt rozległe pole jego możliwości.
A Haze to wiedziała. Wiedziała, że zagrożenie tkwiło w ludziach mężczyznach, którzy nie byli związani, którzy mogli zrobić jej prawdziwą krzywdę. Z nim mogła robić co tylko chciała i wyłącznie jakiś pieprzony instynkt samozachowawczy powstrzymywał ją przed przyciśnięciem gazy do jego policzka.
Nienawidził bezsilności.
Może gdyby zmusił ją, żeby się odsunęła, wróciła pod tej pieprzony kąt, w który wcześniej była usilnie wczepiona, poczułby namiastkę jakiejkolwiek sprawczości. Zamiast tego, w tym układzie to ona rozdawała karty, ona mogła decydować, co zrobi z nim i dotyk, którym mu groziła, wydawał mu się gorszy niż uderzenia łomu dzierżonego przez Scalviniego.
Kiedyś ten dotyk był wszystkim, czego pragnął.
Nie był tego w pełni świadom, wtedy, gdy wydawało mu się, że Haze zwyczajnie wpadła mu w oko i czuł przemożną chęć towarzyszenia jej w rozwiązywaniu krzyżówek. Dopiero teraz, gdy zdrada krążyła w jego krwiobiegu, wypełniając go kwasem, zorientował się jak bliska mu się stała i jak bolesne było ostrze, które zdecydowała się zwrócić przeciwko niemu.
Nie to było jednak najgorsze.
Najgorsza była sztywność, jaka objęła jego ciało gdy drzwi się uchyliły, wpuszczając do środka Scalviniego. Sztywność, która miała wiele wspólnego z powrotem katorgi, od której chwilowo oferowała mu ulgę, ale też była splątana z tym żałosnym podrygiem wypalonego miejsca w jego sercu, które, wbrew słowom i wbrew reakcjom ciała, wciąż chciało, by się zbliżała. Wciąż chciało poczuć jej dotyk na swoim policzku, co powrót mężczyzny całkowicie uniemożliwił.
Romantyczny amator.
Prosty układ.
Syknięcie wydostało się spomiędzy jego zębów gdy potylica uderzyła z całą mocą o metalowy słup. Jego ciało, wcześniej rwące się do ataku, nieustannie napierające na przeszkodę i więzy trzymające go w miejscu, teraz zwiotczało, świadome nadciągającego spektaklu, z którego nie miał już szans się wydostać. Jego barki się zgarbiły, odruchowo starając się przyjąć pozycję, która mogłaby amortyzować jak najwięcej uderzeń, jedynie wzrok powiódł w stronę siadającej na kartonach kobiety. Kobiety, przed którą Luca odpowiadał i która najwyraźniej nie była z niego szczególnie zadowolona.
Dobrze.
- Stai invecchiando, Luca - rzucił ochryple, jego usta wygięły się w półuśmiechu, twarz zbyt obolała, zbyt zalana krwią by pozwolić mu uformować całkowity. - Sai benissimo che non mi interessa minimamente del Serpente di Fuoco.
Słowa niemal ugrzęzły mu w gardle pod wpływem kolejnego ciosu, oddech wrócił do płuc nieco wolniej niż wcześniej, świat przekształcił w rozmytą plamę cieni i świateł nim wymusił na nim ostrość, mrugając.
Jego uśmiech przekształcił się, nabierając bardziej złośliwej natury.
- Sono un uomo d'affari - kontynuował, zdania robiły się coraz krótsze gdy, ku swojemu niezadowoleniu, rozrywający mu czaszkę ból utrudniał ich budowę i następnie wypowiedzenie ich na głos w sposób, który uznawałby za zadowalający. - Te lo darei. A un prezzo ragionevole.
Rozjuszanie mężczyzny prawdopodobnie było ostatnim, co powinien w tej sytuacji zrobić, a jednak nie potrafił sobie tego odmówić. Tej odrobiny pieprzonej sprawczości, której nie posiadał, odrobiny władzy, którą mógłby zyskać, poniżając Scalviniego przed kobietą, która kazała mu coś załatwić, a on kompleksowo tę sprawę spierdolił.
- Ma tu hai preferito dare spettacolo - westchnął, słowa połączyły się z desperacką próbą odzyskania powietrza, które któreś z uderzeń siłą wypompowało z jego płuc. - È un peccato che si sia trasformato in un circo.
Tłuczenie go nigdy nie miało zagwarantować im jakiejkolwiek informacji. Monroe musiałby być wysoce racjonalnym człowiekiem, dbającym o swoje dobro i zdrowie by choćby posiadać punkt, do którego musieliby go zabrać, w którym zacząłby to rozważać.
Nie był rozważny. A gdy wściekłość i ból przedzierały się przez jego zakończenia nerwowe, wypalając go od środka, nieszczególnie dbał też o swoje dobro lub zdrowie.
Dlatego tym bardziej pochylił się do przodu, naparł na plastik wżynający się w jego skórę, zbliżając do swojego oprawcy - po to, by jego twarz wygięła się w szaleńczym wyrazie zwycięstwa, od którego obiektywnie patrząc był bardzo daleki.
- E ora non otterrai niente.
Patrzył na Scalviniego, jego paskudną twarz pełną rosnącej irytacji. Patrzył na łom w jego rękach, którym prawdopodobnie przymierzał się do wybicia mu zębów, korzystając z tego pochylenia i kąta, który mu nagle zaoferował.
I nagle Scalviniego nie było w jego polu widzenia.
Nagle tkwiły w nim czarne włosy i drobna sylwetka, o której zdążył zapomnieć między jednym uderzeniem a drugim. Nagle zamiast ciszy wypełnianej odgłosami tłuczonego ciała wybrzmiał męski krzyk, nienależący do niego, a później coś innego - brzdęk metalu.
W tym chaosie nie potrafił nawet dostrzec tego, co zrobiła.
Widział wyłącznie uginającą się sylwetkę jego oprawcy a później błysk nożyczek tkwiących tuż obok. Zanim zdążyło do niego dotrzeć, co działo się wokół, jego ciało wykręciło się niemal bez ingerencji umysłu, plastik werżnął w jego poranioną skórę, metal zatrzeszczał, gdy udało mu się przesunąć nożyczki do siebie, a później - pochwycić śliskimi od krwi dłońmi. Umysł, wcześniej chaotyczny i pofragmentowany tysiącem myśli i uczuć, teraz ucichł, skupiając tylko na jednej czynności, na zwróceniu ostrza w górę, wsunięcia go pod plastik trzymających go więzów.
Jedynie jego oczy, półświadome, wreszcie przesunęły się w jej kierunku, mozolnie pracując by połączyć jej ciało, tkwiące obok, nożyczki, które rzuciła w jego stronę i wściekłe, włoskie słowa wyrzucone w jej kierunku.
Cwana, ale naiwna bestia.

must be a mistake on your part
29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
a hero would sacrifice you for the world, a villain would sacrifice the world for you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Po raz pierwszy jej własne ciało, to samo, które w następstwie krzywdy nauczyło się po prostu zamierać i przeczekiwać zagrożenie, złamało wyuczony schemat i zadziałało. Znów poza nią, szybciej niż zdążyła podjąć świadomą decyzję; tym razem jednak nie przeciwko własnym myślom, a przez nie napędzone.
Nie mogła już znieść kolejnych uderzeń spadających na Monroe ledwie metr, może niecałe dwa od niej. Słyszała każdy trzask, który im towarzyszył. Każdy ciężki oddech, każde urwane nabranie powietrza przed następnym ciosem; coraz dłuższe chwile, w których czekała na jakikolwiek dźwięk świadczący o tym, że wciąż był przytomny. Z każdym kolejnym coś wewnątrz niej pękało, aż skamieniałe od trwogi mięśnie wreszcie przełamały paraliż i poprowadziły ciało w chaotycznej, zupełnie nieprzemyślanej próbie zatrzymania tego.
Mogła bać się Monroe na tyle, żeby zawahać się przed jego uwolnieniem. Mogła bać się jego wściekłości, tego co zrobi z nią, gdy się uwolni. Jeszcze bardziej bała się jednak, że po którymś uderzeniu nie przyjdzie już nic. Ani riposta, która wszystko tylko pogarszała. Ani syknięcie bólu. Że ucichnie nawet ten chropowaty, niepokojąco nierówny oddech.
A to było o wiele gorsze niż wszystkie groźby, które własnoręcznie zawiesił nad jej głową Vincent Monroe.
Wszystko, co wydarzyło się potem było niewyraźnym potokiem ruchów.
Scalvini, już wcześniej rozjuszony słowami Monroe, wpadł we wściekłość wywołaną bólem i upokorzeniem, jakie miał przynieść niespodzewany atak od kogoś tak drobnego, jak ona. Niemal natychmiast zwrócił się w stronę Violet, z głośnym trzaskiem witając wierzch swojej dłoni z jej policzkiem. Impet, z jakim ją uderzył, wytrącił ją z równowagi i z klęczków wylądowała na zimnej posadzce.
Policzek palił żywym ogniem, a serce zatrzymało się i skurczyło boleśnie w przerażeniu, kiedy cień rzucony przez sylwetkę mężczyzny padł na nią. Luca, pełen złości, stanął nad Haze.
— Jeszcze raz spróbuj czegoś podobnego — wysyczał, nachylając się nad nią na tyle, by słowa przecięły przestrzeń między nimi.
Nie zdążyła nawet odsunąć się odruchowo – jej ciało, które raz wyłamało się ze schematu, chyba znów zapomniało jak to zrobić. Lub zabrakło bodźca. Łom zatoczył krótki łuk, a potem metal uderzył w bok jej ciała; nie płaską częścią, ale ostrzejszym zakończeniem, które zahaczyło o materiał i szarpnęło nim razem ze skórą. Tkanina puściła, piekący i gwałtowny ból przyszedł sekundę później, rozlewający się od rozdartego miejsca. Oddech ugrzązł jej w zbolałym gardle, kiedy zwinęła się odruchowo, przyciskając dłoń do boku.
Dopiero gdzieś pod tym całym bólem dotarło do niej, że jeszcze chwilę temu ten sam metal, tak gęsto, równie brutalnie, opadał na Monroe.
Czuła jak ostry ból pulsował pod dłonią zgodnie z przyspieszonym rytmem serca, tym ostrzejszy przy każdym głębszym oddechu, a kiedy poruszyła palcami, poczuła pod nimi coś ciepłego i lepkiego. Własną krew. Została na opuszkach, ciemna w słabym świetle, niezaprzeczalnie prawdziwa – widziała ją dziś na Monroe, również na nim w kilku sytuacjach wcześniej; widziała jak krew jednego z ludzi Jessici rozbryzguje się na asfalcie, jak brudzi ją samą, ale z tamtych wszystkich razów ona wyszła całkowicie bezpieczna.
Nienaruszona.
Wraz z tą świadomością, z tą wyczuwalną lepkością na palcach, strach również przestał być tylko odruchem zapisanym gdzieś w ciele. Przerażało ją to, że Scalvini – w tym momencie syczący w jej kierunku słowa, których nie rozumiała – uderzy ponownie, tego, gdzie trafi następnym razem i czy po kolejnym ciosie nadal będzie w stanie się podnieść.
W tym wszystkim nie zauważyła nawet, że kobieta, która jeszcze chwilę temu przybyła, oglądać postępy, kierowała się do wyjścia, zamykając wszystko włoskim komentarzem, pełnym dezaprobaty pod adresem Luci, którego Haze nawet nie zrozumiała.
Scalvini zrozumiał, a w jego oczach pojawiło się coś, co pozwoliło Violet spodziewać się kolejnego ciosu.
— Stupida puttana — wyrzucił przez zaciśnięte zęby, niemal warcząc każde słowo. — Me la pagherai.
Nie musiała znać włoskiego, żeby zrozumieć ton. Wystarczył sposób, w jaki na nią patrzył; to jak jego palce zacisnęły się na pokrytym krwią łomie, aby wiedzieć, że odpowiadała za coś, co Scalvini potraktował bardzo personalnie, przerzucając swoją złość na nią.
I may not be yours, but apparently you're mine enough to bleed for
tamagotchi
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
i can't be your hero so i'll play the villain
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Świadomość tego, że Haze wbiła nożyczki w zgięcie kolana stojącego nad nim kata wciąż, uparcie, odbijała się od wszystkiego innego, co działo się wokół. Od ich brzdęku na podłodze, wysiłku jego ciała sięgającego by przysunąć je sobie bliżej, od śliskiej krwi utrudniającej mu obrócenie narzędzia we właściwy sposób.
W o l n o ś ć.
Mógł już czuć jej smak, wyobrażać sobie nadgarstki niespętane wrzynającym się w nie plastikiem, jego dłoń zaciśniętą na jedynym narzędziu zbrodni, które miał pod ręką. Jego wściekłość ustąpiła odrobinę swojego miejsca nagłemu opanowaniu, ponieważ teraz miał sprawczość, teraz jego los zależał wyłącznie od tego, jak szybko uda mu się przeciąć te pieprzone więzy i wydostać z tej gównianej sytuacji.
Ale nie usunęła się całkowicie.
Obserwowała jak Scalvini podnosił się z klęku, jak obraca łom w swoich rękach stając naprzeciw Haze. Jak kolejne uderzenie zrzuca kobietę na ziemię - znów niemą, znów pozbawioną możliwości samoobrony, jakby ten jeden, niezrozumiały dla niego akt rzucenia mu nożyczek był jedynym, na co było ją stać.
To było dobre.
Violet odwracała uwagę od niego. Dzięki temu, że tymczasem jego kat zwrócił się w jej kierunku on miał wystarczającą ilość czasu by przeciąć plastik, którym owinięte były jego nadgarstki. A jednak wściekłość zamknięta we własnych, innego rodzaju okowach wzburzyła się, podsycana nuklearnym paliwem niecierpliwości i tego głuchego odgłosu, w którym łom uderzał w jej bok.
Ostrze nożyczek raniło jego skórę tym bardziej, im gwałtowniejsze były jego ruchy. Szarpnął, zrywając resztkę więzów tkwiących wokół jego nadgarstka, a dzika, nieokiełznana satysfakcja wpełzła do jego zatrutego wnętrza gdy uświadomił sobie, że wolność wreszcie została przez niego wywalczona.
Jego ciało wyrwało się naprzód jeszcze nim umysł zdołał przeanalizować najbardziej optymalną strategię - jak zresztą robiło to zawsze.
Poderwało go do góry, ignorując przeraźliwy ból, którym okupiony był każdy jego ruch - tłumiąc go, jak zresztą własną słabość, końską dawką adrenaliny i furią tak wielką, tak skupioną, że nie czuł ani nie widział niczego innego.
Wyłącznie zgięcie kolana Scalviniego, materiał pobrudzony jego krwią - wrażliwy punkt, w którym z impetem wylądował jego but wiedząc, że nie sposób będzie mężczyźnie utrzymać się wtedy w pionie.
Wyłącznie jego ramię, pierwsze miejsce, w którym z impetem zatopił wciąż trzymane nożyczki - zbyt żałosne, by wyrządzić mu faktyczną krzywdę, wystarczające jednak by posłać salwę bólu do ręki, w której trzymał łom.
- Cosa ti avevo detto, Scalvini? - syknął, jego własna ręka chwytająca ramię mężczyzny w dźwigni, jego krew brudząca ich oboje. Pociągnął ją gwałtownie, z impetem, z całą, pieprzoną mocą zgromadzoną przez ostatnią godzinę tkwienia przytroczonym do tego słupa, z całą nienawiścią, która budowała się w jego wnętrzu kawałek po kawałku. Ciągnął tak długo, aż w barku mężczyzny rozległo się chrupnięcie, aż wyszarpnął go ze stawu, aż łom wypadł z jego dłoni z brzdękiem, pozbawiając go narzędzia, które dawało mu przewagę.
Wszystko inne nie miało znaczenia.
To, czy Włoska kobieta wciąż tkwiła z nimi w pomieszczeniu wraz ze swoją ochroną, czy zostawili ich zupełnie samych. Czy zamordowanie Scalviniego było tylko jałowym przystankiem na bardzo długiej drodze, a za drzwiami czekała go setka innych, uzbrojonych mężczyzn.
Nawet to, czy Haze tkwiła nadal obok, tak blisko, by któryś but mógł ją trafić - czy podpełzła do swojego kąta, by z niego obserwować to, do czego się przyczyniła.
Szarpnął, żebra zapłonęły ogniem tak żywym, że na moment utracił ostrość widzenia, przewracając ich oboje na ziemię - nożyczki znów znalazły się w jego rękach, wyciągnięte siłą z mięsa, w którym się zatopiły.
- Lei mi appartiene. - gardłowe warknięcie wydarło się z jego ust gdy znalazł się wyżej, gdy jego pięść, ściskająca nożyczki, wreszcie odnalazła szczękę mężczyzny, ignorując wszystkie inne, szybsze sposoby na osiągnięcie tego, do czego pchała go furia.
To nie miało znaczenia.
W ten czy inny sposób, Luca Scalvini miał umrzeć.

you are and forever will be mine
29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
a hero would sacrifice you for the world, a villain would sacrifice the world for you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wszystko w jej ciele biło na alarm; wyło nim jeszcze głośniej, kiedy postawna sylwetka Włocha wyrosła nad nią, a ramię poderwało się do kolejnego ciosu. Pierwszy wystarczył, żeby brutalnie przypomnieć jej, jak właściwie była krucha. Że potrzeba było tylko chwili, czyjejś decyzji, jednej ręki poruszającej się z odpowiednią siłą, żeby wszystko wokół mogło nagle zniknąć bezpowrotnie.
Ale nawet ta świadomość nie wystarczyła jednak, żeby spróbowała uciec przed ręką Scalviniego. Schemat, którego nauczyło się jej ciało, przecież nie był wadliwy. Wprost przeciwnie – gdyby siedziała cicho, gdyby nie próbowała go zatrzymać, nie zwróciłaby na siebie jego uwagi za pierwszym razem, gdyby później nie sięgnęła po nożyczki, nie zrobiłaby tego po raz drugi. Oba momenty, w których przełamała własny bezruch, skończyły się tym samym: nagłym, przerażająco bliskim spojrzeniem w rozwarte ramiona śmierci.
I w obu przypadkach nigdy nie trafiła w jej objęcia.
Ramię Włocha tym razem nie opadło z następnym ciosem. Zamiast kolejnego uderzenia usłyszała zbolałe jęknięcie; a widok stojącej nad nią sylwetki zniknął tak nagle, że przez moment nawet nie zrozumiała dlaczego.
Głos Vincenta Monroe wybrzmiał znacznie bliżej niż dotychczas, jeszcze ostrzejszy z jeszcze większą wściekłością; jeszcze bardziej przerażający. Tylko to uświadomiło jej, że uwolnił się.
W jednej sekundzie spełniło się to, czego bała się najbardziej, i dokładnie to, czego najbardziej chciała.
Jej umysł przestał nadążać za tym, co podsuwały mu oczy. Postacie przed nią zmieniły się w nieostre smugi, które zderzyły się ze sobą, a chwilę później splątały w brutalnym chaosie. Coś uderzyło głucho o beton tuż obok niej, potem znów, a ona nie wiedziała już, który z nich.
— Tua? Ti ha venduto prima ancora che tu pensassi di averla — wycharczał Scalvini, ledwie przyjął na siebie pierwszy z ciosów Monroe. — Ti ha consegnato a me. E tu la difendi ancora.
Kolejny stłumił resztkę drwiącego śmiechu, który próbował wydostać się spomiędzy jego ust. Głowa Włocha odskoczyła w bok, zaraz później bark zetknął się z betonem i wydobył z niego krótki, zduszony dźwięk; jedna ręka została przyciśnięta niezgrabnie do ciała, niemal bezużyteczna, drugą zdążył zasłonić twarz dopiero przed następnym uderzeniem.
I przez kilka sekund wyglądało to właściwie jednostronnie.
Scalvini przyjmował kolejne ciosy, próbując osłaniać się przed nimi przedramieniem, dopóki jeden z chaotycznych ruchów Monroe nie odsłonił na moment jego boku. Wtedy nie próbował uderzyć go w twarz. Zacisnął dłoń na materiale jego koszuli i wbił knykcie dokładnie tam, gdzie jeszcze niedawno sam bez większego pośpiechu obijał mu żebra.
— Quella stupida continuava a rimandare — wysyczał spomiędzy zaciśniętych zębów. — Per fortuna, eri troppo idiota per accorgerti di qualsiasi cosa stesse succedendo. — Włoch szarpnął raz jeszcze, nie po to, żeby zrzucić z siebie cały ciężar mężczyzny siłą, której zwyczajnie już nie miał, ale żeby zmusić jego poranione ciało do odruchowej reakcji. Wystarczyło kilka centymetrów. Chwila utraconej równowagi, w której Scalvini poderwał biodro i obrócił ich obu, samemu niemal natychmiast zapadając się na zranione kolano. — Prendila pure, se vuoi. Sempre che ne sia rimasto qualcosa.
Jego zdrowa ręka przesunęła się po betonie. Palce przez moment zacisnęły się na pustce, potem odnalazły chłodny metal. Łom. Poderwał go jedną ręką z podłogi i zamachnął się z pozycji, w której tkwił, nieporadniej niż wcześniej, ale z wystarczającą siłą, żeby znów zapoznać Monroe z jego starym przyjacielem.
To miało mu wystarczyć, żeby wyślizgnąć się spod gabarytów Monroe. To dało mu również okno na kolejną ofensywę. Podźwignął się na kontuzjowanym ramieniu, z gębą wykrzywioną bólem i zamachnął się, uderzając w przeciwnika kolejny raz, na oślep.
Nie wiedziała już, czyja krew znalazła się pod jej dłonią, kiedy oparła ją o beton. Własna wydawała się najbardziej prawdopodobną odpowiedzią, ale gdzieś obok niej wciąż coś uderzało o podłogę, ktoś charczał, ktoś oddychał ciężko, więc równie dobrze mogła należeć do któregokolwiek z nich.
Palce rozjechały się jej na mokrej powierzchni przy pierwszej próbie podparcia, kolano ześlizgnęło się zaraz za nimi, i uderzyło w posadzkę, a ból przeciął rozcięty bok, wyciągając siłą powietrze z jej płuc.
Spróbowała drugi raz. Wolniej, zaciskając zęby i dociskając dłoń do miejsca, z którego wciąż wypływało coś nieprzyjemnie ciepłego. Każde napięcie mięśni ciągnęło ranę, każdy głębszy oddech rozlewał pod żebrami kolejną falę bólu, ale tym razem udało jej się poderwać najpierw na kolano, potem oprzeć drugą rękę o jakiś karton.
Słyszała ich. Każdy cios, każde wysyczane w furii zdanie, którego sensu nie rozumiała, ale też przecież nie musiała. Chciała się oddalić. Nie tylko od Scalviniego, ale i od Monroe. Od jego słów, wszystkich którymi zadawał jej niefizyczny cios, choć przecież to była wyłącznie jej wina.
Od Monroe i jednego pytania, które jej zadał. Na które myślała, że zna odpowiedź, ale jednocześnie nie chciała doprowadzać do sytuacji, w której będzie mogła zweryfikować jej poprawność.
was that a threat?
tamagotchi
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
i can't be your hero so i'll play the villain
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Było w tym coś satysfakcjonującego w sposób, którego nie potrafiłby wytłumaczyć żadnemu, racjonalnie myślącemu człowiekowi.
Ciało powinno dążyć do wycofania. Znaleźć pozycję, w której bolało najmniej, wysłać umysł na poszukiwanie rozwiązań na wszystkie, targające nim problemy - znaleźć leki przeciwbólowe, lekarza, butelkę wody. Zrekompensować sobie w jakiś sposób tę godzinę cierpienia, zmyć metaliczny posmak z ust, wyzbyć się ciągłego rwania w pękniętych bądź złamanych żebrach.
Wiele razy próbował własne wyszkolić tak, by działało poprawnie.
By dążyło do wszystkich tych rzeczy, by minimalizowało otrzymane obrażenia, by oszczędzało siły. Tego chcieli od niego wszyscy, od Ray'a proszącego go, by nie wychodził danej nocy gdy wracał z poprzedniej z obitą mordą, przez Franka wytykającego mu głupotę i poszukiwanie guza wtedy, gdy pierwszy jeszcze nie zdążył się zaleczyć, po każdą kobietę, która przewinęła się przez jego życie.
Oraz Avisa, cierpliwie przynoszącego mu leki, lód bądź czystą z oceniającym wyrazem twarzy, lecz zamkniętymi ustami.
Bez żadnego skutku.
Nawet teraz, wiedział, że jego walka ze Scalvinim była nieefektywna. Korzystając z chwili zaskoczenia powinien spróbować skręcić mu kark zamiast wymieniać ciosy w sytuacji, w której to on był ranny, teoretycznie stawiając go na przegranej pozycji. Nie powinien tarzać się z nim po ziemi, usiłując zadać mu choćby połowę tego cierpienia, które on zadał jemu.
Ale jego słowa ułatwiały.
Napędzały go, jak paliwo nuklearne zasilające jego krwiobieg w nowe pokłady adrenaliny - adrenaliny, z którą uderzenia wzbudzały w jego ciele reakcje bezwarunkowe, lecz które nie docierały do jego skupionego, rozwścieczonego umysłu. Zachwiał się, przerzucony na drugą stronę i odnotował, że jego plecy uderzyły o posadzkę, żebra zagruchotały w niebezpieczny sposób, tlenu zaczęło brakować w jego płucach, zaś w ustach pojawiło się więcej metalicznego posmaku.
Poza tym jednak nie czuł niczego.
W tej furii, w pieprzonym amoku napędzany kolejnymi szyderstwami widział wyłącznie jego twarz, nie widział nawet łomu, który znów znalazł się w jego dłoniach. Łom był tylko narzędziem.
Nawet dla niego.
Szarpnął do góry, przyjmując kolejne uderzenie bez żadnej próby zablokowania go - jego wzrok zaszedł mgłą, skraj pola widzenia niebezpiecznie się przyciemnił, świadomość otaczającego go pomieszczenia i jego smrodu prawie całkiem zniknęła na jedno uderzenie serca. Ale jego ciało, ciało zbyt nauczone ataku by kiedykolwiek zapoznać się z pojęciem defensywy, wyrwało się naprzód, wykorzystało to uderzenie, niemal okupione utratą przytomności, by pomiędzy ramionami mężczyzny zatopić nożyczki prosto w jego grdyce.
Zbyt płytko. Nie trafił w tętnicę.
Obserwacja pełna niezadowolenia powróciła do niego wraz z pełną świadomością otoczenia. Uderzenie było nieskuteczne, ale wystarczające na tyle, by ten zawahał się - bok Monroe rozerwał się po raz trzeci gdy zepchnął go z siebie, niemal tracąc przy tym równowagę.
- Vecchio... - wyrzucił z siebie wściekle, nożyczki znów przecięły powietrze, wbijając się w klatkę piersiową. Zbyt płytko, nie przedarłby się przez mostek - uderzenie nie miało żadnego celu poza odrobiną cierpienia, której nie mógł sobie odmówić. - maiale... - wydyszał, wyszarpując nożyczki nim ten zdołał je pochwycić. Wbiły się w dłoń, którą wyciągnął w jego stronę. - italiano.
Nożyczki błysnęły w powietrzu, ich szkarłat niemal nie odbijał światła jednej, żałosnej żarówki zawieszonej między nimi. Były tylko narzędziem, w dodatku mało skutecznym. Potrzebowały lepszego celu.
Jego ramię rozbłysło bólem gdy pchnął naprzód, w ruchu jednocześnie pełnym zwierzęcego amoku jak i wykalkulowanej precyzji, a ich ostrze zagłębiło się w miękkim, wrażliwym oczodole.
- Prima ti toglierò la vista - gardłowy pomruk wydarł się z jego gardła na przekór łomowi, którego kolejne uderzenie odczuł na własnym ramieniu, jak i drugą rękę, zaciśniętą na jego nadgarstku w odruchowej próbie pozbycia się obcego ciała. Spełnił jego życzenie - ignorując spazmy cierpienia przepływające przez jego mięśnie, wyszarpnął nożyczki. Kolejne uderzenie trafiło w drugi, wrażliwy cel, zagłębiając się w miejscu, w którym wcześniej tkwiło męskie oko. - Per aver guardato ciò che non ti appartiene.
Jak przez mgłę dostrzegał łom, wciąż tkwiący gdzieś w polu jego widzenia. Jego ciało było ociężałe, zmęczone, odrętwiałe od adrenaliny i furii, wciąż tkwiące w amoku, wciąż niewidzące świata poza tkwiącym przed nim mężczyzną.
Mężczyzną, który powinien dostać nauczkę i dostałby ją, gdyby miał siłę, by ją wyprowadzać. Gdyby miał cierpliwość.
Ale jej nie miał. Dlatego chwycił za łom.
- Ti prenderei la lingua, Scalvini - jego głos przekształcił się w ochrypłą namiastkę tego, czym posługiwał się na co dzień, gdy łom znalazł się w jego rękach, spadając na twarz tkwiącego obok mężczyzny, nim miał skierować się na jego żebra. - Ma preferirei sentirti quando stai morendo.

run baby, cause you're next
29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
a hero would sacrifice you for the world, a villain would sacrifice the world for you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To był prosty układ.
Był.
Dawno temu przestał nim być; teraz układ, który stał się skomplikowany, a później niemożliwy, zmienił się znów tym razem stając się horrorem. Wcześniej urósł do rangi dramatu – w momencie, w którym Monroe pojawił się w jej drzwiach. Awansował do tragedii, ledwie padły pierwsze ciosy na ciało skrępowanego mężczyzny.
Prosty układ stał się czymś o wiele gorszym, kiedy tylko więzy Vincenta Monroe spadły, puszczając go wolno. To, co jeszcze chwilę temu wydawało jej się przerażające, w chwili gdy plastikowe opaski przełamały się pod ostrzem, które s a m a mu podsunęła, przestało nawet zasługiwać na miano strasznego.
Horror się urzeczywistnił.
Horror był wysoki i nosił się elegancko na co dzień; miał litery z wytartego atramentu na dłoniach, o ile nie przykrywała ich krew. Pachniał drogimi perfumami i nikotyną. Ale horror potrafił też mówić łagodnie; potrafił wypowiedzieć jej imię tak, że brzmiało inaczej niż w ustach kogokolwiek innego. Horror kiedyś potrafił dotknąć delikatnie, niemal tak, by nie został po nim ślad.
Z trudem, z bólem, który był pewnie niczym wobec tego, co działo się tak blisko niej, próbowała odsunąć się. Jak najdalej. Nie chcąc przy tym patrzeć, nie chcąc wiedzieć, do kogo należał który z ciężki oddechów; czyj był zdławiony w gardle pomruk bólu. Nie chciała widzieć kto katował kogo; nie chciała widzieć jak blisko był jeden od doszczętnego skatowania drugiego.
Nie chciała wiedzieć co będzie dalej.
Podniosła się do pionu, wspierając się na kartonach. Docisnęła dłoń do rany, spoglądając niemal rozpaczliwie w stronę drzwi. Znacznie bliżej niż te, którymi wyszła elegancka kobieta. Czując fizyczny ból z każdym krokiem, który nie miał absolutnie nic wspólnego z odniesionymi obrażeniami, postąpiła kilka kroków naprzód. Zmuszała własne ciało do ruchu; zmuszała je do wyłamania się z tego osłupienia, w którym zwykła trwać, teraz absolutnie przekonana, że w niczym jej nie pomoże. Nie uratuje jej.
Nie zdawała sobie sprawy, że Luca, który jeszcze kilka minut temu był katem, sam teraz był ofiarą; że jego rola odwróciłą się tak gwałtownie, że po wcześniejszej przewadze nie było nawet wspomnienia. Tylko głos, głos który rozpoznawała bezbłędnie, a jednocześnie wydawał jej się tak odlegle obcy, upewniał ją, że to nie Scalvini teraz zadawał ciosy.
Ulga i strach zderzyły się w niej z impetem, który pchnął ją dalej, ku metalowym drzwiom. Palce zacisnęły się na chłodnej, gładkiej klamce, a kiedy je uchyliła, do wnętrza natychmiast wdarło się zimne powietrze. Przyniosło ze sobą zapach mokrego lasu, ciężkiej od deszczu ziemi, wilgotnej kory i liści, zupełnie obcy dusznemu, przesiąkniętemu krwią wnętrzu.
Luca przyjął kolejny cios. Z ust wypłynęła mu krew; spłynęła po brodzie, wsiąkła w kołnierz, spłynęła we włosu, a każdy kolejny oddech bulgotał gdzieś głęboko w gardle. Spróbował nabrać powietrza i zamiast tego zakrztusił się nim, kaszląc mokro.
— Tutto questo... — wydusił pomiędzy jednym urwanym wdechem a następnym, wciąż jeszcze mając siłę na pogardę; na szyderstwo. — Per lei. — Jedno oko miał zamknięte przez krew, drugie ledwo utrzymywało ostrość. Kącik jego ust drgnął, próbując ułożyć się w tym samym, kpiącym półuśmiechu, z którym jeszcze kilkanaście minut temu uderzył kolejny cios.
— Sta... scappando... — wycharczał, a kolejne słowo ugrzęzło w kaszlu. Splunął krwią obok. — Coglione. — Wciąż walczył o to, aby mieć ostatnie słowo. Aby do samego końca móc zadawać ciosy, a jeśli nie ciosy to uderzać obelgami. —Non tuo. — Pokazał zakrwawione zęby i dziąsła w szyderczym uśmiechu i zacharczał gardłowo, gdy śmiech nie znalazł drogi, aby przecisnąć się przez zbolały przełyk.
Powietrze, które ciągnęło do środka przez uchylone drzwi osiadło na jej skórze. Otoczyło chłodem, który teraz wydawał się kojąc; który niemal prosił, aby wyszła z magazynu. Wszystko zdawało się błagać, by zostawiła cały ten horror za drzwiami magazynu; aby nie odwracała się i nie patrzyła.
Nie potrafiła nie spojrzeć. Nie potrafiła nie odwrócić wzroku, aby nie upewnić się, że to nie on był już bity. To nie jego katowano. To nie jego oddech brzmiał tak żałośnie.
show me some mercy
tamagotchi
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
i can't be your hero so i'll play the villain
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nawet w tym szyderstwie chowała się satysfakcja.
W sposobie, w jaki Scalvini wypowiadał kolejne słowa - każde z coraz większym trudem, każde naznaczone krwią wirującą na jego języku i zębach. W głuchym trzasku każdego uderzenia, po którym następowało gwałtowne wciągnięcie powietrza do płuc, przerywające myśl, którą próbował się z nim podzielić.
Wcześniej te słowa były dla niego jak płachta na byka.
Teraz nie docierało do niego ich znaczenie, ponieważ nie musiał ich słuchać - nie tak, jak wcześniej. Nie był przywiązany do metalowego słupa, nie był wyłącznie obserwatorem, który nie mógł uczestniczyć w akcie własnego katowania.
Teraz słyszał wszystkiego, co tkwiło wokół tych żałosnych prób posiadania ostatniego słowa. Cenę, jaką okupione było każde oszczerstwo. Wysiłek, z którym jego płuca usiłowały zapewnić reszcie organizmu wartościowy tlen.
Łom był śliski w jego dłoniach, lecz jego chwyt pozostał pewny.
Własne cierpienie zeszło gdzieś na dalszy plan, zupełnie ignorowane. Liczyły się tylko kolejne uderzenia, każde wymierzone w odpowiedzi na własne, którego doznał, ale niepohamowane potrzebą zachowania go w przytomności wystarczających do sprzedania Ognistego Węża. Nie potrzebował, by Scalvini mu odpowiadał.
Nie potrzebował żadnego słowa z jego ust.
Dlatego łom wylądował na jego szczęce, na skroni, na jego nosie. Na twarzy zalanej krwią, na pustych oczodołach, ustach, które wciąż miały czelność się rozchylać. W pewnym momencie, w którymś uderzeniu pierwsze chrupnięcie przedostało się przez głuchy odgłos metalu zderzanego z miękką tkanką, zwiastując kolejną, złamaną pod nim kość.
W następnym zniknął głos, choć usta wciąż się rozchylały, wciąż próbowały powiedzieć coś kąśliwego, teraz jednak zdolne wyłącznie do rzężenia, do łapczywego wciągania powietrza, którego żadna ilość nie mogła mu pomóc.
W którymś nawet ten drobny ruch ustał, przekształcając zmiażdżoną twarz leżącego pod nim mężczyzny w pobojowisko krwi i zniszczonych tkanek, dłonie wciąż próbujące odzyskać kontrolę bądź przechwycić lecący młot zamarły, a później opadły bezwiednie wzdłuż ciała.
Scappando.
Jedno słowo z opóźnieniem przedarło się przez zasłonę jego furii, zagnieżdżone gdzieś pod czaszką. Świat wokół niego wypełniała krew, jego szkarłat mieszał się z posoką skatowanego mężczyzn, pokrywał jego dłonie i łom, śliski i lepki jednocześnie.
Dopiero wraz z tym słowem dotarł do niego wątły powiew wiatru, zapach świeżego powietrza, tak innego od panującego w tym magazynie odoru.
Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że wciąż tkwił nad skatowanym Scalvinim choć ten dawno już utracił możliwość obrony. Że dyszał, jak zwierzę, któremu udało się wydostać z klatki, lecz które nosiło w sobie świadomość ceny, jaką przyjdzie mu zapłacić za ten wysiłek.
Że Haze nie było obok.
Jego wzrok powiódł po pomieszczeniu, w którym tkwili - po zmiażdżonej twarzy mafioza, po słupie, do którego był przywiązany, po kartonach. Dostrzegł jedną, inną strużkę krwi, nienależąca ani do niego, ani do Scalviniego. Mrugnął, wodząc spojrzeniem za tym wytyczonym przez kobietę śladem, jak w spowolnionym tempie docierając do kartonów, na których zostawiła odrobinę
szkarłatu, zatrzymując na drzwiach, zza których wdzierał się świat zewnętrzny.
Spodziewał się, że za tymi drzwiami tkwiły kolejne.
Spodziewał się dziesiątki innych, uzbrojonych ludzi, którzy zetrą satysfakcję odniesioną z jego zemsty. Broni wycelowanych w jego stronę, starszej kobiety spoglądającej na niego w pełen pożałowania sposób.
Zamiast tego dostrzegł Haze.
Tkwiącą w przejściu, do którego udało jej się dostać, w desperackiej próbie ucieczki. Wykorzystującej fakt tego, że jego uwaga przeniosła się na Scalviniego.
Zamarł nad zamordowanym mężczyzną, po raz pierwszy od ostatnich kilku minut zmuszając swoje plecy do wyprostowania się. Jego włosy były lepkie od krwi, posoka pokrywała twarz w tak wielu miejscach, że trudniej byłoby mu dostrzec jasne oblicze niż czerwień. Materiał jego koszuli był przemoczony, chłód wdzierający się do pomieszczenia pieścił rozgrzaną skórę pod spodem.
- Wybierasz się gdzieś, Haze? - w ochrypłym głosie pojawiły się pierwsze oznaki zmęczenia. Chwilowo tkwił jeszcze w miejscu, jego ciało odrętwiałe, klatka piersiowa unosząca w górę i w dół w pośpiesznej potrzebie zdobycia większej ilości powietrza.

where do you think you're going?
29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
a hero would sacrifice you for the world, a villain would sacrifice the world for you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To nie miało żadnego sensu.
Zatrzymanie się przy samym wyjściu było zaprzeczeniem wszystkiego, co ciało próbowało jej powiedzieć od chwili, w której jeszcze leżała na zimnym betonie. Każdy jeden nerw domagał się jednego – odsunąć się od źródła zagrożenia. Nie powinno mieć znaczenia, do kogo ostatecznie przypisała ten strach; Do Scalviniego, do Monroe, może do nich obu.
Podstawowym odruchem powinna być ucieczka.
A ona stała w bezruchu i patrzyła na niego.
Z dłonią wciąż zaciśniętą na klamce, z zimnym powietrzem muskającym twarz i wolnością znajdującą się niemal dokładnie po drugiej stronie progu. Najprostszy z instynktów pchał ją dalej, poza magazyn, między pobliskie drzewa, gdziekolwiek, byle dalej od krwi i odgłosów dobiegających zza pleców. Powinna była go posłuchać, ulec mu bez zastanowienia, gdy wreszcie zmienił głos.
Stała, choć nie była uziemiona przez strach.
Stała i obserwowała ostatnie chwile Scalviniego; obserwowała jak Monroe z czymś absolutnie zwierzęcym we własnych oczach, wyszarpuje z niego, z każdym uderzeniem łomu, resztki życia. Jak sprawia, że już nieruchome ciało powoli coraz mniej przypomina człowieka, którym jeszcze chwilę temu było.
Źrenice rozszerzyły się jej; oddech palił w gardle, wciąż płytki. Jej trzewia zasupłały się ciasno, kiedy wzrok podążał za każdym kolejnym niepotrzebnym ruchem. Scalvini już dawno przestał być zagrożeniem; już dawno przestał się bronić, jeszcze dawniej przestał nawet mówić. Monstrum, które stało nad jego ciałem, nie zatrzymywało się.
Znała przemoc, znała ludzi, którzy potrafili krzywdzić, znała też Monroe wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że nie jest dobrym człowiekiem, ale to, co widziała teraz, wykraczało nawet poza człowieczeństwo, które chciałaby mu przypisać.
Powinna była już dawno zderzyć się z chłodem panującym na zewnątrz i uciec; dowiedzieć się, dokąd zabrano jej siostrę – czy do domu, jak obiecano. Powinna chronić siebie.
A trwała cały czas w miejscu, patrząc na niego.
Niczym sarnię, które zastygło na środku drogi, wpatrzone w reflektory nadciągającego pojazdu – niechybnej zguby.
Jego głos wślizgnął się to jej umysłu, sprawiając że było jeszcze trudniej jej się ruszyć; tembr jego głosu słyszalnie się zmienił, ale nie był nawet bliski temu, jak kiedyś się do niej zwracał. Jej spojrzenie prześlizgnęło się po jego sylwetce przykrytej krwią, niezdolna rozróżnić ile z niej należało do niego, a ile do przeciwnika.
Widziała w jego postawie zmęczenie, w sposobie w jakim układał ciało wciąż trzymając się w pionie; w tym jak oddychał, mogłaby przysiąc, że widziała, jak niektóre z jego mięśni drżą.
Zdrowy rozsądek widział w tym coś dobrego; widział okazję do ucieczki. Widział szansę na ucieczkę. A ona poczuła jedynie wilgoć pod powiekami. Spojrzenie zaszło skrzącą się w słabym świetle żarówki taflą, w której było wszystko – strach, ogromny strach, ale w tak wielu wymiarach i tam sprzeczny sam ze sobą; była również troska, której nie potrafiła tak po prostu się pozbyć. Ale za część zbierających się łez odpowiadało jej sumienie.
Bardzo szybko obarczając ją całą winą za wszystko to, czego była świadkiem wcześniej i pozostawała nadal.
Gardło wciąż boleśnie piekło, nawet jeśli nie robiła nic szczególnego. Wciąż czuła na nich ucisk palców Scalviniego, a przez to wciąż czuła nad sobą widmo śmierci, nawet jeśli Włoch już teraz nie mógł jej skrzywdzić.
Rozchyliła tylko usta i zaraz je zamknęła, przełykając ostrożnie ślinę, bo nawet to było wysiłkiem. Tak wiele słów podsuwały jej myśli, ale równie szybko je odrzucała. Nic nie wydawało się tutaj dostatecznie dobre. Nic nie byłoby w stanie pomóc jej choćby wytrącić część oskarżeń, które jej postawił.
W które tak żywo wierzył i za co nawet nie mogła go winić.
Każde pytanie, każda konstatacja, każde ostrzeżenie – to wszystko nawet nie brzmiało dostatecznie odpowiednio w głowie, co dopiero przeciśnięte przez zbolałe gardło.
— Nie krzywdź- — Usłyszała własne słowa, choć tak ciche, że nie była pewna, czy w ogóle padły. Gardło ścisnęło się boleśnie, kończąc szept, pozostawiając resztę prośby niewypowiedzianą.
Vincent Monroe
tamagotchi
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
i can't be your hero so i'll play the villain
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

I znów wróciła ona.
Osoba, którą znał właśnie z tej statyczności. Osoba, która posiadając możliwość zawalczenia o własny los zamiast tego zastygała, jedną nogą znajdując się po stronie wolności. Nie był taki pewny, czy byłby w stanie dogonić ją, gdyby rzuciła się do biegu. Samo trzymanie pozycji pionowej i zmuszenie swojego ugiętego kręgosłupa do wyprostu wymagało go większej ilości siły, niż chciałby to przyznać.
To oznaczało, że Haze miała wolną wolę.
Nie wiedział, jak poważna była rana, którą zadał jej Scalvini ale wątpił, by to przez nią zamarła w miejscu zamiast sięgnąć po wolność, w której progu już stała. Przedostała się już do wyjścia z tego pomieszczenia gdy on był zajęty odzyskiwaniem własnej godności - jak mógłby to dyplomatycznie nazwać. Mogła wyjść na zewnątrz.
Nie wiedział, gdzie byli.
Nie wiedział też ile czasu mu zostało, nim zmęczenie uczyni go bezużytecznym, ile osób potencjalnie tkwiło gdzieś tam, na zewnątrz, czekając, aż opadnie z sił by zwyczajnie dokończyć to, co rozpoczął Luca.
Nieszczególnie go to interesowało.
A powinno. Powinien wykorzystać podarowaną mu zdobytą przewagę by wyciągnąć telefon z którejś kieszeni skatowanego przez niego mężczyzny, by natychmiast zadzwonić, ustalić swoje położenie, przekazać je dalej. Powinien oczekiwać, aż jego ludzie się tutaj zjawią, aż będzie miał odpowiednią przewagę i wtedy zadecydować, co powinien zrobić z nią.
Większość jego furii zdążyła już opaść. Znalazła ujście w metodycznych uderzeniach, w ostrzu nożyczek zagłębiającym się w miękkich oczodołach, w metalowej powierzchni stykającej się z miękkim ciałem i wrażliwymi kośćmi.
Ale jakaś jej cząstka pozostała.
Tliła się jak ogień, którego czas nie potrafił zgasić, który wędrował pod ziemię i znajdował swój dom w korzeniach drzew, gotów rozbłysnąć ponownie przy sprzyjających warunkach.
Ostry koniec łomu uderzył o podłogę z impetem. Jego mięśnie napięły się, oddech ugrzązł w piersi gdy wsparł się na metalowym narzędziu, które teraz miało posłużyć mu jako sposób na wejście z powrotem na własne nogi - nogi, które były słabsze, niż powinny, teraz gdy wraz z częścią furii opuszczały go też niektóre zasoby adrenaliny.
Sprzedała cię.
- Czy to nie jest coś, co zrobiłaś mi, Haze? - gardłowy pomruk wybrzmiał przez długość pomieszczenia i sięgnął otwartych drzwi gdy stanął na nogi, w dłoni wciąż trzymając łom, jakby przelana nim krew nierozerwalnie zespoiła jego dłoń z metalem, a lepka substancja nie chciała puścić.
Romantyczny amator.
Chłód wpadający przez otwarte drzwi mógłby wprowadzić go w ekstazę, gdyby jego zakończenia nerwowe nie płonęły z każdym ruchem wymęczonego ciała. Pierwszy krok odsunął go od Scalviniego - od zmasakrowanych resztek tego, czym kiedyś był Włoch, przez którego to wszystko w ogóle się wydarzyło.
Drugi skierował go w jej stronę.
W stronę wiatru wpadającego do środka, unoszącego jej lekkie, ciemne włosy, podczas gdy jego własne, mokre, ciężkie od krwi i potu ani drgnęły gdy rześkie powietrze uderzyło w jego twarz. W stronę wolności, koło której wciąż stała, tkwiąc w miejscu jak pieprzone bambi, którym nazwał ją pierwszego dnia.
Wtedy, gdy to w radnym Bennecie widziała zagrożenie nie mając pojęcia, jak zagrożenie w ogóle powinno wyglądać.
Głupi, naiwny, ślepy. Omamiony przez kobietę, która nawet nie pozwoliła mu się dotknąć, która nie przyjęła butelki wody dla czystej zasady trzymania się od niego z dala. Na początku widział w tym specyficzny upór, mający podłoże w jej zadziorności. Później ostrożność, nauczoną doświadczeniem, którego nikt nie powinien w życiu zdobywać.
Dopiero teraz dostrzegał prawdę, wstręt, który nieustannie przedzierał się przez jej opanowaną mimikę. Wstręt do niego.
- Jak nazwałabyś okłamywanie mnie, zwabienie do tego miejsca i wymienienie mojego życia na inne w prostym układzie? - cedził, czując krew spływającą po jego czole, pod materiałem rękawów jego koszuli, po dłoniach. Z każdym krokiem zostawiał własny, drobny szlak - kropel spływających z jego ciała, z kawałka metalu, który nieustannie trzymał przy sobie. - Jeśli nie krzywdą?
I nagle znalazł się w tej przestrzeni, do której zawsze dążył, w swojej ślepocie widząc w niej miejsce dla siebie.
Nagle powietrze nie było tylko otaczającym ich lasem i chłodem nosy, a nosiło w sobie jej perfumy, szampon, którego używała, krew, którą miała na sobie. Pośród nich tkwił za to zupełnie inny zapach, zapach s t r a c h u.
- Na co uważasz, że zasługujesz, Violet? - jego dłoń przecięła tę przestrzeń, ciało zatrzymało się dopiero wtedy, gdy jej własne dotknęło framugi. Chwycił jej drobną szczękę, zatopił zakrwawione palce w jej policzkach, zmuszając ją, by zadarła głowę, by spojrzała na niego, zamiast na tysiąc innych rzeczy, na które lubiła patrzeć byle tylko uniknąć jego spojrzenia. - Krzywda za krzywdę?

once betrayed, the monster is no longer capable of being gentle
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”