Jego niezwykle sprecyzowana odpowiedź sprawiła, że Adeline na chwilę ściągnęła mocno brwi i obrzuciła go skonsternowanym spojrzeniem. Właściwie brytyjski akcent nadawał jego słowom osobliwego charakteru, przez który nie trudno było zbić się z tropu. Dopiero po tym, jak Aslan się roześmiał i sprostował to jako żart, rysy jej twarzy widocznie złagodniały, a nawet uśmiechnęła się pod nosem.
—
No wiesz, masz jeszcze czas. Król Karol trochę się naczekał, zanim udało mu się na ten tron dostać — zauważyła lekkim, żartobliwym tonem, ponownie wracając wzrokiem na drogę.
Oczywiście, nie wzięła jego słów na poważnie, a jedynie pozwoliła sobie na małą dygresję a propo ambicji jego rodziców na podbicie świata. Skoro on sobie żartował, to czemu nie miałaby tej gry podjąć?
Może nie śledziła na bieżąco losów brytyjskiej rodziny królewskiej, ale historia Diany, jej nieszczęśliwa miłość oraz tragiczna śmierć chwyciły ją za serce. I choć współczuła młodym chłopcom, którzy musieli zbyt wcześnie odprowadzać mamę na cmentarz, tak nie podobali jej się na tyle, żeby z zapartym tchem obserwować ich żyć po drugiej stronie oceanu. Wystarczyły jej publiczne wiadomości przekazywane w tv. No i netflixowy
The Crown, który był sfabularyzowaną historią Elżbiety, pewnie dość luźno opartą na faktach.
Niechęć w stosunku do podzielenia się fajką już o czymś świadczył, na razie jednak Ade nie zamierzała tego analizować, a zwyczajnie płynęła z prądem. Z ogromnymi pokładami zawziętości (i niekoniecznie rozumu) dawała się ponieść chwili. Słysząc o wypłacie, ponownie odruchowo przewróciła oczami, ale na brak konta zmrużyła na moment oczy w zastanowieniu. Unikał podatków?
—
Sprytnie. Gotówka będzie znacznie dyskretniejsza. Poza tym, czysty zysk — uznała ostatecznie, z pewną ironią w głosie na koniec. —
Raz w tygodniu. W poniedziałki. Jako motywację do tego, by starać się w weekendy podołać zadaniu — powiedziała po chwili namysłu, na koniec unosząc znacząco brew w jego stronę. Gdyby nie to, że właśnie ustalali formę wypłaty za
pomoc, mogłaby pomyśleć, że los wyjątkowo przewrotnie podsunął jej tak przystojnego
partnera w zbrodni. To miała być jednak tylko transakcja. —
Ale mam nadzieję, że nie unikasz celowo zasilania rządowej skarbonki? — zapytała w celu upewnienia się, czy przypadkiem małżeństwo z nim nie sprowadzi na nią kłopotów.
Tak, spośród wszystkich rzeczy, które powinny ją w tej chwili martwić, właśnie teraz najbardziej obawiała się skarbówki.
Pomimo tego, jak mocno Aslan był zdeklarowany, by jej
pomóc w ramach opłaty, to wydawał jej się coraz bardziej intrygującym mężczyzną. Jego pomysłowość mimowolnie zrobiła na niej wrażenie.
I choć zdawała sobie sprawę z tego, że te
zaręczyny były zwykłą farsą, tak przez te kilka ulotnych sekund w powietrzu dało się wyczuć dziwną podniosłość chwili. Wystarczyło spojrzeć w jasne, złagodniałe tęczówki mężczyzny, by świat na moment się zatrzymał. Nagle pojęła, że ona naprawdę miała za niego wyjść. Z własnej, nieprzymuszonej woli.
On nie miał wyjścia. Jeśli chciał zobaczyć pieniądze, musiał się dostosować, również do jej oczekiwań względem wypełniania powierzonych mu zadań. Ona natomiast była przyzwyczajona do pewnych standardów i nie zamierzała tak drastycznie obniżać poprzeczki postawionej przez Sullivana. Przynajmniej nie w oczach Thomasa.
Jeszcze krótką chwilę przyglądała się pierścionkowi, ale widząc wyciągniętą w jej stronę dłoń, przeniosła spojrzenie najpierw na nią, a potem podniosła je na mężczyznę.
—
Nie — powiedziała, sama się dziwiąc swoją stanowczością. —
W końcu to symbol naszej miłości, prawda? — przechyliła nieco głowę na bok, a kąciki jej ust nieznacznie zadrżały.
Dawno nie była w kościele. Nie praktykowała swojej wiary, tracąc ją pod wpływem wszystkich przeżyć, jakich doświadczyła w swoim dwudziestosiedmioletnim życiu. Ree zarzucił jej męczeństwo, ale miała powody, żeby się czuć jak przypadkowa ofiara losu. Ten na górze chyba lubił sobie z niej kpić.
Skinęła bez słowa głową, gdy Aslan otworzył przed nią ciężkie drzwi, po czym weszła do środka. Półmrok panujący w środku i oświetlony z daleka ołtarz tworzył tajemniczy, dostojny nastrój, który z miejsca zrodził w niej mieszaninę lęku i skrępowania. Pewność siebie musiała pozostać na zewnątrz, bo teraz trochę niepewnie, w milczeniu poszła za mężczyzną w kierunku zachrystii.
Młody ksiądz i znajomy zapach, którym się okadzał, na krótką chwilę całkowicie zbił ją z tropu. Stanąwszy w progu, popatrzyła niepewnie to na duchownego, to na Aslana, zastanawiając się, jak
ciekawe jej przyszły mąż miał znajomości.
Na niespodziewane ujęcie jej dłoni i gwałtowne przyciągnięcie do siebie, zacisnęła mocniej zęby, ale żeby dodać słowom
narzeczonego wiarygodności, której potrzebowali, momentalnie uśmiechnęła się przeszczęśliwa i potaknęła ochoczo głową. Miała już nawet powiedzieć, że
miło było poznać i
dużo dobrego o księdzu słyszałam, ale ten bez pardonu wszedł jej w słowo.
Mina jej trochę zrzedła, gdy Marcus zaczął coś wspominać o papierach i udawać wielkie zapracowanie, a jej serce nerwowo zadudniło. Tę samą nerwowość wyczuła w momencie mocniejszego zaciśnięcia przez Aslana palców. Następujące po nich nachylenie się i szept
narzeczonego skupiły jej uwagę, jednocześnie przyprawiając o dreszcz trwogi. Właśnie namawiał ją do złego.
—
Zwariowałeś? Myślisz, że na kolację z ojcem wzięłam plik z czekami? — obrzuciła go krytycznym spojrzeniem, dopiero wtedy orientując się, jak blisko siebie się znajdowali.
Z tej perspektywy dokładniej widziała obserwujące ją intensywnie
zielone tęczówki, smukły, nieco przygarbiony nos oraz pełne usta, po których przesunęła wzrokiem w ciągu tych kilku sekund. Przełknęła ślinę i machinalnie odwróciła wzrok, który padł ponownie na sługę Bożego.
—
Oczywiście, wynagrodzimy księdzu poświęcony nam czas. Jesteśmy w tej kwestii bardzo łaskawi i zmotywowani, żeby stanąć przed obliczem Pana i obwieścić wszystkim nasze szczęście — wyznała nad wyraz uprzejmym tonem, wykrzesując z siebie nuty ekscytacji i ciepła.
W tym czasie wyswobodziła swoją dłoń z uścisku i przeniosła wzrok z powrotem na Aslana, w którym gniewne ogniki ustąpiły teraz miejsca łagodnie dryfującym iskierkom. Jednym ramieniem objęła go w pasie, wtulając się w niego bardziej, drugą dłonią zaś przesunęła po jego torsie, zatrzymując się w okolicy jego serca, czule i opieszale gładząc to miejsce. Patrzyła tak na mężczyznę, bacznie obserwując jego zielone oczy, delikatnie rozszerzające się nozdrza i ledwie dostrzegalne drgnięcie warg, odrobinę dłużej niż wypadało, jakby nie potrafiła się od niego oderwać. Otulona jego ramieniem, czuła bijące od niego ciepło oraz ciężką dłoń nieznacznie gładzącą jej biodro i… miała nadzieję, że wyglądają wystarczająco przekonująco.
—
A dokumenty? — przeniosła wzrok z powrotem na zwierzchnika. —
Dostarczymy je w najbliższym czasie wraz z hojnym podziękowaniem tak, żeby ani ksiądz ani biskup nie miał wątpliwości co do szczerości naszych głębokich uczuć — uśmiechnęła się pogodnie, posyłając mu znaczące spojrzenie. Swoje szalone bicie serca nadrabiała ogromną pewnością siebie. —
Jak to się mówi, czas to pieniądz, a my nie chcemy zbyt długo zakłócać księdza spokoju — poklepała Aslana po torsie, nieco popędzając duchownego w podjęciu decyzji, po czym opuściła rękę. Nie spuszczała wzroku z Marcusa, który jeszcze przez chwilę wyglądał na niezdecydowanego, aż westchnął przeciągle.
—
No, dobra, niech wam będzie. Ale mamy umowę — zastrzegł, unosząc palec wskazujący w ich stronę, na co kąciki ust Adeline od razu wystrzeliły do góry.
—
Ależ oczywiście — przytaknęła w zadowoleniu, po czym spojrzała przelotnie na Aslana z triumfalnym uśmieszkiem.
No to do dzieła, mężu.
Aslan Mountbatten