ODPOWIEDZ
26 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
179 cm
🎭 aktor & wokalista 🧑‍🎤 pod The Venture Management
Awatar użytkownika
I will tell you something, but I warn you, it is a lie.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

#7
Ostatnie tygodnie były dla niego jednym wielkim maratonem, ciągiem dni, które zlewały się w siebie tak bardzo, że z trudem przypominał sobie, kiedy ostatnio miał wolny weekend. Dopiero co skończył nagrywanie ostatniego odcinka swojego najpopularniejszego serialu – tego samego, dzięki któremu jego twarz stała się rozpoznawalna praktycznie na każdym kontynencie, wyświetlana na milionach ekranów w dziesiątkach krajów. A teraz, tego samego tygodnia, kończył nagrywać jedne z najbardziej wymagających scen do filmu akcji, w którym grał jednego z czterech głównych bohaterów – tajniaka wyznaczonego do zleceń tak niebezpiecznych, że nikt inny w fikcyjnej agencji nie chciał się ich podejmować, człowieka, którego prawdziwym domem była kolejna misja.
Fabuła kręciła się wokół międzynarodowej siatki przemytniczej, handlu bronią na czarnym rynku i zdrajcy ukrytego głęboko w strukturach samej agencji – kogoś, kto od miesięcy sprzedawał informacje wrogiej organizacji, nie wiedząc, że polowanie na niego już trwa. Dzisiejsza noc obejmowała scenę pościgu oraz brutalną wymianę ognia, częściowo nagrywaną w prawdziwej scenerii miasta, a częściowo tutaj, w Pinewood Studios, gdzie kontrolowane warunki pozwalały na realizację tych fragmentów, których nie dało się bezpiecznie odtworzyć na żywej ulicy, nawet przy zamkniętym ruchu i tuzinie osób pilnujących bezpieczeństwa. Motocykl mknący między samochodami z prędkością, przy której jeden błąd oznaczałby coś więcej niż tylko przerwaną scenę, efektowny przeskok z siodełka na maskę pędzącego auta, a później strzelanina rozgrywająca się w świetle ulicznych latarni i neonów odbijających się w mokrym asfalcie po niedawnym, sztucznie wywołanym deszczu. Wszystko działo się późno w nocy, kiedy miasto samo zdawało się stawać integralną częścią scenografii. Nawet powietrze pachniało sztucznym dymem i spalinami.
Miał się za człowieka orkiestrę. Był dobry w swoim zawodzie i rzadko kiedy odmawiał wyzwania, które mogłoby dodać scenie autentyczności, choćby wymagało to od niego wielu dodatkowych godzin prób. Nie zamierzał jednak ryzykować życia dla kilku sekund materiału filmowego, nawet najbardziej spektakularnego. Nie tylko dlatego, że dbał o swoją twarz i nie chciał, żeby coś jej się stało. Choć to oczywiście też miało znaczenie – i to spore – biorąc pod uwagę, ile zyskiwał właśnie dzięki temu, jak wyglądał. Istnieli po prostu ludzie wyszkoleni dokładnie do tego rodzaju szaleństw, którzy poświęcili temu lata treningu, i nie widział sensu w odbieraniu im pracy tylko po to, żeby udowodnić coś, czego i tak nikt od niego nie oczekiwał. W tym samym czasie nie miał problemu ze scenami walki – pozorowana broń palna była lekka, przewidywalna, łatwa do opanowania po kilku próbach. Ale akrobacje, przeskakiwanie między pojazdami, skoki na linie, turlanie się pod jadącym samochodem – to wszystko zwyczajnie nie było dla niego. Granice. Miał je nawet on. Wolał zostawić to komuś, kto robił to z prawdziwą pasją, a nie z poczucia zawodowego obowiązku.
Właśnie schodził ze sceny, na której doszło do wymiany ognia w opuszczonym magazynie. Jego postać dostała rykoszetem w bok – draśnięcie, nic poważnego z perspektywy fabuły, wystarczające jednak, żeby kontynuować starcie z przeciwnikami z podbudowanym dramatyzmem, jakiego wymagał scenariusz. Był teraz umorusany sztuczną krwią, która lepiła mu się do koszuli, i porządnie zmęczony po intensywnym bieganiu z punktu do punktu, kadrem powtarzanym raz za razem, aż ujęcie było idealne. Na szczęście reżyser wydawał się zadowolony z materiału i nie zapowiadało się na dodatkowe powtórki tej konkretnej sceny, choć czekało ich jeszcze kilka dogrywek później w tygodniu. Teraz jednak przyszła kolej na kaskaderskie wyczyny jego dublera. Sam pościg nagrano już wcześniej w mieście; teraz musieli dokończyć te bardziej niebezpieczne fragmenty, których nie dało się zrealizować w prawdziwej miejskiej dżungli bez ryzyka, którego żadna ekipa ubezpieczeniowa nie chciała podjąć bez ścisłej kontroli środowiskowej.
Usiadł na krześle z jego imieniem i nazwiskiem wypisanym na oparciu. Ktoś z ekipy szybko podał mu wodę w kubeczku ze słomką. Zrobił kilka łyków, dopiero wtedy pozwalając sobie na głębszy oddech przepełniony ulgą i na moment całkowitego bezruchu, którego jego ciało domagało się od dobrej godziny.
Rozejrzał się po planie. Nie dostrzegał nigdzie Ryu.
W duchu już go przeklinał. Pewnie znowu się spóźnił, bo gdzieś po drodze zatrzymał się, żeby komuś zaimponować szybkością jazdy albo popisać się przed kimś, kto akurat stanął mu na drodze. Typowe. Zupełnie naturalne dla tego człowieka. Prawie czuł się zaskoczony.

Ryu Hollingsworth
28 y/o
For good luck!
182 cm
Kaskader, ściga sie na motorze Tam gdzie go wynajmą
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiOna/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Dzisiaj miał robić za kaskadera. Nie musiał tego robić, ale uwielbiał adrenalinę. Dlatego uprawiał wiele sportów ekstremalnych, aby jak najwięcej adrenaliny płynęło w jego żyłach. Tak, to już uzależnienie, ale wtedy czuje, że żyje i nie ma zamiaru z tego zrezygnować. Nawet jakby mu się coś stało to nikt za nim nie zapłacze ani nie będzie lamentował. Jedyne co zrobią i to jest pewne jak a w alfabecie – rozgrabią jego majątek w chwile. Pewnie nawet nielegalnie, jednak jak na razie nigdzie się nie wybiera, chociaż cały czas przyłażą do niego o pożyczkę, bo sobie nie radzą i inne gówna, które w ogóle nie interesowały Ryu. Co prawda on nie dołożył do tego majątku najmniejszej cegiełki, bo nie uważał tego za potrzebne, jednak należało mu się odziedziczenie tego wszystkiego za to co przeszedł jako dzieciak. Kiedy ci umarli, nie nazwie ich rodzicami to Hollingsworth poczuł się jak wielki ciężar spadł mu z serca i w końcu poczuł się wolny, a nie na łańcuchy bez żadnego znęcania się, które przyjmowało wszelakie możliwe odsłony. Ma nawet kilka blizn na ciele, zawsze mówi, że przez treningi i tak dalej. Nie przyzna się do tego co się działo w jego „cudownym” domu. Na samą myśl mu się rzygać chce. Jego rodzina była i nadal jest uważana ze porządną i szczęśliwą rodzinę, kochającą i inne dziwne bzdury, które nie miały miejsca. Patologia za złotymi drzwiami, obłuda i nic więcej. Reszty nawet nie ma co nazywać. Przez to wszystko jest taki jaki jest, to go ukształtowało. Pewnie ma jakieś zaburzenia psychiczne, ale czego oczy nie widzą tego mózg nie ma czy jak to tam było.
Bycie kaskaderem było jego wyborem, adrenalina to jedyny narkotyk, który zażywa i to w za dużych ilościach, ale nie ma co się tym przejmować. To kolejne jego hobby, które pozwala mu wybijać się trochę bardziej, bo nie ma co ukrywać, że jest w tym jednym z lepszych. Potrafi zrobić bardzo trudne akrobacje, manewry. Sporo mu pomógł tor wyścigowy, nie ma co ukrywać. Dzięki niemu po prostu zaprzyjaźnił się z tymi maszynami, w których się zakochał.
Wyjątkowo jechał do pracy samochodem, wyjechał wcześniej, bo nienawidzi się spóźniać, ale kawałek od plany filmowego był wypadek. Myślał, że szlak go jasny trafi. Z tym nie jest w stanie nic zrobić, na biedę mógłby wyjść z auta i pójść pieszo, ale wtedy to jego samochód by blokował, więc musiał czegoś wkurzony w samochodzie.
Zaparkował auto na wyznaczonym miejscu grubo po czasie.
- Co tam Gwiazdorku? Już koniec? - Rzucił z uśmiechem. Reżyser był uprzedzony o jego nieobecności, więc nic nie zaburzyło harmonogramu plany zdjęciowego, mogli w tym czasie nagrać inną scenę. - Nagrywacie coś jeszcze czy teraz ja wkracza? - Zadał kolejne pytanie Arthitowi.

Arthit Rattanakosin
Natalia, dc: taaskaa
Nieuzasadniona przemoc, niepoparta argumentami, rozgrywanie gwałtu i maltretowanie zwierząt i dzieci
26 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
179 cm
🎭 aktor & wokalista 🧑‍🎤 pod The Venture Management
Awatar użytkownika
I will tell you something, but I warn you, it is a lie.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Gdy Ryu wreszcie się zjawił, Art podniósł na niego wzrok znad kubeczka i westchnął. Głośno, przeciągle i tak jednoznacznie, że nawet ekipa oświetleniowców kilka metrów dalej nie miała wątpliwości, co aktor sądzi o ludziach, którzy pojawiają się na planie, gdy większość roboty została już zrobiona. Tym razem przyjechał samochodem, nie motocyklem. Piosenkarz odnotował to z lekkim zdziwieniem, ale nie zamierzał dawać mu radości, zadając pytanie.
– Gwiazda skończyła, a jego backup od trudnych scen dopiero teraz łaskawie przyjechał na plan. Mam ci pogratulować wyczucia czasu? – rzucił bez cienia uśmiechu, choć kącik jego ust drgnął podejrzanie. Nie czekał na odpowiedź. Pytanie o to, czy teraz kolej na niego, skwitował wzruszeniem ramion i machnięciem ręki w stronę planu, co miało oznaczać jedno: scena jest twoja. Gest był tak szeroki, jakby udzielał koncesji. – Śmiało, mój dublerze. Rób to, za co ci płacą: skacz, zjeżdżaj, rozbijaj się. Ja się stąd zmywam, zanim to lepkie świństwo przyschnie mi do skóry na dobre.
Skoro Hollingsworth pojawił się na planie, mógł wreszcie odetchnąć. Umyć się, przebrać i zaczekać na koniec zdjęć oraz ewentualne dogrywki, gdyby po przeglądzie dzisiejszych nagrań cokolwiek okazało się nie w porządku. Na tym etapie jednak nie chciał już ani minuty dłużej tkwić w kostiumie umorusanym fałszywą krwią, która lepiła się do koszuli i uparcie przypominała mu o każdym ujęciu.
Wstał tak gwałtownie, że krzesło z jego nazwiskiem zaskrzypiało na betonie. Rozmowy ucichły. Kilkanaście głów odwróciło się w jego stronę. Nie powiedział ani słowa. Minął dwóch techników, jedną z asystentek i operatora kamery, po czym ruszył prosto do swojej przyczepy, z plecami wyprostowanymi jak struna. Dopiero gdy zniknął im z oczu, ekipa wzięła głęboki oddech i wróciła do pracy. Doskonale wiedział, czego się spodziewali: że zaraz wybuchnie, urządzi dramę albo zacznie narzekać, że musiał czekać na kaskadera. Niewielu z nich wiedziało, że on i Hollingsworth mają ze sobą całkiem dobry kontakt i że droczą się częściej, niż naprawdę kłócą.
Przyczepa pachniała kawą i kosmetykami. Zatrzasnął za sobą drzwi i zdarł z siebie przesiąkniętą sztuczną krwią koszulę, która kleiła się do skóry jak resztki taniego syropu. W łazience puścił wodę tak gorącą, na jaką tylko pozwalała instalacja, i patrzył, jak różowa strużka znikała w odpływie. Wziął szybki prysznic. Dłuższą chwilę poświęcił za to twarzy. Krem nałożył z wprawą, uważnie, bo wiedział, że imitacja krwi w połączeniu z podkładem to przepis na coś, co w najgorszym możliwym momencie wyskoczy mu na nosie albo na czole. Nie zamierzał dawać światu takiej satysfakcji.
Gdy wyszedł, skierował się do garderoby. Wybrał coś lekkiego, ale jesiennego: cienki sweter w kolorze przygaszonej czerwieni, czarne spodnie i skórzane sneakersy. Ciuchy, w których nikt nie mógł go przyłapać na tym, że się nie starał. Potem wrócił na plan i na swoje miejsce, oparł łokieć o podłokietnik krzesła i zerknął w stronę nagrywek Ryu bez szczególnego zainteresowania. Z jego perspektywy liczyły się tylko ogólne zarysy: światła, ruch ekipy, okrzyki z megafonu. Szczegóły zostawiał reżyserowi.
Jedna z asystentek charakteryzacji podeszła z pudrem i pędzelkiem, z troską spoglądając na jego nos.
– Odłóż to. Chcę mrożoną kawę, a nie kolejną warstwę cementu na twarzy – uciął ostro, nie unosząc nawet wzroku.
– Na pewno? Jest dość chłodno, a od tego można się rozchorować – zapytała z wahaniem.
Rzucił jej spojrzenie tak mordercze, że czym prędzej zniknęła bez słowa, by przygotować jego zamówienie.
Po kilku minutach miał już dość. Scena rozgrywająca się przed nim była dokładnie taka, jakiej się spodziewał: powtarzalna, hałaśliwa i nużąca. Sięgnął po telefon i zaczął przewijać powiadomienia, co jakiś czas rzucając okiem na plan, tak by wyglądało, jakby wcale tego nie robił.

Ryu Hollingsworth
ODPOWIEDZ

Wróć do „Pinewood Studios”