Wystawa, która nie powinna podobać się ludziom z pieniędzmi.
A jednak bilety VIP wyprzedały się pierwsze.
Sex, drugs, etc.
Reklamowano ją jako wystawę poświęconą współczesnemu, wszechobecnemu hedonizmowi, uzależnieniom, konsumpcji i granicom pożądania. W praktyce stanowiła coś pomiędzy artystyczną prowokacją, zbiorowym wyznaniem grzechów a bardzo rozbudowanym żartem z ludzi gotowych zapłacić fortunę za byle jaki przedmiot - tak długo jak ktoś odpowiednim językiem wyjaśnił im, dlaczego go potrzebują. Organizatorzy zarzekali się w swoim manifeście iż gardzą komercjalizacją sztuki, ale już przy wejściu sprzedawali limitowane katalogi i numerowane printy. Sadie doceniała otwartość przyznania, że usiłują zrobić z publiczności idiotów.
Robili to całkiem nieźle.
River była idealną osobą do podróży przez kolejne instalacje. Ich znajomość opierała się na osobliwym porozumieniu osób, które nie muszą przekonywać się nawzajem do własnych zainteresowań. Sadie nadal nie była przekonana do komiksów, River z kolei nie dostrzegała szczególnego uroku w zawodzie, w którym najważniejszym powiewem świeżości sezonu mogła być zmiana właściciela starego płótna. Żadnej nie przeszkadzało to w prowadzeniu pasjonujących dyskusji na oba tematy, a Sadie wyjątkowo ceniła sobie spojrzenie koleżanki - pozbawione charakterystycznej dla jej środowiska potrzeby równania każdej opinii z wartością rynkową.
Instalacje zajmowały kilka pomieszczeń w zaadaptowanym budynku przemysłowym. Surowe, betonowe wnętrza uzupełniano neonami, ciężkimi kotarami i przesadzoną ilością różowego światła. Ekspozycję podzielono na trzy części, chociaż granice pomiędzy nimi pozostawały rozmyte. Seks miał niewiele wspólnego z uczuciem, narkotyki nie służyły wyłącznie odurzaniu, a pod enigmatycznym etc udało się umieścić prawie wszystkie ludzkie słabości, na których człowiek nauczył się zarabiać.
Kolekcję otwierało dzieło object of desire: marmurowa rzeźba nagiej kobiety, której poszczególne części ciała już sprzedano kolekcjonerom. Czerwone naklejki SOLD pokrywały piersi, biodra, dłonie i nogi, choć najwyższą cenę osiągnęła twarz. Provenance of a one-night stand przedstawiało hotelowe łóżko po wyjątkowo interesującej nocy. Porozrzucane ubrania, samotny kolczyk na podłodze, kajdanki, kieliszek ze śladem szminki, opakowanie po prezerwatywie i obrączka ślubna otrzymały osobne numery katalogowe. Tabliczka obok krawatu informowała, że właściciel pragnie zachować anonimowość. The dealer spodobał jej się szczególnie: dwa stanowiska i dwóch sprzedawców, jeden stereotypowo uliczny i drugi stereotypowo ekskluzywny. Obaj wygłaszali te same hasła o ograniczonej dostępności, rosnącym zainteresowaniu i niepowtarzalności oferty. Jeden sprzedawał atrapy narkotyków, drugi niewielkie, abstrakcyjne obrazy. Porównanie było celne. Kolejna instalacja również.
White lines (a study in purity) przedstawiało równe linie białego proszku przypominającego kokainę. W rzeczywistości był to sproszkowany marmur z rozbitych reprodukcji antycznych rzeźb - każda porcja miała inną estymacje, zależną od nazwiska artysty, którego dzieło kupowano. Sadie bawiło to, że znała przypadki znacznie bardziej absurdalne. Sproszkowanie rzeźby wcale nie musiało oznaczać utraty jej wartości - przy odrobinie talentu i szczęścia, mogło ją nawet zwiększyć.
Pod hasłem etc umieszczono imponujące champagne problems - piramidę z pustych butelek po szampanie. Każda posiadała informację o miejscu, dacie i kwocie wydanej na alkohol. Na samym szczycie stał plastikowy kubek po tanim winie, opatrzony podpisem: same hangover, different tax bracket. Bathroom confessions imitowało toaletę drogiego klubu po nieudanej imprezie. Marmurowe umywalki, złote krany i lustra pokryte anonimowymi wyznaniami: ktoś sypiał z kuratorem dla zaproszeń na zamknięte wydarzenia, ktoś inny kupił obraz tylko po to, by nie mógł tego zrobić nikt inny. Zdrady, kompromitujące kłamstwa i przyznanie się do niezrozumienia sztuki konceptualnej. Zwiedzający mogli dopisywać swoje własne sekrety markerem stylizowanym na czerwoną szminkę, a Sadie nie mogła oprzeć się pokusie. Ludzie dostarczali swoje historie za darmo, a organizatorzy mieli na tym zarobić. Poezja.
Przedostatni eksponat był może najlepszym pomysłem wystawy: the morning after, w formie luksusowego apartamentu po bardzo kosztownej imprezie, skupiało uwagę na urwanej kartce z napisem: was it worth it? Leżała na łóżku, w towarzystwie obrzydliwie drogiego obrazu za zagłówkiem. W wannie leżała jedwabna suknia, na podłodze złamana szpilka, na meblach popiół papierosów, biżuteria, opakowania po używkach i prezerwatywach. W przeciwieństwie do reszty wystawy, panowała tam zupełna cisza.
Sadie zbyt dobrze znała ludzi, którzy każdego ranka zadawali sobie dokładnie to samo pytanie. Tylko z rachunkiem na wyższą kwotę.
Całość zamykało the last fuck given - przejście do sklepiku z pamiątkami i ogromny, czerwony neon głoszący I DON’T GIVE A FUCK. Pod nim tabliczka traktowała o tym, że wystawę finansowały instytucje, które wcześniej próbowały nakłonić organizatorów do rezygnacji z wulgaryzmu. Tuż obok można było kupić koszulki, kubki, torby i limitowane reprodukcje - wszystko w absurdalnych cenach. Trudno było o lepsze podsumowanie wystawy - artyści wyśmiewali komercjalizację buntu, jednocześnie sprzedając ją na ubraniach szytych przez dzieci w niebezpiecznych fabrykach.
Glass była pewna, że gdyby odpowiednio opowiedziała o wystawie premierowi, bez wahania zapłaciłby fortunę za oryginalny neon.
Nie czuła przy tym najmniejszej potrzeby bronienia świata przed krytyką - swojego świata, z którego wystawa bezceremonialnie drwiła. Większość przedstawionych mechanizmów znała za dobrze, a część żartów uważała za wręcz niedostatecznie złośliwe. Niektóre prace nie były udane, inne myliły obsceniczność z oryginalnością, ale całość miała w sobie coś ujmująco bezczelnego. Przede wszystkim nie wymagała od niej zachowywania zawodowej powagi.
Było to zaskakująco przyjemne.
Dlatego blondynki nie trzeba było namawiać, gdy pod koniec wystawy postawiono przed nią i River możliwość przedłużenia wieczoru. Jedna ze znajomych River, związana z alternatywnym środowiskiem artystycznym, wspomniała o nielegalnej
rave w opuszczonym obiekcie przemysłowym poza miastem. Szczegóły imprezy pozostawały celowo niejasne - lokalizację przekazywani prywatnie, oficjalna lista gości nie istniała, a wydarzenie bez stosownych pozwoleń miało stanowić część jego atrakcyjności. Impreza wydawała się idealną propozycją celebracji wszystkiego, co z rozsądkiem miało niewiele wspólnego.
A Sadie nigdy nie zamierzała spędzić całego życia na byciu
tą rozsądną.
W samochodzie zajęła miejsce pasażera; w dłoni trzymała papierosa, którego dym uciekał przez uchyloną szybę wraz z każdym, głębokim zaciągnięciem.
Aukcja i
Prowadząca zostawały w tyle, w światłach miasta odbijających w lusterkach - coraz mniejszych, coraz bardziej rozmazanych. Tego wieczoru Sadie nie musiała nikogo reprezentować, niczego sprzedawać, ani wykazywać znajomością konwenansów. Nie mogła się tego doczekać.
Pierwsza komplikacja pojawiła się dopiero po trzydziestu minutach drogi przez las. Reflektory samochodu oświetliły powalone drzewo. Pień blokował całą szerokość drogi, a pobocze nie istniało. Sadie początkowo przyjęła ten widok z pewnym rozbawieniem - najwyraźniej nawet natura musiała wyrazić dezaprobatę dla jej planów towarzyskich. Może szukanie seksu, narkotyków i
czegoś jeszcze było błędem? Nie zamierzała rezygnować ze wszystkiego, czego mogłaby kiedyś żałować. To byłoby nudne.
Zawróciły, żeby poszukać innej trasy, gotowe stracić kilkanaście minut. Problem polegał na tym, że niedługo zobaczyły dokładnie to samo drzewo.
To zaniepokoiło Sadie znacznie bardziej - doskonale pamiętała całą przebytą trasę. Każdy zakręt, rozwidlenie, charakterystyczny układ drzew przy poboczu, a nawet nierówności nawierzchni, na które wcześniej zwróciła uwagę. Jej pamięć nie pozostawiała miejsca na pomylenie dwóch podobnych odcinków drogi ani przypadkowe przeoczenie skrzyżowania. Wiedziała dokładnie którędy jechały, i równie dokładnie wiedziała, że nie powinny były znaleźć się ponownie w tym miejscu.
Przy kolejnej próbie świadomie kontrolowała przebieg trasy, zapamiętując już nie tylko mijane szczegóły, ale również kolejność skrętów i kierunki, w których się poruszały. Potrafiła bez najmniejszego wysiłku odtworzyć każdy fragment drogi, porównać go z poprzednim przejazdem i wskazać miejsca, w których ich trasy się różniły. Nie było możliwości, żeby nieświadomie zatoczyły koło, a jednak po kilku minutach reflektory samochodu ponownie oświetliły znajomy pień, z charakterystycznym rozwidleniem gałęzi, fragmentem odłamanej kory i konarami rozrzuconymi na asfalcie dokładnie tak samo jak wcześniej.
To nie było podobne drzewo. To było to samo drzewo. Sadie nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości. Nie potrafiła natomiast wyjaśnić, w jaki sposób do niego dotarły.
Potem nawigacja przestała działać. Telefon stracił zasięg, a pomiędzy drzewami zaczęła gromadzić się mgła, początkowo przypominająca zwyczajną warstwę wilgotnego powietrza, z każdą kolejną minutą coraz skuteczniej ograniczająca widoczność.
Sadie stopniowo traciła ochotę do żartów.
Nie należała do osób skłonnych do paniki, a tym bardziej do doszukiwania się nadprzyrodzonych wyjaśnień tam, gdzie wystarczała odrobina rozsądku. Potrafiła zaakceptować brak informacji, błędne założenia i sytuacje, w których nawet najlepsza analiza nie pozwalała przewidzieć rezultatu. Tutaj jednak nie chodziło o brak danych. Miała ich aż nadto. Pamiętała każdy przejechany odcinek, wszystkie zakręty i punkty orientacyjne, a mimo to trasa kończyła się w miejscu, do którego zgodnie z jej przebiegiem nie mogły dotrzeć. Nie kwestionowała własnej pamięci. To właśnie pewność tego, co widziała i zapamiętała, czyniła całą sytuację tak niepokojącą.
Zgodnie z ostatnimi wskazaniami nawigacji najbliższa miejscowość znajdowała się zaledwie dwa kilometry dalej. Perspektywa pieszej wędrówki przez las nie należała do szczególnie kuszących, ale równie mało atrakcyjne wydawało się czekanie do rana w samochodzie. Po środku
chuj-wie-czego-chuj-wie-gdzie.
—
Kurwa.
River Cross