ODPOWIEDZ
25 y/o
Welkom in Canada
154 cm
auction specialist Heffel fine art auction house
Awatar użytkownika
I think of you when I'm getting dressed. I see through your eyes and you're not impressed.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wystawa, która nie powinna podobać się ludziom z pieniędzmi.
A jednak bilety VIP wyprzedały się pierwsze. Sex, drugs, etc.
Reklamowano ją jako wystawę poświęconą współczesnemu, wszechobecnemu hedonizmowi, uzależnieniom, konsumpcji i granicom pożądania. W praktyce stanowiła coś pomiędzy artystyczną prowokacją, zbiorowym wyznaniem grzechów a bardzo rozbudowanym żartem z ludzi gotowych zapłacić fortunę za byle jaki przedmiot - tak długo jak ktoś odpowiednim językiem wyjaśnił im, dlaczego go potrzebują. Organizatorzy zarzekali się w swoim manifeście iż gardzą komercjalizacją sztuki, ale już przy wejściu sprzedawali limitowane katalogi i numerowane printy. Sadie doceniała otwartość przyznania, że usiłują zrobić z publiczności idiotów.
Robili to całkiem nieźle.
River była idealną osobą do podróży przez kolejne instalacje. Ich znajomość opierała się na osobliwym porozumieniu osób, które nie muszą przekonywać się nawzajem do własnych zainteresowań. Sadie nadal nie była przekonana do komiksów, River z kolei nie dostrzegała szczególnego uroku w zawodzie, w którym najważniejszym powiewem świeżości sezonu mogła być zmiana właściciela starego płótna. Żadnej nie przeszkadzało to w prowadzeniu pasjonujących dyskusji na oba tematy, a Sadie wyjątkowo ceniła sobie spojrzenie koleżanki - pozbawione charakterystycznej dla jej środowiska potrzeby równania każdej opinii z wartością rynkową.
Spoiler
Instalacje zajmowały kilka pomieszczeń w zaadaptowanym budynku przemysłowym. Surowe, betonowe wnętrza uzupełniano neonami, ciężkimi kotarami i przesadzoną ilością różowego światła. Ekspozycję podzielono na trzy części, chociaż granice pomiędzy nimi pozostawały rozmyte. Seks miał niewiele wspólnego z uczuciem, narkotyki nie służyły wyłącznie odurzaniu, a pod enigmatycznym etc udało się umieścić prawie wszystkie ludzkie słabości, na których człowiek nauczył się zarabiać.
Kolekcję otwierało dzieło object of desire: marmurowa rzeźba nagiej kobiety, której poszczególne części ciała już sprzedano kolekcjonerom. Czerwone naklejki SOLD pokrywały piersi, biodra, dłonie i nogi, choć najwyższą cenę osiągnęła twarz. Provenance of a one-night stand przedstawiało hotelowe łóżko po wyjątkowo interesującej nocy. Porozrzucane ubrania, samotny kolczyk na podłodze, kajdanki, kieliszek ze śladem szminki, opakowanie po prezerwatywie i obrączka ślubna otrzymały osobne numery katalogowe. Tabliczka obok krawatu informowała, że właściciel pragnie zachować anonimowość. The dealer spodobał jej się szczególnie: dwa stanowiska i dwóch sprzedawców, jeden stereotypowo uliczny i drugi stereotypowo ekskluzywny. Obaj wygłaszali te same hasła o ograniczonej dostępności, rosnącym zainteresowaniu i niepowtarzalności oferty. Jeden sprzedawał atrapy narkotyków, drugi niewielkie, abstrakcyjne obrazy. Porównanie było celne. Kolejna instalacja również.
White lines (a study in purity) przedstawiało równe linie białego proszku przypominającego kokainę. W rzeczywistości był to sproszkowany marmur z rozbitych reprodukcji antycznych rzeźb - każda porcja miała inną estymacje, zależną od nazwiska artysty, którego dzieło kupowano. Sadie bawiło to, że znała przypadki znacznie bardziej absurdalne. Sproszkowanie rzeźby wcale nie musiało oznaczać utraty jej wartości - przy odrobinie talentu i szczęścia, mogło ją nawet zwiększyć.
Pod hasłem etc umieszczono imponujące champagne problems - piramidę z pustych butelek po szampanie. Każda posiadała informację o miejscu, dacie i kwocie wydanej na alkohol. Na samym szczycie stał plastikowy kubek po tanim winie, opatrzony podpisem: same hangover, different tax bracket. Bathroom confessions imitowało toaletę drogiego klubu po nieudanej imprezie. Marmurowe umywalki, złote krany i lustra pokryte anonimowymi wyznaniami: ktoś sypiał z kuratorem dla zaproszeń na zamknięte wydarzenia, ktoś inny kupił obraz tylko po to, by nie mógł tego zrobić nikt inny. Zdrady, kompromitujące kłamstwa i przyznanie się do niezrozumienia sztuki konceptualnej. Zwiedzający mogli dopisywać swoje własne sekrety markerem stylizowanym na czerwoną szminkę, a Sadie nie mogła oprzeć się pokusie. Ludzie dostarczali swoje historie za darmo, a organizatorzy mieli na tym zarobić. Poezja.
Przedostatni eksponat był może najlepszym pomysłem wystawy: the morning after, w formie luksusowego apartamentu po bardzo kosztownej imprezie, skupiało uwagę na urwanej kartce z napisem: was it worth it? Leżała na łóżku, w towarzystwie obrzydliwie drogiego obrazu za zagłówkiem. W wannie leżała jedwabna suknia, na podłodze złamana szpilka, na meblach popiół papierosów, biżuteria, opakowania po używkach i prezerwatywach. W przeciwieństwie do reszty wystawy, panowała tam zupełna cisza.
Sadie zbyt dobrze znała ludzi, którzy każdego ranka zadawali sobie dokładnie to samo pytanie. Tylko z rachunkiem na wyższą kwotę.
Całość zamykało the last fuck given - przejście do sklepiku z pamiątkami i ogromny, czerwony neon głoszący I DON’T GIVE A FUCK. Pod nim tabliczka traktowała o tym, że wystawę finansowały instytucje, które wcześniej próbowały nakłonić organizatorów do rezygnacji z wulgaryzmu. Tuż obok można było kupić koszulki, kubki, torby i limitowane reprodukcje - wszystko w absurdalnych cenach. Trudno było o lepsze podsumowanie wystawy - artyści wyśmiewali komercjalizację buntu, jednocześnie sprzedając ją na ubraniach szytych przez dzieci w niebezpiecznych fabrykach.
Glass była pewna, że gdyby odpowiednio opowiedziała o wystawie premierowi, bez wahania zapłaciłby fortunę za oryginalny neon.
Nie czuła przy tym najmniejszej potrzeby bronienia świata przed krytyką - swojego świata, z którego wystawa bezceremonialnie drwiła. Większość przedstawionych mechanizmów znała za dobrze, a część żartów uważała za wręcz niedostatecznie złośliwe. Niektóre prace nie były udane, inne myliły obsceniczność z oryginalnością, ale całość miała w sobie coś ujmująco bezczelnego. Przede wszystkim nie wymagała od niej zachowywania zawodowej powagi.
Było to zaskakująco przyjemne.
Dlatego blondynki nie trzeba było namawiać, gdy pod koniec wystawy postawiono przed nią i River możliwość przedłużenia wieczoru. Jedna ze znajomych River, związana z alternatywnym środowiskiem artystycznym, wspomniała o nielegalnej rave w opuszczonym obiekcie przemysłowym poza miastem. Szczegóły imprezy pozostawały celowo niejasne - lokalizację przekazywani prywatnie, oficjalna lista gości nie istniała, a wydarzenie bez stosownych pozwoleń miało stanowić część jego atrakcyjności. Impreza wydawała się idealną propozycją celebracji wszystkiego, co z rozsądkiem miało niewiele wspólnego.
A Sadie nigdy nie zamierzała spędzić całego życia na byciu tą rozsądną.
W samochodzie zajęła miejsce pasażera; w dłoni trzymała papierosa, którego dym uciekał przez uchyloną szybę wraz z każdym, głębokim zaciągnięciem. Aukcja i Prowadząca zostawały w tyle, w światłach miasta odbijających w lusterkach - coraz mniejszych, coraz bardziej rozmazanych. Tego wieczoru Sadie nie musiała nikogo reprezentować, niczego sprzedawać, ani wykazywać znajomością konwenansów. Nie mogła się tego doczekać.
Pierwsza komplikacja pojawiła się dopiero po trzydziestu minutach drogi przez las. Reflektory samochodu oświetliły powalone drzewo. Pień blokował całą szerokość drogi, a pobocze nie istniało. Sadie początkowo przyjęła ten widok z pewnym rozbawieniem - najwyraźniej nawet natura musiała wyrazić dezaprobatę dla jej planów towarzyskich. Może szukanie seksu, narkotyków i czegoś jeszcze było błędem? Nie zamierzała rezygnować ze wszystkiego, czego mogłaby kiedyś żałować. To byłoby nudne.
Zawróciły, żeby poszukać innej trasy, gotowe stracić kilkanaście minut. Problem polegał na tym, że niedługo zobaczyły dokładnie to samo drzewo.
To zaniepokoiło Sadie znacznie bardziej - doskonale pamiętała całą przebytą trasę. Każdy zakręt, rozwidlenie, charakterystyczny układ drzew przy poboczu, a nawet nierówności nawierzchni, na które wcześniej zwróciła uwagę. Jej pamięć nie pozostawiała miejsca na pomylenie dwóch podobnych odcinków drogi ani przypadkowe przeoczenie skrzyżowania. Wiedziała dokładnie którędy jechały, i równie dokładnie wiedziała, że nie powinny były znaleźć się ponownie w tym miejscu.
Przy kolejnej próbie świadomie kontrolowała przebieg trasy, zapamiętując już nie tylko mijane szczegóły, ale również kolejność skrętów i kierunki, w których się poruszały. Potrafiła bez najmniejszego wysiłku odtworzyć każdy fragment drogi, porównać go z poprzednim przejazdem i wskazać miejsca, w których ich trasy się różniły. Nie było możliwości, żeby nieświadomie zatoczyły koło, a jednak po kilku minutach reflektory samochodu ponownie oświetliły znajomy pień, z charakterystycznym rozwidleniem gałęzi, fragmentem odłamanej kory i konarami rozrzuconymi na asfalcie dokładnie tak samo jak wcześniej.
To nie było podobne drzewo. To było to samo drzewo. Sadie nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości. Nie potrafiła natomiast wyjaśnić, w jaki sposób do niego dotarły.
Potem nawigacja przestała działać. Telefon stracił zasięg, a pomiędzy drzewami zaczęła gromadzić się mgła, początkowo przypominająca zwyczajną warstwę wilgotnego powietrza, z każdą kolejną minutą coraz skuteczniej ograniczająca widoczność.
Sadie stopniowo traciła ochotę do żartów.
Nie należała do osób skłonnych do paniki, a tym bardziej do doszukiwania się nadprzyrodzonych wyjaśnień tam, gdzie wystarczała odrobina rozsądku. Potrafiła zaakceptować brak informacji, błędne założenia i sytuacje, w których nawet najlepsza analiza nie pozwalała przewidzieć rezultatu. Tutaj jednak nie chodziło o brak danych. Miała ich aż nadto. Pamiętała każdy przejechany odcinek, wszystkie zakręty i punkty orientacyjne, a mimo to trasa kończyła się w miejscu, do którego zgodnie z jej przebiegiem nie mogły dotrzeć. Nie kwestionowała własnej pamięci. To właśnie pewność tego, co widziała i zapamiętała, czyniła całą sytuację tak niepokojącą.
Zgodnie z ostatnimi wskazaniami nawigacji najbliższa miejscowość znajdowała się zaledwie dwa kilometry dalej. Perspektywa pieszej wędrówki przez las nie należała do szczególnie kuszących, ale równie mało atrakcyjne wydawało się czekanie do rana w samochodzie. Po środku chuj-wie-czego-chuj-wie-gdzie.
— Kurwa.

River Cross
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dallas major
AI
25 y/o
MAŁA LADY PANK
175 cm
twórczyni komiksów
Awatar użytkownika
My girl look like Wednesday Addams
Eyes go black when she orgasms
Hide your back, she likes to stab them
My butt cheeks, she likes to grab
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

034
Była święcie przekonana, że to będzie najgłupsza wystawa, na jakiej kiedykolwiek była. Doceniała zaproszenie, ale trudno było jej to wszystko potraktować poważnie. Próba zrobienia sztuki z czegoś, co ci wszyscy wariaci i tak robili po godzinach, była daremna. Nie można było robić takich rzeczy na zawołanie i udawać, że dopisuje się do tego filozofię. A może była po prostu trochę zawiedziona, że nawet nie dostała okazji się wykazać w tej formie? Miała przecież w domu obraz perfekcyjny na tę właśnie wystawę, który był lepszy od wszystkiego, co na niej zobaczyła. Nie, to nie mogło być to. Nie miałaby nic przeciwko zaprezentowaniu tamtego portretu całemu światu, bo uważała, że był absolutnie wybitny i zasługiwał na poklask, ale na pewno by go ot tak nie sprzedała jakiemuś napuszonemu bubkowi, któremu wydaje się, że rozumie, co artysta miał na myśli tylko przez to, że dzień wcześniej zachlał i zapłacił jakiejś ładnej kobiecie, by zwaliła mu konia. Litości. River nie mogła skupiać się teraz na jakimkolwiek żalu, bo przecież nie będzie w stanie spojrzeć potem w lustro. Musiała być ponad to. Musiała też udać się na wystawę i ocenić wszystko na własne oczy. Wychodziła z założenia, że jak ktoś już chce się wypowiadać, to powinien znać temat. Opowiadanie o beznadziei dzieł, których się nawet nie widziało, mijało się z celem. Chciała dobrze wiedzieć, z czego będzie potem lżyć. Jak miałaby dopasowywać odpowiednie złośliwości do rozmów z Sadie, jeżeli nie pozwoli się nakarmić nowymi rodzajami niedostatków?
— Uważam, że to wyjątkowo niegrzeczne, że zapraszasz mnie na takie wydarzenie, a potem nie oferujesz ani dragów, ani seksu, wiesz? — rzuciła do Glass, gdy wyszły wreszcie na świeże powietrze. Nie oddychały nim zbyt długo, bo przecież szły do samochodu, którym miały dojechać na kolejną imprezę zamkniętą w ciasnych ścianach. Na niej z kolei powinno być wszystko to, co próbowali przekazać artyści, ale w dużo czystszej formie. Prawdziwej. Ociekającej desperacją i potem, czyli w swoim najlepszym wydaniu. Dobrze, że Sadie nie protestowała i od razu zgodziła się na udział. Jeszcze tego brakowało, by musiała ją namawiać do przyjemności. Dziewczyna była jednak rozsądna i potrafiła czerpać z życia garściami, co Cross bardzo w niej doceniała. Unikając blasków i cieni egzystencji nigdy nie zrozumie się i nie doceni żadnej sztuki poza przedrukami obrazów sprzedawanych w Ikei, a od Glass naprawdę oczekiwała czegoś więcej.
Zgodziła się na zajęcie fotela kierowcy, bo wiedziała, że będzie mogła się nieco wyżyć. Nie jeździła często i nigdy nie robiła tego rozsądnie. Miała zdecydowanie zbyt ciężką nogę i zbyt lekkie myśli. To nie tak, że nie znała przepisów ruchu drogowego. Po prostu nie przejmowała się nimi jakoś specjalnie. Nie chciała rezygnować z adrenaliny, kiedy dostawała do niej tak swobodny dostęp. Że niby powinna martwić się o to, że jak popełni jakiś błąd, to mogą obie przypłacić to życiem? Cóż, to tylko sprawiało, że zabawa stawała się przyjemniejsza. Fakt, że musiały wyjechać za miasto tylko dodawał temu wszystkiemu pikanterii. Tam drogi są przecież dużo prostsze, choć słabiej oświetlone.
Jak się okazuje, były też wyjątkowo dziwne. Nie miała pojęcia, w którym momencie popełniła błąd. Była pewna, że podąża dość posłusznie za nawigacją. Może miała jakiś problem z zasięgiem? Albo nie zauważyła jakiegoś wymogu zawrócenia? Nigdy nie włączała głosu lektora w mapach, więc takie drobiazgi faktycznie mogły jej umknąć. No przecież nie zwariowała do reszty. To drzewo, które leżało na drodze, nie wzięło się znikąd. Jakie istniało prawdopodobieństwo, że na podmiejskich ulicach Toronto przewaliły się dwa bardzo podobne pnie w praktycznie tym samym czasie? Była raczej kiepska z matmy, ale domyślała się, że nie było ono zerowe. Nie ma co się fiksować. Trzeba było po prostu jeszcze raz zawrócić i spróbować innego sposobu.
Tylko że inny sposób też nie działał. Coś chyba siadało jej na łeb. Może jednak wystawa oferowała coś więcej poza nudną sztuką? Wpuścili coś do wentylacji, żeby oczarować odwiedzających? Szkoda tylko, że owe coś działało z takim opóźnieniem i dopiero teraz siadało jej na łeb. Może i jeździła brawurowo, ale nie była durna. Nie chciała prowadzić pod wpływem czegokolwiek. Nigdzie zresztą nie były w stanie dojechać, docierając ciągle do tej samej przeszkody. Trzeba było wysiąść i poradzić sobie w inny sposób.
— No chodź, księżniczko. To nie jest tak daleko. Ostrzegam, że jak rzuci się na nas jakiś dzik albo puma, to rzucam cię na pożarcie i spierdalam — powiedziała. Podeszła do przewalonego drzewa, jakby chciała się upewnić, że to nie jest jakiś prank albo wyjątkowo udana sztuczka iluzji. Postukała placem w drewno, które zdawało się całkiem realistyczne. Przesunęła światłem latarki z telefonu po długości pnia, szukając jakiejś podpowiedzi, co mogłyby zrobić, by jednak samodzielnie pozbyć się tej przeszkody. Zmarszczyła brwi, dostrzegając wreszcie coś w dziupli. Nachyliła się i sięgnęła do niej ręką. Wyciągnęła kamienny, płaski symbol, który mieścił jej się w dłoni. Ktoś chyba próbował wyrzeźbić heksagram, ale wyszło mu wyjątkowo krzywo. Po plecach Cross aż przeszły dreszcze, gdy dostrzegła, z jakim brakiem staranności ktoś to wykonał.
— Myślisz, że dałabyś radę wcisnąć to tym swoim klientom jako formę artystycznego wariactwa czy nie są aż tak głupi? — zapytała, gdy znalazły się już obok siebie i podała jej paskudny symbol. Skinęła głową na swoją towarzyszkę, by po prostu ruszyła za nią leśną ścieżką. Skierowała światło z telefonu na kiepską, leśną ścieżkę, przez którą musiały przebrnąć. Dobrze, że chociaż nie padało im na łby, choć nocy o tej porze roku w Kanadzie nie należały już do najcieplejszych. W ruchu się rozgrzeją? Być może. River zawsze chodziła dość szybko, gdy była zirytowana, a ta cała sytuacja zdecydowanie działała jej na nerwy.

Sadie Glass
Werka
dogadamy się
25 y/o
Welkom in Canada
154 cm
auction specialist Heffel fine art auction house
Awatar użytkownika
I think of you when I'm getting dressed. I see through your eyes and you're not impressed.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Las i obcasy było połączeniem, które nie miało prawa się udać. Starannie ułożone blond loki, i leśne owady, stwory i inne pajęczyny - również. Glass lubiła naturę, ale tylko taką, która nie wydawała zagrażać. Letni wypoczynek na pięknej plaży (choć wciąż nie nauczyła się pływać) brzmiał świetnie, zaś spacer pomiędzy drzewami, w nieznajomym kierunku, bez narzędzi cywilizacji - bez szans. Wielkie oczy Sadie sugerowały brak gotowości na ruch w żadną stronę - ani w drogę do najbliższego miasteczka, ani głębiej w samochodowy fotel, w oczekiwaniu aż ktoś je odnajdzie. Nie był to paraliż decyzyjny - raczej absolutne zniechęcenie do istniejących opcji i frustracja, że dragi i seks które rave mógł zaoferować i jej, i River, jeszcze się oddalą. Przecież chciała rozrywki, nie amatorskich przygód Beara Gryllsa.
Westchnęła.
— Mam dla ciebie złe wieści — zaśmiała się, zwlekając nieprzystosowane do życia w dziczy cztery litery z tapicerki. Drzwi zamknęła za sobą głośniej, niż zazwyczaj, jakby mocniejszy gest miał pomóc w rozładowaniu napięcia. W filmach trzaskanie drzwiami miało jednak znacznie lepszy efekt. — Jestem cholernie koścista. Żylasta pewnie też. Dzik albo puma zajęłyby się mną na kilka minut, a potem biegły za tobą — czubkiem zbyt drogiego jak na te warunki buta dotknęła do konaru, jakby w ciągu kilku sekund uznała, że szkoda brudzić sobie dłonie. Sytuacja nie jest jeszcze aż tak dramatyczna - oszukiwała się z pasją - i wszystko mogło za chwilę okazać głupim błędem. Jeśli przeżyła dwadzieścia pięć lat polegając na swojej bezbłędnej pamięci ejdetycznej, musiał nadejść moment, w którym dojdzie do awarii. Mózg musiał mieć jakieś granice, widocznie los chciał nauczyć Sadie pokory i tym razem - przekonana o swojej wyjątkowości - musiała źle zapamiętać sekwencję zakrętów, drzew i krzewów czy inne charakterystyczne punkty na trasie. O co innego mogłoby chodzić?
Wyostrzyła wzrok na drobnej dłoni Cross sięgającej do dziupli, a dreszcz przeszedł po całym jej ciele. Artystka była od niej znacznie odważniejsza od pierwszych sekund tego koszmaru, a niespodzianka okazała specyficznym kawałkiem kamienia - nie ugryzieniem dzikiego zwierzęcia, po którym czekała seria szczepionek na tężec czy inną wściekliznę. Sadie zauważalnie odetchnęła.
Kamień.
Kamień chyba nie mógł ich skrzywdzić, dopóki obie nie oszaleją w lesie z zimna i głodu, i jedna drugiej takowym nie uderzy.
Przyjrzała się mu, rozpoznając niektóre kształty symbolu - i niestaranność wykonania, która nawet w takich okolicznościach przeszkadzała. Sadie nie byłaby jednak sobą, gdyby nie uznała, że zawsze jest miejsce na odrobinę marketingu. Odpowiednio przedstawiona wada mogła zostać sprzedana jako zaleta, jeśli człowiek wystarczająco się do tego przykładał.
— Hmmm — chwyciła dziwny talizman w palce i obróciła kilka razy, zanim ruszyły leśną ścieżką. — Estetycznie nie zachwyca, materiał nie wnosi żadnej wartości, więc sprzedać trzeba byłoby historię. Zamiast „źle wyrzeźbionego heksagramu” przedstawiałabym im „świadomą dekonstrukcję geometrii sakralnej” — zastanowiła się. Potrzebowała ledwie kilkunastu sekund, żeby wymyślić kompletną proweniencję, koncepcję artystyczną i strategię sprzedaży paskudnego kamienia. Robiła to ze swobodą i przekonaniem, które poddawało w wątpliwość, czy rzeczywiście wszystko to zmyśliła. I dobrze - ćwiczenie odwracało uwagę od tego, że kształt samochodu stawał coraz mniejszy za ich plecami, a światło latarki w telefonie coraz mniej skuteczne wobec ciemności koron drzew.
— Wyobraź to sobie: anonimowy artysta, koniec lat siedemdziesiątych, wczesny land art. Umieścił swoje prace w naturze, żeby zakwestionować tradycyjne pojęcie własności dzieła sztuki. Dokumentacja się nie zachowała, bo jej brak stanowił część artystycznego manifestu. Niedoskonałość rzeźby reprezentuje niemożność osiągnięcia absolutnej harmonii, a dziupla jest jednocześnie przestrzenią wystawienniczą - i symbolem przemijania. Odnalezienie przedmiotu to akt performatywny, który nadaje mu nową wartość. Przy dobrym katalogu… — wzruszyła ramionami — sześćdziesiąt tysięcy dolarów. Osiemdziesiąt, jeśli przekonałabym kupca, że istnieje drugi zainteresowany.
Nie miała pewności ile czasu minęło od pozostawienia samochodu, ale wolała tego nie sprawdzać. Zdecydowanie wolałaby dotrzeć już do celu. W pewnym momencie, uważnie stąpając po ściółce, coś dostrzegła.
Początkowo uznała, że jasny fragment pomiędzy drzewami to kolejne złudzenie - światło odbijające się od czegoś, nic więcej. Zmieniła nieznacznie pozycję, próbując przyjrzeć mu się dokładniej, ale jasna plama nie zniknęła. Przy odpowiednim skupieniu prawie widziała prostokątny kształt, który trudno byłoby osiągnąć konstrukcji gałęzi.
— Okno? — mruknęła niepewnie. Światło było słabe, żółtawe, ledwo przebijało się przez ciemność. Dopiero po chwili zobaczyła zarys drewnianych ścian i dachu czegoś, co przypominało szopę albo niewielką chatkę, ukrytą pomiędzy drzewami.
— Powiedz mi, że też je widzisz — poczuła pierwszą od dłuższego czasu ulgę - obecność budynku oznaczała możliwość uzyskania pomocy. Ulga nie trwała jednak długo - nie miały gwarancji, że ktokolwiek znajdował się w środku.
Ani, że jeśli znajdował, chętnie udzieli pomocy dwóm zagubionym w lesie młodym i atrakcyjnym dziewczynom.
Mimo wszystko była to pierwsza rzecz od opuszczenia auta, która dawała jakąś nadzieję.
— Bardziej „babcia z czerwonego kapturka” czy „zamaskowany facet z teksańskiej masakry piłą mechaniczną”?

River Cross
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dallas major
AI
25 y/o
MAŁA LADY PANK
175 cm
twórczyni komiksów
Awatar użytkownika
My girl look like Wednesday Addams
Eyes go black when she orgasms
Hide your back, she likes to stab them
My butt cheeks, she likes to grab
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wydała z siebie pomruk niezadowolenia, gdy Glass zaczęła wymieniać wszystko, co mogłoby sprawić, że dzikie zwierzę szybko się nią znudzi i zacznie szukać innej ofiary. Trzeba było pojechać na tę imprezę z kimś bardziej smakowitym, ale skąd mogła wiedzieć, że takie kryteria będzie trzeba spełnić? Bez żadnego skrępowania przesunęła wzrokiem po sylwetce dziewczyny, zatrzymując się na kilka sekund na wysokości piersi.
— Chyba trochę się nie doceniasz, wiesz? Ale jak puma cię porzuci i zacznie biec za mną, to przynajmniej będę wiedziała, że nie należy się przejmować, bo to jakieś wyjątkowo durne zwierzę — prychnęła z rozbawieniem i machnęła ręką, prezentując własną chudą i kościstą sylwetkę. Nawet witamin nie miała w sobie zbyt dużo! Nie była pewna, czy futrzaki były w stanie z daleka rozpoznać anemię i czy to właściwie jakkolwiek wpływało na jej smak, ale pewnie tak. Chorych zwierząt przecież się nie jadło. Mogły liczyć na to, że w tym lesie mieszka kwiat inteligencji czworonogów i żadne z nich ich nie zaatakuje, bo uzna, że to po prostu strata czasu.
Była ciekawa, jaką historię Glass wymyśli odnośnie do tego wyjątkowo paskudnego kamienia. Spodziewała się po niej wielkich rzeczy i właściwie się nie zawiodła. Słuchała bardzo uważnie tego, co dziewczyna miała do powiedzenia. Brwi artystki wędrowały coraz wyżej w geście zdziwienia. Historia ewoluowała coraz szybciej, a jej dramatycznym zwieńczeniem była cena, którą Sadie podała na końcu. Tego było już za dużo na prosty umysł Cross. Prychnęła z rozbawieniem, zakładając, że dziewczyna po prostu ją wkręca, a ona durna dała się na to złapać. Mina jej towarzyszki jasno jednak wskazywała, że to nie miało niczego wspólnego z prankiem. River zamrugała kilkakrotnie, próbując poukładać sobie w głowie wszystkie te nowe informacje. To, jak źle znosiła tonięcie w marazmie kapitalizmu, było dla wszystkich jej znajomych jasne. Ale czyżby była do tej pory tak ślepa? Skupiała się na pogardzie względem miliarderów, a nie zdawała sobie sprawę, jacy odklejeńcy żyją na wyciągnięcie ręki. No dobrze, może nie znała osobiście jakiegoś świra, który dałby się oczarować opowieściom Sadie, ale sam fakt, że znała ją i wierzyła jej w te wszystkie opowieści, był już zatrważający. Podobno od Opry Winfrey czy Billa Gatesa dzielą wszystkich tylko trzy lub cztery osoby. Najwyraźniej od wariatów dzieli jedna.
— Jakim cudem ty powstrzymujesz się od parsknięcia tym ludziom śmiechem w twarz, wciskając im takie bzdury, co? — rzuciła, przyglądając jej się z uwagą. Cross była pewna, że sama nie dałaby rady. Wymyślanie takich bzdurnych historyjek na poczekaniu nie byłoby problemem, ale trzeba było w to wszystko jakkolwiek wierzyć, żeby opowieść sprawiała wrażenie wiarygodnej. Jeżeli człowiek nie ufa we własne kłamstwa, to daleko na takich oszustwach nie zajedzie.
— Słyszałaś o tej zabawie, w której ludzie zostawiają własnoręcznie pomalowane kamienie w w jakichś ciekawych miejscach i jak taki znajdziesz, to możesz go zabrać i zostawić gdzieś kompletnie indziej przy swojej kolejnej podróży? Czasami trafiają się nawet takie bardzo ładne. To mógłby być dla ciebie milionowy biznes. — Uśmiechnęła się kwaśno, wyobrażając sobie, jak Sadie stara się przekonać jakiegoś bogatego kretyna, że kamień z namalowanymi żuczkami i kodem pocztowym jakiejś wioski w Belgii jest wart więcej niż samochód, który ostatnio kupił. Może jednak powinna wyrzucić godność do kosza i poprosić ją o reprezentację? Sprzedałaby tylko kilka dzieł i byłaby ustawiona do końca życia. Nie była jednak pewna, czy w ogóle byłaby w stanie namalować coś takiego, co zadowoliłoby takie... wyjątkowe gusta.
Im bardziej zagłębiały się w las, tym bardziej była pewna, że to zły pomysł. Trzeba było zawrócić i po prostu wrócić do Toronto. Do tego czasu na pewno znalazłyby już jakąś inną imprezę, na której mogłyby się świetnie bawić. Właściwie to mogły nawet pojechać do mieszkania River i tam się naćpać. Byłoby z tym więcej radochy niż ze szlajaniem się w tych ciemnościach. Chociaż czy było aż tak ciemno? Na pewno nie w tym dziwacznym oknie, które nagle dostrzegły. Cross ściągnęła brwi, zastanawiając się, czy faktycznie nie przeżywały właśnie jakiejś zbiorowej halucynacji.
— Mam nadzieję, że są tam oboje i są parą. No wiesz, te wszystkie szeptuchy też są pierdol... — Nie dane jej było dokończyć. Słowo zostało przerwane przez zduszony krzyk. Rysowniczka chciała podejść do drzwi domku i po prostu zapukać, by zasięgnąć tam języka. Szkoda tylko, że nie patrzyła pod nogi. Nie wiedzieć kiedy ziemia pod jej stopami się zapadła, przez co wpadła do płytkiego, podłużnego dołu. Jęknęła niezadowolona, podnosząc obolały tyłek i dopiero wtedy poświeciła dookoła, by zbadać, gdzie konkretnie się znalazła.
— Mam dziwne wrażenie, że dałabym radę się tu położyć — mruknęła pod nosem, przesuwając latarką wzdłuż dołu. Długością i szerokością perfekcyjnie dopasowywał się do ciała przeciętnego człowieka. Dobrze, że chociaż nie był zbyt głęboki i River nie zdążyła w trakcie spadania zrobić sobie jakiejś krzywdy... bo ta na psychice się nie liczy, prawda? Podała Sadie swój telefon, by dziewczyna oświetliła jej okolice, gdy będzie się stamtąd wygramalać.

Sadie Glass
Werka
dogadamy się
25 y/o
Welkom in Canada
154 cm
auction specialist Heffel fine art auction house
Awatar użytkownika
I think of you when I'm getting dressed. I see through your eyes and you're not impressed.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Świat elit rządził się swoimi prawami, a Sadie szybko musiała napisać sobie własne instrukcje pod każdy labirynt. Najważniejsze było zrozumienie, że w handlu sztuką nigdy nie handlowała sztuką. Obraz nie był obrazem, lecz komunikatem. Cena obrazu nie była ceną, lecz informacją o statusie. Poszukiwanie niedostępnego dzieła częściej miało związek z ego człowieka, który wszystko inne może sobie kupić od ręki - niż z faktycznym zamiłowaniem do dzieł zmarłego artysty i pragnieniem budowania kolekcji. Przez ostatnie lata udało jej się jednak wypracować stałą pulę klientów, szukających wsparcia w zarządzaniu swoimi artystycznymi portfolio, gdzie nie musiała aż tak zgrzytać zębami przy każdej transakcji. Początki kariery wymagały poświęceń, żeby na tym etapie mogła wybierać osoby do współpracy według własnych kryteriów. Szczyciła się swoim profesjonalizmem i talentem do załatwiania rzeczy niemożliwych, ale i cieszyła tym, że nie musi już tego robić dla byle kogo - tylko po to, by utrzymać się na zawodowej powierzchni. Teraz proces był selektywny - nie tylko Glass musiała spełnić kryteria klienta, ale i klient musiał wpasować w jej profil, by zostać przyjętym. Niestety - to oznaczało, że w jej gronie nie znajdował się nikt, komu chciałaby opchnąć brzydki kamień z lasu. Prawie poczuła ukłucie żalu w serduszku, bo historia byłaby to piękna - taka, do opowiadania wnukom przy kominku.
— Och, te „bzdury” są tylko dla ciebie. W pracy muszę się powstrzymywać — odpowiedziała wesoło. Sprzedałaby ślepemu kredki i głuchemu skrzypce, gdyby chciała, ale to nie budowało kariery. A Sadie Glass, uciekinierka z bastionu przeciętności w Elorze, Ontario, była zdeterminowana zostawić na świecie sztuk pięknych swój odcisk. — Poza tym, to naprawdę proste. Wystarczy, że przypomnę sobie trzy słowa: prowizja od sprzedaży — wzruszyła ramionami, bez grama poczucia winy. Kochała swoją pracę, praca była jej pasją, ale kiedy robiło się mniej przyjemnie wszystkiemu przyświecał jeden cel - zarobek. Pieniądze dawały wolność do robienia tego, na co ma się ochotę bez lęku, który towarzyszył zdecydowanej większości ludzi na świecie. Sadie nie chciała takich ograniczeń. Wystarczy, że dorastała obserwując je z bliska. W dorosłości motywowały ją rosnące liczby na kontach bankowych i rzeczy, które dawały - wymarzony dom z konkretnym rodzajem marmuru, który osobiście wybierała we Włoszech; możliwość spłaty kredytu hipotecznego rodziców czy zatrudniania ludzi do robienia rzeczy, na które sama nie miała czasu ani ochoty. Odrobina dyskomfortu w pracy w zamian za komfort reszty życia była jeszcze do zaakceptowania.
Znacznie bardziej, niż ciemny las, dziwny talizman ściskany w jej drobnej dłoni i świadomość, że idą w stronę chatki potencjalnie stanowiącej punkt game over całego tego zamieszania.
Starała się skupiać na zabawnych zaczepkach, żeby zamaskować przed samą sobą ścisk żołądka i drżenie nóg przy kolejnych krokach po ściółce, ale i to powoli przestawało pomagać.
— Nie słyszałam — odpowiedziała. — Ludzie naprawdę odkładają te kamyki w innych miejscach, czy zabierają sobie do domu? — była ciekawa, bo jej branża stała na żądaniu posiadania na własność i kompletnym braku swobody w puszczaniu rzeczy w obieg po nic. Jeśli przeżyją - miała co do tego coraz większe wątpliwości - chciałaby w świecie cywilizacji wygooglować kolorowe kamyczki i może namalować kilka własnych, ale im dalej w las…
Nie zanosiło się ani na seks, ani na narkotyki, ani na etc w postaci rozrzucania kolorowych kamyczków po świecie. W gardle blondynki rosła coraz większa i trudniejsza do przełknięcia gula, mięśnie ramion spinały aż do bólu, a dłonie powoli robiły niepokojąco zimne. To nie był survival, do jakiego blondynka była przyzwyczajona. Potrafiła radzić sobie z rekinami w garniturach, ale nie z ciemną dziurą po środku niczego. Dreszcz przeszedł całe jej ciało, bo choć wolała wyobrażać sobie queer awakening postaci z bajek, banda psycholi w chatce przerażała za bardzo, a River nagle poleciała w dół jak pociągnięta przez potwory z horrorów.
Z ust Sadie wyrwał się głośny krzyk, potem pisk, potem seria przekleństw o których znajomość samej siebie nie podejrzewała. Zaś szybka kalkulacja wartości - czy większy był jej strach, czy determinacja, żeby wyszły z lasu obie. Po sekundzie zdecydowała rzucić się na pomoc Cross, kosztem doprowadzenia drogich szpilek do stanu nieodwracalnego. Trudno.
— Jakim cudem jeszcze nie krzyczysz? — Sadie zdążyła w panice zachrypnąć, ale już pomagała River podnieść się i wstać z grobu świeżego dołu. Jej serce biło szybko i mocno, a dom zaczynał tańczyć przed jej oczami jak halucynacja z kreskówek, które oglądała jako dziecko. Fatamorgana, czy coś takiego. Może nawet wolałaby, gdyby jednak go nie było?
— Kurwa, River. To jest g r ó b. Grób! W rozmiarze dorosłego człowieka! — panikowała, hiperwentylowała i wcale nie było jej po drodze z oglądaniem tego, na co właśnie kierowała światło latarki z telefonu River. Swój wzrok skupiała na sylwetce dziewczyny, jakby próbowała starannie ocenić, czy nic nie stało jej się podczas upadku. — Coś cię boli? Nic sobie nie uszkodziłaś? — dopytywała zmartwiona, a jej głos łamał, gdy oddawała jej telefon. — Nie nadaję się do takich warunków — jęknęła. — Liczyłam na live, laugh, love a nie cry i die.
Mimo swojej rozpaczliwej deklaracji, Glass zebrała się na odwagę i odwróciła w stronę drzwi, gotowa do nich zapukać jako pierwsza potencjalna ofiara. Nie dlatego, że marzył jej się pocałunek siekiery nieznajomego, lecz dlatego, że paraliż decyzyjny nie sprzyjał opuszczeniu tego miejsca, a Sadie miała jasność własnych priorytetów.
Jednak jej pięść zawisła w drodze do drzwi, gdy wzrok wyostrzył wokół zardzewiałego, dziecięcego wózka porzuconego kilka metrów dalej. Wyglądał jak rekwizyt dawnej epoki; jak coś, co pasowałoby do wyposażenia serii Piła, a nie leśnej chatki.
Sadie zemdliło.
— Będę rzygać.

River Cross
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dallas major
AI
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po wymiarach”