Na jej wyjaśnienia pokiwał z wolna głową, przetwarzając informacje. Tak naprawdę sam nie potrafił do końca stwierdzić, czemu uznał za słuszne zadać to pytanie. Prawdopodobnie przez wzgląd na jego własne doświadczenia w kwestii podobnych układów. Czy Reece stanowił dla niego konkurencję? Nie mógł. Nie umawiali się na takie podejście i Lucien miał się tego trzymać.
—
Rzadko kiedy oglądam telewizję — pokręcił przecząco głową, kiedy Zoya stwierdziła, że mógł go znać, w ten sposób ucinając temat.
Co nie zmieniało faktu, że
być może sprawdzi, kto to.
Z czystej ciekawości.
Sam nieświadomie wpędził się w zobowiązanie z ich układem, obiecując jej rzeczy, których musiał teraz pilnować. I przede wszystkim nauczyć się ignorować pewne myśli i uczucia, które przywoływały słowa Zoi oraz jej zachowanie. Dla własnego i jej dobra.
Być blisko, ale nie na tyle, by pozwolić przemieszać się ich światom. Rozmawiać z nią tak swobodnie na poważne tematy, które rzadko z kim poruszał, ze świadomością, że kiedy przyjdzie pora, będzie musiał odpuścić. Tańczyli na cienkiej granicy, beztrosko w swoich ramionach, całkowicie lekceważąc wszelkie zagrożenia.
Upajał się nią. W jej obecności odcinał się od własnego życia, zafascynowany tym, jak odmienna była od wszystkiego, co znał. Chciał trwać w tej bańce, jaką udało im się wokół siebie stworzyć, jak najdłużej się dało. I udawać, że nie ryzykował ich relacji zaproszeniem na bankiet, bo przecież
to nic takiego.
Potrafili być dyskretni.
—
Prawdziwa szkoła przetrwania — zaśmiał się na obrazy w jego głowie, które podsunęły mu słowa Zoi. —
Ale potrafię sobie to wyobrazić, zwłaszcza, odkąd ich poznałem. W większości — uśmiechnął się lekko do siebie. Cieszył się, że poznał ją oraz jej rodzinę od tej strony, co pozwoliło mu zrozumieć, jak ogromny wpływ wywarło na nią dzieciństwo na farmie oraz relacje z braćmi. Dzięki temu była właśnie tą osobą, którą tulił do siebie. Tą, która niezmiennie go intrygowała i o której chciał się dowiedzieć jak najwięcej.
Jej chwilowego zawahania, które zdążył wyłapać, nie potraktował ze szczególną wnikliwością, zamiast tego skupił się na dalszej rozmowie, uznając, że gdyby było to coś istotnego, raczej nie kryłaby się z powiedzeniem o tym na głos.
Tymczasem rozmowa przeszła na temat jego byłych. I tu znów nie krył się z kolejnymi wiadomościami o swoim życiu, wychodząc z założenia, że jeśli chciała o czymś wiedzieć, wystarczyło po prostu zapytać.
—
Jestem Lucienem Spencerem — skontrował pewnym siebie głosem, podchwytując jej spojrzenie. To już mówiło samo za siebie. Zawsze starał się sprostać wymaganiom. Jeżeli już czegoś się podejmował to nie robił tego po łebkach. Albo dawał z siebie sto procent albo się nie angażował. —
Z czasem człowiek uczy się na błędach — wyznał z dystansem do sprawy. W końcu nawet poprzednie związki nie traktował jako coś, z czym nie mógł sobie poradzić. Jedyne, co mógł zrobić, to przyjąć te doświadczenia i wyciągnąć z nich wnioski. —
Trudno też być z kimś, kto nie akceptuje cię w pełni takim, jakim jesteś, wraz z jego planami, marzeniami i rzeczywistością, w której się obraca — zauważył w wyraźnym zamyśleniu. —
Mel… potrzebowała więcej uwagi, której nie byłem w stanie jej dać. Ani pierścionka, na który liczyła i który mógłby na chwilę załatać nasze problemy. Myślę, że ostatecznym krokiem ku rozstaniu była presja otoczenia. Nie radziła sobie zbyt dobrze z byciem w centrum uwagi.
Z perspektywy czasu wcale nie dziwiło go, że czuła się przytłoczona tym wszystkim, co dawał jej związek z
kimś takim, jak on. Obecnie nie wierzył, że w jego przypadku dało się pogodzić miłość i pracę. Rezygnacja z jednej z tych rzeczy wydawała mu się właściwym wyjściem.
Widział, jak Zoya lustrowała go wzrokiem, intensywnie nad czymś myśląc, a jej nieznaczne zawahanie sprawiło, że poruszył delikatnie głową. Mimo to bacznie ją obserwował, dopóki nie zadała kolejnego pytania, na które bezwiednie przygryzł dolną wargę.
—
Może czasem, ale… to jest świadomy wybór. Wolę być samotnym kierowcą, niż zatrzymywać się dlatego, że brakuje mi j a k i e g o ś towarzystwa — powiedział z wolna, nie przerywając delikatnego gładzenia jej pleców opuszkami swoich palców. Dla niego liczyła się przede wszystkim
jakość, a o to, jak już wcześniej wspomniał, było niezwykle trudno. —
Zdążyłem się już do niej przyzwyczaić — uśmiechnął się lekko, posyłając jej pokrzepiające spojrzenie, po raz kolejny w myślach uznając, że była naprawdę urocza. —
Aczkolwiek ostatnio mi ją rekompensujesz. Tak odrobinę — zmrużył figlarnie oczy, po czym uniósł głowę, żeby dać jej buziaka.
Dwa lata. Tyle czasu upłynęło, odkąd świadomie zdecydował się na to, jak będzie wyglądać jego przyszłość. Przez tyle długich miesięcy nie dopuszczał do siebie żadnej kobiety. Aż trafił na Zoyę, która niepostrzeżenie wkradła się do jego życia, dzięki czemu w ostatnim czasie trochę rozświetliła mu dni. Nie mógł pragnąć niczego więcej.
—
Kwestia czasu, zanim dojdę do wprawy — rzucił arogancko, uśmiechając się przy tym kącikiem ust. A kiedy ciemnowłosa odsunęła się, sam poprawił swoją pozycję, podkładając pod głowę zgięte w łokciu ramię i wyciągając się na łóżku. Słuchał jej uważnie, na koniec cmokając z dezaprobatą na wynik jej ostatniego związku. —
Czy właśnie to doświadczenie z Deanem miało wpływ na to, żeby nie chcieć się już więcej wiązać z nikim na poważnie? — obrócił głowę w jej stronę, żeby móc przyjrzeć się jej uważnie, z zainteresowaniem, jakby chodziło wyłącznie o jej punkt widzenia. Absolutnie nie zamierzał nadawać temu głębszego znaczenia.
—
To dobre pytanie. I strasznie trudne dla kogoś, kto żyje od wyścigu do wyścigu — przyznał, ściągając brwi z pewnym rozbawieniem pomieszanym z zakłopotaniem. Nigdy nie wybiegał zbyt mocno w przyszłość, skupiał się na małych krokach, żeby nie tracić swojej czujności i chłodnego podejścia. —
Pewnie nadal będę się ścigał. Może jedynie zmienię dystanse na dwudziestoczterogodzinne. I wyprowadzę się do Europy. Stamtąd będę miał już bliżej na większość wydarzeń z motorsportu — wyznał, dopiero po chwili orientując się, że wszystko, co powiedział, dotyczyło tego, czemu poświęcił już swoje dwudziestosześcioletnie życie. —
Od zawsze kierowałem się karierą. Właściwie, bez wyścigów nie wiem, kim bym był. Czasem mam wrażenie, że tylko to mi w życiu wychodzi — prychnął nieznacznie na ten absurd, jakby nie brał swoich słów na poważnie. Przejawiała się w nich jednak ciężka prawda, której nie chciał poruszać. Ostatecznie więc pokręcił głową, chcąc pozbyć się swoich dziwnych myśli, po czym przeniósł na nią wzrok. O wiele ciekawiej było słuchać j e j. —
Twoja kolej.
Zoya Weasley