25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
mała jędza klinika weterynaryjna
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zastygła na moment, słysząc pytanie Luciena, po czym spojrzała na niego z trudnym do określenia blaskiem w oczach. Właściwie mogła się spodziewać, że będzie chciał się czegoś dowiedzieć i nie powinna mieć mu tego za złe. Może poczuł zazdrość, a może kierowała nim wyłącznie zwykła ciekawość, podsycona tematem brata Adeline. Zoya nie potrafiła stwierdzić.
Cmoknęła więc i pokręciła głową.
— Rozmawiałam z nim w Misano o Adeline. Potem widziałam go na lotnisku, kiedy po nią przyjechał. Nic poza tym — wyjaśniła, aby być w stosunku do Luciena całkowicie szczera. — Trzy lata temu wziął ślub, później się rozwiódł i wyjechał. Prawdopodobnie nawet go kojarzysz, bo jest prezenterem telewizyjnym. Relacjonuje katastrofy. Teraz chyba bierze udział w jakimś programie detektywistycznym w CBC Toronto, ale niespecjalnie mnie to interesuje, więc nie jestem na bieżąco. — Niedbale dygnęła ramionami.
Relacja Zoi i Reecea była zgoła inna od tej, którą pielęgnowała z Lucienem. Brakowało w niej szczerości i głębszych rozmów, nic więc dziwnego, że nie sprawdzili się ani jako przyjaciele ani jako przyjaciele z benefitami.
Na dźwięk zabawnych, choć pokrzepiających słów Luciena, mimowolnie się zaśmiała, po czym przytaknęła z uśmiechem. Wierzyła, że prędzej czy później pogodzą się z Clem, bo brak Adeline coraz bardziej dawał jej się we znaki w codziennych momentach. Myślała o niej przy piciu porannej kawy albo wtedy, kiedy spoglądała w sklepie na klementynki.. Tęskniła.
Znowu pokiwała głową, słysząc, że Lucien zawsze starał się dotrzymywać obietnic. Doskonale wiedziała, że mówił prawdę i napawało ją to pewną dumą. Z nadzieją patrzyła na przyszłość podopiecznych fundacji i wierzyła, że dzięki wsparciu Spencerów będą mogli spełnić swoje marzenia.
Na moment przeniosła wzrok na usta mężczyzny, po których (nieświadomie bardzo uwodzicielsko) przesunął koniuszkiem języka. Potem ponownie spojrzała w jego jasne oczy. Wciąż nie potrafiła przywyknąć do tego, jak bardzo pociągały ją cechy jego charakteru. Lucien był przecież dobrym człowiekiem, a świadomość ta tylko potęgowała fascynację Zoi.
Ale... nagle prychnęła. K o n s e k w e n c j a zdecydowanie brzmiała lepiej, jednak rzeczywiście było to dobre określenie na potrzeby prasy. Między sobą nie musieli używać aż tak formalnego słownictwa, bo dla Zoi jego upór momentami ocierał się o chorobliwą zawziętość. Oczywiście, dzięki temu był w stanie zdobywać szczyty i realizować marzenia, jednak mimowolnie zastanowiła się, czy w odpowiednim momencie, kiedy wszystko zacznie go przerastać, będzie skłonny zrezygnować. Miała wrażenie w to wątpić.
Poza świadomością Zoi wciąż pozostawał sposób, w jaki Luciena wychowali rodzice. Być może nie postrzegała jego dzieciństwa jako beztroskiego, bo troszeczkę wiedziała, ale chyba nie sądziła też, że nie mógł zwrócić się do najbliższych ze swoimi zmartwieniami i jako dziecko pozostawał sam sobie. Ona, kiedy zabrakło mamy, mogła w tej kwestii przede wszystkim liczyć na braci.
— Po śmierci mamy tak naprawdę wychowała mnie banda neandertalczyków. Biegaliśmy z kijami po lesie, skakaliśmy z dachu stodoły i taplaliśmy się w błocie. Nic więc dziwnego, że wyrosłam na taką diablicę. — Uśmiechnęła się i zmarsczyła nosek, a jednocześnie wyparła z umysłu obrazy żałoby po Acacii. Fakt, przemknęła jej przez głowę myśl, że nie była biologiczną córką kobiety, jednak akurat to miało raczej najmniejsze znaczenie w kwestii jej charakteru. Po prostu od dnia narodzin otaczali ją wariaci.
Mimo wszystko popatrzyła Lucienowi trochę jakby dłużej i nawet rozchyliła usta, prawie gotowa, aby podzielić się z nim rodzinnym sekretem. Ostatecznie jednak znów je zamknęła.
Serce Zoi zabiło mocniej, a w klatce piersiowej poczuła falę gorąca, która zaczęła stopniowo słabnąć, gdy mężczyzna kontynuował swoją wypowiedź. Potaknęła bezgłośnie. Charles bez swojej żony był zupełnie innym człowiekiem.
Otulona ramionami Luciena czuła się naprawdę bezpieczna. Nie chciała, aby doczekali poranka, skoro tak dobrze im się rozmawiało i tak wiele dowiadywali się o sobie nawzajem.
— Jesteś tylko człowiekiem. Nie musisz uszczęśliwiać wszystkich — zauważyła z powagą, nieustannie patrząc mu w oczy. Po chwili odsunęła się nieznacznie i przesunęła dłoń na jego nagie biodro. — Musiało ci być ciężko — urwała na moment, zaciskając mocniej wargi. Zaraz rysy jej twarzy wyraźnie się rozluźniły i po prostu uśmiechnęła się w łagodny sposób. — Tej, która oczekiwała od ciebie pieniędzy, należy się bankructwo. Ale ta druga pewnie po prostu chciała spędzać z tobą więcej czasu. Czasami tęsknota staje się nie do zniesienia, a człowiek w końcu zaczyna pragnąć czegoś więcej niż tylko krótkich chwil razem. Poza tym… hmm, zajmujesz się dość ciężką i niebezpieczną dyscypliną. Myślę, że kochanie kogoś takiego jak ty może być trudne, ale to nie znaczy, że jest niemożliwe.
Palce Zoi nieznacznie poruszyły się na biodrze Luciena. Zjechała spojrzeniem na jego odkrytą klatkę piersiową, po czym powoli powróciła do lustrowania jego oczu.
— Nie czujesz się samotny, kiedy stawiasz karierę ponad wszystko inne? — zapytała ostrożnie.
Znowu pomyślała, że dobrze się stało, że nie zamknęli swojej relacji w ramach związku. Obawiała się, że z czasem mogłaby pokochać Luciena, a to nałożyłoby na niego presję, której zdecydowanie nie potrzebował. Już teraz za nim tęskniła i cieszyła się każdą wspólnie spędzoną chwilą, a jednak wciąż trzymała emocje na wodzy.
— Bardzo zabawne. Muszę jednak wspomnieć, że tobie również różnie to wychodzi — zażartowała, po czym przewróciła się na plecy i kontynuując wypowiedź, utkwiła wzrok w suficie. — Z Charliem byłam w liceum. Było nam dobrze, ale jednak byliśmy nastolatkami. Wyprowadził się i nasz kontakt się urwał, a z Deanem poznaliśmy się w złych momentach naszego życia. Desperacko potrzebowałam wyrwać się z Huntsville, a on był świeżo po zakończeniu związku. Pocieszyliśmy się? — zapytała samą siebie, po czym na chwilę zamilkła. Rozważała to, co powiedziała. — Chyba to dobre słowo. Ta początkowa fascynacja zniknęła, kiedy zamieszkaliśmy razem. Potem przespał się z moją koleżanką z uczelni, więc możesz sobie dopowiedzieć resztę — po raz kolejny sie zaśmiała.
Historia może i brzmiała żałośnie, ale Zoya nie odczuwała wobec niej żadnych głębszych emocji. Traktowała to wszystko jako niefortunny etap w swoim życiu.
— Gdzie widzisz się za dziesięć lat? — rzuciła, podsuwając im kolejne ważne pytanie.

Lucien Spencer
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Coming for it all, going for the gold
Hot behind the wheel, I'll never lose control
Sun go down, the night unfold
Run free & wild, do anything I want!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Na jej wyjaśnienia pokiwał z wolna głową, przetwarzając informacje. Tak naprawdę sam nie potrafił do końca stwierdzić, czemu uznał za słuszne zadać to pytanie. Prawdopodobnie przez wzgląd na jego własne doświadczenia w kwestii podobnych układów. Czy Reece stanowił dla niego konkurencję? Nie mógł. Nie umawiali się na takie podejście i Lucien miał się tego trzymać.
— Rzadko kiedy oglądam telewizję — pokręcił przecząco głową, kiedy Zoya stwierdziła, że mógł go znać, w ten sposób ucinając temat.
Co nie zmieniało faktu, że być może sprawdzi, kto to. Z czystej ciekawości.
Sam nieświadomie wpędził się w zobowiązanie z ich układem, obiecując jej rzeczy, których musiał teraz pilnować. I przede wszystkim nauczyć się ignorować pewne myśli i uczucia, które przywoływały słowa Zoi oraz jej zachowanie. Dla własnego i jej dobra.
Być blisko, ale nie na tyle, by pozwolić przemieszać się ich światom. Rozmawiać z nią tak swobodnie na poważne tematy, które rzadko z kim poruszał, ze świadomością, że kiedy przyjdzie pora, będzie musiał odpuścić. Tańczyli na cienkiej granicy, beztrosko w swoich ramionach, całkowicie lekceważąc wszelkie zagrożenia.
Upajał się nią. W jej obecności odcinał się od własnego życia, zafascynowany tym, jak odmienna była od wszystkiego, co znał. Chciał trwać w tej bańce, jaką udało im się wokół siebie stworzyć, jak najdłużej się dało. I udawać, że nie ryzykował ich relacji zaproszeniem na bankiet, bo przecież to nic takiego.
Potrafili być dyskretni.
— Prawdziwa szkoła przetrwania — zaśmiał się na obrazy w jego głowie, które podsunęły mu słowa Zoi. — Ale potrafię sobie to wyobrazić, zwłaszcza, odkąd ich poznałem. W większości — uśmiechnął się lekko do siebie. Cieszył się, że poznał ją oraz jej rodzinę od tej strony, co pozwoliło mu zrozumieć, jak ogromny wpływ wywarło na nią dzieciństwo na farmie oraz relacje z braćmi. Dzięki temu była właśnie tą osobą, którą tulił do siebie. Tą, która niezmiennie go intrygowała i o której chciał się dowiedzieć jak najwięcej.
Jej chwilowego zawahania, które zdążył wyłapać, nie potraktował ze szczególną wnikliwością, zamiast tego skupił się na dalszej rozmowie, uznając, że gdyby było to coś istotnego, raczej nie kryłaby się z powiedzeniem o tym na głos.
Tymczasem rozmowa przeszła na temat jego byłych. I tu znów nie krył się z kolejnymi wiadomościami o swoim życiu, wychodząc z założenia, że jeśli chciała o czymś wiedzieć, wystarczyło po prostu zapytać.
— Jestem Lucienem Spencerem — skontrował pewnym siebie głosem, podchwytując jej spojrzenie. To już mówiło samo za siebie. Zawsze starał się sprostać wymaganiom. Jeżeli już czegoś się podejmował to nie robił tego po łebkach. Albo dawał z siebie sto procent albo się nie angażował. — Z czasem człowiek uczy się na błędach — wyznał z dystansem do sprawy. W końcu nawet poprzednie związki nie traktował jako coś, z czym nie mógł sobie poradzić. Jedyne, co mógł zrobić, to przyjąć te doświadczenia i wyciągnąć z nich wnioski. — Trudno też być z kimś, kto nie akceptuje cię w pełni takim, jakim jesteś, wraz z jego planami, marzeniami i rzeczywistością, w której się obraca — zauważył w wyraźnym zamyśleniu. — Mel… potrzebowała więcej uwagi, której nie byłem w stanie jej dać. Ani pierścionka, na który liczyła i który mógłby na chwilę załatać nasze problemy. Myślę, że ostatecznym krokiem ku rozstaniu była presja otoczenia. Nie radziła sobie zbyt dobrze z byciem w centrum uwagi.
Z perspektywy czasu wcale nie dziwiło go, że czuła się przytłoczona tym wszystkim, co dawał jej związek z kimś takim, jak on. Obecnie nie wierzył, że w jego przypadku dało się pogodzić miłość i pracę. Rezygnacja z jednej z tych rzeczy wydawała mu się właściwym wyjściem.
Widział, jak Zoya lustrowała go wzrokiem, intensywnie nad czymś myśląc, a jej nieznaczne zawahanie sprawiło, że poruszył delikatnie głową. Mimo to bacznie ją obserwował, dopóki nie zadała kolejnego pytania, na które bezwiednie przygryzł dolną wargę.
— Może czasem, ale… to jest świadomy wybór. Wolę być samotnym kierowcą, niż zatrzymywać się dlatego, że brakuje mi j a k i e g o ś towarzystwa — powiedział z wolna, nie przerywając delikatnego gładzenia jej pleców opuszkami swoich palców. Dla niego liczyła się przede wszystkim jakość, a o to, jak już wcześniej wspomniał, było niezwykle trudno. — Zdążyłem się już do niej przyzwyczaić — uśmiechnął się lekko, posyłając jej pokrzepiające spojrzenie, po raz kolejny w myślach uznając, że była naprawdę urocza. — Aczkolwiek ostatnio mi ją rekompensujesz. Tak odrobinę — zmrużył figlarnie oczy, po czym uniósł głowę, żeby dać jej buziaka.
Dwa lata. Tyle czasu upłynęło, odkąd świadomie zdecydował się na to, jak będzie wyglądać jego przyszłość. Przez tyle długich miesięcy nie dopuszczał do siebie żadnej kobiety. Aż trafił na Zoyę, która niepostrzeżenie wkradła się do jego życia, dzięki czemu w ostatnim czasie trochę rozświetliła mu dni. Nie mógł pragnąć niczego więcej.
— Kwestia czasu, zanim dojdę do wprawy — rzucił arogancko, uśmiechając się przy tym kącikiem ust. A kiedy ciemnowłosa odsunęła się, sam poprawił swoją pozycję, podkładając pod głowę zgięte w łokciu ramię i wyciągając się na łóżku. Słuchał jej uważnie, na koniec cmokając z dezaprobatą na wynik jej ostatniego związku. — Czy właśnie to doświadczenie z Deanem miało wpływ na to, żeby nie chcieć się już więcej wiązać z nikim na poważnie? — obrócił głowę w jej stronę, żeby móc przyjrzeć się jej uważnie, z zainteresowaniem, jakby chodziło wyłącznie o jej punkt widzenia. Absolutnie nie zamierzał nadawać temu głębszego znaczenia.
— To dobre pytanie. I strasznie trudne dla kogoś, kto żyje od wyścigu do wyścigu — przyznał, ściągając brwi z pewnym rozbawieniem pomieszanym z zakłopotaniem. Nigdy nie wybiegał zbyt mocno w przyszłość, skupiał się na małych krokach, żeby nie tracić swojej czujności i chłodnego podejścia. — Pewnie nadal będę się ścigał. Może jedynie zmienię dystanse na dwudziestoczterogodzinne. I wyprowadzę się do Europy. Stamtąd będę miał już bliżej na większość wydarzeń z motorsportu — wyznał, dopiero po chwili orientując się, że wszystko, co powiedział, dotyczyło tego, czemu poświęcił już swoje dwudziestosześcioletnie życie. — Od zawsze kierowałem się karierą. Właściwie, bez wyścigów nie wiem, kim bym był. Czasem mam wrażenie, że tylko to mi w życiu wychodzi — prychnął nieznacznie na ten absurd, jakby nie brał swoich słów na poważnie. Przejawiała się w nich jednak ciężka prawda, której nie chciał poruszać. Ostatecznie więc pokręcił głową, chcąc pozbyć się swoich dziwnych myśli, po czym przeniósł na nią wzrok. O wiele ciekawiej było słuchać j e j. — Twoja kolej.

Zoya Weasley
ODPOWIEDZ

Wróć do „#25”