ODPOWIEDZ
25 y/o
Indulge in local cuisine
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
Just a pretty little nightmare.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

To był trudny tydzień. Gdy w zeszły weekend dostała od mamy zaproszenie na kolację w kolejną sobotę, ucieszyła się. Tego dnia miała w kalendarzu wpisane tylko trzy klientki na rano, więc szybko zablokowała w aplikacji dalszą możliwość zapisów. Nie widziała się z rodzicami i bratem już naprawdę długo, bo ostatni raz to chyba po powrocie z Włoch, ale przyjechała wtedy dosłownie na chwilę. Chciała tylko odebrać od nich psy i szybko wrócić do domu, żeby odpocząć po ciężkiej podróży i przygotować się do pracy, bo… oczywiście, że już następnego dnia musiała iść do pracy.
Dlatego taka kolacja i to jeszcze przyrządzona przez najlepszego kucharza na świecie — a w tej roli występował nie kto inny jak Casper — wydawała jej się świetnym pomysłem i planem na zasłużony odpoczynek. Gdyby nie wiadomość od mamy, z pewnością pozwoliłaby, aby klienci bombardowali hej kalendarz i zarówno ten dzień jak i sobotę spędziłaby w salonie do późnych godzin. A tak to wiedziała, że następnego ranka będzie mogła się wyspać w swoim starym pokoju i nie może choć raz udałoby jej się nie myśleć o pracy lub powszechnie panującym w jej życiu zapierdzielu.
Wiedziała, że Dante z pewnością nie będzie podzielał jej entuzjazmu, więc przekazanie mu wieści o zaproszeniu do domu w York Mills zamierzała odpowiednio dawkować i na pewno nie mówić od razu wprost. I oczywiście, że spodziewała się odmowy, ale… nie zamierzała odpuszczać. Dlatego zaraz po powrocie do domu, dorwała go w salonie i usadzając się wygodnie na jego kolanach, zaczęła go grzecznie i niewinnie namawiać do zmiany zdania. Bo przecież co mu szkodziło pójść i zjeść coś dobrego? Za darmo! Na dodatek wyspać się z nią w ramionach i leniuchować do południa, a to wszystko dzięki temu, że pani Eriksen totalnie straciła głowę dla Murphy’ego oraz Olive i to ona sama się zaoferowała przy okazji zaproszenia na kolację, że będzie się opiekowała w tym czasie swoimi wnukami. Wobec tego porannymi spacerami miała zająć się babcia, co oznaczało słodkie lenistwo.
Dante jednak zdawał się nie być przekonany co do siły wymienianych argumentów, a jego upór sprawił, że dziewczyna po prostu skapitulowała.
Miała po prostu dość. Niby go nie ignorowała, Życzyła mu dobrego dnia, kiedy wychodziła do pracy, mimo że sam jeszcze podchrapywał w łóżku. Pytała, czy czegoś potrzebował, jeśli akurat robiła zakupy. W nocy, gdy kładła się do łóżka, mówiła ciche dobranoc, czasami nawet całowała go w policzek, ale na tym kończyła się cała jej inicjatywa.
Nie było już nagłego przytulania się od tyłu, kiedy akurat próbował coś zrobić. Nie było wsuwania się pod jego ramię na kanapie ani kradnięcia mu telefonu tylko po to, żeby zmusić go do zwrócenia na nią uwagi. Nie opierała już głowy o jego ramię przy pierwszej lepszej okazji. Ale… Nie robiła mu też wyrzutów. Nie pytała po raz kolejny, czy na pewno nie zmienił zdania. Nie próbowała też znaleźć kolejnych argumentów, które mogłyby go przekonać, choć jeszcze kilka dni wcześniej prawdopodobnie wymyśliłaby ich z tuzin. I chyba właśnie to było w tym wszystkim najbardziej Elsowe — bo zamiast się złościć, zamiast urządzać awanturę o coś, co przecież miało być zwyczajną rodzinną kolacją, po prostu zrobiło jej się przykro. A kiedy było jej przykro, miała tendencję do chowania tego głęboko pod skórą.
Ale gdy w końcu nadeszła sobota, a ona wróciła do domu wczesnym popołudniem, zamierzała spróbować jeszcze raz. Ostatni.
— To rozumiem, że nie udało się przesunąć tego ważnego spotkania Murphy’ego i zostajecie we dwójkę w domu, a ja z Olive mam sama jechać do rodziców, tak? Tak jakbym nadal była starą singielką, która po pracy wraca do pustego mieszkania, robi sobie herbatę i rozmawia z roślinami? — Zmarszczyła lekko nos, krzyżując ramiona pod biustem. Wygladała… ciekawie. Za duży zielony sweter opadał na długą burgundową spódnicę, a włosy — mimo ze upięte w luźnego koka — pozostawały lekko roztrzepane po tym całym pośpiechu w ciągu dnia. Zdecydowanie nie pasowała wyglądem do tonu, w którym chciała wygłosić swoje zażalenie.
— Tylko to Ty ostatnio mówiłeś, że ciągle tylko pracuję i pracuję… a kiedy wreszcie mam okazję odpocząć wśród rodziny… to ty się musisz wyłamać! I co to za rodzinna kolacja jak nie będzie tam ciebie? Przecież… przecież ty też jesteś moją rodziną… — Westchnęła ciężko, spuszczając lekko głowę w dół. Miała gadane i to od zawsze. Pozostało jednak jej już tylko czekać czy Dante kupi całą tą historię i sam skapituluje czy może jednak będzie musiała pojechać do rodziców sama. Oczywiście jeszcze z Olive. I walizką, do której na wszelki wypadek spakowała już jego kosmetyczkę i rzeczy na zmianę.

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Catch the local sports fever
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Niewiele znalazłoby się kwestii, których mógłby jej tak po prostu odmówić. A jeszcze mniej tych, w przypadku których miałby nie zmienić zdania choćby pod wpływem tej jej grzecznej i niewinnej namowy. Ale jednak. Kolacja w towarzystwie jej ojca – albo w ogóle spędzenie choćby chwili w jego obecności, jeśli nie było to absolutnie konieczne – zdecydowanie zaliczała się do grona tych spraw, na które nie sposób byłoby się dobrowolnie zgodzić. Nie mogły tu więc pomóc ani jakiekolwiek namowy, ani też wizja wylegiwania się z nią w łóżku do godzin, którym zdecydowanie bliżej byłoby do południa niż do poranka. Ani też sama kolacja, niezależnie od tego, jak smaczna miałaby się okazać. Bo chociaż wszystko to faktycznie można byłoby uznać za całkiem kuszące, to… świadomość tego, że miałoby wiązać się to z towarzystwem Caspera, wyjątkowo skutecznie sprawiała, że nic z tego nie było już ani odrobinę kuszące. A już na pewno nie bardziej niż choćby powrót nad jezioro, nad którym jakiś czas temu mieli okazję spędzić weekend i podjęcie próby odnalezienia i oswojenia tego potencjalnie wściekłego szopa, z którym zaliczył już jedno bliższe spotkanie. Nawet w takim zestawieniu szop wydawał się bezdyskusyjnie lepszym towarzystwem.
I chociaż trudno byłoby nie zauważyć tej zmiany zachowania, jaką w ciągu ostatnich kilku dni zaprezentowała Elsa… to chyba wciąż nie był argument wystarczający do tego, by tak po prostu zmienić zdanie i obwieścić jej, że z przyjemnością zje kolację w towarzystwie jej ojca. Zdecydowanie bliżej było mu do przyjęcia strategii, zgodnie z którą najlepiej byłoby to jakoś przetrwać i ewentualnym zadośćuczynieniem zająć się po weekendzie. Jakby wraz z nastaniem poniedziałku miało się okazać, że zaproszenie na kolację do jej rodziców całkowicie straciło ważność i nie mogło pojawić się już nigdy więcej. Może i szanse na to, że podobne założenie miałoby znaleźć jakieś odzwierciedlenie w rzeczywistości były raczej niewielkie, ale… podobnymi szczegółami zdecydowanie nie zamierzał się przejmować. Wytrwale udając przy okazji, że wszystko było jak najbardziej w porządku i że skoro temat tej nieszczęsnej wizyty u Eriksenów nie powracał w żadnej rozmowie, to śmiało można było go za zamknięty. Albo jeszcze lepiej – całkowicie niebyły, a przez to w żadnym razie niewymagający choćby odrobiny uwagi.
Bo przecież jasne powinno być, że pod żadnym pozorem nie zamierzał się tam wybierać. A przynajmniej mógł uważać, że było to całkowicie jasne i oczywiste – aż do momentu, gdy ten nieistniejący temat postanowił jednak niespodziewanie powrócić. Zaskakując go podczas zaparzania porannej kawy i zaskakująco szybko sprawiając, że mógł przynajmniej przez chwilę zastanowić się, czy faktycznie miał jeszcze na nią ochotę.
Z przeciągłym westchnięciem odwrócił się w stronę Elsy, otwierając usta jeszcze w momencie, kiedy ta wciąż była w trakcie mówienia. Bo tak, zamierzał wtrącić się i przerwać jej odpowiednio szybko, by tym razem móc naprawdę zakończyć już tę kwestię i raz jeszcze przypomnieć jej, że pewnie znalazłoby się co najmniej kilka rzeczy, którymi wolałby zająć się dużo bardziej niż spędzaniem czasu w towarzystwie jej ojca. Włączając w to próbę wykąpania Murphy’ego po jakimś wyjątkowo udanym spacerze, czy… właściwie cokolwiek innego. Tyle tylko, że ewidentnie nie zdążył wciąć się w jej słowo w dobrym momencie, a ostatnie wypowiedziane przez nią zdanie dość skutecznie zamknęło mu usta przynajmniej na moment.
O ile mógłby spodziewać się przekonywania po raz kolejny, że przecież mogli miło spędzić czas u jej rodziców – jakby samo zestawienie Caspera z tym konkretnym słowem nie zakrawało na potężny oksymoron – czy nawet prób odwoływania się do tego, że mógłby przynajmniej czasami poświęcić się na tyle, żeby zacisnąć zęby i wytrzymać w towarzystwie jej ojca chwilę lub dwie, to… tego zdecydowanie się nie spodziewał. Tym bardziej, że podobne stwierdzenie jakoś tak nie bardzo dało się po prostu zbyć i przywołać w odpowiedzi kwestię dość oczywistą, jaką było to, że naprawdę nie miał najmniejszej ochoty na podobne wizyty.
– Ale wiesz, że pewnie znalazłoby się przynajmniej parę lepszych pomysłów na ten odpoczynek, nie…? – spróbował jednak mimo wszystko, nie do końca jednak będąc w stanie zabrzmieć tak, jak powinien ktoś, kto byłby absolutnie pewny, że ma rację. To znaczy… co do tego, że znalezienie tych lepszych pomysłów byłoby wręcz banalnie proste, nie miał raczej większych wątpliwości. Ani w ogóle jakichkolwiek wątpliwości. Te mogłyby pojawić się co najwyżej w związku z tym, czy faktycznie w tym konkretnym przypadku miałby to być argument wystarczający, by przebić wytoczone przez Elsę działa. Albo przynajmniej móc z nimi jakkolwiek konkurować i nie dać się zmieść w parę sekund.
– Zresztą, jest… – przelotnie zerknął na zegarek, upewniając się co do tego, która właściwie była godzina – …i tak całkiem sporo czasu do wieczora. Bo chyba nie zamierzasz jeść kolacji o tej porze… Więc chyba możemy o tym porozmawiać jakoś… nie wiem, później…?
Rzeczywiście kolacja wydawała się być kwestią co najmniej niedorzeczną w momencie, kiedy niektórzy ledwie zaczynali dzień i najwyraźniej wciąż jeszcze byli przed kawą. Albo w trakcie jej robienia. Niezależnie zresztą od tego, jak bardzo logiczne mogłoby wydawać się to stwierdzenie, jego większą zaletą zdecydowanie było to, że przynajmniej dawało jakieś – minimalne, ale jednak! – szanse na to, by temat całej tej kolacji odłożyć nieco w czasie. Najlepiej – tym razem już naprawdę na stałe, nie wracając do niego więcej i zapominając o tej cholernej walizce, której spakowanie trudno byłoby przecież przeoczyć. Zwłaszcza, że raczej mało prawdopodobne wydawało się to, by w niej Elsa zamierzała zabrać do rodziców jakieś przekąski, zastawę stołową, której Eriksenom miałoby z jakiegoś powodu brakować, czy cokolwiek podobnego. Walizka – nawet mimo prób ignorowania jej istnienia – tym bardziej nie zachęcała więc, żeby choćby i pod ciężarem tego całkiem mocnego argumentu przywołanego przez dziewczynę, tak po prostu skapitulować. W końcu… o ile już samo spędzenie paru godzin w towarzystwie Caspera wydawało się być tragicznym pomysłem na spędzenie soboty, tak nocowanie z nim pod jednym dachem zakrawało już na przyjemność porównywalną do tej, jaką mogłoby być hobbystyczne przytrzaskiwanie sobie palców drzwiczkami od samochodu. I nawet jeśli Elsa mogła postrzegać to nieco inaczej – w końcu spędziła w tym domu całkiem sporo czasu zanim wyprowadziła się do własnego – to chyba i tak powinna być świadoma tego, jak prezentowała się perspektywa Dantego.

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Indulge in local cuisine
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
Just a pretty little nightmare.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Raczej nie była typem wymuszacza i kiedy ktoś dosyć stanowczo czegoś odmawiał to po prostu dawała sobie spokój. Wynikało to z jej natury, w którą wpisywała się wyraźna niechęć do stwarzania jakichkolwiek problemów. Za dzieciaka nigdy nie prosiła o nowe zabawki czy ubrania, wyjątek stanowiły święta, gdy wspólnie z bratem pisali listy do świętego Mikołaja, którym to – ku wielkiej rozpaczy – okazywali się rodzice i mieszkający w Norwegii dziadkowie. Tak naprawdę dopiero przy Dante odkryła moc swoich wielkich oczu i uśmiechu. A zaczęło się niewinnie – od małych próśb o to, żeby pamiętał, aby na następne korepetycje wziął cyrkiel i kątomierz i które dziwnym trafem znajdowały się w jego plecaku. Potem przecież próbowała swoich sztuczek na nauczycielach, aby usprawiedliwić gamonia z ostatnich nieobecności na sprawdzianach i prosić o kolejne terminy. A potem znów wróciła do niego. Nie były to jednak jakieś duże prośby. Mogłoby się wydawać, że raczej takie normalne jeśli brało się pod uwagę fakt, że byli w końcu parą. Nigdy nie prosiła o żadne prezenty, choćby miały być to drobiazgi zakupione w chińczyku w greektown. Chodziło raczej o jego wolny czas, a mianowicie żeby zamiast na imprezę z kumplami to poświęcił go na spacer z nią, na wspólne wyjście na jarmark bożonarodzeniowy czy też oglądanie pokazu sztucznych ogni. I nigdy nie musiała jakoś bardzo się wysilać – zazwyczaj wystarczył uśmiech, może kilka całusów, a on się zgadzał, nawet jeśli musiał wcześniej pomarudzić, że przecież było zimno, tłoczno, głośno… tak jakby w klubach czy na domówkach panowała kompletna cisza i przewijało się na nich raptem kilka osób. I może właśnie, gdy odkryła tę swoją tajemną super moc… zaczęła ją coraz bezczelniej wykorzystywać. Ale nadal znała swoje granice. Przecież po ich rozmowie na włoskim pomoście nie wrócili już do tematu rodzicielstwa czy chociażby formalizacji ich związku. Przyjęła do wiadomości, że może jednak było to dla niego zdecydowanie za wiele i nie tak wyobrażał sobie życie – nawet jeśli znajdowało się w nim miejsce dla niej.
Jednak teraz prosiła go tylko o kolację u jej rodziców. Przecież to nie było nic strasznego! W liceum przecież wielokrotnie bywał u niej w domu i to nie tylko wtedy, gdy na przerwie szeptała mu do ucha, że zostawała w nim na weekend sama. I jasne, już wtedy napięcie między Dantem a jej ojcem pewnie można było porównać do tego w instalacji elektrycznej – niby wszystko było w porządku, wszystko działało, ale wystarczył jeden nieodpowiedni ruch, żeby zaiskrzyło i wszystko się sfajczyło.
A wydawało jej się, że przecież każdy przeszedł jakąś zmianę – Dante dorósł, a przynajmniej urósł… a jej ojciec chyba osiągnął już ten wiek, że nie musiał się martwić o maleńką córeczkę i jej cnotę, a raczej powinien się przejmować tym, że nadal nie było na świecie wnuków, które mógłby rozpieszczać.
Spotkanie z rodzicami było dla niej bardzo ważne. Nie widzieli się naprawdę długo, a samo wymienianie wiadomości z mamą nie mogło zastąpić jej tego jednego fizycznego kontaktu. Dlatego tym razem się nie poddawała i po pierwszej odmowie Dantego, nie zamierzała odpuścić. Stąd te naburmuszone miny, zdawkowe odpowiedzi i pytania w ciągu ostatniego tygodnia. Liczyła, że może trochę go tym zmiękczy i w końcu naprawdę jej ulegnie. Podchodziło to w pewnym stopniu o szantaż emocjonalny, ale w tej chwili naprawdę o tym nie myślała. Tylko szkoda, że to w ogóle nie działało. Nie pytał przecież o powód jej naburmuszonej miny, nie pytał, dlaczego nie dostał buziaka, gdy tylko wróciła z salonu. Tak jakby w ogóle go to nie obchodziło.
Dlatego musiała postawić wszystko na jedno kartę i wytoczyć potężne działo – swoje gadulstwo. Gdy tylko pojawiła się w domu po sobotnim zapierdzielu w pracy, nie pytała go czy dobrze spał, czy potrzebuje coś do tej świeżo zaparzonej kawy – od razu przeszła do ataku. Widziała, że kilkukrotnie próbował jej przerwać, ale przecież nie trafił na amatorkę w swoim fachu. W chwilach, gdy tylko lekko rozchylał usta, ona przyspieszała wyrzucanie z siebie słów, aby mieć pewność, że zdąży mu powiedzieć wszystko, co tylko chciała. I tak jakoś jej się wymsknęło o tej rodzinie, ale… nie zamierzała się z tego wycofywać, bo naprawdę tak uważała. Może i nie mieli ślubu, nie planowali potomstwa… byli za to posiadaczami dwóch słodkich psów i najwyraźniej mocno się kochali skoro po tym wszystkim potrafili do siebie wrócić.
– Ale ja nie chcę odpoczywać w naszym domu. Na kanapie. Na łóżku, podłodze, stole też nie. I na innym meblu też. Nie chcę wyjeżdżać za miasto. Nie chcę spędzać nocy w jakimś obcym miejscu, oglądać twarzy ludzi których nie znam… chcę do rodziny, no! Od chwili kiedy mama zaprosiła nas na tę kolację to po nocach mi się śni pieczona ciecierzyca w sosie curry, którą robi mój tata. Przez to już nawet zupki chińskie przestały mi smakować! Wiesz jaka to dla mnie katorga? Od tygodnia jestem w stanie jeść w pracy tylko paluszki i krakersy…! – jęknęła żałośnie, opuszczając ręce wzdłuż ciała i zaciskając palce na materiale spódnicy. Sama zaraz zerknęła na wiszący na ścianie zegarek, uświadamiając sobie, że powoli zbliżali się do pory wczesnego obiadu. Dopiero. Sytuacja wyglądała dosyć podobnie do tej, kiedy to we Włoszech zbudziła go skoro świt, mimo że do rozpoczęcia jej pracy mieli jeszcze około sześciu godzin. Tym razem jednak nie zamierzała go przepraszać, a już na pewno nie planowała zadośćuczynić mu zaistniałych niedogodności w łóżku. Na stole też nie. O tym słynnym krześle również mógł zapomnieć.
– Nie mówię, że masz już teraz zbierać tyłek i pakować się do auta. Chcę tylko wiedzieć, jaką podjąłeś decyzję, bo miałeś naprawdę dużo czasu, żeby się nad tym zastanowić. Te twoje ciągłe później to tylko pic na wodę. Cały czas odwlekasz tę rozmowę, a ja chcę po prostu, żebyś powiedział mi prosto w twarz, że nie zamierzasz nigdzie iść. Bo bez łaski. Sama pójdę. – Zmarszczyła groźnie nos, wpatrując się w niego jeszcze przez chwilę. Podeszła zaraz do chłopaka i wzięła do ręki jego kubek z kawą, podnosząc go do ust tak jakby zamierzała się z niego napić, ale finalnie nic takiego się nie stało. Kubek na nowo wylądował przed nim, a ona sama udała się do kuchni i nastawiła wodę w czajniku. Oparła łokcie o blat kuchenny i ukryła między nimi głowę, zaciskając lekko palce na swoich włosach.
Nie zgadzał się. Odmawiał jej. Wyjścia do jej rodziców. A ona naprawdę nie potrafiła tego zrozumieć, a już na pewno tak po prostu zaakceptować.

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Catch the local sports fever
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

O ile w czasach liceum nie miał najmniejszego problemu, żeby zmienić swoje plany na spędzenie czasu tylko dlatego, że całkiem solidną konkurencją dla kolejnej imprezy ze znajomymi stawało się wyjście gdzieś z Elsą – nawet jeśli czasami choćby dla zasady musiał wyrazić przy tym swoje rzekome niezadowolenie – tak… w tym wypadku to zdecydowanie nie była tylko kolacja. Bo przecież doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak prezentowała się jego relacja z Casperem i chyba żadną tajemnicą nie było to, że w tym wypadku chyba nawet obaj mogliby się ze sobą zgodzić. Co do tego przynajmniej, że zdecydowanie lepiej byłoby, gdyby Dante zdecydował się zostać w domu i odpuścić sobie całą tę rodzinną kolację. I nawet jeśli mogłoby się wydawać, że choćby przez tę domniemaną i niezdarzającą się zbyt często jednomyślność, powinien uznać, że wybierze się tam razem z Elsą tylko po to, żeby zrobić jej ojcu na złość, to… chyba mimo wszystko musiałby dość poważnie zastanowić się przy tym, czy aby przypadkiem na złość nie robiłby bardziej samemu sobie. A później jeszcze dojść do całkiem słusznego wniosku, że niezadowolenie Eriksena z powodu jego obecności na kolacji zdecydowanie nie było warte skazywania się na takie towarzystwo.
Właściwie… nawet gdyby rzeczywiście chciał tę sprawę jakoś poważniej przemyśleć – zamiast po prostu zakładać od razu, że w żadnym razie nie był to dobry pomysł i że nie było opcji, żeby miał tak po prostu zgodzić się na tę kolację – chyba i tak musiałby dojść do wniosków, prowadzących ich dokładnie do tego samego miejsca. Absolutnie nie było przecież ani jednego powodu, dla którego mógłby uznać, że to mogło się jakkolwiek udać. Albo przynajmniej w jakimś stopniu równać się z miło spędzonym czasem.
I nie, ciecierzyca w curry też nie mogła być tym argumentem. Sam zresztą mógł jej przecież przygotować jakąś cholerną ciecierzycę, jeśli to miałoby oznaczać, że dzięki temu mogliby po prostu odpuścić sobie to wyjście oraz wiążącą się z nim wymianę uprzejmości z Casperem. Co zresztą przynajmniej przez moment rzeczywiście zamierzał powiedzieć jej na głos. Odpuścił sobie jednak zaskakująco szybko, gdy tylko dotarło do niego, że pewnie i tak nie miało to najmniejszego sensu i że doskonale przecież wiedział, jaką odpowiedź miałby przy tej okazji otrzymać.
– No jasne, bo przecież w całym Toronto nie da się znaleźć ani jednej knajpy, w której można byłoby zamówić ciecierzycę w curry… – burknął jednak mimo wszystko, wciąż jednak nie oczekując, że miałoby to okazać się argumentem choćby minimalnie przechylającym szalę na jego stronę. Właściwie chyba nawet można byłoby odnieść wrażenie – pewnie nawet całkiem słuszne – że wypowiedziane słowa wcale nie były kierowane do niej, a po prostu do samego siebie. Albo i nikogo konkretnego, bo chyba nawet któreś z psów trudno byłoby uznać za ich adresata, skoro niewiele wskazywało na to, że zwierzaki miałyby jakąkolwiek chęć włączyć się w całą tę wymianę zdań. A szkoda. Bo pewnie nagła konieczność wyjścia z nimi na spacer rzeczywiście mogłaby nieco odsunąć tę rozmowę w czasie. Pewnie nawet zdecydowanie bardziej skutecznie niż niespecjalnie udana próba zwrócenia uwagi na to, że do tej nieszczęsnej kolacji mieli jeszcze przynajmniej parę godzin, w ciągu której naprawdę nie musieli o niej rozmawiać.
Pozostawiając swój kubek tam, gdzie odstawiła go Elsa – i najwyraźniej dochodząc do wniosku, że chyba faktycznie zdążył już stracić ochotę na kawę, skoro ta podczas tej konkretnej rozmowy po prostu nie miała szans smakować jakkolwiek dobrze – przeszedł za nią do kuchni. Bo nawet jeśli przez sekundę lub dwie przeszło mu przez myśl, że może jednak lepiej byłoby skierować się w zupełnie przeciwnym kierunku – na przykład w okolice drzwi wyjściowych – widocznie musiał być to jeden z tych nielicznych momentów, w którym do głosu udało się dojść tej pokracznej namiastce rozsądku. A ta dość stanowczo twierdziła, że w tym wypadku takie dosłowne wyjście może jednak niekoniecznie byłoby tym najlepszym. I że po takim załatwieniu sprawy pewnie mógłby zapomnieć, że w najbliższym – albo i tym dalszym – czasie mógłby liczyć na choćby tak oszczędne interakcje ze strony Elsy, jak to miało miejsce w ciągu ostatniego tygodnia.
– Nie powiedziałem przecież, że nie mam zamiaru nigdzie iść – bo chyba wcale nie musiał tego mówić, to powinno być dość oczywiste i bez wypowiadania tego na głos… – Ale na pewno kompletnie nie mam na to ochoty i chyba doskonale powinnaś wiedzieć czemu. Za to ja nie mam pojęcia, czemu w ogóle uznałaś, że mogłoby być inaczej.
A jednak nawet jeśli w jego wypowiedzi zdążyło gdzieś wybrzmieć podszyte poirytowaniem zniecierpliwienie, to… chyba po raz kolejny musiał całkiem szybko dojść do wniosku, że nie był w stanie złościć się na nią jakoś poważnie. Nawet jeśli wyskakiwała z pomysłem równie niedorzecznym, jak kolacja ze śniadaniem w domu jej rodziców.
Doskonale wiedział za to, że absolutnie nie powinien w tym momencie próbować jej przytulać, skoro mogłoby to zadziałać zdecydowanie skuteczniej niż jakiekolwiek jej uśmiechy czy całusy w czasach liceum – a tym samym przekonać go do tego, żeby rzeczywiście na tę idiotyczną kolację się zgodził. Najwyraźniej jednak i w tym wypadku sama świadomość konsekwencji nie mogła wystarczyć, żeby odwieść go od jakiegoś pomysłu, więc… oczywiście, że nie mógł spędzić zbyt wiele czasu na to, by po prostu przyglądać się jej, gdy tak pochylała się nad blatem. Niewiele więc myśląc, podszedł do niej, by w kolejnej chwili ułożyć dłonie na jej biodrach i pochylić się lekko, żeby móc oprzeć brodę o jej ramię.
– Możemy przynajmniej odpuścić sobie to całe nocowanie tam…? – mruknął, co zdecydowanie za bardzo brzmiało jak wstęp to wypracowania jakiegoś kompromisu. I z czego absolutnie nie mógł być ani trochę zadowolony, skoro wciąż nijak nie rozwiązywało to głównego problemu, jakim była konieczność spędzenia choćby paru godzin w towarzystwie jej ojca.

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Indulge in local cuisine
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
Just a pretty little nightmare.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Niechęć tych dwoje do siebie była dla niej wielką zagadką. Nie potrafiła sobie przypomnieć, który tak naprawdę zaczął tę dziwną zabawę w dogryzanie — czy był to Dante, ponieważ Casper był znajomym Douglasa, więc dla zasady należało go nie lubić… czy może jej ojciec i to dlatego, że chłopak spotykał się z jego córką? Jeszcze jakiś czas temu byłaby skłonna stwierdzić, że tą wrogość jej taty była czymś normalnym i wpisanym w naturę każdego rodzica. W końcu chyba we wszystkich książkach i filmach romantycznych, w ktore to miała okazję się zagłębić, ojciec głównej bohaterki niemal strzelał z wiatrówki do każdego amanta, który to miał czelność oddychać tym samym powietrzem, co jego księżniczka. Tylko po tym niemym rozstaniu z Dante to Casper sam próbował zeswatać ją z Kieranem, specjalnie zapraszając jego rodzinę na obiadki i kolacje. Czyżby Burreau był tym dziwnym wyjątkiem potwierdzającym regułę? W każdym razie, akurat tym spostrzeżeniem nie zamierzała się chwalić Dantemu. Nie uważała, że zrobiła coś złego, umawiając się z innymi podczas ich przy długiej przerwy, ale nie był to chyba temat, w który chciałaby się zagłębiać podczas wieczornego oglądania filmu albo porannego lenistwa w łóżku. Chociaż to ostatnie miało miejsce już tak dawno temu, że można byłoby je spokojnie skreślić z tej listy.
Dla niego ta ciecierzyca w curry była po prostu ciecierzycą w curry. Nie liczyła, że zrozumie jak miłe wspomnienia potrafiła przywołać ta banalna potrawa. Niektóre smaki miały przecież tę niesamowitą właściwość, że potrafiły przenosić człowieka w czasie skuteczniej niż stare zdjęcia. Ten konkretny prowadził ją do dnia, gdy oznajmiła rodzicom, że przechodzi na wegetarianizm, ale żeby się nią w ogóle nie przejmowali, bo przecież może żyć na samych kanapkach z serem żółtym i keczupem. Ani Casper, ani Eline nie pytali skąd ten pomysł. Nie zaczęli też żadnego wywodu, że przecież miała ledwie trzynaście lat i potrzebowała mięsa, aby jej organizm mógł się dalej prawidłowo rozwijać. Nie. Jej ojciec wtedy zakasał rękawy i przygotował na obiad tę cholerną ciecierzyce w sosie curry. Dlatego myślała, że może przemilczy temat samego dania jakie miało być zaserwowane tego wieczoru, ale nie. Przecież by się udusił. Zmarszczyła więc lekko nos, słysząc jego komentarz odnośnie możliwości zjedzenia dokładnie tej potrawy w jakiejkolwiek knajpie w Toronto.
— Słuchałeś jak powiedziałam, że nie chcę spędzać tego wieczoru w domu na kanapie ani w jakimś obcym miejscu? Zresztą, zależy mi na tej konkretnej ciecierzycy, na tej zrobionej przez mojego tatę, a nie jakiegoś Rajasha Koothrappaliego — powiedziała zdecydowanie zbyt piskliwym tonem głosu jak na jej standardy. I chyba właśnie wtedy skończyła jej się cierpliwość. Tupnęła nogą o podłogę, aż sama była przez sekundę zaskoczona własną reakcją. Zacisnęła mocno dłonie w pięści, orientując się, jak absurdalnie musiało to wyglądać. Bo już sama nie wiedziała jak miała do niego trafić i wyjaśnić, że zależało jej na tej kolacji u rodziców. I choć później wspomniała, że nie musiał przecież jechać z nią, to oczywiste było to, że na jego obecności podczas tej wizyty zależało jej równie mocno. Nie chciała krzyczeć. To raczej nie był sposób, którym próbowała przekonać do swoich racji kogokolwiek. Dlatego chyba z tej całej bezsilności wybrała najbardziej infantylną opcję. Problem jednak polegał na tym, że z tymi lekko nadętymi policzkami, zmarszczonym nosem i oburzeniem wymalowanym w dużych, brązowych oczach wyglądała bardziej jak ktoś, komu właśnie zabrano ulubioną zabawkę, niż jak dorosła kobieta próbująca wygrać poważną dyskusję. Po nieudanej próbie napicia się jego kawy — którą swoją drogą zostawiła nietkniętą, aby czasem razem z Dante nie zaliczyli tego słynnego pośredniego pocałunku przez kubek — schowała się w kuchni, aby jeszcze raz poukładać swoje myśli i znów stać się dojrzałą Elsą, która wcale nie wymusza niczego tupaniem i fochami. Tylko skoro zwykła rozmowa nie działała… to co jej pozostało?
Słysząc jego głos, uniosła lekko głowę, wystarczająco, aby uwolnić ją z ramionowego więzienia, jednak nie odwracała się, wbijając wzrok w ścianę.
— No tak. Bo mówienie, że akurat w tym czasie musisz iść z Murphym na ważne psie spotkanie, brzmi jak gra wstępna przed tą kolacją — mruknęła, zaczynając się powoli prostować. I kiedy zamierzała się odwrócić w jego stronę, aby jakoś przeprosić za swoje wcześniejsze gówniarskie zachowanie, poczuła jak łapie ją za biodra i po chwili opiera brodę o jej ramię, z którego zdążył się zsunąć materiał swetra.
— Nawet przez myśl mi nie przeszło, że mógłbyś chcieć tak po prostu przyjść do moich rodziców. Chociaż mama non stop o ciebie pyta. Jest zazdrosna, że jeszcze się nie widzieliście, a z kolei z moim tatą non stop się mijacie… — Oczywiście to non stop było typową matczyną hiperbolą. W końcu Dante miał okazję spotkać Caspera podczas tego pamiętnego poranka, a potem kilka razy w szpitalu, gdy Elsa leżała na sali intensywnej terapii. Eline miała to nieszczęście, że zawsze gdzieś się mijała ze swoim prawie zięciem.
— Ale tak sobie wyobrażasz to nasze życie? Że jak moi rodzice będą do nas przychodzić to ty będziesz wychodził? Że za każdym razem jak dostaniemy zaproszenie to będę jeździła tam sama? Dante… to nie powinno tak wyglądać. A przynajmniej nie za każdym razem… — westchnęła zrezygnowana. Oczywiście, kilkukrotnie mogłaby wcisnąć im bajeczkę, że się pochorował — taką zresztą zamierzała opowiedzieć, gdyby jednak nie udało jej się go namówić na dzisiejszą kolację — albo że któryś z psów się źle czuł i musiał nad nim czuwać. Ale coś jej się wydawało, że szybko skończyłyby jej się te najlepsze wymówki. Zamierzała zaraz odwrócić się i powiedzieć, że do niczego go nie będzie zmuszała i pojedzie sama, kiedy to nagle zaproponował kompromis. Kolacja bez śniadania.
Od razu się wyprostowała i z prędkością światła zwróciła w jego stronę, odnajdując jego usta swoimi. Jak mały królik zaczęła podskakiwać z wyraźnej ekscytacji aż w końcu po prostu wskoczyła na niego i oplotła go w pasie nogami. Na szczęście, spódnica, którą miała na sobie, nie była w ogóle obcisła, więc nie ograniczała jej ruchów.
— Zgoda! Ale Ty robisz śniadanie. Naleśniki z twarożkiem i malinami. I borówkami. Wczoraj kupiłam, wszystko mamy w lodówce, nie wywiniesz się. — Nastrój jej się zmienił o sto osiemdziesiąt stopni. Jeszcze sekundę wcześniej była gotowa obrazić się na niego na najbliższe pół godziny, a teraz wyglądała, jakby właśnie oznajmił jej, że spełni wszystkie trzy życzenia niczym prawdziwa złota rybka.
— Kocham… kocham… kocham… — mruczała, cmokając go czule po każdym wyznaniu. Bo kochała go. Nawet takiego niezadowolonego z faktu, że musiał odwiedzić jej ojca. Ale on chyba też ją kochał skoro mimo to był gotowy na to spotkanie. Dla niej.

Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Catch the local sports fever
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Prawdopodobnie również ani Dante, ani też Casper nie byliby w stanie stwierdzić jednoznacznie, który z nich zapoczątkował te dość niecodzienne wymiany uprzejmości, bez których nie mogło obyć się żadne ich spotkanie. Możliwe zresztą, że te zaczęły się jakoś tak samoistnie, bez żadnego konkretnego – albo przynajmniej logicznego, zwłaszcza w oczach każdego innego poza nimi – powodu. Zwłaszcza, że cała ta obopólna niechęć musiała przecież zacząć się jeszcze na długo przed tym, zanim tych dwóch miało okazję wymienić ze sobą choćby kilka przelotnych zdań. Dantemu w zupełności wystarczyło przecież to, że Eriksen był znajomym Douga – w dodatku pośrednio odpowiedzialnym za to, że Levasseur musiał marnować czas na jakichś idiotycznych korepetycjach. Z kolei dla Caspera pewnie tak samo wystarczające musiały być wszelkie – raczej mało pochlebne – informacje, jakie na temat swojego pasierba mógłby przekazać mu Douglas. To, że w którymś momencie Dante zaczął spotykać się z Elsą – i to na pewno nie po to, by wspólnie ślęczeć nad jakimś zbiorem zadań – chyba tylko przypieczętowało fakt, że on i jej ojciec po prostu nigdy już nie mieli mieć szansy na to, by jakkolwiek się polubić. Zwłaszcza, że jakoś tak niespecjalnie zanosiło się na to, by którykolwiek z nich zamierzał postarać się to zmienić.
I tak, w jego mniemaniu ta nieszczęsna ciecierzyca w curry wciąż pozostawała… po prostu ciecierzycą w curry. Nawet jeśli gdzieś z tyłu głowy musiała mu się kołatać całkiem rozsądna myśl, że przecież to nie ta konkretna potrawa miała być z perspektywy Elsy najważniejsza w tym wszystkim. Jak to jednak bywało z większością rozsądnych myśli w przypadku Dantego – i ta musiała pozostać na swoim miejscu, bez większych szans na wydostanie się na powierzchnię. A skoro tak, to bez większych oporów mógł odburknąć coś nie do końca zrozumiałego na przypomnienie mu o tym, że przecież wyraźnie zakomunikowała, że nie miała najmniejszej ochoty spędzać tego wieczoru ani w domu, ani w żadnym obcym miejscu. Choć jego odpowiedź prawdopodobnie równie dobrze mogłaby być potwierdzeniem, że owszem, jak najbardziej o tym pamiętał, jak i spostrzeżeniem, że Koothrappali na pewno robił całkiem niezłą ciecierzycę w curry. I to bez konieczności użerania się z jej ojcem podczas jedzenia. Trudno byłoby o większy profit…
Co może zresztą zechciałby dodatkowo wyartykułować nieco wyraźniej i dosadniej, gdyby nie to jej tupnięcie nogą i naburmuszona mina, na widok której niewątpliwie mógłby co najwyżej roześmiać się – w każdej innej sytuacji. Choć i w tej mimo wszystko brakowało naprawdę niewiele, a fakt, że ostatecznie zdobył się jedynie na wymowne wywrócenie oczami – i to w momencie, gdy Elsa będąc w drodze do kuchni nie miała nawet szans tego zauważyć – mógłby już zakrawać na wybitne zdolności w zakresie samokontroli.
– No bo jasne, że wolałbym iść z Murphym na jakieś psie spotkanie i nawet spędzić z nim w tym cholernym parku pół dnia niż… – i może nawet te całe wybitne zdolności nie ograniczały się tylko do minionej chwili, skoro na dodatek potrafił też ugryźć się w język i nie kończyć zaczętego zdania w ten najbardziej oczywisty sposób. Którego pewnie i tak bez większego trudu można było się domyślić.
– Mam nadzieję, że uświadomiłaś ją, że to całe mijanie się non stop, też wcale jakoś mnie nie cieszy – mruknął zamiast tego, w tym przypadku wcale nie widząc potrzeby zachowywania tej kolejnej oczywistości dla siebie. Zwłaszcza, że jakakolwiek radość ze spotkania z Eriksenem chyba i tak była ostatnim, o co można byłoby go kiedykolwiek posądzić – co do tego raczej nie powinien mieć wątpliwości nikt, kto choćby raz miał okazję widzieć ich dwóch obok siebie.
A chociaż jej kolejne pytanie postanowił pozostawić bez odpowiedzi – w zasadzie… i tej chyba można było się bez większego trudu domyślić… – zdecydowanie potencjalne wymówki nie były czymś, czym miałby się jakkolwiek przejmować. Ani też czymś, czym wobec tego powinna się przejmować Elsa. Bo jeśli tylko rzeczywiście tyle wystarczyłoby, żeby mógł skutecznie unikać spotkań z jej ojcem, to oczywiście, że bardzo chętnie sam podsuwałby jej kolejne – choćby i te najbardziej absurdalne. A przy tym nie sądził jakoś, by miało mu przy okazji zabraknąć w tym względzie kreatywności. Motywacja byłaby przecież wystarczająca, żeby postarać się choćby odrobinę. Albo i nieco bardziej niż odrobinę.
I chociaż w normalnych okolicznościach pewnie nie trzeba byłoby wiele, żeby udzielił mu się ten odmieniony nastrój Elsy, tak… tym razem naprawdę trudno byłoby oczekiwać od niego jakiegoś większego entuzjazmu. Odwzajemnił jej pocałunek, jasne. A także chwycił ją nieco pewniej, żeby podtrzymać ją, gdy już postanowiła wskoczyć na niego – bo chociaż potencjalny upadek i rozbicie sobie głowy o kuchenną szafkę pewnie mogłoby być całkiem niezłym powodem, żeby odpuścić sobie całą tę kolację, to… takiego scenariusza chyba jednak nie brał pod uwagę. Nawet jeśli wciąż trudno byłoby doszukać się u niego choćby odrobiny zadowolenia z tego, że tak szybko przystała na ten zaproponowany przez niego kompromis.
– Niezbyt wygórowana cena za to, żeby przynajmniej wrócić do domu na noc, więc… niech będzie – zgodził się jednak, bo… co innego mu tak właściwie zostało? Po chwili też zdobył się nawet na lekki uśmiech. Taki kompletnie bez przekonania, który w zasadzie chyba nawet nie powinien w żaden sposób pretendować do miana uśmiechu. – Jak oprócz tego zgodzę się zrobić też obiad… albo śniadania kilka dni z rzędu, to będziemy mogli w ogóle odpuścić sobie to wyjście…?
Nie, tym razem zdecydowanie nie łudził się nawet, że i na tę propozycję miałaby przystać. Co jednak wciąż nie oznaczało, że tę powinien zachować dla siebie…

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Indulge in local cuisine
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
Just a pretty little nightmare.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Jeszcze będąc w liceum słyszała od mamy historię o tym, jak Casper przez chyba cały miesiąc próbował przyswoić informację, że sam wepchnął Elsę w ramiona Dantego. Podejrzewał, że ten musiał ją czymś zaszantażować albo nafaszerować, skoro zgodziła się z nim chodzić. Bo jak to jego porządna córeczka z tym nieporządnym… idiotą, żeby nie użyć słowa na d.
A jednak zdarzały się dni, kiedy po cichu doceniał tego idiotę. Nigdy oczywiście w jego obecności, ale trudno było zaprzeczyć, że Dante odprowadzał Elsę po każdej imprezie do domu, oddawał jej kurtkę albo bluzę, kiedy marzła, a czasem po prostu brał ją na barana, gdy nogi odmawiały posłuszeństwa po całonocnej zabawie u któregoś ze znajomych. Najwyraźniej nawet Casper musiał gdzieś podświadomie czuć, że dziewczyna mogła trafić znacznie gorzej. Wciąż jednak wolał wierzyć, że gdyby tak się stało, sama szybko zakończyłaby podobną relację.
Przy Dantem było inaczej. Choćby nie wiadomo jak bardzo mu się to nie podobało, Elsa była szczęśliwa, a dopóki nie działa jej się krzywda, chyba nie zamierzał jakoś szczególnie ingerować.
Na kolejne próby wymigania się od kolacji z jej rodzicami zmarszczyła więc tylko nos, próbując przybrać możliwie groźną minę. Bo co to właściwie miało znaczyć, że wolał spędzić pół dnia w parku z Murphym niż… no właśnie, niż co? Czyżby jej towarzystwo zaczynało schodzić na dalszy plan?
Oczywiście natychmiast potraktowała to personalnie.
Jakby zupełnie zapomniała, że problemem od początku był Casper. Z jej mamą Dante dogadywał się przecież całkiem dobrze, a Larsa ostatni raz widział jeszcze jako nastolatka, który zresztą większość czasu spędzał w swoim pokoju z nosem w książkach. Jeśli więc przeszkadzało mu wyłącznie towarzystwo jej ojca… może zaczęła przeszkadzać mu również ona?
Może przyzwyczaił się do swojego spokojnego życia, w którym Elsa większość czasu spędzała w pracy, a on mógł zajmować się własnymi pomysłami. A teraz nagle pojawiła się taka jedna w zielonym swetrze i zrzędziła, że wymyśliła im plany na cały weekend.
Dlatego wyjście do kuchni wydawało się najlepszym rozwiązaniem. Potrzebowała chwili, żeby ochłonąć, policzyć do dziesięciu i przestać budować w głowie scenariusze, które tylko niepotrzebnie ją nakręcały.
Zresztą najwyraźniej nie zdążyły się tam szczególnie zadomowić, skoro kilka chwil później wystarczyło, że Dante ją dotknął i zaproponował mały kompromis w postaci powrotu do domu na noc, a uśmiech natychmiast wrócił na jej twarz. Nie potrafiła też powstrzymać nagłego przypływu czułości. Była mu wdzięczna, że ją przytrzymał i pomógł zachować równowagę. Bo chyba rozwalona głowa — nieważne czyja — lejąca się krew i w konsekwencji atak paniki Norweżki były ostatnimi rzeczami, których w tej konkretnej chwili potrzebowali.
— Dziwnie mówisz „ja ciebie też” — odparła, cmokając go ostatni raz w usta. — Cóż, ona właśnie wyznała mu miłość trzy razy, a on w odpowiedzi stwierdził, że mógłby robić jej śniadanie. Byle tylko nie zbliżać się do tego konkretnego domu w York Mills.
— I to bardzo miłe z Twojej strony, że chcesz mnie przez kilka dni witać śniadaniem o piątej rano… ale chyba nie chcę cię torturować tak wczesnymi pobudkami, więc wystarczy mi tylko ta kolacja. Obiecuję, że nie będziemy siedzieć bardzo długo. A po powrocie… ładnie ci podziękuję za to, że byłeś taki grzeczny… — Ostatnie słowa wymruczała, sunąc nosem po jego szyi, aż dotarła nim do ucha, które po chwili czule ucałowała.
Zgodził się. I jeszcze miał zrobić jej jutro śniadanie!
Naprawdę była przekonana, że na wizytę u rodziców wybierze się sama, a tu proszę. Jakimś cudem znowu udało jej się go przekonać.
Reszta popołudnia minęła zaskakująco szybko. Skoro nie musieli zabierać zwierzaków ze sobą, wybrali się na dłuższy spacer, żeby Murphy i Olive mogli się wybiegać i załatwić swoje potrzeby. Potem przyszedł czas na prysznic, zmianę garderoby i niewiedząc kiedy, jechali już w stronę jej rodzinnego domu. Samochód prowadziła Elsa i to nie dlatego, że nie ufała umiejętnościom Dantego — przecież bardzo ładnie ich woził we Włoszech jak zaniemogła i niejednokrotnie także w Toronto. Tutaj chodziło raczej o brak zaufania, że na pewno dotrą do celu. Może niesłusznie, ale podejrzewała, że jakimś cudem chłopak mógłby skręcić w złą uliczkę i nagle znaleźliby się za miastem. A tak to nie miał wyjścia. Zwłaszcza, że Norweżka ostentacyjnie zablokowała drzwi w aucie, więc żeby faktycznie się z niego wydostać to musiałby albo wybić szybę i przez nią wyskoczyć, albo ogłuszyć swoją dziewczynę. I na całe szczęście, nie wpakowali się w żadne korki, więc dodatkowo Dante miał bardzo mało czasu, aby wymyśleć ewentualną trzecią opcję, bo po jakichś trzydziestu minutach, wjeżdżali już przez bramę.
— Bądź grzeczny… i pamiętaj, że cię kocham — powiedziała mu jeszcze przed wyjściem z auta, po czym poszła się przywitać z czekającą na nich na tarasie rodziną.
— Och, jesteście wreszcie. Już się bałam, że zgubiliście się po drodze. Dante, jak miło cię wreszcie zobaczyć! Mówiłam Elsie przez telefon, że jestem zazdrosna, że ciągle się widujesz z moim mężem, a ze mną jeszcze ani razu! — Blondwłosa kobieta zbliżyła się do chłopaka i uściskała go w geście powitania. Przez te ostatnie lata zdawała się w ogóle nie zmienić, w przeciwieństwie do pewnego wysokiego młodzieńca, którego to Dante mógł zapamiętać jako tego małego chłopca wpatrzonego w swoją siostrę jak w obrazek. Wyrósł, zmężniał i podczas kiedy Eline witała się z partnerem swojej córki, on zamknął Elsę w swoich ramionach, ukrywając twarz w jej kolorowych włosach.
— Tęskniłem… — wymamrotał, zaciskając dłonie na jej talii. I wtedy wydawało się, że drgnął niespokojnie, unosząc po chwili głowę i zawieszając wzrok na tym nieodpowiednim facecie. — Schudłaś…
— Co? Nie, niemożliwe. Regularnie wciągam słodycze i inne niezdrowe przekąski. Obstawiałabym, że raczej przytyłam.
— Czyli to jest twój główny jadłospis? Ciastka i paluszki? Elsa… — odezwał się nagle mężczyzna, który po przywitaniu z córką, stał przy wejściu z założonymi na torsie ramionami. Na Dantego kiwnął jedynie głową, ale najprawdopodobniej nie z własnej inicjatywy, a pod wpływem morderczego spojrzenia swojej żony.
— Ech nie, oczywiście, że nie. Dante świetnie gotuje tylko jak jestem w pracy to jedyne na co mam czas to na szybkie wsadzenie sobie ciastka do dzioba albo schrupanie trzech krakersów. Zresztą, nie mówmy o tym, dobra? Chyba mamy lepsze tematy do rozmów niż moje ciągnoty do niezdrowego żarcia. — Wywróciła teatralnie oczami, wyswobadzając się z objęć brata, który nie był zbytnio zadowolony z takiego obrotu sprawy, ale czego oczywiście Elsa nie dostrzegła, po czym podeszła do ukochanego i złapała go za rękę, aby zaraz wraz z nim wejść do środka, gdzie to mieszały się już przepyszne zapachy dzisiejszej kolacji.


Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
25 y/o
Catch the local sports fever
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Trzeba było przyznać, że zajęcie miejsca za kierownicą było z jej strony całkiem rozsądnym pomysłem. Bo przecież więcej niż prawdopodobne było to, że gdyby prowadzić miał Dante… rzeczywiście zupełnym przypadkiem mogliby nigdy nie dojechać do jej rodziców. Rozważał już przecież zgubienie się gdzieś podczas spaceru z psami – tak na najbliższych kilka lub kilkanaście godzin – zatrzaśnięcie w łazience, a po dojechaniu na miejsce brał też pod uwagę możliwość pozostania w samochodzie. Mógł przecież udać, że to jej ostentacyjne zablokowanie drzwi w jakiś sposób popsuło zamki i że absolutnie nie mógłby po prostu wysiąść drzwiami po jej stronie, gdyby te jego rzeczywiście nie chciały się otworzyć.
Niestety, żaden z potencjalnych planów na uniknięcie tej nieszczęsnej kolacji nie okazał się dość dobry i przekonujący, by wcielić go w życie. Chociaż i tak potrzebował jeszcze chwili lub dwóch, by zupełnie wykluczyć ten ostatni. Stąd pewnie chwilowe opóźnienie, z jakim wysiadł z samochodu – wcześniej niewyraźnym mruknięciem wyrażając jeszcze powątpiewanie co do tego, czy Elsa faktycznie zabierałaby go akurat tutaj, gdyby go kochała.
I nie, jej wcześniejsza obietnica ładnych podziękowań też jakoś niespecjalnie go w tej kwestii przekonywała.
Nie zdążył tęsknie obejrzeć się w stronę samochodu – choć zdążył pomyśleć o tym, że być może pora była idealna, by przypomnieć sobie o konieczności pilnego wrócenia się do domu z byle jakiego powodu – kiedy został uraczony powitalnym uściskiem od Eline. Mimowolnie uśmiechnął się, chociaż dalej brakowało w tym uśmiechu jakiegoś większego przekonania. I chyba dalej trudno byłoby się mu z tego powodu dziwić.
– Nie żeby mnie to jakoś szczególnie cieszyło… – nawet jeśli podobne podkreślenie braku radości z tych wspomnianych spotkań z ojcem Elsy nie było w żaden sposób konieczne, i tak uznał za stosowne, by wspomnieć o tym na głos. Na wypadek, gdyby mimo wszystko ktokolwiek mógł mieć w tym temacie jakieś wątpliwości.
Sam za to zdecydowanie nie miał najmniejszych nawet wątpliwości, że wciąż nie miał absolutnie żadnej ochoty, by być akurat tutaj. Gdyby jednak jakiekolwiek miał, te chyba i tak całkiem skutecznie musiałyby się rozwiać w momencie, kiedy jego spojrzenie na moment skrzyżowało się z tym posłanym mu przez Larsa. Nawet przez chwilę nie musiał zastanawiać się, w które z rodziców miałby wdać się brat jego dziewczyny, to było aż nazbyt oczywiste. Tak samo zresztą jak to, że ten wieczór po prostu nie miał prawa zaliczać się do tych udanych. Albo chociaż tych, które dałoby się przetrwać bez większego problemu.
Absolutnym przypadkiem zupełnie nie zauważył tego skinięcia, którym zaszczycił go Casper. A skoro niczego podobnego nie widział, to przynajmniej nie musiał czuć się w obowiązku, by odpowiadać chociażby podobnie oszczędnym gestem. Za to raz jeszcze przemknęło mu przez myśl, że może nie takim najgorszym pomysłem byłoby przypomnienie sobie o tym, że zapomniał zostawić w misce Murphy’ego jego ulubionych smaczków, przez co zdecydowanie musiałby wrócić się do domu i ten niewybaczalny błąd naprawić. Znów jednak nie zdążył wcielić tego desperackiego planu w życie, czując na swojej dłoni palce Elsy, a chwilę później – również pociągnięcie w kierunku domu, do którego dalej jakoś tak niespecjalnie miał ochotę wchodzić. Niezależnie od tego, jakie zapachy miałyby unosić się ze środka.
– Jesteś pewna, że niczego nie zapomnieliśmy z samochodu? Mogę się wrócić i sprawdzić – posłużył się konspiracyjnym szeptem, nachylając się do jej ucha. I tak, niby wiedział już, że sprawa i tak była przegrana i kompletnie beznadziejna – zwłaszcza gdy drzwi wejściowe zamknęły się za nimi, odcinając najszybszą drogę ucieczki – ale nie oznaczało to wcale, że nie zamierzał spróbować mimo wszystko. Ostatecznie… przesiedzenie wieczoru w samochodzie – bo nie sądził, że Elsa miałaby być tak naiwna, żeby przy okazji wręczyć mu kluczyki i pozwolić odjechać dokądkolwiek – wciąż wydawało się po stokroć lepszą opcją od siedzenia przy jednym stole z jej ojcem. I bratem, który tymi niechętnymi spojrzeniami najwyraźniej zamierzał dorzucić coś od siebie do tego miłego spotkania.
Choć może przynajmniej mógłby dojść jeszcze do wniosku, że gorzej być nie mogło, co na swój sposób pewnie nawet byłoby całkiem optymistycznym spojrzeniem. Albo chociaż takim, dzięki któremu rzeczywiście miałby w ciągu najbliższych kilkunastu minut nie spróbować ucieczki – pod pretekstem wyjścia do łazienki, czy też mniej subtelnego wyjścia wprost przez drzwi frontowe i pieszej wycieczki do domu.

Elsa Eriksen
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
marchew
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
25 y/o
Indulge in local cuisine
162 cm
Stylistka włosów Studio Lush Locks
Awatar użytkownika
Just a pretty little nightmare.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Widok rodziców bardzo ją cieszył. Czuła, że od dłuższego czasu zaniedbywała ich relację, robiąc z siebie tę wyrodną córkę, co to nawet nie mogła znaleźć minuty, aby zadzwonić w weekend. Ale Dante był jej świadkiem, że jak wracała do domu po całym dniu pracy to potrzebowała konkretnego wyciszenia, jak najmniej bodźców, hałasu… po prostu zmusić swój mózg, aby przestał myśleć i zrelaksował się co najwyżej koreańskim romansem, którego fabuła nie była jakkolwiek wymagająca. Chociaż nie zawsze chłopak był w domu, aby móc potwierdzić jej wersję zdarzeń. Zdarzało się przecież, że wracał, kiedy ta już dawno spała na swojej części łóżka, nierzadko wtulona w pluszową pandę, którą przygarnął dla niej z zamkniętego wesołego miasteczka. Kilka razy też minęli się w drzwiach – ona wyszykowana i gotowa do otwarcia salonu i przyjęcia dostawy z hurtowni, a on… gotowy co najwyżej do spania, choć chciała wierzyć, że pierw obrał kierunek na łazienkę.
Dlatego zarówno rodzice jak i Lars musieli zadowolić się smsem, w którym informowała ich, że żyła, że była naprawdę szczęśliwa i że nigdy w jej życiu nie było lepiej, więc nie mają podstaw do jakichkolwiek zmartwień. Ale oczywiście, jak już udało im się złapać na rozmowę to nie omieszkali się jej tego wypomnieć.
I teraz, kiedy mieli okazję spotkać się wszyscy razem, nie umknęło jej uwadze jak tata wraz z bratem świdrowali wzrokiem Dantego… czyżby byli zazdrośni, że on ją widywał częściej? Nie no… to chyba nie mogło być to. Jakby jednak nie patrzeć to jej chłopak wcale nie był im dłużny. Unikanie jakiegokolwiek kontaktu z nimi wychodziło mu perfekcyjnie, tak jakby został stworzony do tej roli! W sumie, można by się zastanowić czy gdyby Eline do niego nie podeszła to czy też by robił wszystko, aby na nią nie patrzeć.
– Zostawiłeś jedynie swój entuzjazm, ale to nie w aucie. Zgubiłeś go dawno temu… możliwe, że jeszcze znajduje się u pani woźnej w liceum w tym kartonie ze wszystkimi pogubionymi rzeczami. – Posłała mu zadziorny uśmieszek i pociągnęła w stronę drzwi wejściowych. Oczywiście, że nie zamierzała dawać mu kluczyków do auta. Nie planowała też otworzyć mu auta pilotem… dobrze wiedziała, że zrobiłby wszystko, aby się jakoś zatrzasnąć w samochodzie albo tak zabarykadować, że tylko trwałe uszkodzenie pojazdu pozwoliłoby na jego wydostanie. A jak wszyscy dobrze wiedzieli, Elsa była mocno przywiązana do swojego range rovera wziętego w leasing.
Puściła jego dłoń tylko na chwilę w przedpokoju, aby mógł zdjąć buty i płaszcz i przy okazji, żeby i jej było wygodniej zrobić to samo. Ale zaraz po tym, chwyciła go na nowo, splatając ich palce razem i zaprowadziła do jadalni, gdzie stół był już nakryty zastawą w granatowym kolorze i na który mama Elsy wnosiła misy z przygotowanymi już surówkami i przekąskami.
Z ust dziewczyny wydobył się cichy jęk zaskoczenia, kiedy poczuła jak czyjeś dłonie łapią ją za talię i przyciągają do siebie – co niestety spowodowało, że musiała ponownie puścić Dantego – a następnie ramiona tej samej osoby obejmują ją szczelnie na wysokości jej szyi. Te ramiona wyglądały jak mur, za którym to miała się skryć przed… no właśnie. Przed kim? Przecież nie przed jej ukochanym…
– Lars…? Co ty taki przytulaśny? – zapytała rozbawiona, nawet nie walcząc z blondynem. Zawsze był wobec niej bardzo czuły. Mieli naprawdę dobrą relację jako rodzeństwo – zawsze mogli na siebie liczyć i o wszystkim sobie powiedzieć. Dlatego też nie widziała nic złego w tym, że brat tak do niej lgnął… w końcu był jej młodszym, słodkim braciszkiem.
– Mówiłem już, że się stęskniłem… i ech… znajdziesz dla mnie chwilę czasu? Musi mi ktoś włosy podciąć… i wymasować głowę. A nie dam się dotknąć jakimś obcym łapom – mruknął, opierając brodę o czubek głowy siostry.
– Jasne, mam chyba w aucie nożyczki, bo ostatnio sterylizowałam wszystkie narzędzia, więc… – Nie dokończyła. Jej uwagę zwróciła bowiem zastawa na stole. I może nie było w niej nic nadzwyczajnego – poza tym, że była oczywiście bardzo ładna i w guście jej mamy – ale ilość przygotowanych zestawów… – Siedem talerzy? Ktoś ma jeszcze przyjść? To nie wigilia, nie zostawia się wolnego miejsca dla wędrowca… – Zmarszczyła lekko brwi, jednak słysząc za oknem warkot silnika, serce jej się lekko ścisnęło. – Lars..?
– Mnie nie pytaj. Kazali przygotować siedem nakryć to przygotowałem siedem…
Pierwsze co przyszło dziewczynie do głowy to fakt, że jej ojciec zwariował i to do reszty. Bo rozumiała, że może niekoniecznie przepadał za jej miłosnym wyborem, ale chyba nie mógł być aż tak bezczelny, żeby na rodzinną kolację zaprosić państwa Burreau? Albo chociaż Kierana i jego ojca…? Nie, na pewno nie. Nie zrobiłby jej tego. Ścisk w okolicach serca stał się jeszcze mocniejszy, gdy usłyszała dochodzące z przedpokoju rozmowy. Kobieta i mężczyzna. Znała te głosy, jednak nie mogła ich przypisać do żadnej twarzy. Ale świat nie mógł ich długo trzymać w niepewności, bo po chwili w jadalni pojawiła się jej mama w towarzystwie… no właśnie.
Momentalnie wyrwała się z objęć brata i prawie że jednym skokiem pokonała dystans dzielący ją od Dantego, chwytając zaraz jego dłoń i nerwowo ją ściskając.
– Przysięgam… nie wiedziałam… nie wiedziałam… – wymamrotała, nieświadomie wbijając palce w skórę chłopaka. Bo naprawdę nie wiedziała. Nikt jej nie poinformował, że na kolacji miała zjawić się jego mama i Douglas.


Dante Levasseur
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Badum
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ York Mills”