Ile czekałby na wiadomość? Boże, jak ona strasznie nie chciała odpowiadać.
Zamiast tego Indigo chciała powiedzieć mu, że n i g d y o nim nie zapomniała. Że uważnie przeczytała wszystkie nieotwarte wiadomości, powiadomienie po powiadomieniu, z palcem ostrożnie zawieszonym na ekranie tak, aby przyglądać się im tylko z podglądu i nie przeczytać ich tylko po to, żeby ostatecznie i tak nie odpisać. Że jeszcze nigdy w życiu nie zdarzało jej się przeginać na imprezach tak często, jak robiła to w Vancouver. I że za każdym razem, gdy ktoś miłosiernie trzymał jej włosy, a potem odprowadzał do akademika, w stuporze przyznawała, jak bardzo chciała do niego zadzwonić. Że nawet w głośnym, tłocznym mieście nie znalazła nikogo, nawet w połowie tak wyjątkowego jak on.
A on pytał, ile jeszcze kazałaby mu czekać. I miał rację. Nie mogła zniknąć, wrócić bez żadnej zapowiedzi, migać się od niewygodnych pytań, a potem kompletnie przeczyć własnym czynom i wykrztusić cały monolog o tym, jak ważny dla niej był.
—
Nie wiem — przyznała zgodnie z prawdą, bo najwyraźniej w końcu zgodziła się przyjąć do wiadomości, że to nie był właściwy czas na żarty, a na zbędne kłamstwa tym bardziej, więc odpowiadać mogła już tylko szczerze, nawet jeśli te odpowiedzi wcale nie były o wiele lepsze niż kiepski dowcip. Bo co to niby znaczy, że
nie wiem? Powinna wiedzieć, ale to, w co chciałaby wierzyć — że nie czekałby już wcale, ani dnia więcej — daleko rozmijało się z rzeczywistością, skoro pierwotnie nie miała najmniejszego zamiaru unikać go nieskończenie długo, może z kilka dni. Prawda była taka, że nie wiedziała. Może tydzień, może rok? Nie chciała w to wierzyć, ale skonfrontowana z problemem, w dodatku przez osobę, którą do niedawna nazywała najważniejszą, zaczęła mimowolnie zauważać, że kłamała już trochę zbyt dużo, żeby skłamać również na ten temat; bezczelnie powiedzieć, że aktywnie próbowała to wszystko naprawić, a nie czekała na cud. A czekać mogła równie dobrze w nieskończoność.
—
Było... to znaczy jest mi wstyd — niepewnie zaproponowała krótkie wyjaśnienie, widocznie coraz ostrożniej dobierając słowa, czuła na frustrację Lucasa. To nie pierwszy raz, gdy widziała go w podobnym stanie, ale po raz pierwszy, ten stan dotyczył
tylko jej i to nie jakiejś byle głupoty, którą przypadkiem zdarzyło jej się zrobić albo powiedzieć, bo tych akurat było wiele. Jak wtedy na przykład, kiedy w liceum Indie zaczęła forsować teorię, że Tupac tak naprawdę nadal żyje, a potem bezwstydnie nazwała Lu idiotą, kiedy odmówił przyznania jej racji. To nie było to samo. Choć przyczyną niezmiennie była kompletna bezmyślność Indigo, tym razem popisała się nią na taką skalę, że odczekanie kilku godzin, przeproszenie i machnięcie na to wszystko ręką nie wystarczało.
Problem był taki, że Indigo nie potrafiła wyplątać się z czegokolwiek inaczej niż żartem albo zręcznym unikiem — klasyczną ucieczką, zmianą tematu lub, w najgorszym wypadku, jawnym odwróceniem kota ogonem. Żadne z tych rozwiązań nie wchodziło w grę, bo chociaż jej znajomość z Lucasem oficjalnie figurowała już chyba jako zakończona, wciąż zależało jej na nim zbyt mocno, aby pokłócić się z nim teraz tylko dlatego, że cierpiała na poważne braki w komunikatywności. Tylko dlatego, że kiedy rozmowa robiła się trudna, jej pierwszym impulsem było zakończenie jej w trybie natychmiastowym, nieważne, w jaki sposób.
Cały czas stała w zasadzie w tym samym miejscu, nieomal nieruchomo, spojrzeniem bezmyślnie wodząc za Lucasem. Ledwo docierało do niej, co dokładnie do niej mówił — słyszała wszystko, ale z jakiejś dziwnej przyczyny słowa przestawały mieć sens, gdy tylko łączyły się w pełne zdania. Vancouver. Myślami usiłowała kurczowo złapać się tego hasła, zupełnie jakby łapała się tego hasła w głupiej nadziei, że ich rozmowa na tym się skończy. Jak się okazało, trudziła się zupełnie niepotrzebnie, bo emocje — wciąż niezłomnie odpychane w obawie przed zdradzeniem
zbyt wiele — kompletnie zagłuszały każdą inną myśl, nieważne, jak bardzo starała się je ignorować.
W pewnym momencie Indie miała wrażenie, że w ogóle nie wiedziała, o czym mowa i nie potrafiła udawać, że było inaczej, więc mimowolnie skrzywiła się w niezrozumieniu, ze ściągniętymi brwiami wpatrując się w przyjaciela. Albo... byłego przyjaciela, tak chyba powinna o nim myśleć.
Och.
—
Co? — spytała wprost, nawet nie próbując już kryć, że zaczynała kompletnie tracić wątek. W bardziej standardowych okolicznościach zadałaby to pytanie jeszcze dosadniej albo poprosiłaby, żeby
już nie pierdolił, ale tym razem szczęśliwie coś — szczątkowe ilości zdrowego rozsądku? — podpowiedziało jej, że ta sytuacja wymagała drobnych (albo nie) zmian w jej standardowym tonie. —
Albo nie, nieważne, nie odpowiadaj — poprawiła się raptem kilka sekund później, gdy w przypływie odwagi zdecydowała, że ktoś musiał to przerwać, a potem zrozumiała, że mogła zrobić to tylko ona. —
Przepraszam. — UUtrzymanie kontaktu wzrokowego kosztowało Indie dużo więcej energii i odwagi, niż pierwotnie zakładała, ale tym razem nie pozwoliła sobie na to, aby spojrzeniem w popłochu uciec w bliżej nieokreślonym kierunku. Wcale nie chciała wiedzieć, jak wyglądała reakcja Lucasa — była wystarczająco samoświadoma, żeby spodziewać się, że nie miała być natychmiastowo pozytywna. Takich rzeczy nie wybaczało się w trzydzieści sekund. —
Zjebałam, strasznie zjebałam — przyznała, a ponad wymuszony spokój, z którym usiłowała teraz mówić, przebiła się dziwna, całkiem jej niepodobna desperacja. —
Niczego już w ten sposób nie cofnę, ale przepraszam — powtórzyła się pospiesznie, zupełnie jakby bała się, że gdyby zatrzymała się teraz w połowie zdania, nie potrafiłaby go dokończyć. —
Nie chciałam... — mówiła dalej, ale słowa znów zaczęły stawać się krótkie, spięte, urywane niezdarnie w próbach zachowania twarzy. Nie zamierzała kończyć, pewna, że głos znów ugrzęźnie w zaciśniętym nerwami gardle, ale czuła, że te niedokończone, niewiele mówiące zdania były tylko kolejną formą ucieczki; w głowie echem obijało się krótkie, dosadne
przestań, to samo, którym upominała się za każdym razem, gdy zbliżała się do wybełkotania czegoś, czego mogłaby żałować. —
Przysięgam, że nie chciałam Cię skrzywdzić, ani żeby to wszystko wyszło... tak. Nie wiem, co chciałam. Nie wiem, co myślałam. Raczej niewiele — wyrzuciła z siebie praktycznie na bezdechu, po raz setny udowadniając, że nie miała zielonego pojęcia, jak wziąć za to wszystko odpowiedzialność. Jak skleić coś, co pękło z impetem tak wielkim, że jego części przestały do siebie pasować. —
I ja wiem, kurw- — ...moment, może wcale nie chciała popisywać się teraz faktem, że najwyraźniej nie zmieniła się ani trochę, skoro nawet w tak poważnej sytuacji nadal potrafiła mówić tylko w możliwie najbardziej nieelegancki, prostacki sposób, jaki można było sobie wyobrazić...? —
...naprawdę wiem, że to żadna wymówka. Nie mam żadnej wymówki — dokończyła minimalnie grzeczniej, nawet nie zdając sobie sprawy, że podświadomie starała się teraz udowodnić, że chociaż w jednym aspekcie zmieniła się na lepsze.
Gówno prawda.
Lucas Miller