33 y/o
KONSEKWENTNY RENIFEREK
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

15.

Schował twarz w swoich dłoniach - wpił palce w bieguny skroni, masując skórę pod którą szumiało tętno splecionych gałęzi naczyń. Wrzesień mógł być okrutny, przynosił w pewnym sensie kres piekła sezonu urlopowego, z drugiej strony część osób czekało tylko na moment, aż nadejdzie, by udać się właśnie wtedy na zasłużony wypoczynek. Znów mieli rozległe braki które ktoś musiał zszywać przekrwioną nicą swojej wystawionej jak mięso armatnie obecności. Czuł, że mógł trochę przesadzić ostatnio z pracą, był jednak jak chore zwierzę schowane zawzięcie w kącie, w milczeniu, które nie ma zamiaru przyznawać się do bólu i zwyczajnego też bycia wycieńczonym. Ważne, że jego ręce mogły być dalej sprawne, ważne, że zrobił wszystko, co miał wykonać przy pacjentach. Zdarzało się, że nie wiedział czy zabija ich bardziej niż zaczynali umierać sami z siebie. To zawsze trudne pytanie. Wychylił się z samochodu - wahał się czy powinien zgodzić się na spotkanie, nie szukał nawet bliskości, gdyby chodziło jemu wyłącznie o nią, tę prostą, płytką, fizyczną mógłby znaleźć osoby skłonne przychodzić prosto do mieszkania, bez wstępu i bez rozmowy bo nic nie drażniło go podobnie jak udawanie i gra pozorów, aby banalnie móc dosięgnąć czyjejś skóry. Nie mówił o sobie wiele, nie mówił poznanym ludziom o zawodzie jaki wykonywał, bo nie chciał, by patrzyli na niego przez perspektywę różnych wyświechtanych powiedzeń i przekonań. Mówił im częściej o tym, co jeszcze go ciekawiło, o zwierzętach, o gadach które hodował, o książkach które przeczytał i które nie miały też nic wspólnego z medycyną. Możliwe, że czuł tylko i wyłącznie ciekawość, która zaczynała przyjemnie wypełniać mu świadomość. Możliwe, że to była ciekawość. Nie przyszedł tu z jasnym planem, nie był nawet szczególnie przygotowany, bo cudem zdążył się nie spóźnić, wysuwając się spod prysznica po dyżurze, dobierając swój strój oraz nakładając na siebie biżuterię. Nie pamiętał, kiedy ostatnio miał na palcach sygnety, a kiedy przegub nadgarstka oplotła mu bransoletka - ręce były od zawsze dla niego wizytówką, były znacznie ważniejsze niż kolor jego koszuli i rodzaj perfum jaki często niestety musiał nadgryzać tytoń. Kobieta, którą poznał, bawiąc się aplikacją, wydawała się inna, nie umiał tak jasno stwierdzić pod jakim dokładnie względem ale miał zamiar niedługo później się przekonać. Wydawała się jedną z tych wykształconych naprawdę obeznanych osób, o dużej wiedzy w interesujących ją tematach, co było wbrew pozorom dość rzadkie, a równocześnie sprawiło, że nie był w stanie oderwać się od rozmowy, jaką ze sobą prowadzili, wymieniając się początkowo stertą wiadomości. Nie mógł nawet określić, czy zdążyła obdarzyć go sympatią, koniec końców wybrali jednak wspólnie punkt na mapie miasta gdzie mieli się zobaczyć. W pierwszym, osobistym spotkaniu był zawsze dreszcz ekscytacji. Stres tylko go uzupełnia, potrafi z nim zgodnie żyć.
- Myślałem, czy nie jest lepiej spotkać się w innym miejscu - wyznał już, gdy oboje zdążyli usiąść przy stoliku - ale dotarło do mnie, że tutaj będzie wygodniej nam rozmawiać - cieszył się, że bar nie był obecnie przepełniony. Nie lubił podnosić głosu, bo mówił z opanowaniem jak opłacony zabójca lub urzędnik, dość monotonnie, jakby nie silił się, by koniecznie zabarwiać emocjami kolejnych oderwanych z jego ust wypowiedzi. Wierzył, że miał proste intencje i nie miał nigdy zamiaru ich podkreślać. Siedział dosyć swobodnie i podparł głowę na łokciu. Zazwyczaj patrzył się w oczy.
- Minęło już trochę czasu, odkąd byłem w muzeum albo w galerii sztuki - nie wstydził się tego stwierdzić, niestety, ale tak nie inaczej przedstawiała się ostatnio jego rzeczywistość - przypomniałaś mi o tym. Nieświadomie. - Zakończył z zaczepnością człowieka, który z premedytacją przyznaje się do błędu. Nie sądził za to, by błędem stawało się przyjście tutaj. Nie teraz. Jeszcze nie.


Samira Farhadi
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
25 y/o
For good luck!
167 cm
Wykładowczyni na University of Toronto
Awatar użytkownika
Look how the sorrow in my eyes melts away drop after drop
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

jeden
Założenie aplikacji randkowej nie było dobrym pomysłem. Zrobiła to po trzech drinkach, namówiona przez przyjaciółkę, kiedy w owulacyjnym nastroju płakała nad tym, że ma dość bycia samowystarczalną i niezależną.
Samira rzeczywiście taka była. I nie zdarzało jej się nad tym ubolewać. Wręcz przeciwnie, uważała, że jest to tylko i wyłącznie powód do dumy. Brnęła przez życie w pojedynkę, skupiona na celu. A cel miała zawsze: ukończenie szkoły, dostanie się na studia, wyjazd naukowy, otrzymanie grantu, zakwalifikowanie się do zespołu badawczego, obrona doktoratu, dostanie etatu na uczelni. Niezależnie od tego, czego by dla siebie nie wymyśliła, sięgała po to, wkładając we wszystko wymiernie mało wysiłku. Była dobra w tym, co robiła. Była utalentowaną kulturoznawczynią, zaangażowaną i pracowitą badaczką, a także niczego sobie wykładowczynią. I była samotna.
Nigdy nie powiedziałaby tego na głos. Nawet przyjaciółkom się do tego nie przyznawała, a kiedy te wysnuwały taką tezę, gromiła je długim wywodami na temat miłości do samej siebie, zadowolenia z życia (na tyle, na ile można było być z niego zadowolonym w dobie dzisiejszych konfliktów i zagrożeń), a także zmiany wzorców życia. I wszystko to było prawdą: Samira rzeczywiście kochała samą siebie, potrafiła się docenić i zwyczajnie siebie lubiła, była zadowolona ze swojego życia, lubiła spędzać czas sama ze sobą i świetnie się bawiła w swoim własnym towarzystwie. Nie miała również potrzeby wchodzić w żaden związek, wychodząc z założenia, że ludzie za bardzo przywiązywali się do idei monogamicznych związków, w której to umacniały ludzi równie mocno kultura, co historia, choć ta druga akurat była dyskusyjna, co Samira niezmiernie w swoich wywodach lubiła podkreślać. Nie szukała dziewczyny ani tym bardziej chłopaka. A jednak zdarzały się dni, kiedy po prostu brakowało jej bliskości. Potrzebowała drugiego ciała.
I właśnie w takim kryzysie założyła aplikację randkową. Im dłużej na niej była, tym bardziej zaczynała żałować. Sytuacji nie poprawiał fakt, że nastrój owulacyjny prysnął, z Samira zmuszona była się mierzyć z nastrojem przedokresowym. A był on podły. Balansowała pomiędzy wściekłością a smutkiem, zajadała się słodyczami, których na co dzień praktycznie w ogóle nie jadała, a jakby tego było mało, na brodzie wyskoczyły jej dwa pryszcze.
Wszystko było bez sensu. Podobnie, jak umówione spotkanie, na które Farhadi się zgodziła na kanwie swojego wcześniejszego podekscytowania.
Jude był zainteresowany literaturą. Miał wyraziste opinie i był gotów do dyskusji. Do tego hodował węże. Samira nie była pewna, co to o nim mówiło, choć miała poczucie, że coś mówi z pewnością. Nie miała tylko jeszcze przekonania, czy trochę ją to fascynowało z uwagi na to, że była to sprawa niszowa, czy może jednak trochę bardziej niepokoiło. Tak czy inaczej, węże były fascynujące i to nie tyle jako gady, a przede wszystkim jako figury kulturowe. Pokłosie tych utartych schematów, Samira dostrzegała nawet sama w sobie. Kultywowane przez wieki niechęć i strach zdołały i w niej zasiać zalążek odrazy — i było to słowo zupełnie nieprzypadkowe, ponieważ odraza miała to do siebie, że tak samo, jak odrzucała, równie mocno intrygowała.
I może podobnie było z tą randką. Bo choć nastrój Samiry był gburowaty i nie pozostało w nim nic z wcześniejszego zainteresowania, to Samira przez sam ten fakt zaczęła nadawać temu spotkaniu szczególnego znaczenia. Bo przecież zwykle działo się tak, że kiedy nie miało się żadnych oczekiwań, nagle wszechświat decydował się na odwrócić wszystko.
I tym sposobem Samira znalazła się na randce z Tindera.
— W innym miejscu? — Spytała, unosząc brwi, zainteresowana jakie inne miejsce mógł mieć na myśli. Nie miała doświadczenia w randkach. Tym bardziej nie miała doświadczenia w randkach z Tindera. Ta była pierwszą w całej jej historii.
Jude wyglądał dokładnie tak, jak na zdjęciach. Czyli obiektywnie był przystojnym facetem. Był zadbany. Ładnie pachniał i miał czyste, niezmiernie zgrabne i sprawne dłonie. Mógł być mordercą, gwałcicielem, agresorem, fetyszystą. Jak każdy facet. Również ten poznany na żywo, a wcale nie przez aplikację.
Znajomości zawarte na żywo pozbawione jednak były tej niezręczności, którą Samira odczuwała teraz. Wszystko przez to, że osadzone były w swoim kontekście. Oni byli go pozbawieni, a Sami już bez tego, w zwyczajnych sytuacjach towarzyskich potrafiła nie być pewna, w jaki sposób powinna się zachować.
Spojrzała na niego z pełnią swojej uwagi. Ciemne, niemal czarne oczy zlustrowały jego bladą twarz, skupiając się na każdym jego szczególe. Nie miała pojęcia, co właściwie powinna odpowiedzieć na to wyznanie.
— Wiesz, że ludzie zwykle wstydzą się przyznawać, że nie bywają w muzeach, czy galeriach? — Spytała więc. Pociągnęła łyka swojego drinka, ginu z tonikiem. Nie zamierzała się upijać, ale potrzebowała czegokolwiek na start, aby choć trochę się rozluźnić. Po czym odstawiła szklankę na blat, na którym następnie oparła oba przedramiona, przez które wychyliła się w stronę mężczyzny. — A przynajmniej ci, którzy aspirują. Co jeszcze ciekawsze, kiedy znajdą się już w muzeum lub galerii, tam również się wstydzą i czują się niepewnie, ponieważ bywają na tyle rzadko w takich miejscach i jest to dla nich na tyle okazjonalne, że czują się całkowicie obco w tej przestrzeni. — Dodała, robiąc krótką pauzę, aby już po chwili, patrząc wprost na Jude’a zapytać: — Nie uważasz, że to fascynujące, jakich rzeczy ludzie wstydzą się w dzisiejszych czasach, podczas gdy w innych kwestiach pozostają całkowicie bezwstydni?

Jude Iverson
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Wiesia
pokaż na co cię stać
33 y/o
KONSEKWENTNY RENIFEREK
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

Czy człowiek był wyjątkowy? Nie umiał tego określić - zawsze, kiedy patrzył na ciało, na skórę, na rytm oddechu, na linie mięśni, więzadeł i pnącza niebieskich żył, myślał o nim jak o złożonym mechanizmie. Ludzie zawsze wierzyli że mieli we wnętrzu duszę, a on patrzył na nich z ponurym, lepkim uśmiechem, na ich instynkt, na stada, na łatwość, z jaką bez żadnej, choć drobnej formy refleksji zaczynali wypełniać schemat za schematem i wkrótce przestawał ufać, aby między murami ich komórek mieszkało coś szlachetnego. Nie sądził, że mógł go spotkać zupełnie odmienny los, był w końcu też niewolnikiem swoich wszystkich posępnych przyzwyczajeń. Nie, nie mógł stawać się inny, naprawdę był taki sam - praca, mieszkanie, praca, rozrywka, sen, obowiązki. Kilka chwil przyjemności i kilka okruchów słów, kilka westchnień rozproszonych nad cudzym jeziorem skóry. Wysłuchał jej słów z uwagą, zamówił dla siebie porcję bezalkoholowego drinka i pomyślał, że bardzo rzadko mógł pozwolić sobie na lampkę wina lub szklankę stężonej whisky, będąc pod telefonem, na pełnym, stacjonarnym dyżurze lub tak jak teraz zwyczajnie przyjeżdżając na miejsce spotkania samochodem. Nie przepadał ponadto, jak przyznał, za osobami, które były po prostu uzależnione z bardzo jasnej przyczyny - przez nie miał zawsze ręce pełne od interwencji, bo byli zbyt młodzi aby pozwolić im paliatywnie odejść i zapomnieć. Nie znosił tego, że wszystko było efektem ich życzenia, ich formy autodestrukcji w której powinni byli tak naprawdę umierać, zgodnie z naiwną wolą, jaką wyrażali niezmiennie przez więcej niż kilka lat.
- To nie jest współczesny problem - odezwał się dopiero, gdy skończyła. Podpierał głowę na łokciu, dalej trwając w tym błogim rozluźnieniu. Musiał dać z siebie więcej, to nie jest zwykła rozmowa, miał w zamian za to ciekawą formę dyskusji. Wygląd bywał dla niego często uzupełnieniem, nie wystarczał mu, jeśli miałby do kogoś zacząć w końcu powracać oraz żywić bezdenną fascynację. Mógł przespać się z kimś dowolnym, ale gdyby naprawdę zależało mu tylko na tym celu, podałby jej godzinę razem z adresem zamieszkania. Nie bawił się w taniec złudzeń i niepotrzebne, rzucane przed siebie komplementy. Jeśli gdzieś się znajdował, zwyczajnie chciał tutaj być.
- Ludzie potrafią się oburzyć, widząc, gdy inni w tłumie trzymają się za ręce - wymienił dalej spokojnie, nawet bez cienia bólu czy rozżalenia - a nie przeszkadza im okładanie się pięściami we wnętrzu własnego domu - zabrał swój łokieć z blatu. Wyprostował się i przechylił głowę. Pozwolił sobie na uśmiech, lekki, nienatarczywy. To bardzo ciekawa wizja.
- Ciągnie nas do sprzeczności - zakończył, nadal z grymasem uwikłanym może nawet zaczepnie na jego krzywiźnie warg. Ludzie wyznawali uparcie swoje różne pozorne przywileje, podczas, gdy mieli takie same potrzeby i w taki sam sposób umierali, samotnie, zawsze samotnie, jak wszystkie inne stworzenia na planecie.


Samira Farhadi
Ostatnio zmieniony sob paź 10, 2026 2:28 pm przez Jude Iverson, łącznie zmieniany 1 raz.
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
25 y/o
For good luck!
167 cm
Wykładowczyni na University of Toronto
Awatar użytkownika
Look how the sorrow in my eyes melts away drop after drop
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zmierzyła go wzrokiem mimowolnie, gdy Jude zamówił bezalkoholowego drinka. W jej głowie rozległ się alarm: problem z alkoholem, potrzeba bycia trzeźwym, słabość do narkotyków. Podobno ludzie odchodzili od picia alkoholu. Rzadko kiedy mówiło się natomiast, że robili to, ponieważ przyjemność znajdowali w innych używkach. Ci natomiast, którzy robili to dla zdrowia, w okolicy trzydziestki postanawiając przebiec maraton, wciąż (wbrew temu, o czym lubiła pisać neoliberalna prasa) należeli do mniejszości. Samira więc mężczyzn, którzy nie pili alkoholu, traktowała z pewną podejrzliwością, podejrzewając ich o wszystko, co najgorsze i najbardziej problematyczne — bo o nic innego nie można było mężczyzn podejrzewać.
Aby nie popadać w paranoję, Samira postanowiła więc założyć, że Jude był tym niegroźnym przypadkiem, który raz w tygodniu chodził na spotkanie anonimowych alkoholików, na którym opowiadał o tym, jaką pokusą jest dla niego randkowanie w barach, gdzie jego randki zamawiają drinki. Nie zamierzała mu tego ułatwiać. Zamówiła gin z tonikiem. Jeden jej nie zaszkodzi. Będzie patrzyła na drinka, zawsze mając go w zasięgu wzroku i przede wszystkim, nie upije się.
Alkohol przyjemnie naszczypał ją w gardło, wypełniając usta gorzkim smakiem. Jeszcze kilka łyków i być może uda jej się nawet rozluźnić.
— Nie jest współczesny? — Spytała momentalnie. Jej brwi wystrzeliły do góry, a spojrzenie się wyostrzyło. Tylko tyle wystarczyło, aby w całości kupić uwagę Samiry. — To uważasz, że kiedy miał swój początek? — W jej głosie zadźwięczała prowokacyjna nuta. Nie było w niej nic niemiłego, ot, zwykła ciekawość. Podobnym pytaniem z tym samym tonem mogłaby rzucić podczas jednych z prowadzonych przez siebie zajęć, w momencie dyskusji, aby w ten sposób skłonić wypowiadającą się osobę do pogłębienia swojej myśli.
— To bardzo współczesny przykład. — Wytknęła mu od razu. Nie w imię jakiejś złośliwości. Ot, była to pierwsza myśl, która przyszła jej do głowy. Nad drugą również się nie zastanowiła, gdy już dodawała: — Do tego, jak przystało na mężczyznę, od razu zaczynasz mówić o przemocy fizycznej. W sumie, jakby się nad tym zastanowić, to już samo wspominanie przemocy przez mężczyznę można uznać za przemocowe. Wiesz, ile tu siedzimy? Dziesięć minut? Widzimy się pierwszy raz w życiu, a ty już mówisz o okładaniu się pięściami. — Jej mina ani trochę nie zdradzała czy mówiła poważnie, czy wyłącznie żartowała. Było w Sami coś posągowego, kiedy wpatrywała się wprost w Jude’a, wypatrując jego reakcji.
— Wstyd działał przez lata. Był najlepszym sposobem dyscyplinowania. To nie jest żadne ciągnięcie nas do sprzeczności, a zwykła walka natury z kulturą. Zaczęło się od wprowadzenia etykiety, wtedy wstyd stał się narzędziem cywilizowania — przy okazji stając się instrumentem klasowym — później było już wyłącznie gorzej, aż w końcu pik został osiągnięty wraz z neoliberalnym założeniem ciała jako projektu do zarządzenia, po którym to piku nastąpiło nagłe rozluźnienie i zerwanie z dogmatem wstydu. Teraz przekaz jest taki, że nie ma rzeczy, której człowiek powinien się wstydzić. To jest dopiero współczesne. — I to mówiąc, spojrzała na niego znacząco, sięgając po swojego drinka. — A ty jak myślisz, Jude? Ludzie powinni się wstydzić, czy wręcz przeciwnie?

Jude Iverson
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Wiesia
pokaż na co cię stać
33 y/o
KONSEKWENTNY RENIFEREK
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

Przemoc w jego przypadku od zawsze jest odpowiedzią - wiedział, że nie był w stanie bez niej właściwie funkcjonować, bez naruszenia tkanek, bez własnych, ściśniętych pięści, z którymi rzucał się wcześniej na drwiący rój rówieśników. Miał w sobie zbyt wiele gniewu, zupełnie, jakby jego sylwetka była podstępną urną we wnętrzu której zamknięto szczątki agresji jaką wcześniej sumiennie poćwiartował. Sam nadał jej nową formę. Niemal wszystko, co robił, miało związek z przemocą - jego dawne relacje, jego młodzieńcza wściekłość i jego zawód chirurga. Żył w środowisku, które lubiło głównie szybkie decyzje, które żyło pod presją, które zdążyło się do resztek znieczulić na wrzaski, krew oraz zapach. Samira też była chłodna - odkrywał, że nie próbują sobie zaimponować. Nie mieli takiej potrzeby. Mówiła podobnym tonem, odartym z większych emocji, tnąc żyletkami swoich kolejnych słów. Zajmowało go to, chociaż powinno bardziej go niepokoić.
- Razem ze świadomością - wszystko, co jej powiedział, było dla niego częścią samej natury. Natury, jaką miał człowiek, już od początku, kiedy tylko nazwano go człowiekiem. Refleksja i wgląd umysłu miały być cechą ludzi, oddzielać ich od gatunków opieranych wyłącznie na instynktach - a jednak, nawet sam człowiek ulegał ciągle ich wpływom. Próbował tylko się kłócić, próbował tylko zaprzeczać, oddzielał za parawanem, gasił światło, zamykał za sobą drzwi. Zamykał też wieko trumny. Wstyd nie był dla niego samym narzędziem i mechanizmem, był jedną spośród emocji, z którymi przyszli na świat.
- Straszne - ocenił lakonicznie jej wytknięcie. Nie zakpił z niej bezpośrednio, choć nie wydawał się szczególnie przejęty jej całym wytoczonym założeniem. O wiele więcej odczuwał pod samą skórą - nie umiał w tym momencie, pomimo wdrożonych starań, całkowicie wyprzeć się wrażenia, że stał się jakimś demonem siedzącym na przesłuchaniu, podczas, gdy Samira zaczynała wyciągać w jego kierunku dłonie, wskazując na jego rogi, na pazury, wyliczać mu wszystkie zęby schowane pod łukiem warg. Zobacz, mogę cię skrzywdzić. Jestem większy, silniejszy. Wystarczy tylko, że wstanę, potrzebuję zaledwie kilku sekund.
- Niezbyt mnie to obchodzi. Nie mam w planach mówić im, co powinni. Prędzej myślę, że będą - udzielił jej odpowiedzi. - Będą się wstydzić, będą też obsceniczni, będą rodzić się i umierać, nie patrząc na nową modę - rozmawiali, jak dotąd, o nieco odmiennych sprawach. Natura będzie naturą, jak zresztą sama dokładniej miała wcześniej okazję mu powiedzieć. Objął dłonią naczynie i skosztował napoju. Był zimny, przyjemnie rześki. Odczekał chwilę, zanim podzielił się z Samirą kolejną częścią rozważań. Nie chciał, aby mu przytaknęła. Był tylko bezwzględnie sobą.
- Nie wszystko podlega zmianom - uniósł swoje spojrzenie, wbijając je w jej tęczówki. Kultura jest tylko częścią interpretacji, na jakiej w danym momencie osadza się społeczeństwo. Przekształcenie się norm, obyczajów nie było nigdy tym samym co zmiana ludzkiej natury, bo jednak - bez względu na wszystko inne
człowiek jest taki sam.


Samira Farhadi
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
25 y/o
For good luck!
167 cm
Wykładowczyni na University of Toronto
Awatar użytkownika
Look how the sorrow in my eyes melts away drop after drop
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
Mizoandria
Przemoc była również nieodłącznym elementem życia Samiry. Nie była to jednak przemoc fizyczna, choć o tej Samira dużo czytała, śledząc uważnie od lat wszystkie konflikty, których na świecie nigdy nie brakowało. Przemoc, z którą miała natomiast do czynienia na co dzień, była przemocą pozornie niewidoczną, a przez socjologiczne grono nazywaną przemocą symboliczną. Była ona wszędzie; na uczelni, gdzie relacje podlegały sztywnej hierarchii nawet na tak przyjaznym wydziale, jak kulturoznawczy; w życiu publicznym, gdzie jednostka miała ograniczone możliwości oporu i zmuszona była dostosować się do praw i innych środków przymusu; a przede wszystkim również w życiu społecznym, które obciążone było latami historii.
Kobiety przez całe długie wieki ciemiężone były przez mężczyzn i chociaż żyli w progresywnym kraju, który starał się wyjść naprzeciw wszelkim dyskryminacjom, te wciąż były obecne. Przynależność władzy, którą przez lata sprawowali mężczyźni i niechęć do jej oddania sprawiała, że szowinizm i patriarchat miały się dalej w najlepsze. Teraz tylko, co gorsze, lubiły się chować w rzekomo emancypujących dyskursach, które otwartą przemoc zmieniły na tę niewidoczną, symboliczną.
Samira się temu sprzeciwiała. Sprzeciwiała się ogólnie mężczyznom, a najbardziej tym, którzy z uwielbieniem prawili o równości. Na świecie nie było równości. Kobiety nie były równe mężczyznom, bo nie kto inny, jak mężczyźni przez lata dbali o to, aby kobiety równe im nie były. A to, chcąc nie chcąc, w oczach Samiry, czyniło mężczyzn obywateli drugiej kategorii, którzy nie powinni mieć takich samych, jak kobiety praw.
W teorii Samira wiedziała to wszystko. W teorii była twarda i zdecydowana. W praktyce robiła podobne wrażenie. Problem pojawiał się wtedy, kiedy dochodziło do uczuć. Bo Samira lubiła mówić, że mężczyzn wręcz nienawidzi. I pewnie w jakiejś części było to prawdą. Samira nienawidziła mężczyzn przynajmniej jako konceptu. Kiedy natomiast dochodziło do jednostek… Z niesmakiem musiała stwierdzić (co nie przychodziło jej łatwo), że niektórzy potrafili się jej podobać. A może nie tyle się jej podobać — bo to jednak zakładało intelektualne zauroczenie, a to ogarniało ją wyłącznie w przypadku kobiet — ile ją pociągać.
I siedzący przed nią Jude był tego najlepszym przykładem. Był przystojny. Miał intrygującą twarz, z którą mógłby bez trudu robić za modela. Był wysoki, smukły i długi. Miał ładne dłonie i palce, które przypominały obcęgi. I Samira nienawidziała się za to, ale nawet najwspanialsza dziewczyna, która wyśmiewałaby z nią Foucault za jego mizoginię i ograniczoną męską perspektywę, nie była w stanie wywołać w jej podbrzuszu takiego ciepła, jakie wywoływało jedno spojrzenie na męskie dłonie.
— Wstyd nie jest biologiczny, tylko społeczny. — Orzekła z taką swobodą, na jaką mógł sobie pozwolić wyłącznie ktoś, kto był przekonany o swojej racji i wiedział, że niezależnie od wszystkich możliwych argumentów, ją posiada. Tak też było w tym przypadku. I Samira miała gotowość przeprowadzić na ten temat niemały wykład, począwszy od biblijnego odwołania, poprzez wprowadzenie etykiety i cywilizowanie konkretnych zachowań, kończąc na odwołaniach do społecznego dyscyplinowania i biowładzy.
— Tak, straszne. — Przytaknęła mu, ale sama zrobiła to bez kpiny. To, co dla mężczyzn było bezbarwne, dla kobiet miało bardzo konkretne zabarwienie. A Samira była po prostu tą kobietą, która mówiła o tym na głos.
Słuchała go uważnie. Nie zgadzała się z nim ani trochę. Ba! Byłaby gotowa się kłócić ze wszystkim, co mówił. I bynajmniej nie miała z tym problemu, ale zaintrygowało ją coś zupełnie innego.
— Jesteś w cholerę biologiczny. — Orzekła i to z rozbawieniem. Bo było to dla niej zabawne, tym bardziej że oznaczało to, że stanowili swoje możliwie największe przeciwieństwa. Upiła łyka swojego drinka, po czym spojrzała na niego, wciąż rozbawiona. — Czy istnieje dla ciebie cokolwiek, za co rzekomo nie odpowiada biologia, tylko społeczeństwo, w którym człowiek funkcjonuje?

Jude Iverson
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Wiesia
pokaż na co cię stać
33 y/o
KONSEKWENTNY RENIFEREK
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

Ludzie nie byli równi nawet w obliczu śmierci, a on mógł ich oglądać, mógł widzieć to doskonale jak zapętloną, puszczaną bez przerwy scenę, dostrzegać jak nie są równi w liczbie swoich oddechów i w dźwiękach uderzeń serca, w wadze swojego bólu i w przejrzystości, jaką jeszcze do końca była w stanie zachować ich świadomość. Ich wargi, zatrzymane w bezruchu wyglądały jak skrzep, ich skóra blada, woskowa przypominała cienki, napięty do granic papier. Nie wierzył, aby na świecie miała szansę pojawić się sprawiedliwość, nie wierzył, aby istniała, prędzej jako ideał którym karmiono innych tak jak pomysłem Boga. Wierzył w niewiele rzeczy, nie wierzył nawet w biologię, bo nie istniało nic bardziej przewrotnego, pozbawionego reguł od każdego żywego organizmu. Polubił, pomimo tego, nadane mu określenie, zupełnie, jakby było ciekawsze od komplementów które w przeszłości słyszał na własny temat, polubił jej intuicję, wiedział, że rozmawiając z nią stąpa po cienkim lodzie. Nikt o zdrowym rozsądku nie powinien próbować kłamać w jej obecności. Odkrywał, że tak naprawdę nie chce przed nią pokazać, że może być całkiem inny, nie chce, aby się z nim zgadzała, bo nie był tutaj dlatego aby rozbudzić jej sympatię, nie był nawet dlatego, by później ją pocałować, choć wiedział, że bardzo chętnie przełamałby suchy dystans, gdyby tylko sprzyjały temu okoliczności wydarzenia. Nie. Przyszedł, bo najzwyczajniej czuł, że ich spotkanie może być ciekawe. Uśmiechnął się delikatnie. Nie spieszył się z odpowiedzią.
- Nazwałbym to inaczej. Wszystko, czego doświadcza człowiek, jest połączeniem biologii i społeczeństwa - w końcu wielcy uczeni rozwodzą się o czynnikach genów i środowiska. Wstyd był przecież emocją związaną z banalnym strachem przed odrzuceniem, nic, naprawdę nic więcej - człowiek i jego stado. Nie miał głębszych korzeni, chociaż to, co było samym czynnikiem wyzwalającym całkowicie zależało od kultury. Problem leżał gdzieś indziej, bo nie był również osobą która miała powtarzać, że taka jest jej natura, że natury nie dało się oszukać, jak niektórzy mężczyźni tłumaczący w ten sposób swoje zdrady. Wszystko, co ich różniło, miało polegać na tym, co każde z nich uważało za istotne. Nigdy nie ciekawiły go mechanizmy historii i społeczeństwa, nie zwracał na nie uwagi, bo jego życie, kariera oscylowały wokół innych wartości. On, żeby móc funkcjonować, przenikał zawsze do środka. Nacinał podatną skórę.
- Ale masz rację. Patrzymy w odmienny sposób - nie miał jej tego za złe, potrzebował jedynie, aby została przy nim, aby tylko przedwcześnie nie odeszła, bo wiedział, że wszystko, czego mogli doświadczyć, to tylko blady początek. Nawet ich oczy, pomimo szorstkiego chłodu, były zupełnie różne, jej - ciemne, połyskujące, jakby blaszki tęczówek wpiły się w szpary źrenic, jego - jasne, pozostające w odcieniu bezchmurnego nieba.
- Wiedziałem o tym zresztą od początku - przesunął naczynie z drinkiem w stronę brzegu stolika, zupełnie, jakby zwyczajnie nie chciał, aby teraz cokolwiek mogło stać na przeszkodzie, kiedy się na nią patrzył, a patrzył się na nią z chłodnym, wyuczonym spokojem i czujnością, z jaką obserwuje się istotę lub zjawisko, do których nie można podejść, przy których trzeba zachować pełny, drażliwy dystans.
- Mam nadzieję, że nie będzie ci to szczególnie przeszkadzało - zakończył. Wiele mogło ich dzielić, co byłoby jednak w stanie ich połączyć?


Samira Farhadi
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
25 y/o
For good luck!
167 cm
Wykładowczyni na University of Toronto
Awatar użytkownika
Look how the sorrow in my eyes melts away drop after drop
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie było sprawiedliwości na tym świecie. Samira o tym wiedziała aż za dobrze. Nigdy zresztą do sprawiedliwości nie dążyła. Ta była konceptem nadzwyczaj naiwnym, nieróżniącym się niczym od bajek, w które mogły wierzyć co najwyżej dzieci. Ona nie była dzieckiem. Była idealistką, owszem, a jednak świat postrzegała w sposób nadzwyczaj realny. Nie zmieniało to jednak faktu, że na ów wszelkie niesprawiedliwości była wrażliwa i lubiła je wytykać. Robiła to zawsze głośno, uważając, że to jedyny sposób na to, aby nie pozwolić innym odwrócić wzroku od tego, co niewygodne i niechciane.
Ludzie mieli zwyczaj odwracania wzroku. Nie patrzyli na żebrzących. Nie patrzyli na choroby, na bród, przemoc i na wszystko to, co nie pasowało do ich ładnego świata. Samira patrzyła. Nie był to widok przyjemny. Był to widok, który potrafiła długo odchorowywać, który kosztował ją wiele wysiłku i jeszcze więcej emocji. Odchorowywała zresztą to wszystko często, potrafiąc kilka dni w miesiącu spędzić w łóżku, nic nie robiąc, tylko płacząc nad okrucieństwem ludzi — nigdy nie świata, a . z a w s z e . tylko i wyłącznie ludzi. W ten sposób ładowała swoje baterie, aby później móc znów krzyczeć, wytykając każdą niesprawiedliwość i każde okrucieństwo, robiąc to na tyle głośno, aby nikt nie miał śmiałości odwrócić wzroku.
Roześmiała się. Zrobiła to głośno i perliście, odrzucając głowę do tyłu, co sprawiło, że długie, ciemne włosy zafalowały jej na plecach, nagle znacznie się wydłużając. Było to prawdziwe, całkowicie niewymuszone rozbawienie, będące odpowiedzią na to, jak mężczyzna szybko postanowił się z nią zgodzić.
— Szybko zmieniłeś zdanie. — Stwierdziła wciąż z tym samym rozbawieniem, choć gdyby wiedziała jakie przekonania Jude’a za tym stoją, prawdopodobnie wcale by się nie śmiała. Lub wręcz przeciwnie, roześmiałaby się jeszcze bardziej.
Na chwilę spuściła spojrzenie na blat, a właściwie to bardziej na szklankę, która dotychczas znajdowała się pomiędzy nimi, dopóki nie została przez mężczyznę przesunięta, po czym podniosła ponownie na niego spojrzenie. Było coś krępującego w jego wzroku. Patrzył na nią intensywnie i nieustannie. Samira była przyzwyczajona do tego, że ludzie na nią patrzyli; patrzyły na nią grupy studenckie, patrzyli uczestnicy i uczestniczki konferencji, na których często występowała, patrzyły na nią również tysiące oczu podczas demonstracji. I im głośniejsza była Sami, tym częściej i intensywniej na nią patrzono, a jednak w dalszym ciągu potrafiło ją to speszyć, choć w żaden sposób nie dawała tego po sobie poznać.
— No tak, z pewnością nie da się ciebie zaskoczyć. — Stwierdziła, nie bez pogłosu kpiny. Mężczyźni zawsze o wszystkim wiedzieli od samego początku. Było w tej obsesji bycia nieomylnymi coś prawdziwie fascynującego. Choć wcale nie w pozytywnym znaczeniu, bardziej w takim samym rozumieniu, jak fascynujące było, co mają w głowie ludzie, którzy dokonywali masowych mordów.
Tym razem to ona przesunęła szklankę ze swoim drinkiem na bok, aby całkowicie zwolnić pomiędzy nimi blat. Położyła łokcie, a podbródek oparła na dłoniach, w ten sposób nachylając się nieznacznie w jego stronę.
— Bądź tak typowo męski, proszę, i wyjaśnij mi, czym się różnimy.

Jude Iverson
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Wiesia
pokaż na co cię stać
33 y/o
KONSEKWENTNY RENIFEREK
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

trigger warning
kontrowersje w medycynie
Stół, który ich oddzielał, nigdy nie był prawdziwym polem bitwy - zrozumiał to, oceniając z draśnięciem rozbawienia, że żadna walka nie miała szansy nawet się rozpocząć, bo zdążył ją przegrać jeszcze zanim otworzył swoje usta. Należał jednak do osób, którym to najzwyczajniej w świecie nie przeszkadzało, bo w swoim życiu usłyszał już wiele razy, że jest rzeźnikiem i oprawcą, usłyszał, że swoją pracą jedynie zabija ludzi i zastanawiał się, czy czasami nie było to prawdziwe, bo przecież dziewięćdziesięciolatka, którą ostatnio operował, nie zmarła z powodu sepsy i niedrożności, tylko przede wszystkim dlatego, że miała zaawansowany wiek oraz głęboki zespół otępienny. Były to chwile, które najczęściej brzmiały - chuj z tym, otwieramy ją, umrze tak czy inaczej, bo w jego codzienności tylko to potrafiło mieć znaczenie, zabrać na blok lub czekać, działać czy się powstrzymać. Nie poruszała go dłużej socjologia, nie był w stanie zapłakać nad cierpieniem, wojnami i nierównością, bo nie umiały rozbudzić go tematy, które już z założenia stały się dla niego oczywiste jak każde spośród miarowych uderzeń jego serca. Czy stał się przez to cyniczny? Nie widział żadnego sensu, aby się przed nią bronić, bo wiedział, że bez względu na wszystko nie mógł zmienić jej zdania za pomocą wyprowadzonych argumentów. Była przecież wystarczająco inteligentna i ostrożna, by wiedzieć, że wygłaszane poglądy niekoniecznie pokrywały się z tymi, które ktoś rzeczywiście praktykował. Sprzeciw byłby przegraną, a on, mimo wszystko nie lubił aż tak łatwo się poddawać.
- Od kiedy typowo męskim będzie słuchanie tego, co mówi do mnie kobieta? - zaczął natychmiast w odpowiedzi na jej grę, tak jakby wcale nie musiał się nad tym zastanawiać. Siedział wyprostowany, nie zmniejszył tego dystansu, który zdążyła złamać, powtarzając ruch z przesunięciem szklanki. Uśmiechnął się z prowokacją.
- Powinienem być miły. Powiedzieć jakiś komplement. Jesteś urocza, uśmiechaj się do mnie częściej - wyliczał wszystko, bo w końcu był przekonany, że mężczyźni (w tym on?) regularnie tracili dla niej głowę, nie wiedząc już, w jaki sposób zaskarbić sobie jej sympatię - i przede wszystkim pamiętaj, że jestem feministą. - Nawiązał do wpisu w jej profilu. Jebać patriarchat. Część z nich była tylko wilkami w owczej skórze. Nawet, kiedy mówił z ironią, nie zmieniał swojego głosu, nie poczuł takiej potrzeby. Domyślał się, że mogła wszystko zrozumieć i odczytać, bo wydawała się osobą, która świetnie odnajdowała się w tym, co kryło się pod powierzchnią.
- Nie potrzebujesz, żebym cokolwiek ci tłumaczył.
Kolejne zdanie jak cięcie, jak nóż, który mógłby pochwycić, mierząc nim aktualnie między oczy. Nie bawił się w taki sposób, zresztą prawie w ogóle się nie bawił. Był poważny. Nie chciał jej pokazać, że był inny i lepszy od pozostałych mężczyzn. Chciał jej tylko pokazać, że może jednak odbiegać od założenia, które zdążyła sobie przygotować, udając się na spotkanie. Grał na innych zasadach.
- Potrzebujesz powodu, by znowu się rozczarować - bo po sposobie, z jakim od początku mnie traktujesz, mam wrażenie, że chcesz mnie głównie dołączyć do kolekcji, do szkatułki, gdzie trzymasz wszystkie dowody, które tworzą filary dla poglądów, które są dla ciebie istotne, bo kiedy ich dłużej nie ma - kim jesteś bez nich, Samiro? Czuł, że napięcie wbija się w jego skórę. Stawało się tak samo przyjemne i nieznośne. Dopiero wtedy dołączył, nachylił się nad stolikiem i równocześnie przysunął w jej kierunku grzbiet swojej otwartej dłoni. Nie dotknął jej mimo tego, rękę trzymał spokojnie, tak jak uśpione zwierzę.
- A jeśli to się nie uda? - zapytał. Ton głosu, chociaż był cichy, wydawał się aktualnie z łoskotem opuszczać jego krtań. - Zakładasz taki scenariusz?


Samira Farhadi
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
25 y/o
For good luck!
167 cm
Wykładowczyni na University of Toronto
Awatar użytkownika
Look how the sorrow in my eyes melts away drop after drop
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie powstrzymała się — zresztą nawet nie próbowała tego robić — i przewróciła ostentacyjnie oczami. Oho! Sprowokowała go. Nie było o to zresztą trudno. Bo właśnie tacy, jak on — feminiści — uruchamiali się momentalnie, kiedy tylko zwróciło się uwagę na ich płeć. Zupełnie tak, jakby z jednej strony się jej wstydzili, a jednocześnie to na niej budowali swoją rzekomą wyjątkowość, wychodząc z przekonania, że właśnie oni, jako pojedynczy egzemplarz — bo jakże by inaczej — byli inni, zdecydowanie lepsi. Dla Samiry byli tacy sami, jak wszyscy, a może nawet gorsi. Obruszali się i brali do siebie każdy przytyk, co było najlepszym dowodem na to, że wcale nie różnili się od pozostałych mężczyzn, a byli wręcz ich kwintesencją.
Nie uśmiechnęła się, kiedy zaczął swoje przedstawienie, choć pod jednym względem było rzeczywiście fascynujące:
— To niesamowite, że odkąd tu przyszedłeś, odpowiadałeś na wszystko półsłówkami. Serio, wszystkie użyte przez ciebie wyrazy zamknęłyby się, myślę, że w pięćdziesięciu. A kiedy ja próbowałam nawiązać jakąkolwiek rozmowę, zadawałam ci pytania, chcąc cię poznać, ty odpowiadałeś na nie totalnie wymijająco, kończąc właściwie każdą dyskusję, zanim zdążyła się rozpocząć. Wystarczyło natomiast uderzyć w kruche męskie ego i męską rolę płciową, a nagle masz niespodziewanie wiele do powiedzenia. — Jej głos nie był napastliwy. Był tylko chłodny i konkretny, jakby w rzeczywistości dzieliła się z nim suchymi danymi liczbowymi, które w żadnym stopniu nie były zaskakujące. Podobnie było z wyrazem jej twarzy; nie był zacięty ani skupiony, a całkowicie pozbawiony emocji. Tylko oczy Samiry wpatrywały się w Jude’a z uwagą.
Na chwilę zamilkła, choć wcale nie zrobiło się cicho. Muzyka dalej grała w głośnikach, zewsząd dochodziły też elementy rozmów, głośne śmiechy i dźwięki otaczającego ich życia. Ktoś za plecami Samiry wściekał się, że nie może dokończyć historii, bo ciągle ktoś z grupy znajomych mu przerywał i ostatecznie odbiegali od tematu. I jakby w odpowiedzi na to wszystko, Samira również parsknęła, śmiejąc się, choć był to śmiech przepełniony kpiną.
Samira uwielbiała dyskusje. Uwielbiała ludzi, którzy potrafili jej się przeciwstawić, powiedzieć coś, czego nie brała pod uwagę lub co świadomie odrzucała, a nade wszystko, uwielbiała moment, w którym ludzie przestawali odgrywać swoje role, a zaczynali pokazywać jej coś . p r a w d z i w e g o. . Problem polegał jednak na tym, że większość mężczyzn za coś prawdziwego uważała własne ego.
— Doprawdy? Nie potrzebuję, żebyś mi cokolwiek tłumaczył? — Zapytała i dopiero teraz w jej głosie zabrzmiało ironicznie niedowierzanie. — Właśnie to robisz. — Wytknęła mu, znów poważniejąc. Po jej rozbawieniu nie było już śladu. Jej ton również nabrał na ostrości, teraz już nie będąc obojętny. Cofnęła się przy tym gwałtownie, dłonie opierając na brzegu stolika, jakby chciała się od niego odbić i sprawić, aby jej tułów znalazł się jak najdalej mężczyzny. Tak jakby zmiana perspektywy miała zapewnić jej paradoksalnie lepsze dostrzeżenie szczegółów. — I to kurwa próbujesz mi wytłumaczyć, kim jestem. Kim . j a. jestem. — Podkreśliła, wskazując na siebie palcem wskazującym. — I wiesz co ci powiem? — Nie czekała na jego odpowiedź. — Gdybyś zapytał kogokolwiek z moich znajomych, przekonałbyś się, że jestem super otwarta i ciekawa innych ludzi. I właśnie z tą pieprzoną otwartością przyszłam na to spotkanie i wiesz, z kim się spotkałam? Z facetem, który nie jest w stanie mi powiedzieć niczego o sobie, ale nagle, choć nikt go o to nie prosił — a już szczególnie ja go o to nie prosiłam — rozpoczyna wykład nie na swój temat, a na mój. — Stwierdziła. Jej to nie był wzburzony, choć teraz nie miał w sobie również tamtej obojętności. Brzmiał odrobinę tak, jakby Samira właśnie opowiadała pasjonującą anegdotę. — Wiesz, osoby z osobowością narcystyczną zwykle nie są w stanie przestać o sobie opowiadać, to niesamowite, że jesteś w tym tak manipulacyjny, że w swojej narcystycznej potrzebie postanowiłeś, że przeprowadzisz mnie przez ścieżkę samopoznania.
Zsunęła na moment wzrok na blat stolika, tylko po to, aby unieść spojrzenie ponownie na niego i zatrzymać je na jego zimnych oczach.
— Jesteś najlepszym dowodem na to, Jude, że nie należy zakładać w życiu żadnych scenariuszy, ponieważ nigdy nie da się przewidzieć, na kogo się trafi.

Jude Iverson
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Wiesia
pokaż na co cię stać
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mimmo's Place”