Kiedy wspomniał o wypadku i utracie pamięci przez chwilę zastanawiała się, czy nie rozwinąć tematu, nie pociągnąć za język, bo to nie tak, że jej to nie obchodziło w zupełności. Obchodziło. Chyba uznała, że to nie są rozmowy na pierwszą randkę? A może nieco się spłoszyła? Możliwe, bo prawda była taka, że Gardner niekiedy paplała jak opętana na milion nic nie znaczących tematów, ale gdy zaczynało robić się poważnie to w środku
panikowała. Były tematy, które lepiej tolerowała, a niektóre znosiła nieco gorzej i gdy pozornie sprawiała wrażenie
odważnej, Brian tak naprawdę nie miał pojęcia jak łatwo można było ją spłoszyć. Miała w swoim życiu wąskie grono zaufanych osób, przy których mogła być w pełni sobą i otwarcie ogłaszać jaka to
wolna i niezależna lubi być, ale to samo grono wiedziało też, że ta dziewczyna pragnie pieprzonych fajerwerków, boomboxów pod oknem i pocałunków w deszczu z kimś, kto nie ucieknie przy pierwszym możliwym sabotażu związku, jednym z wielu, które będzie regularnie wprowadzać w życie, w obawie przed dorosłością, zobowiązaniem i oddaniem w pełni swojego serca. Cholernie się tego bała i pewnie dlatego mając ponad trzydzieści lat na karku wciąż uganiała się za czymś
niemożliwym windując swoje oczekiwania tak mocno, by nie znalazł się taki co je wsyzstkie spełni, by mogła powiedzieć:
ha, nie dałeś rady. I kto wie, czy to nie dlatego miała w zwyczaju spotykać się z młodszymi, jakby tą nadchodząca dorosłość starała się zepchnąć na bok i udawać, że ona zmierza w zupełnie inną stronę.
Dzisiaj zmierzała w stronę dobrej zabawy. Z Brianem. Sześć, czy tam siedem lat różnicy? Co to jest. Nic. Co zabawne miała wrażenie, że jeśli coś ich różni to tylko wiek, bo cała reszta zdawała się w jakiś pokręcony sposób ze sobą współgrać już od pierwszej chwili przed kawiarnią.
Słysząc jego odpowiedź kącik ust drgnął wymownie w górę, nie potrafiąc się powstrzymać wtrąciła. —
Komu mógłbyś być posłuszny? — zapytała unosząc lekko brwi, jakby z zaciekawieniem wyczekiwała jego odpowiedzi. Ona nawet nie wiedziała, co chce usłyszeć, ani co w ogóle miały znaczyć jej pytania. Jego błysk w oku mącił jej w głowie, sprawiał, że robiła głupoty, ciągnęła go za język, zaczepiała… —
Aaaaa — i nagle zrozumiała, że nie tyle
komu, a bardziej
co z tego może mieć. —
Coś za coś, hm? — uśmiechnęła się delikatnie. Więc wychodził z założenia, że w życiu nie ma nic za darmo. Może różnił ich nie tylko wiek, bo Wendy była w stanie swoje serce na dłoni oddać za darmo jeśli ktoś potrzebował pomocy, albo dobrze rozegrał to, że jej
potrzebuje i to akurat chyba była jej wada. —
I popatrz jak dobrze ci to idzie, dzisiaj być może zdobyłeś kolejnego — wyznała, rzecz jasna mając na myśli siebie. Na razie miała w planach dwa, ale kto wie co jeszcze zrodzi się w tej szalonej głowie. Przy nim wiele szalonych myśli zdarzało się na poczekaniu. —
O właśnie, Teste di Moro — przytaknęła.
── ⋆⋅✧⋅⋆ ──
Taka odważna jesteś, W?
Zacisnęła swoje drobne dłonie na jego koszulce, wyczuwając pod materiałem ciepło jego ciała. Serce szybciej zabiło, gdy przyciągnął ją tak blisko siebie. Jego zapach zmieszany z nutą tytoniu mieszał jej w głowie, kiedy tak nachylał się do niej. Wcale nie była
taka odważna, bo w życiu stchórzyła niejeden raz w kluczowych momentach, ale teraz? tutaj i przy nim? Kłamstwem byłoby mówić, że nie ma ochoty na więcej. Z całą pewnością odważnie brnąć będzie w każdy pomysł, który się między nimi zrodził na tym spotkaniu. Tatuaż? O tak. Kolejna przejażdżka? Czemu nie. Zaproszenie do siebie po raptem chwili znajomości? Trzy razy na tak. —
Może przy tobie taka jestem — powiedziała to, na głos? Taaa, a potem dłońmi już wysuniętymi w górę obejmowała jego szyję, palcami zaczepnie muskając jego skórę. Głowę tylko odwróciła, by zerknąć w kierunku okna, które wskazywał. —
Tamto? Wysoko, pewnie śmigasz windą — skomentowała wskazując to umieszczone zdecydowanie niżej. —
Tam mieszkam ja —
cholera ciekawe ile razy minęli się o włos? Kiedy on wsiadał do windy, a ona zbiegała klatką do wyjścia? Albo przy kontenerach na śmieci, gdy wywalała je w wynaciąganym dresie i rozczochranym koku na głowie modląc się, by nikt jej nie zobaczył? Ooo, albo w tym osiedlowym sklepiku, do którego potrafiła zbiec w piżamie i pluszowych kapciach, żeby w pośpiechu zgarnąć przekąski na kolejny samotny seans filmowy z serii romcom, zupełnie nie zwracając uwagi na faceta w skórzanej kurtce, stojącego tuż za nią w kolejce tylko po to, by kupić paczkę papierosów. Ile okazji mieli do tego, by na siebie wpaść, a jednak połączył ich dopiero maplinder? Gardner jednak była z tych, co wyznają zasadę, że
tak właśnie miało być. —
Na to wygląda — roześmiała się przytakując na jego pytanie czy są sąsiadami, a skoro tak, to nie zamierzała próżnować. W końcu sam wcześniej kazał jej obiecać, że razem posłuchają zakupionych płyt, a Aerosmith ma jeszcze kilka dobrych kawałków na tym krążku. Szeptem więc go zwodziła, a on
posłusznie na to przystanął ujmując jej dłoń, splatając palce i prowadząc ją do bloku. Czuła jak robi się jej cieplej, kiedy szli krok w krok obok siebie, a serce znów zabiło mocniej, gdy przyciągnął ją do siebie. Za każdym razem, gdy myślała, że odzyskuje jakąś kontrolę sprawiał, że policzek znów ożywał i nabierał koloru, serce przyspieszało, a oczy iskrzyły się niebezpiecznie.
I skoro tak bardzo obawiasz się końca tej randki, to przeciągnijmy ją do rana, co?
Czuła pod skórą znajome mrowienie… i kto tu jest kusicielem? Bezwzględnym. Nie odpowiedziała jednak nic, spojrzała jedynie w jego oczy jakby rzucała mu wyzwanie. Jakby chciała się przekonać czy faktycznie zostanie do rana?
ᯓ♪ Do you mind if I take you home tonight
Stay another day, if that's okay...
Tell me, baby, would you mind if I take you home with me
Where no one can see, so don't be shy...
Night, night, night, the whole night...
Schodów mieli do pokonania kilkanaście, winda też była do ich dyspozycji, ale w tym całym swoim zabieganym życiu musiała znaleźć chwilę na trening pośladków i tu właśnie idealnie sprawdzały się schody. Brian jednak nie mógł narzekać na widoki, gdy szła dwa kroki przed nim. Mógł udawać, że wzrok ucieka mu na ich złączone dłonie, ale ona wiedziała co robi wprawiając w ruch swoje biodra. Kiedy stanęli pod jej drzwiami nagle obróciła się w jego stronę i położyła dłoń na torsie zatrzymując na moment.
—
Daj mi… dwie minuty — szepnęła zatrzymując się spojrzeniem na jego ustach, by przenieść je na jego przenikliwe ciemne oczy. Nie spodziewała się, że kogokolwiek sprowadzi do mieszkania, które teraz nosiło ślady jej przygotowawczego chaosu. Przekręciła klucz i weszła do środka rzucając mu jeszcze krótkie błagalne spojrzenie, a potem wpadła do środka by w trybie natychmiastowym pochować walające się ubrania, które kolanem, ręką, a nawet tyłkiem wpychała teraz do swojej szafy. Sprzątnęła jeszcze kubek po kawie do zlewu, a ślady umiłowania babskich książek z drobnymi akcesoriami leżącymi na szafce nocnej szybko jednym ruchem zepchnęła do szuflady. Uf. Chyba się udało. Stanęła przed lustrem, poprawiła jeszcze swoje włosy, wzięła głęboki oddech i podeszła do drzwi. Uchyliła je opierając się o framugę i zmierzyła go od góry do dołu uśmiechając się przy tym delikatnie. Czuła, jak to napięcie, które budowali przez cały wieczór ma problem zmieścić się w jej niewielkim i kolorowym mieszkaniu. —
Wejdziesz, sąsiedzie? — zapytała znów przesuwając wzrokiem po jego ustach, szyi, by po chwili wrócić do jego oczu. Dłonią uchyliła drzwi nieco szerzej, ale sama nie usunęła się mu z przejścia, jakby chciała zmusić go, by wchodząc zahaczył o nią.
Kusił on. Kusiła ona.
I rękę wyciągnęła.
Do niego?
Po niego?
Nie… po płyty.