ODPOWIEDZ
28 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
190 cm
🕵️ detektyw wydziału ds. zabójstw w Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
Justice? You get justice in the next world; in this world, you have the law.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

#10
Jesienny wieczór powitał go chłodem, który dawał się we znaki nawet przez wierzchnią warstwę, więc Cree ubrał się odpowiednio na tę okazję – ciemna, ocieplana kurtka, pod spodem prosty, czarny sweter, mimo że i tak miał spędzić większość wieczoru za kierownicą albo na własnej kanapie. Przyzwyczajenie. Nie lubił wychodzić z domu w czymś, w czym nie dałby rady, gdyby pogoda postanowiła go zaskoczyć.
Droga do centrum minęła mu spokojnie, bez większego ruchu, czego nie spodziewał się po piątkowym wieczorze. Zaparkował na parkingu przed budynkiem, w którym mieściła się kręgielnia, i wysłał wiadomość do Tomasha, że już jest na miejscu. Przy okazji zaproponował, że może zabrać ze sobą jeszcze trójkę osób, które mieszkały gdzieś po drodze – nie miał nic przeciwko, a i tak przejeżdżali przez znaczną część miasta.
Czekał kilka minut, bębniąc palcami o kierownicę, zanim pierwsza osoba z towarzystwa wyszła z budynku. Przywitał się z każdym kolejno, krótko, uprzejmie, pytając o adresy i wprowadzając je po kolei do nawigacji. Trasa rozciągnęła się przez kilka różnych dzielnic – najpierw wysadził chłopaka gdzieś niedaleko Entertainment District, potem dziewczynę przy jednym z osiedli bliżej Downtown, aż w końcu w samochodzie zostali tylko on i Tomash, a ulice zaczęły robić się coraz ciemniejsze i spokojniejsze, w miarę jak zbliżali się do Don Mills.
– Dobrze się bawiłeś? Na pewno nie jesteś na tyle pijany, że powinienem od razu zawieźć cię do domu? – zapytał z rozbawieniem, gdy znajdowali się już dość blisko jego ulicy, zerkając na niego kątem oka. – Jeszcze możesz odmówić mojego kuszącego Netflix & Chill.
Skręcił w stronę swojego podjazdu, otworzył pilotem bramę garażową i wjechał do środka, a dźwięk mocnego silnika odbił się echem od betonowych ścian. Choć nie miał nic przeciwko elektrykom, wciąż wybrał samochód spalinowy. Przy kanadyjskiej pogodzie i pracy w policji miało to znacznie więcej sensu. Zaparkował równo pod ścianą. Jeszcze tylko zerknął na stan naładowania baterii z paneli słonecznych – taki nawyk – po czym razem przeszli przez boczne drzwi prowadzące prosto do domu.
– Witaj w moich skromnych progach – rzucił komicznie, gestem ręki wskazując salon, do którego weszli, zapalając przy okazji światła tuż przy drzwiach. Pomieszczenie rozjaśniło się ciepłym, przyjemnym blaskiem, odsłaniając wygodną, dużą kanapę, telewizor zawieszony na ścianie oraz resztę przestrzeni, która mimo rozmiarów nie wyglądała na przesadnie wystawną. Praktyczna, ale nie minimalistyczna. Taka, w jakiej faktycznie się mieszkało, a nie tylko pozowało do zdjęć.
Wcześniej, zanim jeszcze wyruszył po Tomasha, zajechał do sklepu i uzupełnił zapasy – chipsy, napoje gazowane, coś słodkiego na wypadek, gdyby ktoś miał ochotę na coś innego niż słone przekąski. Nie chciał, żeby im czegokolwiek zabrakło, szczególnie że byli tylko we dwójkę i nikt nie musiał dzielić się z resztą ekipy, jak to bywało przy większych spotkaniach.
– Rozgość się – powiedział, zdejmując kurtkę i wieszając ją równo na oparciu jednego z krzeseł przy wejściu. – Jeśli masz jakiś pomysł, wybierz nam film, to znaczy horror, do obejrzenia. Jeśli nic ciekawego nie znajdziesz, to zaraz zdecydujemy razem. Ja w tym czasie przygotuję coś na ząb.
Nie czekał na odpowiedź, tylko ruszył w stronę kuchni, rozsznurowując po drodze buty i zrzucając je gdzieś przy framudze, ale nie w całkowicie przypadkowym miejscu, bo jego pedantyczna natura by na to nie pozwoliła.
Jak postanowił, tak też zrobił – zgarnął z szafki kilka paczek chipsów, otworzył lodówkę, wyciągnął z niej napoje i w dwóch partiach przytargał wszystko na stolik do kawy stojący przed kanapą, układając je po rodzaju, ale bez przesadnej dbałości o estetykę. Po drodze zdążył jeszcze ściągnąć sweter, zostając w samej koszulce. W domu zawsze robiło mu się za ciepło przy jego ustawieniach klimatyzacji, gdy tylko po dłuższym czasie wracał z zewnątrz. Nie planował się zgrzać ani rozchorować.
Nie usiadł jeszcze. Z pomieszczenia obok dobiegał cichy, narastający dźwięk mikrofalówki – popcorn, który wrzucił do środka, zanim jeszcze zdążył zanieść resztę jedzenia, teraz pękał coraz głośniej i szybciej, wypełniając powietrze charakterystycznym, maślanym zapachem. Nie tym sztucznym, z tanich torebek, ale takim naturalnym, z lepszej półki. Oparł się o framugę kuchennych drzwi, obserwując stamtąd Tomasha przez chwilę, czekając, aż urządzenie skończy swoją pracę.

Tomash Nowakovsky
21 y/o
For good luck!
173 cm
recepcjonista North York YMCA
Awatar użytkownika
a little twink
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszła
postać
autor

   Nie spodziewał się, że po ogłoszeniu, że się zbiera, impreza zostanie oficjalnie uznana za zakończoną. Był zmęczony i przebodźcowany. Lubił imprezowanie, a jeszcze bardziej lubił te mniejsze, bardziej kameralne wyjścia z przyjaciółmi do klubów albo restauracji. Nie potrzebował bowiem większych szaleństw, zwłaszcza teraz, gdy pogoda zaczynała się zmieniać, a na uczelni zaczynało przybywać więcej obowiązków i nauki. Nikt nie powinien się więc dziwić, że pragnął odpocząć. Dlatego właśnie chciał się zebrać. I początkowo rzeczywiście planował iść prosto do domu i dopiero pojawienie się powiadomienia z aplikacji randkowej sprawiło, że plany te się nieco zmieniły.
   Kolejną rzeczą, której się nie spodziewał było to, że po kliknięciu w powiadomienie wyświetli mu się profil Cree. Cóż… po ich ostatniej przygodzie z tygrysem i wymianie kilku sms’ów nie mieli okazji porozmawiać twarzą w twarz, a ich kontakt ograniczał się na mówieniu sobie cześć na korytarzu w budynku Komendy Policji. Obaj byli zajęci – Cree swoimi obowiązkami związanymi z pracą i rozwiązywaniem kryminalnych zagadek Toronto, a Tomash studiami, pracą w YMCA i okazjonalnym pomaganiem w pierogarnii rodziców. I w sumie nie sądził, że znajomość z detektywem rozwinie się w coś poważniejszego.
   Dlatego też nie potraktował poważnie tego powiadomienia. Gdy ich zmatchowało stwierdził jednak, kierowany pewnie alkoholem, który dodał mu nieco odwagi, że napisze. Okazało się, że pisanie przez Internet dodawało pewności i pewnie tylko dlatego cała ta ich rozmowa skończyła się właśnie na tym, że czekał teraz na to, aż Cree pod niego podjedzie. Denerwował się, więc niewiele się odzywał. Nie dlatego, że czuł się nieco onieśmielony samym towarzystwem detektywa, ale też faktem, że ten zgodził się porozwozić pozostałych uczestników imprezy, którzy raz za razem posyłali Tomashowi zaskoczone i ciekawskie spojrzenia. Wiedział, że jutrzejszego dnia będzie miał sporo do wyjaśnienia, więc już teraz, zanim został z Cree sam na sam, postanowił przygotować sobie odpowiedzi. Musiał to zrobić, bo wiedział, że znajomi nie dadzą mu spokoju.
   W końcu jednak zostali w samochodzie sami. Nieobecność znajomych nieco go rozluźniła. Normalnie pewnie spiąłby się jeszcze bardziej, jednak świadomość tego, że już siedział w samochodzie z Cree i spojrzał w twarz prawdziwemu niebezpieczeństwu, dodawała mu otuchy. Uśmiechnął się w stronę swojego towarzysza.
   – Nic się nie przejmuj – powiedział, kiwając lekko głową. Nie wypił dużo, bo zaledwie dwa słabe drinki i na tym się jego spożywanie alkoholu skończyło. Nigdy nie przepadał za przesadnym pijaństwem, ale skłamałby, gdyby powiedział, że nie lubił tego stanu, w którym zaczynał się czuć, jakby jego głowa traciła na ciężarze, a jego policzki rozgrzewały się przyjemnie. W tym wszystkim nie chodziło o upijanie się od nieprzytomności i umieranie na kaca następnego dnia. Nie żeby coś takiego było mu obce, bo był młody i głupi i zdecydowanie szalał zbyt mocno, gdy już legalnie mógł zacząć pić alkohol. No ale chyba każdy popełnia ten błąd. Zwłaszcza jeśli wcześniej nie miało się do czynienia z alkoholem, który wykraczał poza ukradkowe wypijanie butelki piwa.
   Trochę pogadali w samochodzie. Ten small talk rozluźnił ich nieco. Spotkania tego typu potrafiły nieźle namieszać w głowach, bo nie było to normalne spotkanie towarzyskie. Nie wiedział, dlaczego tak się działo i dlaczego tak myślał, biorąc pod uwagę, że z Cree się już znał. Nie była to zażyła znajomość, to prawda, ale nie sądził, że będzie mu tak dziwnie. Rozmowa jednak rozwiała wszelką początkową niepewność i dyskomfort, które wynikały tylko i wyłącznie z prostego faktu, że Tomashek, chociaż nie chciał być tak postrzegany, był dość nieśmiały.
   Droga na szczęście nie była długa i dość szybko podjechali pod dom Cree. Tomash rozejrzał się po podjeździe zanim wjechali do garażu. Pierwszym, co pomyślał było to, że detektywi chyba nie zarabiają tak mało, skoro Cree było stać, by mieszkać w takim ładnym domku. Drugą myślą było to, że bardzo spodobało mu się drzewo z kolorowymi liśćmi, które znajdowało się przed budynkiem. Lubił rośliny, więc nie mógł przejść obojętnie od takiej dużej i kolorowej.
   Wysiadł z samochody i skierował się za Cree w stronę środka domu. Oczywistym było, że pierwsze co zrobił, to rozejrzenie się po wnętrzu. Nie było ono przesadnie udekorowane, nawet jeśli on sam lubił przebywać w takich zagraconych przestrzeniach, musiał jednak przyznać, że mu się spodobało. Nie było jednym z tych, w których się tylko przebywało, jeśli nie było się w pracy, ale faktycznie wyglądało na zamieszkałe. Nie potrafił bowiem znieść tych pokazywanych na ogłoszeniach albo w telewizji beżowych brył, z których nie dało się wyczytać niczego o właścicielach. Cóż, jeśli miał być szczery, to dom Cree również nie wskazywał na to, żeby mieszkał w nim detektyw, ale Tomash miał dość stereotypowe podejście do pracowników policji. Wydawało mu się bowiem, że mieszkają w niekoniecznie wysprzątanych wnętrzach, w których pełno jest puszek po piwie i energetykach oraz opakowań po jedzeniu na wynos i fast foodach.
   Uśmiechnął się, bo wnętrze, jak zresztą jego właściciel, robiło wrażenie. Zdjął swój czarny płaszcz i narzucił go na stojący przy drzwiach wieszak. Zsunął swoje buty, po czym przeszedł wzdłuż korytarza do salonu. Odprowadził Cree wzrokiem do kuchni, gdzie mężczyzna zaczął się kręcić szukając przekąsek i czegoś do picia. Tomash nic mu nie odpowiedział, bo był całkowicie skupiony na rozglądaniu się i myśleniu, co włączyć. W jego głowie oczywiście szybko pojawił się pomysł na właściwy film. Poprosił tylko, żeby Cree włączył mu telewizor i odpalił odpowiedną platformę streamingową, bo on sam nie chciał niczego popsuć. Gdy to już było naszykowane, to rozsiadł się wygodnie na kanapie, podciągając nogi pod siebie, żeby było mi nieco cieplej. W pokoju nie było zimno, jednak świeżo po wejściu czuł na plecach chłód wieczoru.
   Pozwolił Cree działać. Nie chciał mu przeszkadzać i mówić, żeby się nie fatygował, bo wyglądało na to, że się przygotował na tę wizytę kupując te wszystkie przekąski. Poza tym, jak na Polaka przystało, pochodził z niesłychanie rodzinnego i gościnnego rodu, który nie wyobrażał sobie witania gościa przy pustym stole. Nawet u niego w domu rozstawiano przystawki i jedzenie nawet jeśli były to niezapowiedziane i spontaniczne wizyty sąsiadów. Po części więc rozumiał to zachowanie. Zdążył znaleźć właściwy film w momencie, gdy Cree pojawił się i oparł o framugę drzwi. Z kuchni zaczął docierać do niego słodki, maślany zapach gorącego popcornu, który zawsze poprawiał mu humor.
   – Pewnie oglądałeś, ale jest październik, więc sezon na horrory zawsze otwieram Egzorcystą – powiedział, wskazując głową ekran telewizora. Był to dość oklepany wybór, jak na horror, bo oczywiście wiele osób się na niego decydowała, jednak jak na klasykę przystało, był to zawsze dobry punkt wyjścia. Uwielbiał zaczynać sezon horrorów właśnie od tego filmu, nie mówiąc o tym, że zbliżało się Halloween, które też lubił. Wyciszył szybko swój telefon, sprawdzając przy okazji, która była godzina. Na szczęście nie było jeszcze aż tak późno, bo dopiero dochodziła dwudziesta druga.
   – Przytulnie tu masz – przyznał w końcu, patrząc na Cree i uśmiechnął się lekko. Podwinął rękawy swojego czarnego golfu i rozpiął srebrną bransoletkę, którą miał na nadgarstku, wkładając ją sobie do kieszeni czarnych dżinsów, żeby jej nie zgubić. Tak samo zrobił z sygnetem, który zdobił jeden z jego palców. Lubił nosić biżuterię, bez względu na to, czy była ona z prawdziwego złota lub srebra czy też tanich imitacji tych metali. Wartość nie miała dla niego znaczenia, jeśli coś wyglądało ładnie.

Cree Bellerose
mów mi baby
napiszę wszystko, ale nie lubię nudy
28 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
190 cm
🕵️ detektyw wydziału ds. zabójstw w Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
Justice? You get justice in the next world; in this world, you have the law.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Cree stał w progu kuchni, oparty ramieniem o futrynę, i słuchał, jak w mikrofalówce wybuchają kolejne ziarna. Zgasił górne światło, zostawiając tylko lampkę nad blatem, i w półmroku dom stał się jeszcze cichszy. Z salonu dobiegał charakterystyczny dźwięk przewijanej listy w usłudze streamingowej: kolorowe okładki migały na ekranie jedna po drugiej, rzucając na ścianę ruchome plamy światła. Kiedy zatrzymały się na Egzorcyście, kąciki jego ust uniosły się w lekkim, aprobującym uśmiechu.
– Klasyk nigdy nie jest nietrafionym wyborem – rzucił na tyle głośno, by jego gość usłyszał go z kanapy. Wybór tego tytułu był bezpieczny. I w jego guście.
Mikrofalówka piknęła, informując go, że skończyła pracę. Wrócił do kuchni, wyciągnął torebkę i ostrożnie ją rozdarł. Nie chciał się poparzyć, a para potrafiła boleśnie zaskoczyć. Przesypał popcorn do dużej miski, wziął garść ziaren i sprawdził, czy jest wystarczająco słony i maślany. Był. Może odrobinę za bardzo, ale nie na tyle, żeby się tym specjalnie przejmować. Nie był też ekspertem w dziedzinie zakąsek. Tłuste i słone przekąski jadał tylko sporadycznie, bo uważał je za przesadnie zapychające.
Zapach masła unosił się w całym pomieszczeniu, ciepły i trochę zbyt kuszący jak na tak późną porę. Ponoć nie powinno się jeść nic ciężkiego przed snem. Tyle że on jeszcze nie planował kłaść się do łóżka. Z miską w dłoniach wrócił do salonu i postawił ją na stoliku, obok pilota i reszty drobiazgów, które zdążył tam zgromadzić. Zanim usiadł, jeszcze raz przebiegł wzrokiem po pokoju: drzwi do kuchni, drzwi do garażu, przeszklone skrzydło na taras. Wolał się upewnić. Wyuczony nawyk gliny. Dopiero wtedy opadł na sofę. Trochę niedbale, nieco niedelikatnie, jak ktoś, komu po długim dniu brakuje sił na wdzięk. Ale wyjątkowo nie był dzisiaj zmęczony. Po prostu czuł się swobodnie, bo był u siebie. Poduszki zapadły się pod jego ciężarem. Znalazł się blisko Tomasha. Bliżej, niż wymagała tego kanapa.
Przytulnie. Komentarz młodszego chłopaka był jak pochwała jego wyborów i, ku zaskoczeniu Cree, było to wyjątkowo miłe uczucie. Trochę przemeblował swoje cztery kąty, ale nie wszystko. Rodzice mieli podobny gust, a on nigdy nie lubił żyć w zbyt sterylnej przestrzeni. Nie był też fanem zagracania jej, więc wybór padł na minimalizm z nutą komfortu i estetyki. Meble dobrane do koloru ścian – harmonijne, przyjemne dla oka i wygodne. Unikał jak ognia wnętrz jak z katalogu. Dopiero teraz przypomniał sobie, że na parapecie w kuchni wciąż stała filiżanka po porannej kawie, której nie zdążył odnieść do zmywarki. Ale w końcu ognisko domowe miało wyglądać tak, jakby ktoś je zamieszkiwał, a nie jak wystawa w sklepie.
– Dla mnie miejsce do życia musi być przytulne – odezwał się, nie odrywając wzroku od ekranu. – Inaczej czuję się w nim obco i nie potrafię zasnąć – nie dodał, że nawet tutaj bywało z tym różnie. Ale na pewno było prościej. A przynajmniej w te dni, w których nie czuł się przebodźcowany wszystkim, co go otaczało.
Przez chwilę chrupał popcorn w milczeniu, słuchając, jak film powoli się rozkręca. Dopiero po kilku ziarenkach znów się odezwał. – Doceniam też, że rodzice dali mi tę szansę. Mam dach nad głową, na który nie musiałem wywalać milionów dolarów – podrapał się po karku, nagle zawstydzony własną szczerością. – Choć trochę głupio mi, że nie podzielili go między mnie a rodzeństwo – głupio nie było właściwym słowem. Lepszego jednak nie znalazł. Zwłaszcza że starsze rodzeństwo zostało wtedy w Toronto z dziadkami, a żal do Cree miało i bez tego. Cała ta sytuacja nikomu nie pomagała. Nie zamierzał jednak kłócić się z rodziną o majątek.
Sięgnął po szklaną butelkę coli i otworzył ją kluczami, bo oczywiście kto by pomyślał o otwieraczu. Kapsel odskoczył z cichym syknięciem gazu i potoczył się po stoliku. Nalał napój do wcześniej przygotowanej szklanki z odrobiną lodu. Nie za dużo. W końcu nie planował się rozchorować, zwłaszcza w październiku. Bąbelki szumiały cicho, zagłuszane przez dźwięk dochodzący z głośników.
Zerkając od czasu do czasu na ekran, na którym rozgrzana pustynia wypełniała kadr, odwrócił się w stronę młodszego mężczyzny. Zadał pytanie niby od niechcenia, choć wiedział, że takie tematy rzadko były przypadkowe. W jego wieku sam wracał do Toronto i zaczynał wszystko od nowa. Choć nie było to proste, musiał myśleć o samodzielności.
– A ty? Jakie masz plany? Chcesz zostać z rodzicami czy marzy ci się coś własnego? A może na razie odsunąłeś to na bok i skupiasz się na studiach i pracy? – skierował wzrok z powrotem na ekran, dając mu czas na odpowiedź.

Tomash Nowakovsky
21 y/o
For good luck!
173 cm
recepcjonista North York YMCA
Awatar użytkownika
a little twink
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszła
postać
autor

   W jego głowie pojawiło się jeszcze kilka innych propozycji, jednak Egzorcysta w jego opinii zawsze był tym najwłaściwszym wyborem. Przynajmniej na sam początek. Uwazał, ze film ten, pomimo swojego wieku, ciągle robił wrażenie. Nawet jeśli nie przerażał w takim samym stopniu jak współczesne horrory. Tomash nigdy jednak nie był fanem tanich chwytów, które współczesne propozycje wykorzystują nagminnie. Wszelkiego rodzaju jump scares chociaż przyprawiały go o chwilowy skok ciśnienia, to nigdy nie robiły na nim takiego wrażenia, żeby miało mu to w jakiś psoób zapaść w pamięć. Owszem, pamiętał momenty, gdy to się działo, przez co po prostu odwracał wzrok, gdy oglądał te filmy ponownie. Najbardziej zależało mu na tym, by film budował odpowiedni nastrój, bo to potrafiło się ciągnąć przez cały czas.
   Spojrzał na Cree, gdy już na ekranie wyświetlił się już film. Zatrzymał go, zanim zdąży się wyświetlić pierwsza scena. Spojrzał na wszystko, co mężczyzna przygotował. Wyglądało to tak, jakby planowali zrobić tutaj seans co najmniej kilku filmów. Uśmiechnął się czując zapach ciepłego popcornu. Sięgnął ręką po kilka i wpakował je sobie do ust. On sam również nie był specjalistą, jeśli chodziło o dobór odpowiednich przekąsek i zazwyczaj stawiał na te najbardziej sprawdzone. Musiał jednak przyznać, że jeśli miał wybierać, to zdecydowanie wolał sięgać po te słodkie zakąski, o czym świadczyło chociażby to, że podczas pracy zajadał się swoimi ulubionymi, truskawkowymi żelkami.
   Dopiero gdy Cree usiadł obok niego, to skupił na nim swoją uwagę w całości. Nigdy wcześniej nie miał okazji się tak dokładnie przyjrzeć, bo w sumie nie miał ku temu powodów. Poczuł się dziwnie. Nie niekomfortowo czy dziwnie. Wszystko to wynikało z tego, że całe to wydarzenie było takie nagłe i niespodziewane, a Tomashek lubił sobie planować pewne rzeczy albo chociaż nastawiać się na ewentualne wydarzenia. No ale nie było źle. W sumie to nawet cieszył się z tego, że będzie mógł spędzić z Cree trochę więcej czasu, bo od ich ostatniej przygody z tygrysem zaczął uważać go za całkiem przyzwoitego faceta. W sumie za kogoś, kogo z chęcią poznałby lepiej. Ie wiedział, co Cree myślał o nim, ale już sam fakt, że zaprosił go do siebie świadczył o tym, że mógł uważać tak samo.
   – Ja lubię, jak wchodzę do jakiegoś pomieszczenia, że jest ono zamieszkane przez kogoś – powiedział. I nie chodziło o to, że musiało być brudne ale żeby było widać, że jest używane. Dlatego też nie przeszkadzało mu to, że gdzieś był zostawiony brudny kubek po kawie czy herbacie albo nieposkładane ubrania. Lubił takie rzeczy, bo pokazywało to również charakter właściciela. Rozejrzał się po pomieszczeniu jeszcze raz. Mieszkanko pokazywało, że Cree nie był jakimś maniakiem porządku. Nie dlatego, że było tutaj brudno, ale dlatego, że nie było sterylnie. A Tomashek miał już do czynienia z ludźmi, którzy starali się za wszelką cenę udowodnić to, jak bardzo uporządkowani byli. Nigdy mu się to nie podobało, bo sam uważał się za osobę dość chaotyczną i właśnie w takim lekkim nieporządku czuł się najlepiej.
   – Co masz na myśli? Nie wiedziałem, że mas rodzeństwo – powiedział. Nigdy go o to nie pytał, bo nie sądził, że będzie miał taką okazję. – Hmm… – zastanowił się, słysząc jego pytanie. Oczywiście znał odpowiedź, jednak podjęcie odpowiedniej decyzji wcale nie będzie łatwe. – Jestem jedynakiem, więc nie wiem, czy chciałbym zostawiać rodziców samych, bo różnie mogą się potoczyć sprawy – zaczął powoli dłubiąc palcem w kolanie. Westchnął. – Nie chcę jednak skończyć lepiąc pierogi, bo to nie jest coś, co chciałbym robić, a wiem, że jak zostanę w domu, to tak to się dla mnie właśnie skończy – powiedział w końcu. Z jednej strony ciężko było mu to przyznać, bo chociaż nie było to nic złego i jego rodzice zdawali sobie sprawę z tego, że blondyn nie chciał przejmować rodzinnego biznesu, ale jednocześnie czuł się winny temu, że postanowił mieć na siebie inne plany.
   Zapadła chwilowa cisza, podczas której zapatrzył się na ekran telewizora. Wziął również szklankę z napojem i wypił kilka łyków. Po wypitym wcześniej alkoholu i zjedzeniu trochę popcornu zachciało mu się pić i dopiero gdy już ugasił pragnienie, to odłożył szklankę i oparł się o kanapę.
   – Nie chcę wyjeżdżać z miasta, ale mam ochotę wyprowadzić się i nie wiem… dowiedzieć się, jak to jest być samodzielnym, zwłaszcza że w sumie zarabiam już swoje pieniądze, więc nie jestem uzależniony od rodziców aż tak bardzo – stwierdził, jakby chciał dodać sobie pewności, że decyzja ta byłaby właściwa. No i owszem, nie zarabiał źle, jednak w sumie mieszkając z rodzicami miał tę swobodę, że nie musiał przejmować się o wiele rzeczy jak chociażby płacenie rachunków, bo płacił tylko za swój telefon i Internet oraz ewentualne subskrypcje, które posiadał, jak również za jedzenie, bo chociaż kupował sobie to, co chciał, to wielokrotnie kończyło się na tym, że po prostu jadł pierogi.
   – A czemu w ogóle chciałeś zostać detektywem i uganiać się za tygrysami? – zagaił, odwracając uwagę od siebie i skupiając ją na mężczyźnie.

Cree Bellerose
mów mi baby
napiszę wszystko, ale nie lubię nudy
28 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
190 cm
🕵️ detektyw wydziału ds. zabójstw w Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
Justice? You get justice in the next world; in this world, you have the law.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Cree zawsze uważał się za raczej prostego faceta, jeśli chodziło o relacje międzyludzkie. Gdy komuś trzeba było pomóc, nie zastanawiał się dwa razy, czy chodziło o przeniesienie mebli, czy o podwózkę do domu. Ten gest bez trudu rozciągał też na przyjaciół danej osoby. Nie szukał podtekstów ani dwuznaczności, gdy kogoś do siebie zapraszał, nawet jeśli ten ktoś był dla niego atrakcyjny. Nie potrzebował też wiele czasu, by się otworzyć i zacząć gadać jak najęty o wszystkim. Czytało się go jak otwartą książkę. Przynajmniej w życiu prywatnym.
Praca robiła z niego zupełnie innego człowieka. Potrafił być stanowczy, a granie złego gliny w ogóle go nie przerastało. Czasem mogło się nawet wydawać, że jest zbyt szorstki i oziębły, ale doskonale wiedział, że z przestępcami trzeba postępować właśnie tak. Uwielbiali wykorzystywać słabości ludzi, którzy ich przesłuchiwali. Kogoś, kogo da się wyprowadzić z równowagi albo kto w każdym człowieku próbuje znaleźć coś dobrego, było łatwo oszukać. On się na to nie łapał.
Cree podążył wzrokiem za spojrzeniem Tomasha i przez chwilę próbował zobaczyć własny dom cudzymi oczami. Nie należał do osób, które robiły generalne porządki, gdy kogoś zapraszały. Nie był bałaganiarzem, ale daleko mu było do pedanta. Poza tym uważał za nienaturalne, gdy ktoś przyjmował gości w domu lśniącym jak z wystawy w Ikei, w którym wszystko leżało równo od linijki. Nie chciał zakłamywać rzeczywistości. Mieszkał sam. Był zajętym facetem. Sprzątał regularnie i dbał o czystość, ale w taki normalny, niefanatyczny sposób, i było to widać po jego czterech ścianach. Kurz nie dusił w gardle, zlew nie był zawalony szklankami i talerzami, pranie nie czekało w koszu, a kwiatki rozstawione po domu nie zwiędły. Tu i ówdzie dało się jednak znaleźć krzywo ułożoną poduszkę, bluzę niedbale rzuconą na krzesło w kuchni, teczkę z aktami, która od trzech dni nie znalazła drogi z powrotem do torby, albo pudełko po pizzy. Zjadł ją dwa dni wcześniej, ale karton pozostał i wciąż nie trafił do recyklingu. Nic wielkiego. Drobne świadectwo tego, że ktoś tu żył i nie był robotem. Dopiero teraz zauważył, że te drobiazgi układały się też w obraz człowieka, który tu bywał, ale niekoniecznie mieszkał.
– Mam nadzieję, że to komplement, bo zamierzam go tak potraktować. Lubię czuć ciepło miejsca, w którym się znajduję, i to niekoniecznie pochodzące od rozpalonego kominka – odparł, a kącik jego ust drgnął w półuśmiechu. – Gdy wszystko jest wypolerowane, ułożone, jakieś przesadnie minimalistyczne, to czuję się jak w szpitalu. A odwiedzam takie miejsca regularnie przez pracę, więc wolałbym czuć się trochę inaczej w otoczeniu, w którym ktoś faktycznie mieszka.
Temat rodziny nie należał do trudnych, ale Cree rzadko o tym mówił. Relacje były dobre, bez wielkich dramatów. Nie wrócił do Kanady, bo chciał od nich uciec. Tęsknił za krajem, w którym się urodził i spędził pierwsze lata życia. Z rodzicami miał doskonały kontakt, co było widać choćby po tym, że podarowali mu ten dom. Zawsze był dla nich pod telefonem.
Podciągnął jedną nogę na kanapę i w tej pozycji oparł się plecami o miękką tkaninę.
– Mam dwie siostry i brata – oznajmił z dumą, choć nie był pewien, czy rodzeństwo podzieliłoby jego entuzjazm. – Jedno z nich wyjechało ze mną i rodzicami do Stanów, a pozostała dwójka została z dziadkami w Toronto. To tylko trzy godziny samolotem, więc bez tragedii.
Gdyby jego europejscy znajomi to usłyszeli, pewnie złapaliby się za głowę. Dla nich tyle godzin w powietrzu oznaczało pokonanie przynajmniej kilku krajów. On w takim czasie docierał do jednego ze stanów w sąsiednim kraju.
Rodzinne biznesy rzadko zostawiały komuś swobodę wyboru. Zwykle zakładano, że dziedzic po prostu stanie za ladą, a wszelkie plany na życie mogą poczekać. Cree nie zamierzał jednak pouczać Tomasha. Wiedział, że takie decyzje nie zapadają podczas jednej rozmowy na kanapie, nawet jeśli towarzyszy jej popcorn.
– Spodziewałem się, że nie chcesz odziedziczyć pierogowego imperium po rodzicach – zaśmiał się z samego określenia. On też nie poszedł w ślady swoich staruszków. Na szczęście byli w tym bardzo wyrozumiali i zawsze go wspierali. – Wierzę, że chcą dla ciebie jak najlepiej i że jeśli któregoś dnia powiesz im, że lepienie ciasta do końca życia nie jest twoim wymarzonym planem na przyszłość, to się z tym pogodzą. Wyprowadzka nie oznacza, że ich zostawisz, a kilka przystanków metra to nie koniec świata. Ktoś, kto na co dzień gotuje z miłością, i tak znajdzie sposób, żeby cię nakarmić, gdziekolwiek będziesz mieszkał.
Nie znał rodziców Tomasha na tyle dobrze, by z taką pewnością się o tym wypowiadać, ale wydawali się sympatycznymi ludźmi. Miał po prostu nadzieję, że się nie myli. Przesunął miskę z popcornem odrobinę bliżej Nowakovsky'ego, po czym sięgnął po szklankę – z pewnym trudem, bo wciąż siedział w tej półleżącej pozycji – i upił łyk.
– Samodzielność w tym kraju z roku na rok staje się coraz większym wyzwaniem. Ceny mieszkań i domów to jakiś koszmar. Czasem czynsz pochłania więcej niż połowę miesięcznej wypłaty. A gdzie cała reszta? – rzucił, poirytowany tym stanem rzeczy. Co prawda on nie mógł narzekać, ale wcześniej w Nowym Orleanie nie było z tym lepiej. Wyfrunięcie z rodzinnego gniazda w wieku dwudziestu kilku lat było nie lada szokiem. A nie zapowiadało się, by cokolwiek miało się zmienić na lepsze.
– Hej, ustalmy sobie jedną rzecz: uganiania się za tygrysami nie było w umowie – zrobił poważną minę i pogroził młodszemu mężczyźnie palcem przed nosem. – A co do pracy detektywa: tak wyszło. Zawsze chciałem pracować w policji, ale nie miałem pomysłu, co dalej. Wydaje mi się, że od początku miałem smykałkę do rozwiązywania trudnych spraw, zwłaszcza tych związanych z morderstwami. Awans wpadł dosyć naturalnie.
Lubił tę pracę. Oczywiście nie chodziło o samo szukanie sprawców, którzy odbierali komuś życie, ale o dumę z każdej rozwiązanej sprawy i z każdego przestępcy wsadzonego za kratki. Nie przywracało to nikomu życia, lecz liczyło się, że zbira dosięgała sprawiedliwość, a bliscy ofiary mogli poświęcić się żałobie, zamiast szukać odpowiedzi.
W pewnym momencie zgasły światła. Po chwili jednak baterie zasilane panelami słonecznymi przejęły obciążenie i wszystko wróciło do normy. Na telefonie pojawiło się powiadomienie, że system przeszedł na zasilanie awaryjne, ponieważ miejska sieć przestała dostarczać prąd.
– Oho – rzucił tylko, zerkając na nieco za jasny ekran urządzenia. – Chyba w okolicy wysiadło zasilanie.
Jeszcze nie wiedział, że problem okaże się znacznie większy, niż mu się wydawało.

Tomash Nowakovsky
Ostatnio zmieniony śr paź 21, 2026 7:06 pm przez Cree Bellerose, łącznie zmieniany 2 razy.
21 y/o
For good luck!
173 cm
recepcjonista North York YMCA
Awatar użytkownika
a little twink
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion, jego
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszła
postać
autor

   Tomash miał nadzieję, że nie jest człowiekiem, którego inni nazywali by skomplikowanym. Nie miał niczego do ukrycia, zawsze mówił to, co myślał i zachowywał się tak, jak chciał. Był łatwym do poznania człowiekiem. Być może i działało to na jego szkodę, bo stawał się pewnie przewidywalny i łatwy do zmanipulowania, niemniej jednak żyło mu się dzięki temu łatwiej. No i nie był też głupi. Potrafił stosunkowo dobrze ocenić niebezpieczeństwo i ludzi i wiedział, kiedy się wycofać, jeśli coś mogło wprowadzić go w naprawdę poważne kłopoty. Możliwe że inni odbierali by go przez to za nudnego, ale w byciu nudnym nie było przecież nic złego. W relacjach z innymi ludźmi szukał tego samego. Nie nudy, ale autentyczności. Nie chciał zadawać się z kimś, kto na siłę chciał wyjść na osobę, którą nie był, bo blondyn miał wrażenie, że brakowało tej osobie pewności siebie. Była to chyba właśnie ta cecha, którą cenił sobie najbardziej. I nie chodziło o to, by pewność siebie przeradzała się w arogancję, ale w coś, co pozwalało innym bycie naturalnym. Coś, co pozwalało facetom zakładać różowe koszulki i nie robić z tego afery, bo byli pewni w swojej męskości albo kobietom umożliwiało trwanie w swojej kobiecości bez potrzeby podburzania pewności siebie innych kobiet. To była piękna cecha charakteru, której we współczesnym świecie brakowało.
   – Oczywiście, że komplement – powiedział, mrużąc oczy. Nie wiedział, czy ucieszyłby się z tego, gdyby ktoś określił jego dom jako niezamieszkały. No ale dom Nowakovskych był chaotyczny. Nie było takiej możliwości aby ktoś określił go jako pusty czy pozbawiony lokatorów. Owszem, był stosunkowo duży, jak na dom trzech osób, ale z uwagi na fakt, że mieściła się przy nim pierogarnia, to cały czas ktoś kręcił się w okolicy. No i Nowakovscy nie mieli również zbyt wiele czasu na to, by w nim sprzątać tak dokładnie i często, jakby chcieli. Oczywiście starali się utrzymywać porządek, ale czasami pojawiały się dni, gdy wszyscy byli zbyt zapracowani i zmęczeni, by w ogóle myśleć o zapakowaniu naczyń do zmywarki albo poskładaniu ubrań. Jego własny pokój był prawdziwą graciarnią. Lubił zbierać różne rzeczy – książki, dekoracje, stare meble… czasami wchodząc do jego pokoju miało się wrażenie, że wchodzi się do starego antykwariatu, to taką atmosferę można było tam wyczuć. I było to odczucie całkowicie sprzeczne z tym, jaki mógł się wydawać Tomashek.
   – Rzeczywiście… to może być przytłaczające – przyznał mu, słysząc jego słowa na temat pracy i szpitalnej sterylności. Nigdy wcześniej nie zastanawiał się nad tym, jak faktycznie wyglądała praca detektywa czy policjanta. W jego głowie zawsze malował się obraz dramatycznych i przepełnionych akcją wydarzeń, w które byli oni zamieszani. Bo w sumie właśnie to pokazywały filmy i seriale, które czasami oglądał. Rzeczywistość mogła jednak okazać się inna. I odkąd zaczął swoje praktyki na policji, to zdążył się już przekonać, że cała ta emocjonująca otoczka wiązała się z niebywałym ryzykiem i kosztem, które się w tym zawodzie ponosiło. Jak chociażby ból fizyczny wywołany dawnym postrzałem albo też ból psychiczny, rozkwitający gdzieś w świadomości albo zakopany głęboko podświadomie. To z pewnością odciskało swoje piętno. Nie dziwne, że ludzie tacy jak Cree chcieli od tego uciec w swoim życiu prywatnym.
   Spojrzał na niego przelotnie, ale szybko odwrócił się ponownie w stronę ekranu. Jakoś nagle uznał, że może oglądanie horrorów nie było aż takim dobrym pomysłem. Może potrzebowali się jakoś odstresować i obejrzeć coś z mniejszym ładunkiem emocjonalnym. Nie żeby którykolwiek z nich przejmował się wizją opętania, bo Tomash zgadywał, że żaden z nich nie wierzy w takie rzeczy. Mogliby jednak postawić na coś lekkiego.
   – O, zazdroszczę… czasami zastanawiam się, jak to jest mieć rodzeństwo – zaczął. Najbardziej chciałby mieć starszego brata albo starszą siostrę. Wizja posiadania kogoś starszego od siebie, bardziej doświadczonego w życiu i w rzeczach, które go czekały wydała mu się zachęcająca. Teraz to on mógłby zostać starszym bratem i w sumie nie wiedział, czy miałby odpowiednią wiedzę i doświadczenie do podzielenia się z kimkolwiek. – U mnie pewnie skończyłoby się na codziennych kłótniach i walkach i jakieś głupoty – zaśmiał się, kręcąc głową. Nawet jeśli głupio to brzmiało, to i tak wydawało mu się to zachęcające i żałował, że był jedynakiem. No ale miało to też swoje plusy, jak chociażby posiadanie na wyłączność uwagi swoich rodziców. Lubił spędzać z nimi wolne chwile. Biorąc pod uwagę, jak niewiele czasu wolnego wszyscy posiadali, to każda próba spędzenia go wspólnie była na wagę złota.
   – Niby nie oczekują po mnie że przejmę biznes, ale na pewno woleliby, żeby został on w rodzinie – wzruszył ramionami. Dobrze, że jego rodzice mieli co do tego dość lekki stosunek, bo z własnego otoczenia znał osoby, od których rodzice wymagali aby robili coś, czego nie chcieli robić. Miał znajomych, którzy musieli iść na medycynę albo prawo, żeby kontynuować rodzinną tradycję. Miał nadzieję, że jego rodzicom podejście się nie zmieni oraz że kiedyś, w przyszłości, uda mu się pogodzić w jakiś sposób jego pracę oraz pasje, z rodzinnym biznesem.
   Chciał dodać coś więcej, bo miał kilka przemyśleń na ten temat, a towarzystwo Cree sprawiało, że czuł się całkiem komfortowo i pewnie. Niestety nagłe ciemności, które zapanowały w domu detektywa sprawiły, że słowa uwięzły mu w gardle. Rozejrzał się powoli, instynktownie chcąc odnaleźć jakiekolwiek źródło światła, jednak niczego takiego nie widział. Jedną dłoń wsunął do kieszeni spodni, chcąc wyciągnąć telefon, a drugą zacisnął na czymś, co akurat było pod ręką. Nie zdążył jednak włączyć latarki, bo pomieszczenie nagle rozświetliło się ostrym światłem. Zmrużył oczy.
   – Ciekawe – powiedział, zaskoczony tym, co się właśnie stało. Spojrzał przez okno, a tam zauważył jedynie ciemność, bo nie dało się zobaczyć żadnego źródła światła. – Na zewnątrz są takie ciemności, jakby coś poważnego się stało… – zszedł z kanapy i podszedł do najbliższego okna. Przeciągnął spojrzeniem po horyzoncie, który był ciemną linią. Nie dało się zbytnio odróżnić tego, gdzie kończy się on, a zaczyna nieboskłon. Oparł dłonie na parapecie i wyciągnął głowę do góry, spoglądając na niebo. – Kiedyś czytałem, że burze słoneczne działają na elektryczne urządzenia i jeśli miałaby miejsce taka potężniejsza burza, to mogłaby zniszczyć całą sieć energetyczną na świecie – powiedział, nie spuszczając wzroku z nieba. Na szczęście nie widział, żeby było ono rozświetlane przez zorze polarne, więc chyba na Słońcu nie było żadnych huraganów…

Cree Bellerose
mów mi baby
napiszę wszystko, ale nie lubię nudy
28 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
190 cm
🕵️ detektyw wydziału ds. zabójstw w Toronto Police Service Headquarters
Awatar użytkownika
Justice? You get justice in the next world; in this world, you have the law.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji3. os. l. poj.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Cree ucieszył się z komplementu bardziej, niż dał po sobie poznać. Wygląd domu był przecież po części zasługą jego rodziców i pani sprzątającej. Choć wrócił do Kanady kilka lat temu, niewiele w nim zmienił: poza kilkoma meblami, odświeżeniem ścian i generalnym unowocześnieniem instalacji elektrycznej. Po prostu lubił styl, który po sobie zostawili, i nie zamierzał w niego przesadnie ingerować. Co do sprzątania, zwykle radził sobie sam: naczynia, pranie i inne drobne obowiązki zostawiał dla siebie. Odkurzanie tak dużej przestrzeni i zajmowanie się pokojami, z których korzystał rzadko, pochłonęłyby jednak zbyt wiele wolnego czasu, a tego i tak nie miał za dużo. Dlatego raz na dwa tygodnie zjawiała się starsza Hiszpanka – zawsze ta sama – której historie znał już na pamięć. Mimo wieku niczym rakieta śmigała po pomieszczeniach i doprowadzała je do porządku. Był jej za to ogromnie wdzięczny, bo sam nigdy nie utrzymałby tego wszystkiego w takim ładzie.
– Jest jak jest – skomentował temat pracy z uśmiechem. Telewizja kłamała na temat jego zawodu. Kryminalne seriale wyolbrzymiały to, czym zajmował się na co dzień, albo umniejszały jego rolę, zależnie od tego, na co scenariusz kładł największy nacisk. Najwięcej nieścisłości pojawiało się przy tych mniej chętnie pokazywanych czynnościach: rozmowach z rodzinami ofiar, staniu nad ciałem w towarzystwie patologów czy odnoszeniu obrażeń podczas akcji. Kino rządziło się własnymi prawami, a prawdziwe życie nie zwracało na nie uwagi. Było dużo bardziej uporczywe. Mimo to wciąż kochał tę robotę i nawet nie myślał o złożeniu wypowiedzenia. Nie miał pojęcia, co innego mógłby robić. To było jego powołanie. Nawet jeśli czasem narzekał, że musi biegać po szpitalach i oglądać widoki, których wolałby uniknąć, nie wyobrażał sobie, że mógłby z tego zrezygnować. Może dziwne, może nawet nieco przerażające, ale już tak miał.
– Rodzeństwo to same problemy! – rzucił nieco zbyt entuzjastycznie jak na narzekanie na rodzinę.
Tak naprawdę wcale się nie żalił. Wolał ten stan od bycia jedynakiem. Gdy wyjechał do Stanów, posiadanie brata obok uchroniło go przed wieloma komplikacjami związanymi z tak poważną zmianą. Zawsze byli dla siebie i mogli na siebie liczyć. To było coś więcej niż klepanie po plecach i zapewnienia, że będzie dobrze. Gorzej wyszło z siostrami, które zostały w Kanadzie. Kontakt z nimi nie był najlepszy i szczerze tego żałował. Nawet po powrocie niewiele się poprawiło, a część winy leżała po jego stronie. Mógł wprawdzie zostać w kraju i zamieszkać u dziadków tak jak one, ale jako nastolatek tak o tym nie myślał. Później było już ciężko wszystko odkręcić.
– U nas tych kłótni nie było, co zawsze mnie dziwiło. Byliśmy zgraną rodziną aż do wyjazdu na kilka lat do Nowego Orleanu. Ale może to też kwestia charakterów? Uzupełnialiśmy się. Rodzice traktowali nas tak samo, nikt nie dostawał lepszych prezentów ani nie cieszył się większą uwagą. Nie było więc o co się kłócić.
Gdy w szkole średniej dowiedział się od rówieśników, że oni ze swoim rodzeństwem drą koty na okrągło – był zaskoczony. Nigdy tego nie doświadczył i zakładał, że to jego sytuacja jest tą domyślną. Mylił się jednak.
– Och, naprawdę? – zapytał z niedowierzaniem, ponownie się do niego odwracając. – Myślałem, że to dość normalne w rodzinnych biznesach – zwłaszcza gdy jest tylko jedno dziecko – że bardzo pcha się pociechę w tę stronę. Ale to naprawdę fajnie, że rodzice cię nie przymuszają. To bardzo kochane z ich strony.
Sam nigdy nie musiał się tym przejmować, bo rodzice wspierali każdy jego wybór, a jego praca była dla nich powodem do dumy. Trochę inaczej bywało z rodzeństwem. Bratu obrywało się między innymi za brak zdecydowania i nierozważne decyzje życiowe, ale nigdy nie chodziło o oczekiwania, tylko o to, by wszyscy byli szczęśliwi, mieli gdzie spać, w co się ubrać i nie chodzili z pustym żołądkiem. Cała reszta była drugorzędnym zmartwieniem.
Gdy wszystko zgasło, nie podszedł do okna, by sprawdzić okolicę. Zamiast tego obszedł kolejne pomieszczenia, gasząc światła i niepotrzebne urządzenia. Chciał zaoszczędzić jak najwięcej zgromadzonej energii. Tak na wszelki wypadek. Telewizora też nie włączył z powrotem, choć pewnie mogliby dokończyć film. Dobiegające z salonu rozważania Tomasha o burzy słonecznej brzmiały jak scenariusz kiepskiego filmu katastroficznego, ale nie zamierzał ich ucinać, dopóki nie sprawdzi faktów. Gdy wrócił do salonu, miał telefon w dłoni i przeglądał wiadomości.
– Wygląda na lokalny problem albo co najwyżej prowincjonalny. Nie widzę żadnych newsów z innych regionów Kanady ani ze Stanów. Oby to nie było nic poważnego – nie brzmiał jak ktoś zmartwiony, raczej zaciekawiony i niepewny. O siebie się nie martwił: panele słoneczne, nawet jesienią, potrafiły zapewnić mu prąd na cały dzień, o ile nie planował ładować samochodu, wychładzać domu klimatyzacją jak lodówki albo piec i gotować bez przerwy. Ale wielu sąsiadów nie miało tyle szczęścia. Na dodatek takie wydarzenia sprzyjały włamaniom. – Cholera, nawet nie chcę myśleć, jak poważnie wygląda sytuacja uwięzionych w metrze czy na diabelskim kole. Oby wszystkie szpitale miały solidne zasilanie awaryjne.
W końcu podszedł do drugiego mężczyzny, oparł dłonie na jego ramionach i wyjrzał nad nim przez okno. Omiótł wzrokiem pogrążoną w ciemności okolicę. Zaledwie kilka budynków miało panele słoneczne lub inną formę zasilania i tylko w nielicznych oknach paliło się światło.
– Chcesz przedzwonić do rodziców i upewnić się, że wszystko u nich gra? – zapytał. – Zaproponowałbym, że cię do nich odwiozę, ale przy braku sygnalizacji i ogólnym chaosie na ulicach to byłby marny pomysł.
Służby będą miały ręce pełne roboty. Wypadki, drobne przestępstwa, ludzie uwięzieni w budynkach i windach. A co ze świeżą żywnością w sklepach? Miał nadzieję, że sytuacja zostanie opanowana w ekspresowym tempie.

Tomash Nowakovsky
ODPOWIEDZ

Wróć do „#3”