Normalnie, to chyba najlepsze słowo, którym mógłby opisać swoje dzieciństwo i lata wczesnoszkolne. W niedzielę chodzili na spacery do parku, czasem wycieczki do wesołego miasteczka, oceanarium, albo jeździli obserwować wieloryby. Czasami kłócił się z rodzeństwem o ostatnie ciastko znalezione w kuchni, przełączenie ulubionej bajki. Latem, gdy była ładna pogoda robili na kolacje grilla w ogrodzie i jedli przy duzym piknikowym stole stojącym na tarasie, bywało, że krzywił się nad talerzem z brukselką, czy szpinakiem podawanymi do obiadu, które nie wyglądały ani trochę zachęcająco.
Pamięta też pozdzierane kolana, podczas nauki jazdy na rowerze, albo malowanie kredą na chodniku przed domem, skakanie po kałużach i gorącą czekoladę, którą mama robiła w zimne wieczory, wspólne gry planszowe, ale również odrabianie zadania z matematyki, kiedy to zawzięcie gryzł końcówkę ołówka i marszczył brwi starając się właściwie dodawać do siebie ułamki.
Nic wartego szczególnego zapamiętania, a jednocześnie ogrom małych momentów, których nigdy nie chciałby zapomnieć!
Wszystko zaczęło się komplikować, gdy miał piętnaście lat. Niby żył jak każdy inny nastolatek pierwsze włosy rosnące na brodzie, niechciane niespodzianki wyskakujące na twarzy, pałętanie się po okolicy z kumplami, albo leniwe wieczory spędzane z padem w ręku, ale w tym wszystkim coraz cześciej był zmęczony, kręciło mu wię w głowie, zasychało w ustach i ogólnie brakowało energii. W końcu rodzice przestali zrzucać to na karb dorastania i zabrali go do lekarza.
Cukrzyca typu 1, zmiana nawyków, nauka zakładania i korzystania z pompy insulinowej przestawienie się na tom wszystko zajęło mu trochę czasu, namieszało trochę w życiu, ale i tak największe zaskoczenie czaiło się dopiero za rogiem.
Zemdlał na zajęciach sportowych w szkole. Pamiętał jedynie tyle, że zrobiło mu się ciemno przed oczami, a gdy się ocknął leżał już na szpitalnym łóżku. Obok niego na plastikowym krzesełku siedziała mama, a obok stał starszy lekarz, który szukając czegoś w jego dokumentach zsunął lekko okulary i spojrzał na kobietę.
“Czy u biologicznych rodziców występowały jakieś choroby serca?” Pytanie zawisło w powietrzu zdecydowanie zbyt długo, aż do momentu, gdy ciszę przecięło krótkie i chice
“Nie mamy na ten temat żadnych informacji.”
Świat się zatrzymał, albo zawirował. Sam już nie był niczego pewnien. Jacy biologiczni rodzice? Jaki brak informacji. Przeskakiwał zdezorientowanym wzrokiem od swojej mamy do mężczyzny, który mruknął pod nosem jedynie krótkie
“Zbadamy…”
Sam nie potrafił do końca określić, czy bardziej szokująca była dla niego informacja o tym, że jest adoptowany, czy diagnoza zespołu Barlowa. Oba spowodowały, że miał problemy ze snem przez tydzień, ale to drugie szczęśliwie dało się ustabilizować lekami, aby nie uprzykrzało mu zbytnio życia, dwie tabletki dziennie nie były w tym wypadku najgorszym zakończeniem, jakiego można by sie spodziewać.
Relacje rodzinne wyglądały dużo gorzej mieszkanka złości i żalu, nagłe poczucie bycia nie na miejscu i przeszkadzania, to chyba najlepszy obraz tego co czuł.
Powietrze w kuchni było zdecydowanie zbyt gęste, a łyżeczki stukały zbyt głośno o kubi, gdy całą trójką zasiedli do stołu, aby odbyć tą rozmowę.
Miał dowiedzieć się inaczej, być starszy, ale wyszło jak wyszło. Mimo wszystko to przecież nic nie zmienia… Ta łatwo powiedzieć, gdy nie jest się nastolatkiem z burzą hormonów, który dowiedział się, że jego dotychczasowe życie to tak naprawdę kłamstwo.
Odsunął się, zdystansował, obserwował uważnie, aż w końcu pewnego dnia doszedł do szokującego wniosku, że może rzeczywiście nic się nie zmieniło? Przecież dalej pytali, jak mu minął dzień, kupowali jego ulubiony jogurt i odwozili na zajęcia, niezmiennie na stole stał talerz dla niego. Mama pieszczotliwie poprawiała mu włosy, mimo protestów, a ojciec zachęcał do wspólnego majsterkowania burcząc przy tym pod nosem tak dobrze znane
“ świecisz mnie, czy sobie?”
Nigdy nie był tym dzieciakiem, który jakoś konkretnie wyobrażał sobie swoje życie. Nie marzył o zostaniu strażakiem, adwokatem, czy architektem, jak już będzie dorosły. Raczej zaliczał się do tych chłopaków, którzy intensywnie zastanawiają się co dalej, gdy zupełnie przypadkiem trafił na stronę z naborem załogi na wycieczkowce. Kolorowe fotografie pełne słońca, złotego piasku i lazurowej wody kusiły, krzyczały wręcz o przygodzie, a wymagania nie były wygórowane, postanowił spróbować.
Do dziś pamięta to dziwne uczucie w żołądku, gdy stał z walizką w progu domu, do którego miał nie wrócić przez kolejne miesiące. Stres wymieszany z ekscytacją, poczucie ruszenia w nieznane, do innego kraju, ale szczerze? To był strzał w dziesiątkę! Nie było łatwo, zwłaszcza na początku jednak za nic na świecie nie oddałby tego czasu, tańczenia na pełnym morzu pod gwieździstym niebem, upalnych nocy, zobaczonych miejsc, a nawet uroczych niemieckich staruszek uśmiechających się do niego nad basenem, musiał przyznać, były nawet na swój sposób urocze.
Doskonale pamięta też tamten dzień, gdy weszła na pokład, z tym błyskiem w oku, który sprawił, że coś w jego klatce piersiowej podskoczyło, i nie był to wcale objaw choroby!
Pierwszy raz się zakochał, a nawet można powiedzieć przepadł, w jej czystym krystalicznym śmiechu, energii, radości życia, poczuciu humoru i drobnych dołeczkach w policzkach, sposobie w jaki odgarniała rozwiane przez wiatr włosy i wystawiła twarz do słońca w wolnych chwilach, tym jak pokazywała mu konstelacje gwiazd, gdy leżeli na pokładzie późnymi nocami, kiedy znaleźli wolną chwilę. Można powiedzieć, że było jak w filmie i nawet nie zorientował się kiedy siedzieli na wąskim łóżku w małej kajucie i wpatrywali się w dwie różowe kreski na teście.
Nie był na to gotowy, zdecydowanie, ale wiedział, że musi być odpowiedzialny!
Nogi mu drżały, gdy przekraczał próg jej rodzinnego domu, przez ostatnie dwie noce stworzył w głowie chyba sto wersji tego, jak Włoska familja zareaguje na wiadomość o ciąży, ale jednak świat się nie skończył.
Ślub zorganizowali szybko
zanim jeszcze będzie widać brzuch!” było bajkowo, malowniczo i bardzo głośno. Później zamieszkali wspólnie na piętrze domu jej rodziców w Amalfii. Z wiadomych względów było to dość praktyczne rozwiązanie, które nie wyrywało ciężarnej kobiety ze znanego jej środowiska daleko od bliskich. Do tego południe Włoch wydawało się bardziej kuszącą opcją, niż Kanada ze swoją kapryśną pogodą.
Co prawda po Bruno po zejściu na ląd planował na dłużej związać się z Dj’ką, którą naprawdę polubił pływając, ale wiadomo było, że w obecnych okolicznościach to raczej nie wchodziło w grę. Zaczepił się jako pomoc w okolicznej restauracji. Mimo tego, że ich oszczędności z poprzedniej pracy nie były najmniejsze to honor zwyczajnie nie pozwalał mu nie pracować, gdy właśnie zakładał rodzinę i niedługo miał powitać na świecie swoje pierwsze dziecko!
Byli szczęśliwie, zdecydowanie byli! Wyremontowali mały dziecięcy pokoik, wybierali imię podziwiając piękne zachody słońca, a on codziennie wyciskał dla niej świeży sok z pomarańczy, chociaż sam go nie cierpiał. Wspólnie wyczekiwali pojawienia się tej małej istotki, planując kolejne lata, uroczystości rodzinne, rodzinne wycieczki.
Moment, w którym pierwszy raz wziął Mię na ręce był niesamowitym doświadczeniem, wręcz surrealistycznym. Była tutaj, malutki człowiek, za którego już do końca życia będzie odpowiedzialny, którego nauczy pierwszych słów, pomoże postawić pierwsze kroki. Mała zawładnęła jego sercem niemal od pierwszej sekundy.
Wszystko układało się dobrze mała nie była może najgrzeczniejszym dzieckiem, ale też nie sprawiała większych problemów. Bruno powoli uczył się łapać balans między pracą, a rodziną, mogli liczyć również na pomoc rodziców. Nic nie wskazywało na problemy.
Dlatego właśnie, gdy pewnego poranka obudził się w pustym łóżku nic nie wzbudziło jego podejrzeń. Dopiero, gdy żona nie pojawiła się późnym wieczorem, nie odbierała telefonów zaczął się martwić, obdzwonił szpitale, rano zgłosił się na policji, ale nic… Mijały dni, a po kobiecie nie było żadnego śladu, zupełnie jakby zapadła się pod ziemię.
Powoli, bardzo powoli docierało do niego co się stało - zostali porzuceni.
Gdy Mia miała niespełna rok podjął decyzje - wracał do Kanady, nie miał już na co czekać i chociaż pomoc teściowej przy dziecku była nieoceniona nic go już tutaj nie trzymało. Wręcz przeciwnie zaczął odczuwać dziwny dyskomfort przebywając w rodzinnych stronach swojej byłej ukochanej, musiał ruszyć na przód z tego martwego punktu.
Trzy lata temu wrócił z córką do Toronto, kupił dom i zaczął układać życie na nowo, długo zastanawiał się, co mógłby robić, ale jednego był pewien nie wyobrażał sobie pracy na etacie.
Zakładanie własnej firmy, było jak porywanie się z motyką na słońce, organizowanie imprez i eventów z maluchem u boku mogło okazać się niewykonalne, ale jednak działa, a oni oboje mają teraz spokojne i stabilne życie, tylko we dwoje.
Ciekawostki
- Oficjalnie dalej nie jest rozwiedziony. Nie dlatego, że ciągle czuje coś do byłej żony, po prostu nie można jej namierzyć, dostarczyć dokumentów i zakończyć małżeństwa.
- Mimo wszystko wciąż utrzymuje kontakt dziadkami i bliskimi swojej córki od strony matki. Wychodzi z założenia, że nie powinien pozbawiać dziewczynki części rodziny tylko dlatego, że dorosłym się nie ułożyło. Pamięta też o pomocy teściów w opiece nad córką i jest za nią wdzięczny, zdarzyło im się nawet ich odwiedzić.
- Na 90 % zawsze znajdzie w swojej teczce jakiegoś misia, nogę od lalki, klocka, czy cokolwiek podobnego…Oh, uroki rodzicielstwa!
- Całkiem nieźle mu idzie podkładanie i udawanie głosów w trakcie zabawy, czy w czasie czytania bajki, bo tak zawsze stara przeczytać coś małej do snu. Wychodzi z założenia, że skoro ta ma tylko jednego rodzica ten nie może być nieobecny. Godzenie samotnego rodzicielstwa, prowadzenia firmy i życia towarzyskiego jest trudne i nie zawsze się udaje, najczęściej cierpi na tym to ostatnie.
- Gotuje, gdy jest zdenerwowany, siekanie składników chyba go jakoś odpręża.
- Mistrz robienia naleśników! W każdym kształcie. Tak, nawet głowa Myszki Miki. Dajcie mu tylko patelnie! Przy okazji... gotowe sklepowe mieszanki to zło!
- Uspokaja go też zapach płynu do odkażania i dezynfekcji, chyba podświadomie kojarzy mu się z mamą, która jako pielęgniarka często pachniała podobnymi specyfikami.
- Lubi dobre jedzenie, naprawdę lubi. Niestety tyje szybciej niż by chciał i musi się pilnować. Dodatkowo ze względu na stan zdrowia stara się, by mieć jednak zdrową i zrównoważoną dietę, chociaż zdarzają mu się grzeszki.
- Nie Lubi soku pomarańczowego.
- Korzysta z pompy insulinowej.
- Nie cierpi sztucznych kwiatów.
- Kiedyś był strasznym bałaganiarzem, przy obecnym trybie życia jednak przekonał się, że łatwiej mu się funkcjonuje, gdy wszystko ma swoje miejsce. Zdarza mu się wieczorem robić po domu rundki i odkładać wszystko tam, gdzie powinno być.
- Nienawidzi wstawać rano. Nie jest rannym ptaszkiem, nigdy nie był, życie go zmusiło.
- Dalej ma swojego ulubionego misia z dzieciństwa.
- Zawsze stawia kropkę na końcu podpisu.
- Potrafi szczekać, jak pies.