41 y/o
For good luck!
187 cm
beznadziejnie bezrobotny
Awatar użytkownika
I won't let you bury it
I won't let you smother it
I won't let you murder it
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— My też byśmy mogli, gdybyś tak po prostu nie zostawił mi na stole papierów rozwodowych. Może jakbyśmy podjęli tę decyzję wspólnie, to byłoby inaczej — powiedział. Skoro jednak bez problemu odesłał mu dokumenty ze swoim podpisem i to tak prędko, to można było sobie wyciągnąć z tego taki wniosek, że też tego rozwodu chciał. No i prawda była taka, że wtedy rzeczywiście go chciał. Miał dość tego małżeństwa i nie chciał tego dłużej ciągnąć. Niestety, po wszystkim uderzyło w niego to, że jednak kochał swojego męża i że mu go cholernie brakowało. Cóż, było na to trochę za późno. — Zdaję sobie z tego sprawę, ale uważam, że ci się należą — skrzywił się lekko. Wolałby, żeby Aven je przyjął i żeby wszystko było tak, jak jeszcze kilka lat temu. Chciał się cofnąć do czasu, w którym dopiero się ze sobą związali, bo to był najszczęśliwszy okres ich związku. Żałował, że ich małżeństwo nie wyglądało w taki sposób i że tak szybko się wszystko wypaliło. A wszystko przez to, że w pewnym momencie wstydził się sam przed sobą przyznać, że leciał również na mężczyzn. Zupełnie, jakby to było coś złego. Wypuścił głośno powietrze nosem, kiedy chłopak kazał mu sobie darować. Wyglądało na to, że w ogóle nie miał ochoty rozmawiać o ich relacji, ani nawet zastanawiać się nad tym, czy mogliby do siebie wrócić.
— Nie, nie wiem — mruknął pod nosem. — Po prostu wyszedłem z założenia, że skoro ja jestem sam, to ty też, ale widocznie się pomyliłem — wzruszył ramionami. To nie tak, że miał jakieś podstawy do tego, żeby myśleć, że Aven był samotny i że też rozpaczał po ich rozstaniu. Był nawet trochę na niego zły, że miał kogoś nowego, z kim najwyraźniej naprawdę dobrze mu się układało. — Zbywałem i bardzo tego żałuję. Chciałbym to naprawić... — westchnął. Szkoda, że na refleksje było już trochę za późno. Przez ten cały czas wiele razy wyobrażał sobie, co by zrobił, gdyby ponownie się spotkali i w jego głowie zawsze wyglądało to tak, że ostatecznie się godzili i do siebie wracali. Wyglądało jednak na to, że rzeczywistość trochę się różniła od tego, co sobie wymarzył podczas pijackich rozmyślań.
— Tak, wiem. Lekarz już mi o tym powiedział — odparł. — Niemniej jednak jak sobie pomyślę o tym wszystkim, to coś mi się robi w środku — pokręcił głową na boki. Nie znosił szpitali, więc na samą myśl o tym, że będzie tutaj częstym gościem, aż go mdliło. Obstawiał, że w końcu do tego przywyknie i że nie będzie to dla niego takim problemem, jak teraz, ale żeby tak się stało, to pewnie jeszcze minie trochę czasu.
— To mam nadzieję, że dobrze ci pójdzie — odparł. Trochę go to zaniepokoiło, ale postanowił nie panikować. Zakładał, że skoro pozwolili mu samemu przeprowadzić taki zabieg, to chłopak miał odpowiednią wiedzę, żeby to zrobić. — Mhm — mruknął w odpowiedzi. Na samo słowo wkłuję czuł nieprzyjemny ścisk w żołądku.
— No właśnie — wypuścił głośno powietrze nosem. Kiedy tylko Aven zaczął grzebać przy jego żyle, od razu odwrócił głowę w drugą stronę, a jego ręka całkowicie znieruchomiała, jakby dostał paraliżu, a to wszystko przez zwykły strach.
— Nie bolało — stwierdził, ale mimo wszystko uparcie unikał patrzenia na igłę wbitą w jego żyłę albo poruszania tą ręką. Spojrzał na swoją dłoń, dopiero kiedy chłopak podał mu piłeczkę. W pierwszej chwili uniósł pytająco brew, ale zaraz wszystko było jasne. Jak na zawołanie zaczął się nią rzeczywiście bawić. Miał nadzieję, że to pójdzie szybko.
Odprowadził go wzrokiem, kiedy skierował się do wyjścia z sali zabiegowej. Opadł głową na poduszkę i wbił wzrok w sufit. Odetchnął głośno, starając się pozbierać te milion myśli, które teraz mu dokuczały. W końcu do sali wrócił Aven, a gdy usiadł przy nim, to nieco się poprawił i na niego spojrzał. Przez dłuższą chwilę tak po prostu mu się przyglądał.
— Dobrze cię traktuje? — zapytał nagle. — Ten twój... narzeczony — dodał. Widać było, że te słowa z trudem przeszły mu przez gardło, ale nie można się było dziwić, skoro był o to tak zazdrosny.
Aven Corvelli
ryo
metagaming; decydowanie za cudzą postać
30 y/o
For good luck!
185 cm
pielęgniarz w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Hidden inside the portrait of my life
Lives a man who gave up
Who was never enough
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Spojrzał na niego, na dłuższą chwilę zawieszając wzrok na jego twarzy. Nie wiedział, z jakiego powodu mężczyzna uważał, że on mógł zachowywać się wobec niego nie fair i to było w porządku, ale kiedy tylko Aven potraktował go w podobny sposób, to miał do niego o to pretensje.
— Ty sam podjąłeś decyzję, że mnie już nie chcesz i nawet nie raczyłeś o tym ze mną porozmawiać. Dlaczego więc ja miałbym się oglądać na ciebie w sprawie rozwodu? — powiedział. Rozumiałby jeszcze jego podejście, gdyby nie próbował z mężczyzną rozmawiać i jakoś tego wszystkiego ratować, ale Calder nie wykazywał się kompletnie żadną inicjatywą, żeby zawalczyć o ich małżeństwo, więc rozwód to powinno być coś, czego jak najbardziej powinien się spodziewać. Musiałby być bezczelny, myśląc, że traktując go w taki sposób, Corvelli dalej będzie tkwił przy nim i znosił to wszystko. Każdy miał swoje limity, on również. — Owszem, należą — przyznał. Co prawda, powinien mu to powiedzieć znacznie wcześniej, a nie po tylu latach, no ale cóż. Jakby zrobił to wcześniej, zapewne też by to niczego nie zmieniło, bo skoro podjął decyzję o rozwodzie, to dla niego ten związek był zakończony i nie chciał do tego nigdy więcej wracać.
— No właśnie — skwitował. — Jak widać — wzruszył obojętnie ramionami. Dlaczego niby miałby być singlem? Chciał ułożyć sobie życie na nowo. Był młody, wciąż miał przed sobą praktycznie całe życie i to normalne, że nie chciał go spędzić w samotności. To, że się rozwiódł nie oznaczało, że do końca życia nie zwiąże się z nikim innym, bo byłoby to absurdalne. — Miałeś wystarczająco dużo czasu na naprawę, gdy jeszcze byliśmy razem i dawałem ci na to szansę — powiedział. Jakiekolwiek refleksje jakie mężczyzna miał już po ich rozwodzie gówno go obchodziły, bo było już za późno na cokolwiek. Wystarczająco długo się przy nim męczył, wmawiając sobie, że coś się jeszcze zmieni. Calder nie był wtedy zainteresowany tym, żeby walczyć o niego i o ich małżeństwo, więc sam był sobie winien, że skończyli w taki sposób.
— Niestety, nic na to nie jesteś w stanie poradzić. To choroba genetyczna i niestety miałeś pecha — powiedział i westchnął bezgłośnie. — Ważne, że byli w stanie cię zdiagnozować i dojść do tego, co ci dolega. Nie bywa to łatwe — dodał jeszcze. Przynajmniej mężczyzna wiedział co mu jest i mógł od razu zacząć wymagane leczenie, żeby poczuć się lepiej.
— To dobrze, starałem się, żeby nie bolało — stwierdził. Wyglądało na to, że tym razem mu się udało. Skoro Soranzo był tak negatywnie nastawiony do szpitali, lekarzy i leczenia, to nie chciał mu dać kolejnego powodu, dla którego jeszcze bardziej pałałby do tego wszystkiego niechęcią. Jakby nie było, czekało go to dość często, więc musiał przywyknąć.
Zrobiło się trochę niezręcznie, ale nie powinno to nikogo dziwić, zważając na fakt w jakiej kiedyś byli relacji. Minęły lata odkąd ostatni raz ze sobą rozmawiali i się widzieli, a żaden z nich nie spodziewał się zapewne, że ponownie się spotkają. W dodatku nie rozstali się w przyjemnych okolicznościach, co też w tej sytuacji nie pomagało. Trzeba było przyznać, że los postanowił im dzisiaj spłatać niemałego figla. Nie wiedział co miał o tym wszystkim myśleć. Zarówno o wyznaniu mężczyzny, jak o tym, że ten wciąż był singlem i najchętniej by do niego wrócił… Zupełnie jakby Calder utknął w czasie to pięć lat temu i łudził się, że jeszcze jednak do niego wróci.
— Tak — odpowiedział. — Gdyby nie traktował mnie dobrze, to bym z nim nie był i nie planowalibyśmy ślubu — dodał i wzruszył ramionami. — Bardziej jestem zaskoczony, że ty nikogo nie masz. Zakładałem, że dość szybko sobie kogoś znajdziesz, zwłaszcza, że straciłeś mną całkiem zainteresowanie — powiedział. — Zawsze cieszyłeś się uwagą innych i na pewno było wielu chętnych, żeby umawiać się z takim atrakcyjnym mężczyzną i człowiekiem sukcesu. W dodatku z dobrego domu — stwierdził. Skłamałby, gdyby powiedział, że nie był dość mocno zaskoczony tym, że Calder był samotny.

Calder Soranzo
eon
posty pisane przez ai; metagaming; ghostowanie; sterowanie postacią bez zgody autora; brak inicjatywy ze strony współgracza
41 y/o
For good luck!
187 cm
beznadziejnie bezrobotny
Awatar użytkownika
I won't let you bury it
I won't let you smother it
I won't let you murder it
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— No niby tak — skrzywił się delikatnie. — Mimo wszystko... to mogło wyglądać inaczej — dodał. Tylko jak? Sam chętnie przystał na ten rozwód. Mało tego, kiedy zobaczył te papiery, to odczuł ulgę, że nie musieli odbywać tej niewygodnej rozmowy na temat rozstania. Do tego jeszcze chłopak poniekąd podjął decyzję za niego. Decyzję, której sam nie miał jaj podjąć, a której w głębi serca chciał. Szkoda tylko, że szybko dotarło do niego, że to był błąd i że chciałby to naprawić. Na to jednak było już za późno. Mruknął tylko krótko, kiedy Aven przyznał mu, że te przeprosiny mu się należały. Bardziej liczył na to, że mu wybaczy i że jednak jakoś się dogadają, ale wyglądało na to, że nie miał co o tym nawet myśleć. Niestety...
— Jesteś młody, atrakcyjny, bystry... Dobra partia — westchnął ciężko. Nic dziwnego, że lata temu się w nim zakochał. Szkoda tylko, że teraz mógł się pożegnać z czymkolwiek, bo chłopak był w związku, a do tego planował ślub. Oczywiście, że mu się to w ogóle nie podobało, ale biorąc pod uwagę to, jaki dla niego był pod koniec ich małżeństwa, to nie można się było dziwić temu, że tamten miał o nim kiepskie zdanie i że był wobec niego tak negatywnie nastawiony. Coś czuł, że gdyby spotkali się w trochę innych okolicznościach, to to spotkanie przebiegłoby w gorszej atmosferze. Tutaj Aven musiał zachować przecież profesjonalizm. — Wtedy o tym nie myślałem. Zrozum, miałem swoje problemy na głowie, którymi nie chciałem cię obarczać — powiedział. Oczywiście, że nie chciał mu się przyznawać do tego, że miał rozterki dotyczące swojej orientacji. Na pewno też nie miał zamiaru mówić mu o tym, że na każdym kroku flirtował z kobietami, jakby chciał sobie odbić to, że był w związku z mężczyzną. Pewnie gdyby nie to, że w końcu się rozwiedli, to doszłoby do zdrady.
— Genetyczna, ale nikt z moich bliskich na to przecież nie choruje — odparł. Z tego, co wiedział, to u niego w domu wszyscy byli zdrowi i każdy cieszył się dobrym samopoczuciem. Musiał mieć wyjątkowego pecha, że ten gen trafił akurat na niego. — Dziwne, żeby nie zdiagnozowali, skoro badali mnie na chyba wszystkie możliwe sposoby. Jak leżałem na oddziale ratunkowym po tym, jak przywiozła mnie karetka, to trzymali mnie jeszcze w szpitalu przez kilka dni. Myślałem, że się tam przekręcę z nudów — dodał. Tyle dobrego, że coś z tego wyszło i że ostatecznie byli w stanie wykryć chorobę. Wiadomo, że nie było mu to na rękę, ale lepiej tak, niż jakby nigdy mieliby jej nie odkryć.
— Dziękuję — uśmiechnął się do niego delikatnie. Przecież Aven doskonale wiedział, jak bardzo nie lubił szpitali, lekarzy, igieł i całej reszty. Miło mu było, że zrobił to tak delikatnie, że prawie tego nie poczuł. Przecież wcale nie musiał się tak starać.
— No tak, logiczne — odparł. Czego innego się spodziewał? Że okaże się, że w ogóle się nie dogadywali, a chłopak brał z nim ślub z braku laku? Przecież go znał. Wiedział, że wychodziłby za mąż tylko wtedy, kiedy kogoś naprawdę kochał. Skrzywił się, kiedy chłopak wspomniał o tym, że z nikim się nie spotykał. Co miał mu powiedzieć? Że załamał się, wpadł w depresję, stracił pracę i zaczął chlać? Przecież nie przyzna się do błędów. To nie było w jego stylu. Przez krótką chwilę po prostu patrzył na niego, ale w końcu przeniósł spojrzenie na piłeczkę, którą wciąż się bawił. — Szkoda gadać — powiedział tylko. Nie chciał tego drążyć, bo nie uważał, żeby było się czym chwalić, zwłaszcza że Aven najwyraźniej ułożył sobie życie, w przeciwieństwie do niego.

Aven Corvelli
ryo
metagaming; decydowanie za cudzą postać
30 y/o
For good luck!
185 cm
pielęgniarz w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Hidden inside the portrait of my life
Lives a man who gave up
Who was never enough
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Uśmiechnął się pod nosem i pokręcił lekko głową na boki, nie wierząc w to, co właśnie usłyszał. Niby jak inaczej? Nawet jeśli chciałby go wcześniej uprzedzić i przedyskutować z nim sprawę rozwodu, to jak niby miałby to zrobić? Mężczyzna go unikał i za każdym razem kiedy chciał z nim chociaż chwilę porozmawiać, Calder zamykał się w swoim pokoju i po prostu nie pozwalał, aby doszło między nimi do konfrontacji.
— Jak inaczej, Calder? — zapytał. — Mówisz, że jakbym ci powiedział, że chcę z tobą porozmawiać o nas, to nie unikałbyś tematu i nie zamknąłbyś mi znowu drzwi przed nosem, żeby mnie spławić? Dokładnie tak, jak robiłeś to za każdym poprzednim razem, kiedy próbowałem? — dodał. — Poza tym, skąd wiesz, że nie chciałem tego z tobą omówić? Nie dałeś mi szansy ze sobą porozmawiać, bo na każdym kroku tego unikałeś, więc skąd możesz wiedzieć, że nie chciałem ci o tym powiedzieć? — dodał. Skoro Calder unikał poważniejszych rozmów jak ognia, to skąd mógł mieć pewność, że któregoś razu kiedy go zbył, Aven nie przyszedł do niego porozmawiać właśnie o tym, że chce rozwodu? Soranzo mógł mieć pretensje jedynie do samego siebie o to, że za każdym razem go zbywał i tak go unikał, a nie teraz jemu wyrzucać, że niby zniknął bez słowa. Może gdyby poświęcił mu chociaż kilka minut na rozmowę, to by się o wszystkim dowiedział.
— Dlatego tym bardziej nie widzę powodu, dlaczego po tylu latach wciąż miałbym być sam. Logiczne, że jak ludzie zaczynają nowy rozdział swojego życia, to poprzedni zamykają za sobą — powiedział. Być może Calder oczekiwał, że będzie latami rozpaczał z powodu ich rozwodu i liczył na to, że jednak kiedyś się zejdą; że będzie żałował, że podjął taką decyzję i w końcu jednak oprzytomnieje. Niestety, nic z tych rzeczy nie miało miejsca. Wyprowadził się, skupił się na pracy, szukaniu nowych znajomych i budowaniu sobie życia w nowym miejscu i środowisku. Potem poznał kogoś, w kim się zakochał i z kim teraz był, a wszystko z powrotem układało się w taki, a nie inny sposób. Tak naprawdę, żałobę po tym związku i małżeństwie przeszedł jeszcze w trakcie jego trwania, pod sam jego koniec, gdy już wiedział, że to było nie do uratowania i rozwód był jedyny wyjściem. Bycie mężem kogoś, kto nawet go nie kochał nie miało najmniejszego sensu i zdążył się z tym pogodzić zanim zostawił Calderowi na stole papiery rozwodowe, a potem zniknął z jego życia. — Przestań szukać wymówek — powiedział po prostu. — Nie mówienie komuś o swoich problemach to jedno; traktowanie go jakby był dla ciebie kimś obcym i jakbyś miał go dość to drugie — dodał jeszcze, bo dla niego jedno nijak miało się do drugiego. Owszem, mógł nie chcieć mu o czymś mówić, ale nie oznaczało to, że musiał traktować go w taki sposób, w jaki to robił. Na każdym kroku dawał mu do zrozumienia, że nie chciał z nim być, więc Aven dał mu dokładnie to, na co mężczyzna w tamtym czasie liczył i się z nim rozwiódł. To, jakie przemyślenia Calder miał później, czy do jakich wniosków doszedł, nie obchodziło go w ogóle. Mężczyzna miał wystarczająco dużo czasu na to, żeby o niego zawalczyć i tego nie zrobił. To mu wystarczyło.
— Bo choroba genetyczna nie oznacza, że jest też dziedziczna. W przypadku czerwienicy, jest to zazwyczaj zmiana nabyta w trakcie życia i genu nie dziedziczy się po rodzicach czy dziadkach. Sam zaczyna mutować, a niestety dokładna przyczyna nie jest znana — powiedział. Po prostu czasami tak bywało. Było wiele chorób związanych z genetyką człowieka, które pojawiały się znikąd i nie była to kwestia tego, że coś odziedziczyło się po poprzednich pokoleniach. — Było aż tak źle? Musiałeś się naprawdę zaniedbać — stwierdził. — Zawsze powtarzałem ci, że musisz się za siebie wziąć i w końcu zacząć lepiej dbać o swoje zdrowie, bo młodszy się nie robisz — dodał jeszcze, nie mogąc sobie darować tego przytyku. Jakby chciał mu powiedzieć a nie mówiłem?
— Taka praca — rzucił obojętnie. To nie tak, że specjalnie dla Caldera był nader delikatny i ostrożny. Przy każdym pacjencie postępował w ten sam sposób, bo nie chciał, żeby go potem wyklinali albo skarżyli się, że nie umie dobrze zrobić wkłucia i tylko sprawił im ból.
— No właśnie — skwitował. Zdecydowanie po Soranzo miał nauczkę i znacznie ostrożniej podszedł do tego związku, tak samo jak do przyjęcia oświadczyn. Tym razem chciał być w stu procentach pewien, że osoba, którą miał zamiar poślubić również tego chciała i była tego pewna. Nie chciał ponownie wyjść za kogoś, kto po dwóch czy trzech lata uzna, że jednak popełnił błąd i nie chciał tego wszystkiego. Tym razem umawiał się z kimś w wieku dość zbliżonym do siebie, kto był tej samej orientacji seksualnej co on, więc te obawy z tych powodów były też nieco mniejsze. — I co? Z nikim się nie umawiałeś od naszego rozwodu? Ciężko mi uwierzyć, że z nikim się nie spotykałeś i nie sypiałeś. Zwłaszcza kiedy wiem, jak bardzo lubisz to drugie — odchrząknął cicho. Być może mówienie tego w takich okolicznościach było nieco nie na miejscu, ale raczej nikt ich nie podsłuchiwał i każdy był zajęty swoimi sprawami.

Calder Soranzo
eon
posty pisane przez ai; metagaming; ghostowanie; sterowanie postacią bez zgody autora; brak inicjatywy ze strony współgracza
41 y/o
For good luck!
187 cm
beznadziejnie bezrobotny
Awatar użytkownika
I won't let you bury it
I won't let you smother it
I won't let you murder it
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie mógł zaprzeczyć temu, że to wszystko, co Aven mówił, to była prawda. Nie dawał mu najmniejszej szansy na to, żeby porozmawiali. Albo wracał bardzo późno z pracy, albo zamykał się w swoim gabinecie, wymawiając się tym, że musiał popracować i potrzebował do tego spokoju. Prawda była taka, że najzwyczajniej w świecie chciał się od niego odciąć i chciał, żeby to się skończyło. Szkoda tylko, że po tym rozwodzie dotarło do niego, jak bardzo go kochał.
— Masz rację, nie dawałem ci na to szansy... — przyznał niechętnie. — Powinienem cię wysłuchać, kiedy do mnie przychodziłeś. Poświęcić ci chwilę. Nie potrafiłem. Tchórzyłem. Unikałem cię, bo nie miałem już pewności co do tego, kim naprawdę jestem — dodał i skrzywił się delikatnie. Cholernie żałował tego wszystkiego, ale niestety żal nijak nic nie znaczył w tej sytuacji. — Potem do ciebie dzwoniłem, pisałem. No wiesz, po rozwodzie. Nie odbierałeś, nie odpisałeś. Nie napisałeś mi nawet, żebym spierdalał. Dlaczego? — zapytał, wpatrując się w jego twarz. Uważał, że należały mu się wyjaśnienia i że powinien wiedzieć, dlaczego chłopak tak bardzo nie chciał mieć z nim kontaktu. Cóż, powinien sobie sam to wydedukować, ale najwyraźniej nie potrafił tego zrobić. A szkoda, bo by im to oszczędziło wiele przykrości.
— No tak... Nie da się temu zaprzeczyć, zwłaszcza że wiem, jak bardzo potrzebujesz mieć przy sobie kogoś, kto cię kocha i docenia. Szkoda, że ja nie potrafiłem zrobić tego drugiego — ponownie zaczął sobie pluć w brodę. Niestety, ale to, że się przed nim teraz tak uzewnętrzniał i ciągle powtarzał mu to, że wie, jakie błędy popełniał, nic nie zmieni, tym bardziej że Aven ułożył sobie życie z kimś innych. Nie mógł znieść myśli, że ten szykował się do kolejnego ślubu, kiedy jego życie wciąż było w rozsypce. Był nawet o to na niego zły, no bo dlaczego nie przeżywa tego tak samo jak on? Jakim prawem o nim zapomniał? — To było tylko przejściowe — zapewnił go, choć sam w to nie wierzył. — Musiałem się nad tym wszystkim zastanowić. Tak szybko się pobraliśmy. Ja nie byłem pewien, czy rzeczywiście podobają mi się mężczyźni. Zwątpiłem, ale to nie znaczy, że musieliśmy się przed to rozstać. Wszystko wróciłoby do normy — dodał. No cóż, mogło też nie wrócić, gdyby jednak doszedł do wniosku, że podniecają go tylko kobiety.
— Czyli jednym słowem pofarciło mi się? — wypuścił głośno powietrze nosem. Wkurwiało go to, że padło akurat na niego. Z drugiej strony, skoro o siebie nie dbał i odkładał wizyty u lekarzy, to można się było spodziewać, że doprowadzi się do takiego opłakanego stanu. Może jakby wcześniej wykryto u niego tę chorobę, to nie przechodziłby jej tak ciężko. — Zemdlałem na ulicy. Jakaś starsza pani wezwała karetkę — mruknął pod nosem. Nadal było mu wstyd. Jasne, to nie był powód do wstydu, że kogoś zabrała karetka, ale dla niego najwyraźniej tak. — Tak, tak, wiem — wywrócił oczami. Nie znosił lekarzy, szpitali, badań... Nie widział sensu do nich chodzić, skoro czuł się dobrze. A przynajmniej do czasu.
Skinął lekko głową na jego słowa. Na pewno uczyli go w tej szkole, jak być delikatnym i jak zadbać o pacjentów. W połączeniu z tym, że Aven był taki empatyczny, to jasno można było się domyślić, że będzie czuły względem pacjentów. Najwyraźniej również takich, których darzył jawną niechęcią.
— Spotkałem się z paroma kobietami, ale chodziło tylko o seks. Nic więcej — powiedział zgodnie z prawdą. — Nie miałem ochoty się w cokolwiek angażować. Nie widziałem sensu — wzruszył ramionami. Nie chciał być z nikim w poważnym związku, bo bał się, że historia się powtórzy. Do tego już nigdy nie przespał się z żadnym mężczyzną.

Aven Corvelli
ryo
metagaming; decydowanie za cudzą postać
30 y/o
For good luck!
185 cm
pielęgniarz w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Hidden inside the portrait of my life
Lives a man who gave up
Who was never enough
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Z jednej strony cieszyło go, że mężczyznę w końcu naszły jakieś refleksje i był świadom tego, jak powinien był w przeszłości postąpić oraz co robił źle. Tyle tylko, że takie przemyślenia powinien mieć kiedy jeszcze byli małżeństwem i Calder realnie miał jakieś szanse na to, żeby jednak je uratować. Zamiast tego, do samego końca Soranzo go unikał i nie potrafił znaleźć ani krzty odwagi na to, żeby z nim chociaż raz porozmawiać. W rezultacie, dostał na pożegnanie papiery rozwodowe i zniknięcie Avena bez słowa.
— Szkoda, że nie naszły cię te przemyślenia kiedy jeszcze byliśmy razem i miałeś szansę się zreflektować. Nie wnikam w to, jakie miałeś rozterki i co sobie myślałeś, chociaż dla mnie to komiczne, że po tylu latach bycia razem i regularnego uprawiania ze mną seksu nagle zacząłeś zastanawiać się nad tym, czy w ogóle mężczyźni ci się podobają — stwierdził bez ogródek. Czy uważał, że to było śmieszne? Owszem. Poza tym, nad takimi rzeczami Calder powinien zastanawiać się zanim postanowił mu się oświadczyć i wziąć z nim ślub, a nie w trakcie trwania ich małżeństwa, kiedy praktycznie dobierał się do niego na każdym możliwym kroku. Nie miał pojęcia z jakiego powodu nagle mężczyzna zaczął wątpić w swoją orientację, ale może to i lepiej, że nie wiedział. Jeszcze mógłby dowiedzieć się czegoś, co tylko bardziej by go zraniło, a uważał, że Soranzo i tak skrzywdził go już wystarczająco. — A dlaczego miałbym? Dlaczego miałbym chcieć rozmawiać i tłumaczyć ci się ze swoich decyzji, kiedy sam traktowałeś mnie jak śmiecia do samego końca? Nie obchodzi mnie, że po rozwodzie dostałeś jakiegoś nagłego objawienia i uświadomiłeś sobie, że jednak zjebałeś. To wciąż niczego by nie zmieniło, bo mnie skrzywdziłeś i tego nie da się cofnąć — odpowiedział. Nie miał obowiązku utrzymywać z nim kontaktu czy z czegokolwiek mu się tłumaczyć. Wychodził z założenia, że mężczyzna doskonale wiedział z jakiego powodu zdecydował się na rozwód, bo musiałby być skończonym idiotą, jeśli sam nie byłby w stanie wyciągnąć sobie wniosków ze swojego własnego zachowania.
— Owszem, szkoda. Inaczej wciąż zapewne bylibyśmy razem, a ja nie żałowałbym każdej minuty swojego życia, którą zmarnowałem na związek z kimś takim jak ty — powiedział wprost. Nie miał zamiaru owijać w bawełnę. I rzeczywiście uważał, że mężczyzna zmarnował mu te kilka lat życia, kiedy byli razem. Gdyby się z nim nie związał, zapewne znalazłby sobie kogoś, kto jednak chciał z nim być i z dnia na dzień bez powodu nie zacząłby go odtrącać. Na szczęście, był jeszcze w stanie odnaleźć szczęście i zakochać się w kimś innym. Miał nadzieję, że tym razem jego kolejny związek wypali. Był starszy, dojrzalszy i ostrożniejszy. Nie podejmował decyzji pochopnie, pod wpływem chwili i emocji, tak jak miało to miejsce w związku z Calderem. Miał nadzieję, że to go uchroni przed kolejnym złamaniem serca. — Nie interesuje mnie to. Nie chciałeś ze mną porozmawiać i mi wyjaśnić co jest na rzeczy, a ja niestety nie jestem jasnowidzem. Nie umiałem czytać ci w myślach. Zamiast tego obwiniałem siebie i to w sobie szukałem powodu, przez który już mnie nie chciałeś — stwierdził i wzruszył obojętnie ramionami. Na początku, zaraz po samym rozwodzie kiedy wciąż nie rozumiał dlaczego to wszystko tak się potoczyło, bardzo często zastanawiał się nad tym co takiego do tego doprowadziło. W końcu jednak postanowił zostawić to za sobą i się nad tym nie rozwodzić, co wyszło mu na dobre. — I co? Miałem dalej dawać ci się traktować w taki sposób i cierpliwie czekać, aż nagle uświadomisz sobie, że jednak mnie chcesz i raczej mnie kochasz? Za kogo ty mnie masz? — zapytał z niedowierzaniem. Chociaż… Nie był pewien, czy chciał znać odpowiedź. Jeszcze tylko by się niepotrzebnie wkurzył.
— Nie nazwałbym tego fartem. Bardziej po prostu miałeś pecha i padło na ciebie — odparł. Skłamałby, gdyby powiedział, że w ogóle nie ruszało go to, że Calder był chory. Wiadomo, że by mu tego nie życzył i lepiej by było, gdyby mężczyzna był zdrowy. Nie robiło to jednak na nim takiego wrażenia, jakby zapewne Soranzo chciał, żeby robiło. Pewnie gdyby dalej darzył go uczuciami, przejąłby się bardziej. Na co dzień jednak miał do czynienia z wieloma pacjentami, a część z nich była o wiele poważniej chora. — To dobrze, że nikt tego nie zignorował — powiedział. Gdyby Calder w porę nie otrzymał pomocy kto wie, jakby się to dla niego skończyło. — No właśnie — skwitował i westchnął cicho pod nosem.
— Lepsze to niż nic — stwierdził. Jeszcze w takim razie nie było aż tak źle, skoro z kimś tam mężczyzna sypiał. — Rozumiem — powiedział. — Może najwyższa pora jednak się za kimś rozejrzeć? Mówiłeś, że sypiałeś z jakimiś tam kobietami. Może przydałoby się rozejrzeć za taką, która będzie się nadawała na żonę. Jak poślubisz kobietę, to przynajmniej nie będziesz miał żadnych rozterek i powodów do wstydu — dodał, ponownie nie mogąc darować sobie przytyku. Nic jednak nie mógł poradzić na to, że bawił go komizm tych nagłych wątpliwości, które miał Calder. — Poza tym, nie ma sensu łudzić się do końca życia na coś, co nigdy się nie stanie. Szkoda marnować czasu, energii i uczuć, które mógłbyś ulokować w kimś innym — dodał jeszcze na koniec.
Zerknął na worek, który wypełniał się krwią. Chwycił go i uniósł, żeby zobaczyć jak to wszystko szło. Wyglądało na to, że mężczyzna nie będzie musiał spędzić tutaj dużo czasu, bo niewiele już zostało do końca. Chociaż, coś miał przeczucie, że Calder wolałby tu zostać dłużej, skoro to on się nim zajmował.
— Zaraz będzie po wszystkim. Jak się czujesz? — zapytał. W międzyczasie sięgnął po butelkę z wodą, odkręcił ją i podał ją mężczyźnie. — Napij się — dodał, wpatrując się w niego. W końcu musiał dużo pić.

Calder Soranzo
eon
posty pisane przez ai; metagaming; ghostowanie; sterowanie postacią bez zgody autora; brak inicjatywy ze strony współgracza
41 y/o
For good luck!
187 cm
beznadziejnie bezrobotny
Awatar użytkownika
I won't let you bury it
I won't let you smother it
I won't let you murder it
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Miałem gorszy czas. Miałem świadomość tego, że to brzmi bezsensownie, skoro byłem w stanie uprawiać z tobą seks, ale mimo wszystko miałem wrażenie, że to nie jest coś, co powinienem robić... Jakbym jednocześnie chciał tego, ale z drugiej strony... jakbym bał się świadomości, kogo to ze mnie robi — skrzywił się. Nie potrafił wskazać momentu, w którym zaczął czuć się w taki sposób i kiedy uznał, że związek z mężczyzną nie był dla niego. Po prostu w pewnym momencie poczuł, że urąga to jego męskości i że tak nie powinno być. Trochę nawet zaczął się sam za to nienawidzić. Szkoda tylko, że potem dotarło do niego, że bardzo kochał Avena. Było na to jednak za późno. — Może jakbyś nie był taki uparty i dałbyś mi szansę na to, żeby się wytłumaczyć, to może jednak udałoby się to pozbierać do kupy. Może mógłbym zrobić coś, żebyś jednak mi wybaczył i poczuł się przeze mnie kochany — powiedział. Skoro jednak chłopak uznał, że chciał się całkowicie od niego odciąć i chciał zniknąć z jego życia, to wyglądało na to, że nie miał najmniejszej ochoty na to, żeby rozważać to, czy w ogóle coś z tego jeszcze mogłoby być. Mógł dziękować sam sobie za to, że sprawił, że Aven czuł się jak śmieć. Nigdy nie chciał sprawić mu takiej przykrości. Nie robił tego celowo.
— Naprawdę aż tak tego żałujesz? Przecież na początku było nam ze sobą dobrze. Byliśmy szczęśliwi — odparł. Układało im się. Od kiedy spotkali się po raz pierwszy, świata poza nim nie widział. Był nim zafascynowany. Tak samo jak tym, że odkrył, że podobają mu się również mężczyźni. Czuł się wtedy tak, jakby do jego życia napłynął powiew świeżości. Gdyby tylko nie ten moment zawahania, przez który wszystko zaczęło się pierdolić. — To nie tak. Nie zrobiłeś nic złego. Nie było w tym w ogóle twojej winy — zapewnił go. Na to wszystko było jednak zdecydowanie za późno, biorąc pod uwagę to, że od ich rozwodu minęło już kilka lat. Wkurwiało go to, że Aven poukładał sobie jakoś życie i najwyraźniej chciał zapomnieć o tym, co ich łączyło, a on sam użalał się nad sobą, swoim życiem i nie potrafił pozbierać się po tym wszystkim do kupy. Czuł się tak cholernie żałosny, jak jeszcze nigdy wcześniej. — Dałbyś mi jeszcze chwilę czasu i byłoby dobrze — spojrzał na niego błagalnym wzrokiem. Tyle tylko, że kto chciałby tkwić w związku, kiedy było się traktowanym w taki okropny sposób przez drugiego człowieka? I tak można się było dziwić temu, że chłopak tak długo czekał na to, żeby Calder poszedł po rozum do głowy i jednak zaczął go dobrze traktować. Pluł sobie w brodę, że zmarnował ten cały czas na swoje rozterki, które tak naprawdę do niczego nie doprowadziły, bo koniec końców dojrzał do tego, że jednak był biseksualny.
— Pewnie myślisz sobie, że na to zasłużyłem i że mi tak dobrze — mruknął pod nosem. Zapewne nie, bo Aven nie należał do typu osób, które cieszyłby się z chorób innych ludzi. Sam jednak na jego miejscu pewnie miałby trochę satysfakcji, gdyby wiedział, że życie kogoś, kto go tak skrzywdził, się posypało. Całe szczęście, że nie zdawał sobie sprawy z tego, w jak głębokiej depresji był i jak poważny miał problem z alkoholem. Pewnie pierwsze co zrobi po powrocie do domu ze szpitala, to się nachleje, choć zdecydowanie nie powinien po takim zabiegu. Na trzeźwo jednak nie da rady. — Tak, to dobrze — przyznał. Był bardzo wdzięczny kobiecie, że zamiast to olać, to wezwała pomoc. Sam jakby pewnie widział kogoś nieprzytomnego leżącego na ulicy, to by to olał.
— Nie chcę poślubić kobiety — cmoknął krótko pod nosem. — W ogóle nie zamierzam z nikim brać ślubu. Na co mi to? Żeby znowu się okazało, że nie jestem odpowiednio dobrym materiałem na męża? Nie chcę drugiego rozwodu — wzruszył ramionami. Nie wspominając o tym, że sam sobie nie radził z sobą samym, a co tu dopiero mówić o poważnym związku. Poza tym, kto na dłuższą metę wytrzymałby z kimś, kto miał takie problemy, jak on i nic z nimi nie robił? Chyba tylko ktoś ślepo w nim zakochany. — Ale co ja mam poradzić na to, że nadal cię kocham? Myślisz, że skoro nie zapomniałem o tych uczuciach po takim czasie, to uda mi się ich pozbyć teraz? Na zawołanie? — pokręcił głową na boki. Gdyby to było takie proste, to już dawno założyłby nową rodzinę, ale niestety nie mógł się po tym pozbierać.
Sam kątem oka zerknął na worek z krwią, ale momentalnie go zemdliło, więc odwrócił wzrok w drugą stronę. Świadomość tego, że właśnie stracił tak dużo krwi, nie była zbyt przyjemna. Najgorsze w tym wszystkim było to, że to nie był pierwszy i ostatni raz, kiedy miał przeprowadzany ten zabieg. Pozostawało mu tylko mieć nadzieję, że kiedyś do tego przywyknie.
— Zależy, o co pytasz — westchnął. — Jest w miarę okej. Trochę mi słabo i kręci mi się w głowie — dodał. Gdy chłopak podał mu butelkę, wziął ją od niego i napił się. — Chyba wolałbym, żeby to było coś mocniejszego — rzucił sobie pod nosem, gdy oderwał się od butelki.

Aven Corvelli
ryo
metagaming; decydowanie za cudzą postać
30 y/o
For good luck!
185 cm
pielęgniarz w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Hidden inside the portrait of my life
Lives a man who gave up
Who was never enough
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Westchnął ciężko. Chyba nietrudno było się domyśleć, że brzmiało to dla niego po prostu absurdalnie. Jedno wykluczało drugie – jak mógł z nim sypiać, jednocześnie mając rozterki odnośnie tego, czy w ogóle pociągają go mężczyźni? Przecież to wcale nie trzymało się kupy i nie miało jakiegokolwiek sensu. Tak właściwie, nawet zaczął podejrzewać, że może mężczyzna żałował, że wziął w ogóle ślub i się ograniczył, bo jednak wolałby mieć nieco więcej swobody. Tak czy siak, teraz to nie miało sensu, bo małżeństwem już nie byli i nie miało dla niego znaczenia to, z kim ten się umawiał i co z kim robił.
— Na takie przemyślenia był czas zanim wzięliśmy ślub. Przypominam, że to ty mi się oświadczyłeś po pół roku bycia razem. Wychodziłem z założenia, że oboje pragnęliśmy tego samego, ale najwyraźniej się przeliczyłem — wzruszył ramionami. Pomimo tego, że minęły lata, wciąż miał w sobie żal do Caldera, że tak z tym wszystkim wyszło. Uważał, że mężczyzna go po prostu zwiódł i oszukał, bo nie tak to wszystko miało wyglądać. Mieli się kochać i być ze sobą szczęśliwi, a nie minęło wcale tak wiele czasu odkąd wzięli ślub, zanim wszystko zaczęło się sypać. Kiedy już zaczęły się poważne problemy, momentalnie przypomniał sobie jak ludzie mówili mu, że branie tak szybko ślubu to nie był dobry pomysł, bo nawet nie mieli okazji się w pełni nawzajem poznać. Dotarło do niego, że po prostu inni chcieli dla niego dobrze i w ten sposób próbowali mu dać do zrozumienia, że raczej nic dobrego z tego pośpiechu nie wyjdzie. Szkoda tylko, że uświadomił sobie to tak późno. Może gdyby jednak spędzili więcej czasu na byciu w związku, bez żadnych oświadczyn i ślubu, to inaczej by to między nimi wyglądało. Sam już w sumie nie wiedział. — Calder, ale miałeś wystarczająco dużo czasu, kiedy jeszcze byliśmy razem. Dawałem ci szansę, przez bardzo długi czas wciąż z tobą będąc, pomimo tego, że było źle. Nawet nie masz pojęcia ile czasu minęło odkąd w mojej głowie pojawiła się myśl o rozwodzie, zanim ostatecznie się na niego zdecydowałem. Nie masz pojęcia jak długo łudziłem się, że jednak przejrzysz na oczy i dawałem ci szansę, wmawiając sobie, że jeszcze się ogarniesz — powiedział i pokręcił głową na boki. Tyle tylko, że w końcu musiał powiedzieć dość. Nie mógł przewidzieć jak długo to wszystko będzie trwało i jak skończyłoby się ostatecznie. Równie dobrze mógłby się jeszcze męczyć w tym małżeństwie przez kolejne lata, a na koniec samemu dostać papierami rozwodowymi w twarz. Wolał ubiec w tym mężczyznę i wykonać ten krok jako pierwszy.
— No właśnie. Byliśmy. A potem ktoś to wszystko samolubnie zniszczył — wzruszył ramionami. Owszem, na początku byli bardzo szczęśliwi. Był zapatrzony w mężczyznę, bardzo mocno go kochał i nie widział poza nim świata. Niestety, po jakimś czasie to Soranzo sam wszystko zrujnował i zaczął go ranić, bez powodu, z dnia na dzień. Nie był nic mężczyźnie winien. — Teraz to wiem. Wtedy nie wiedziałem — stwierdził. Z czasem uświadomił sobie, że nie było nic, co mógłby zrobić. Był najlepszym partnerem, jakim tylko mógł być dla Caldea. Starał się jak tylko mógł, ale to nie wystarczało. Poza tym, nie było sensu walczyć o małżeństwo, na którym tylko jemu zależało. Odnosił wrażenie, że Calder tylko czekał na moment, aż się rozstaną i liczył na to, że to właśnie Aven wyjdzie z inicjatywą, żeby samemu nie wyjść na tego złego. Ostatecznie dokładnie to dostał. — Tak jak już mówiłem, dałem ci wystarczająco dużo czasu — powiedział. Nie miał zamiaru na ten temat dłużej dyskutować, bo nie uważał, żeby zrobił coś nie tak. Dał mężczyźnie czas na to, aby się zreflektował. Calder nie skorzystał, więc zdecydował się na rozwód i tyle.
— Przykro mi, że masz o mnie takie złe zdanie. Myślałem, że mnie lepiej znasz, ale najwidoczniej się myliłem — powiedział niewzruszony i westchnął cicho. Był ostatnią osobą, która cieszyłaby się z cudzego nieszczęścia, nawet jakby tego kogoś nienawidził. Nic więc dziwnego, że naprawdę zrobiło mu się przykro przez to co mężczyzna powiedział.
— Jak uważasz — skwitował. W sumie, to nie była jego sprawa co Calder zrobi ze swoim życiem. Nie obchodziło go to. — Może i masz rację. Nie uważam, żeby ktokolwiek zasługiwał na to, aby zostać w taki sposób zranionym przez kogoś, kto nie jest sam pewien czego chce i najwyraźniej lata bycia razem oraz powtarzanie drugiej osobie, że się ją kocha, nie mają dla niego żadnego znaczenia — odparł. Może po prostu to była kwestia tego, że Soranzo najzwyczajniej w świecie nie chciał z nikim być na stałe, tylko sam nie zdawał sobie z tego do końca sprawy. — Szkoda, że nie byłeś taki pewien i świadom swoich uczuć pod koniec naszego małżeństwa, kiedy jeszcze byliśmy razem i robiłem wszystko, żebyś mnie kochał — wzruszył ramionami. Powoli rozmawianie o ich przeszłości zaczynało go drażnić i go męczyło. Nie chciał się nad tym rozwodzić. Miał kogoś innego, kogo planował poślubić i nie miał najmniejszego zamiaru czegokolwiek w tej kwestii zmieniać.
— Okej. Nic nadzwyczajnego, wiele osób reaguje w taki sposób po oddaniu większej ilości krwi — stwierdził. Nie był to powód do obaw, więc Calder nie musiał się tym stresować. Jego kolejne słowa skwitował przewróceniem oczy. — Lekarz zapewne ci wspominał, ale pamiętaj, że po zabiegu przez czterdzieści osiem godzin nie możesz spożywać alkoholu. Unikaj też wysiłku fizycznego i gorących kąpieli. Pij dużo wody i najlepiej zjedz jakiś solidny i porządny posiłek jak już wrócisz do domu, żeby nieco zregenerować organizm. Ogólnie, nie przeciążaj się i odpoczywaj, przynajmniej przez pierwszą dobę — powiedział i spojrzał na niego. Być może powtarzał zalecenia, które mężczyzna już dostał, ale wolał mu o nich przypomnieć.

Calder Soranzo
eon
posty pisane przez ai; metagaming; ghostowanie; sterowanie postacią bez zgody autora; brak inicjatywy ze strony współgracza
41 y/o
For good luck!
187 cm
beznadziejnie bezrobotny
Awatar użytkownika
I won't let you bury it
I won't let you smother it
I won't let you murder it
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Wiem, kiedy się oświadczyłem i wtedy naprawdę byłem pewien, że tego chcę. Kochałem cię na zabój — westchnął ciężko. — Nadal kocham — powiedział pod nosem i lekko się skrzywił. Kiedy spędzili ze sobą pierwszą wspólną noc, a potem kolejny dzień, to już wiedział, że chciał od chłopaka czegoś więcej. Zawrócił mu w głowie. Sprawił, że odnalazł trochę szczęścia w swoim monotonnym, pełnym pracy życiu. Niestety, ale w końcu okazało się, że to jednak nie był taki dobry pomysł, żeby brać tak prędko ślub. Wiele osób mu powtarzało, że to zły pomysł i że powinien się z tym jeszcze wstrzymać, zwłaszcza że Aven był pierwszym chłopakiem, który mu się spodobał. Nie dało się zaprzeczyć temu, że wyszła z tego nie lada katastrofa. Wypuścił głośno powietrze nosem na jego kolejne słowa. Oczywiście, że w ogóle nie podobało mu się to, że chłopak go tak strofował, bo wolałby, żeby po prostu się dogadali i spróbowali ze sobą raz jeszcze. Wyglądało jednak na to, że nie miał co na to liczyć i że nic z tego nie będzie. Było mu przykro, że tak to wyglądało, ale mógł za to dziękować tylko sobie. Chciał powiedzieć, że w końcu rzeczywiście by się ogarnął, ale uznał, że to nie miało sensu. No bo jaki miał dowód na to, że rzeczywiście tak by było? Skoro przez tak długi czas zachowywał się tak, żeby jak najbardziej się od niego oddalić, to dlaczego miałoby się to zmienić. To było do przewidzenia, że w końcu Aven nie wytrzyma i rzuci mu papierami rozwodowymi. Sam zresztą by to zrobił, gdyby nie to, że nie chciał wyjść na tego złego.
— Nie musisz być taki okrutny, wiesz? — skrzywił się lekko. Miał świadomość tego, że to była tylko i wyłącznie jego wina, że to małżeństwo się rozpadło i że mógł za to dziękować sobie samemu. Nie potrzebował, żeby Aven mu o tym mówił. — Przykro mi, że przeze mnie czułeś się w taki okropny sposób — powiedział. I nie mówił tego tylko dlatego, że wypadałoby to powiedzieć albo po to, żeby mu się przypodobać. Naprawdę było mu źle z tym, że tak paskudnie go traktował pod koniec trwania ich małżeństwa. Sam mu się oświadczył, sam nalegał na to, żeby szybko wzięli ślub. Powinien być idealnym mężem i pokazywać mu na każdym kroku, że podjął dobrą decyzję, wychodząc za niego, a zamiast tego zamykał się przed nim i udawał, że nic ich nie łączyło. — Myślę, że mimo wszystko pospieszyłem się z tym rozwodem — mruknął pod nosem. Teraz był przekonany, że chłopak podjął tę decyzję za szybko i że powinien jeszcze to przemyśleć, ale wtedy naprawdę mu w pewien sposób ulżyło, kiedy dostał dokumenty. Aven zrobił coś, z czego zamiarem sam się nosił od dłuższego czasu. Nie można było uratować czegoś, co było stracone.
— Nie to miałem na myśli — odparł. — Dobrze wiem, jaki jesteś empatyczny — dodał. Nie mógł mierzyć innych swoją miarą, bo nie każdy był takim dupkiem jak on. Skoro chłopak poszedł na pielęgniarstwo i czuł, że to jego przeznaczenie, żeby pomagać ludziom, to musiał być pełen empatii, a co za tym idzie, nikomu by źle nie życzył.
— Nie musisz mi wbijać takich szpilek. Wiem, że zjebałem. Mam świadomość tego, jakim byłem wobec ciebie chujem — powiedział i posłał mu niezbyt przychylne spojrzenie. W ogóle nie podobało mu się to, że Aven rzucał mu takimi tekstami. Wkurzało go to, że na każdym kroku podkreślał, że to wszystko stało się tylko i wyłącznie z jego winy. — Kochałem cię. Nigdy nie przestałem — zapewnił go. — Tylko na moment po prostu o tym chciałem zapomnieć — westchnął ciężko. I warto było na chwilę zapominać? Tyle z tego wszystkiego wyszło, że chłopak się na niego wypiął i że mógł o nim zapomnieć.
— Nie wiem, jak można z własnej woli oddawać krew. Wszystko bym zrobił, żeby nie musieć przychodzić na te zabiegi — powiedział. Cóż, niektórzy po prostu byli dobrymi ludźmi i jak mogli, to chcieli pomóc. On nigdy by nie pomyślał, że mógłby być dawcą krwi albo szpiku i zrobić coś dobrego, ale niczego innego nie można spodziewać się po kimś, kto był tak bardzo samolubny. — Ta, coś tam mówił — skrzywił się lekko. — I to nie tak, że mam się czym przemęczać. Nie pracuję, więc mam dużo czasu na odpoczynek — stwierdził. O ile słowa o tym, żeby się nie przemęczał, mógł wziąć sobie do serca, o tyle nie było najmniejszej szansy na to, żeby odpuścił sobie picie, zwłaszcza po takim spotkaniu. — A co by się stało, jakbym jednak się napił? — zapytał, zerkając na niego.

Aven Corvelli
ryo
metagaming; decydowanie za cudzą postać
30 y/o
For good luck!
185 cm
pielęgniarz w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Hidden inside the portrait of my life
Lives a man who gave up
Who was never enough
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pokręcił głową na boki, jakby chciał mu dać do zrozumienia, żeby nie mówił takich rzeczy. Po pierwsze, nawet nie wierzył w to, że mężczyzna rzeczywiście go kochał. Gdyby darzył go szczerymi uczuciami, nie traktowałby go w taki sposób, w jaki to robił gdy jeszcze byli małżeństwem. Po drugie, nie miało to dla niego żadnego znaczenia, bo nawet jeśli Calder rzeczywiście by go kochał, bo Aven planował swoją przyszłość u boku kogoś innego i nie miał w planach tego, aby kiedykolwiek wracać do Soranzo.
— Nie jestem okrutny. Stwierdzam prosty fakt. Chyba nie będziesz się wypierał tego, że to co zrobiłeś nie było wcale egoistyczne? — odparł i wzruszył ramionami. Nie miał też żadnych powodów do tego, żeby być dla Caldera miłym po tym, przez co musiał przez niego przejść. Nie mówił też takich rzeczy jedynie po to, żeby zrobić mu na złość i wbić mu szpilę, a dlatego, że naprawdę tak uważał. Był zdania, że nikt nie zasługiwał na to, aby być potraktowanym w taki sposób w jaki Soranzo potraktował jego, więc może rzeczywiście to lepiej, żeby mężczyzna został już singlem i nikomu nie złamał serca, marnując jego czas, tak jak to zrobił w przypadku Avena. — To, że jest ci przykro niczego nie zmienia. To nie tak, że cofniesz czas i zrobisz cokolwiek inaczej. Co się stało, to się nie odstanie — powiedział. Na żałowanie czegokolwiek czy powtarzanie jak bardzo było komuś przykro z powodu tego co sam zrobił było już teraz trochę za późno. Nikt nie zasługiwał na to, żeby być traktowanym jak intruz w swoim domu oraz małżeństwie, a dokładnie tak czuł się Aven. Nic dziwnego, że ostatecznie doszło do rozwodu, bo czego innego można było oczekiwać? — A ja myślę, że dobrze zrobiłeś, podpisując papiery od razu. Ewidentnie nie chciałeś wtedy ze mną być. Przy okazji oszczędziłeś mi ciągania się po sądach i nie musiałem cię oglądać. To było ostatnie na co miałem ochotę po tym co mi zafundowałeś pod koniec naszego małżeństwa — powiedział. — Traktowałeś mnie jak obcego, pomimo tego, że byliśmy razem, więc nie możesz mieć do mnie pretensji o to, że ja potraktowałem cię w ten sam sposób gdy się rozwiedliśmy — dodał jeszcze i wzruszył ramionami. Mężczyzna powinien się cieszyć z tego, że w ogóle teraz z nim rozmawiał. Mógł po prostu siedzieć w ciszy i nie odzywać się do samego końca trwania zabiegu.
— Okej — skwitował krótko. Nie interesowało go co tak właściwie mężczyzna miał na myśli. Miał wrażenie, że Calder na siłę próbował z siebie zrobić w tym wszystkim ofiarę, kiedy to z jego powodu wszystko się między nimi posypało. To z jego powodu Aven zdecydował się ostatecznie na rozwód, a ta decyzja i tak nie przyszła mu łatwo i bardzo długo z nią zwlekał.
— Nie wbijam ci szpili. Po prostu na podstawie doświadczenia wiem, że nie życzyłbym nikomu innego tego, przez co sam musiałem z twojego powodu przejść — powiedział. Poza tym, jak mężczyzna nie chciał słyszeć prawdy o sobie, to nikt nie kazał mu poruszać tego tematu i rozmawiać o ich małżeństwie. To on sam zaczął przecież drążyć ten temat. Aven najchętniej by skończył tę dyskusję. — Polemizowałbym — powiedział. Calder na pewno nie zachowywał się jak ktoś, kto darzył go jakimikolwiek uczuciami. — A ja miałem się podporządkować i czekać, aż uznasz, że pora przestać mnie jednak traktować jak śmiecia i w sumie nie jestem dla ciebie aż taki zły, o łaskawco? — prychnął i pokręcił głową z niedowierzaniem. Nie miał pojęcia za jakiego naiwniaka i frajera Soranzo musiał go mieć, skoro tak myślał.
— Wiesz, niektórzy ludzie po prostu bezinteresownie chcą zrobić coś dla innych — powiedział. Domyślał się, że ten koncept był dla Caldera zapewne obcy, bo już przekonał się na własnej skórze, jaki był z niego egoista. Przekonał się, że dla mężczyzny wszystko kręciło się wokół tego, czego on chciał, co on czuł i co sam uważał za słuszne. Uczucia innych ludzi się dla niego nie liczyły. Na wieść o tym, że Calder nie pracował, zmarszczył brwi.
— Nie pracujesz? To ze względu na chorobę? — zapytał. Sam nie wiedział dlaczego go to interesowało, bo w sumie do niczego mu ta wiedza nie była potrzebna. — Zapewne poczułbyś się jak gówno. Mógłbyś nawet zemdleć, bo twój organizm po zabiegu będzie osłabiony — odpowiedział. Wiadomo, że nie mógł mu tego zabronić, więc jeśli mężczyzna podejmie takie ryzyko, to będzie sam sobie winien, jeśli coś mu się stanie.

Calder Soranzo
eon
posty pisane przez ai; metagaming; ghostowanie; sterowanie postacią bez zgody autora; brak inicjatywy ze strony współgracza
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”