ODPOWIEDZ
23 y/o
For good luck!
155 cm
studentka weterynarii na TVC
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

04. The Curious Case of the Fountain Capybaras


Intensywność wykładów podwoiła się w porównaniu z zeszłym rokiem i tylko stajenny nepotyzm i możliwość praktyk we własnym domu ratował ją przed pojawianiem się wśród bliskich tylko na kilka zmęczonych godzin na raz. Ostatni rok szkoły weterynaryjnej rozpoczął się jednak na dobre po kilku dniach zajęć i Ramona, choć była przykładną studentką musiała wyrwać się z uczelni na kilka godzin. Na kawę i plotki.
Mona zorientowała się, że coś jest nie tak, jeszcze zanim zdążyła zobaczyć fontannę. Plac, na którym umówiła się z mamą, zwykle nie należał do szczególnie zatłoczonych, a tym razem wyglądał, jakby wydarzyło się na nim coś, czego zdecydowanie nie zdążyła przegapić. Wokół fontanny zebrał się spory tłum; część ludzi stała na palcach, inni wyciągali telefony ponad głowami, a jeszcze inni najwyraźniej próbowali znaleźć sobie miejsce z najlepszym widokiem. Zwolniła, marszcząc lekko brwi, bo pierwszą myślą było oczywiście to, że stało się coś złego.
Dopiero kiedy podeszła bliżej, zauważyła, że pomiędzy ludźmi nie widać ani karetki, ani policji, ani niczego, co mogłoby uzasadniać takie zainteresowanie. Zamiast tego, w samym środku fontanny siedziały dwie kapibary. Mona zatrzymała się na moment, próbując przyswoić ten widok i jednocześnie zastanawiając się, czy istnieje jakieś rozsądne wyjaśnienie dla faktu, że na środku placu, w fontannie, znalazły się właśnie one. Obie wyglądały przy tym na zupełnie spokojne. Jedna siedziała niemal po królewsku, najwyraźniej całkowicie zadowolona z zainteresowania, jakie wzbudzała, podczas gdy druga zdawała się traktować fontannę jak najbardziej naturalne miejsce do spędzenia popołudnia
— Co? — mruknęła pod nosem, nie mając pojęcia, co jeszcze właściwie mogłaby powiedzieć.
Wyciągnęła telefon, bardziej odruchowo niż z rzeczywistej potrzeby zrobienia zdjęcia, i spróbowała przesunąć się kawałek w bok, żeby przepuścić stojącą przed nią kobietę. W tym samym momencie ktoś za jej plecami próbował przecisnąć się przez tłum i niechcący trącił jej dłoń. Telefon wysunął się z palców, odbił od kamiennej krawędzi fontanny i z cichym pluskiem zniknął w wodzie, zanim Mona zdążyła choćby wyciągnąć rękę.
Przez chwilę patrzyła na miejsce, w którym zniknął, jakby samo spojrzenie mogło sprawić, że telefon po prostu pojawi się z powrotem. Dopiero po paru sekundach przeniosła wzrok na kapibary, które wcale nie przejęły się jej nieszczęściem. Ani odrobinę. Jedna z nich powoli odwróciła głowę w jej stronę i zamrugała z absolutnym spokojem.
— Świetnie, to wasza wina. — powiedziała z wyrzutem, jakby próbowała wyjaśnić jej, że naprawdę nie był to najlepszy moment na takie zachowanie.
Kapibara, rzecz jasna, nie odpowiedziała.
Mo westchnęła tylko, spoglądając jeszcze raz na wodę. Jej mama miała pojawić się lada chwila, a ona właśnie zgubiła telefon w fontannie pełnej kapibar. Dosłownie w tym samym momencie zauważyła światło na dnie akwenu i usłyszała stłumiony wodą dźwięk swojego dzwonka.



Clea Delacroix
Ostatnio zmieniony wt paź 13, 2026 9:44 pm przez Mona Delacroix, łącznie zmieniany 1 raz.
41 y/o
For good luck!
170 cm
właścicielka i trenerka w stadninie koni Delacroix Equestrian
Awatar użytkownika
Koniara!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Clea od początku wiedziała, że znalezienie Ramony w centrum miasta nie powinno być szczególnie trudne. Wystarczyło kilka minut spaceru, wiadomość wysłana wcześniej i odrobina dobrej woli z obu stron, żeby spotkać się przy fontannie, wypić kawę i przez godzinę ponarzekać na ludzi, konie, pracę, studia oraz całą resztę rzeczy, które składały się na ich codzienność, a potem może wybrać się na jakieś zakupy, o których Renoir nie musi wiedzieć. Problem pojawił się dopiero wtedy, kiedy zamiast córki zobaczyła tłum ludzi przepychających się wokół fontanny, telefony wyciągnięte nad głowami i grupę nastolatków zachowujących się tak, jakby właśnie odkryli nowy gatunek
— Co tym razem? — mruknęła pod nosem, zwalniając kroku. Odpowiedź przyszła chwilę później w postaci dwóch kapibar siedzących spokojnie w wodzie, najwyraźniej zachwyconych swoją nagłą sławą. Przez moment przyglądała im się z niedowierzaniem, po czym pokręciła głową.
— No dobrze. Przynajmniej nie jest nudno. — skomentowała sama do siebie, próbując przedostać się bliżej fontanny. Nie zdążyła nawet dobrze znaleźć wzrokiem córki, kiedy ktoś przepchnął się przez tłum i bezceremonialnie wepchnął ją między kilka osób. Zrobiła krok do przodu, odruchowo wyciągając rękę, żeby złapać równowagę, a potem usłyszała cichy plusk. Zamarła. Spojrzała na wodę, później na własną dłoń, a następnie z powrotem na wodę.
— Nie... — powiedziała pod nosem z taką pewnością, jakby samo zaprzeczenie mogło cofnąć ostatnie dwie sekundy. Telefon jednak nadal znajdował się na dnie fontanny. Dopiero wtedy zauważyła stojącą obok Monę i mina Clei zmieniła się z niedowierzania w bardzo powolne uświadamianie sobie konsekwencji własnych czynów.
— Och, świetnie. — westchnęła, podchodząc bliżej — Powiedz mi, że to nie był twój telefon. — spojrzenie córki wystarczyło jej za odpowiedź. Kącik ust drgnął jej nerwowo, choć tym razem zdecydowanie nie było jej do śmiechu. — Dobrze. Zanim zaczniesz obwiniać kapibary, muszę ci coś powiedzieć. — rzuciła, zerkając na zwierzęta, które w dalszym ciągu wyglądały na całkowicie niewinne i absolutnie niezainteresowane dramatem rodzinnym rozgrywającym się kilka metrów od nich — To ja go potrąciłam. Technicznie rzecz biorąc, nie chciałam. Jeszcze bardziej technicznie rzecz biorąc, ktoś wepchnął mnie na ciebie. A najbardziej technicznie rzecz biorąc... — wskazała brodą na fontannę — właśnie utopiłam ci telefon...
Przez chwilę patrzyła na córkę, jakby sama próbowała wymyślić coś, co mogłoby zabrzmieć mniej fatalnie. Nic takiego nie przychodziło jej do głowy. — Przepraszam. — dodała w końcu, tym razem całkiem szczerze, po czym przykucnęła przy krawędzi fontanny i spojrzała w dół. Światło odbijało się od powierzchni wody, a gdzieś pod nią nadal dało się dostrzec telefon.
— Działa jeszcze? — zapytała, po czym sama prychnęła cicho — Nie, nieważne. Głupie pytanie. — wyprostowała się i rozejrzała po tłumie, najwyraźniej już kalkulując, jak odzyskać urządzenie bez wchodzenia do fontanny na oczach połowy internetu.
— Dobra. Najpierw go wyciągniemy, potem będę cię przepraszać jeszcze przez najbliższe trzy godziny, a później pójdziemy na tę kawę, po którą przecież tu przyszłyśmy, a jeszcze później pójdziemy kupić ci nowy telefon — spojrzała na Monę z lekkim uśmiechem — Tylko błagam, nie każ mi tłumaczyć twojemu ojcu, dlaczego pierwsze pięć minut naszego spotkania zakończyło się tak tragicznie.

Mona Delacroix
kotlet sojowy ale tym razem z panierką
23 y/o
For good luck!
155 cm
studentka weterynarii na TVC
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przez kilka pierwszych sekund Mona była zbyt zajęta patrzeniem na dno fontanny, żeby zwrócić uwagę na osobę, która pojawiła się obok. Telefon leżał tam zdecydowanie zbyt wyraźnie, a jego przygasający ekran przypominał jej, że właśnie zakończyła jego całkiem udane życie. Najbardziej irytujące było jednak to, że stało się to akurat teraz, kiedy wyrwała się na kilka godzin z uczelni z myślą o kawie, plotkach i odrobinie normalnego życia. Dopiero głos matki wyrwał ją z tych ponurych rozważań. Mona spojrzała na Cleę, a po chwili uśmiechnęła się lekko, przynajmniej nie musiała zastanawiać się jak znaleźć ją w tłumie ludzi bez możliwości kontaktu. Zaznaczyła w myślach, że przydałoby się gdyby zapamiętała choć jeden numer telefonu na pamięć...
– Czyli to jednak nie kapibary. A już zaczynałam myśleć, że mam osobisty konflikt z dziką fauną. To nie jest dobry znak dla przyszłego weterynarza. – Wykręciła usta w podkowę, ale tylko na chwilę, bo widząc przejętą minę matki, pokręciła głową, zanim ta zdążyła ponownie przeprosić. – Mamo, naprawdę. Przestań. Nic się nie stało. – Wyrzuciła z siebie jednym ciągiem. – Poza telefonem, oczywiście. On prawdopodobnie właśnie przeżywa najgorszy dzień swojego życia, ale jakoś to przeżyję razem z nim. I naprawdę nie wiem czemu mowię na niego on i go uczłowieczam...
Na wzmiankę o konieczności tłumaczenia wszystkiego ojcu uniosła brwi, a w jej spojrzeniu pojawiło się rozbawienie.
– Możemy powiedzieć, że to był eksperyment. Jestem na ostatnim roku, więc brzmi wystarczająco naukowo. — Zawahała się teatralnie. — A jeśli zapyta, dlaczego telefon znalazł się w fontannie, powiemy, że sprawdzałyśmy, czy kapibary reagują na elektronikę.
Nie zdążyła rozwinąć tej teorii, bo jedna z kapibar poruszyła się w wodzie. Zwierzę najwyraźniej zwróciło uwagę na dźwięk dochodzący z dna, bo skierowało pysk w stronę migoczącego ekranu i powoli podpłynęło kawałek bliżej. Mona odruchowo pochyliła się nad krawędzią, obserwując je z zainteresowaniem i lekkim napięciem jednocześnie. Kapibara zanurzyła pysk i przez chwilę obwąchiwała miejsce, w którym leżał telefon. W końcu lekko trąciła go nosem, przesuwając urządzenie o kilka centymetrów dalej, po czym uniosła głowę i najwyraźniej straciła zainteresowanie. Druga nawet nie zareagowała, spokojnie siedząc w wodzie.
– Widzisz? – Mona spojrzała na Cleę z udawaną powagą. – Jednak coś z tym eksperymentem jest na rzeczy. – Jeszcze raz zerknęła na kapibarę i pomachała dłonią próbując ją odgonić. Jeśli wiedziała coś o kapibarach to to, że były wyjątkowo zrelaksowane i nie wyglądały jakby miały zamiar atakować kogokolwiek z gapiów. – Ale nie, to nie jedzenie, sio! Możesz zostawić.
Kapibara, rzecz jasna, nie zwróciła na nią uwagi i wróciła do swojego wcześniejszego zajęcia. Ramona westchnęła i wyprostowała się, spoglądając z powrotem na Cleę.
– Dobrze. Zanim któraś z nich zdecyduje, że mój telefon nadaje się jednak do zabawy, chyba naprawdę powinnyśmy go wyciągnąć, może przeżyje jak wsadzę w ryż na noc? – Spojrzała na matkę z lekkim uśmiechem. – A z tatą może faktycznie na razie nie będziemy się dzielić szczegółami. Najpierw kawa, test telefonu. Potem ewentualnie nowy telefon. Dopiero później rodzinny sąd.



Clea Delacroix
41 y/o
For good luck!
170 cm
właścicielka i trenerka w stadninie koni Delacroix Equestrian
Awatar użytkownika
Koniara!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przez chwilę przyglądała się kapibarze z miną człowieka, który właśnie został zmuszony do zaakceptowania faktu, że jej córka ma najwyraźniej więcej szczęścia do zwierząt niż do elektroniki. Zwierzę z godnością przesunęło telefon nosem, po czym wróciło do własnych spraw, pozostawiając je obie z problemem, który jeszcze kilka minut temu nie istniał. — Wspaniale. Jeszcze chwila i będziemy musiały wpisać kapibarę jako współautorkę eksperymentu. — prychnęła, spoglądając na Monę. — Tylko uprzedzam, nie zamierzam dzielić się z nią później pieniędzmi za publikację. — przykucnęła ponownie przy fontannie i zmrużyła oczy, próbując ocenić, jak głęboko właściwie leży telefon oraz czy istnieje jakikolwiek sposób, żeby go wyciągnąć bez wchodzenia do wody po kolana i zostania główną atrakcją dla całej zgromadzonej wokół młodzieży. Widok kilkunastu telefonów skierowanych w ich stronę skutecznie ostudził jej pierwszą myśl o wejściu do fontanny. Ostatnią rzeczą, której potrzebowała, był film zatytułowany „KOBIETA WALCZY Z KAPIBARAMI O IPHONE'A”, krążący następnego dnia po całym Toronto. — Ryż? — powtórzyła, podnosząc wzrok na córkę. — Mo, błagam. To już chyba dawno przestało być lekarstwem na wszystko. Za chwilę ktoś będzie próbował leczyć nim złamaną nogę. — wyciągnęła telefon z własnej kieszeni, zrobiła zdjęcie fontanny, a następnie przez moment przyglądała się ekranowi, jakby właśnie rozważała możliwość wykonania czegoś bardzo nierozsądnego. — Zresztą znam cię. Wyciągniemy go, położysz go w ryżu, będziesz przez trzy godziny udawać, że wszystko jest pod kontrolą, a potem o drugiej w nocy zaczniesz sprawdzać, czy przypadkiem nie da się go włączyć. — uśmiechnęła się pod nosem — A rano odkryjesz, że ryż przeżył, telefon nie, za to masz w kieszeni pół kuchni. — wyprostowała się, otrzepując dłonie, po czym spojrzała jeszcze raz na wodę. Telefon rzeczywiście znajdował się wystarczająco blisko brzegu, żeby dało się go dosięgnąć, pod warunkiem że człowiek miał odpowiednio długie ręce albo kompletny brak rozsądku. Zdecydowanie bardziej odpowiadała jej pierwsza opcja. Rozejrzała się więc po placu, szukając czegoś, czym można byłoby go wyciągnąć, aż jej spojrzenie zatrzymało się na jednym z pobliskich stojaków i uśmiechnęła się lekko.
— Dobra. Nie panikujemy, nie wchodzimy do fontanny i nie pozwalamy kapibarze przejąć dowodów. — oznajmiła tonem osoby właśnie rozpoczynającej akcję ratunkową. — Znajdziemy coś długiego, wyciągniemy telefon, potem kawa. Kolejność jest ważna, bo bez kawy mogę podjąć decyzję, żeby jednak wejść do tej fontanny, a wtedy obie będziemy miały naprawdę dużo do tłumaczenia. — zerknęła na córkę z rozbawieniem, po czym szturchnęła ją lekko ramieniem — A jeśli ktoś zapyta, co tutaj robimy, jesteśmy studentką weterynarii i jej matką prowadzącą bardzo zaawansowane badania nad zachowaniem kapibar. — zawiesiła głos na sekundę — Telefon jest przynętą naukową. — tym razem nie wytrzymała i parsknęła śmiechem, kierując się kilka kroków dalej w poszukiwaniu czegoś, czym można byłoby dosięgnąć zatopionego urządzenia.
— Tylko proszę cię, zanim twój ojciec dowie się o eksperymencie, ustalmy jedną wersję wydarzeń. Nie mam zamiaru słuchać przez pół godziny wykładu o tym, że woda i elektronika nie są naturalnym środowiskiem telefonu. — ruszyła w stronę stojaka, który chwilę wcześniej przyciągnął jej uwagę, po drodze omijając kilka osób stojących przy fontannie. Nie wyglądał szczególnie obiecująco, dopóki nie okazało się, że obok niego ktoś zostawił składany parasol, prawdopodobnie porzucony po porannym deszczu. Clea podniosła go, rozłożyła jednym ruchem i zważyła w dłoni, sprawdzając, czy końcówka rzeczywiście sięgnie do wody — Idealnie. Cywilizacja jednak czasem potrafi człowieka pozytywnie zaskoczyć. — wróciła nad fontannę i wyciągnęła parasol przed siebie, pochylając się nad wodą tak mocno, że włosy opadły jej na twarz. Próbowała zaczepić końcówką etui, ale telefon przesunął się po dnie dokładnie w przeciwną stronę, jakby nawet on miał już dość całej tej sytuacji. — Och, nie rób mi tego. — mruknęła pod nosem, przesuwając parasol jeszcze kawałek. Kapibara podpłynęła bliżej i zainteresowana końcówką parasola trąciła ją nosem, przez co Clea natychmiast cofnęła rękę. — Ty też nie. — spojrzała na zwierzę z niedowierzaniem — To nie jest zabawka. To jest czyjaś własność i obecnie jedyny dowód na to, że moja córka posiada telefon, który jeszcze rano działał.
Spróbowała ponownie, tym razem wsuwając końcówkę parasola pod telefon, zamiast próbować go zahaczyć. Urządzenie uniosło się o kilka centymetrów, po czym zsunęło z powrotem na dno. Clea zaklęła cicho pod nosem, poprawiła chwyt i przykucnęła jeszcze niżej, ignorując coraz większe zainteresowanie ludzi stojących wokół. — Dobra, jeszcze raz. — tym razem udało jej się wsunąć parasol pod etui, ale gdy zaczęła powoli przesuwać telefon w stronę brzegu, jedna z kapibar podpłynęła dokładnie w to miejsce, jakby postanowiła osobiście nadzorować akcję ratunkową. Clea zatrzymała się na moment, po czym spojrzała na Monę. — Jeżeli ona teraz położy na nim łapę, oddaję ci swój telefon i udaję, że nigdy się nie spotkałyśmy. — mimo wszystko nie wycofała parasola, tylko ostrożnie próbowała przesunąć urządzenie dalej, centymetr po centymetrze, aż znalazło się już niemal przy samej krawędzi. — No chodź... jeszcze trochę... — mruknęła, wyciągając drugą rękę, gotowa złapać telefon, gdy tylko znajdzie się wystarczająco blisko.

Mona Delacroix
kotlet sojowy ale tym razem z panierką
23 y/o
For good luck!
155 cm
studentka weterynarii na TVC
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mona przewróciła oczami, choć kąciki jej ust zdradzały, że wcale nie poczuła się szczególnie urażona. Znała ten ton aż za dobrze. Nie zamierzała jednak odpuścić bez słowa, zwłaszcza że tym razem chodziło przecież o całkiem rozsądny pomysł. Przynajmniej w jej własnej ocenie.
— Mamo, wiem, że ryż to nie magiczne lekarstwo na wszystko. I tak uważam, że to w miarę dobry pomysł... — Spojrzała na nią z udawaną urazą, ale po chwili powiodła wzrokiem za Cleą, która ruszyła w stronę tłumu i niedługo później wróciła z parasolką w dłoni. Mona tylko uniosła brew i na razie postanowiła się nie wtrącać.
Kilka minut później przykucnęła obok, odsuwając się nieco od krawędzi fontanny, kiedy jedna z kapibar zainteresowała się parasolem. Trudno było mieć jej to za złe. Końcówka poruszała się tuż pod powierzchnią wody, więc zwierzę postanowiło sprawdzić, co pojawiło się w jego otoczeniu. Mona zacisnęła usta w cienką linię, powstrzymując uśmiech. Jeszcze godzinę temu planowała spokojną kawę z mamą i chwilę oddechu na początku semestru, a teraz siedziały nad fontanną, próbując odzyskać telefon przy pomocy parasola i odrobiny szczęścia.
— Wiesz, nie możemy jej za to winić. Sama pewnie chciałabym sprawdzić, co tak macha mi przed nosem. — Zerknęła na Cleę, po czym znów skupiła się na wodzie.
Przesunęła się kawałek wzdłuż krawędzi, szukając miejsca, z którego mogłaby pomóc, gdyby telefon wreszcie znalazł się w zasięgu jej ręki. Nie chciała jednak wykonywać żadnych gwałtownych ruchów, zwłaszcza że kapibara wciąż kręciła się w pobliżu parasola. Z dwojga złego wolała już stracić telefon, niż ryzykować, że podczas jego ratowania spłoszą zwierzęta, które były bezpieczniejsze w fotnannie niż na środku placu pełnego ludzi.
Gdzie tak właściwie były odpowiednie służby?
Mona rozejrzała się dookoła. Tłum wokół fontanny nie malał; kilkoro ludzi rozmawiało przez telefon, inni nagrywali kapibary, a jeszcze inni najwyraźniej uznali, że najlepiej będzie po prostu stać i patrzeć. Czy ktokolwiek pomyślał, żeby zadzwonić pod 311 i zgłosić obecność zwierząt poza terenem zoo? A może ktoś już się tym zajął, tylko nikt nie uznał za stosowne poinformować dwóch kobiet prowadzących właśnie dość osobliwą akcję ratunkową?
— Dobra, jak go podepchniesz bliżej, spróbuję go złapać. Tylko nie daj jej tego parasola, bo zaraz wciągnie cię do środka. — Uśmiechnęła się pod nosem, a potem spojrzała na mamę. — I wtedy, jeśli ktoś zapyta, co tu robimy, to ja cię nie znam. Przyszłam obejrzeć kapibary, a ty jesteś przypadkową kobietą, która postanowiła urządzić sobie połów w miejskiej fontannie.
Zaraz jednak parsknęła cicho, bo trudno było jej utrzymać powagę, kiedy Clea z takim zaangażowaniem próbowała wyłowić jej telefon. Na moment zapomniała nawet o tym, że za ich plecami wciąż gromadził się tłum. Dopiero gdy usłyszała czyjeś niezadowolone mruknięcie i poczuła, że ktoś próbuje przecisnąć się obok, odsunęła się odrobinę, robiąc mu miejsce.
— A co do ustalenia wspólnej wersji wydarzeń... — rzuciła jeszcze do matki, nie odrywając wzroku od wody. — Po prostu... poszłyśmy na kawę, zobaczyłyśmy kapibary i nie miałyśmy nic wspólnego z niczym.
Nie zdążyła usłyszeć odpowiedzi. Ktoś za jej plecami przepchnął się przez tłum, trącając ją mocno w ramię. Mona straciła równowagę, próbując odruchowo odsunąć się od krawędzi, ale stopa ześlizgnęła jej się na mokrym kamieniu. Przez ułamek sekundy machnęła rękami, desperacko próbując złapać się czegokolwiek, jednak jedyne, co udało jej się pochwycić, to powietrze.
Chwilę później z głośnym pluskiem wylądowała w fontannie.



Clea Delacroix
41 y/o
For good luck!
170 cm
właścicielka i trenerka w stadninie koni Delacroix Equestrian
Awatar użytkownika
Koniara!
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przez chwilę Clea była tak pochłonięta walką z telefonem, że niemal zapomniała o całym świecie poza kawałkiem czarnego etui, które uparcie wymykało się spod końcówki parasola. Zabawne, jak szybko człowiek potrafił przywiązać się do zupełnie obcego przedmiotu, kiedy jego odzyskanie stawało się kwestią honoru, choć w tym przypadku honor miał prawdopodobnie niewiele wspólnego z elektroniką, a znacznie więcej z faktem, że jej córka od dobrych kilku minut próbowała zachować powagę w sytuacji, która od początku nie miała prawa wydarzyć się podczas zwyczajnej przerwy na kawę.
— Nie patrz tak na mnie, sama zaproponowałaś ten eksperyment. — rzuciła przez ramię, ostrożnie przesuwając parasol po dnie fontanny — Poza tym, jeśli kiedykolwiek zamierzasz prowadzić badania nad zachowaniem zwierząt, dobrze wiedzieć, że pierwszą zasadą jest niedrażnienie obiektu badawczego przed śniadaniem.
Kapibara najwyraźniej nie była szczególnie zainteresowana jej uwagami, ponieważ zamiast odsunąć się od poruszanego pod wodą przedmiotu, podpłynęła jeszcze bliżej, trącając nosem metalową końcówkę. Clea zacisnęła usta, powstrzymując komentarz, który zapewne nie przyniósłby jej chluby w towarzystwie zgromadzonej młodzieży, i spróbowała pod innym kątem podsunąć parasol pod telefon. Wtedy właśnie usłyszała plusk. Nie ten niewielki, rozleniwiony odgłos, do którego zdążyła przywyknąć, obserwując kapibary, lecz gwałtowny rozbryzg wody, po którym rozległy się okrzyki kilku osób. Odwróciła głowę tak szybko, że mokre pasmo włosów przykleiło jej się do ust, a widok pustego miejsca obok fontanny, gdzie jeszcze sekundę wcześniej kucała jej córka, sprawił, że serce podeszło jej do gardła.
— Mona! — krzyknęła, odrzucając parasol na bok. Nie zastanawiała się nad tym, czy ktoś nagrywa, czy ktoś się śmieje, ani nawet nad tym, jak będzie wyglądać za kilka minut, kiedy cała ta historia zacznie żyć własnym życiem w mediach społecznościowych; liczyło się wyłącznie to, że jej córka znalazła się w wodzie, a mokry kamień przy krawędzi nie dawał żadnej gwarancji, że upadek skończył się jedynie przemoczoną odzieżą. Opadła na kolana przy brzegu, niemal boleśnie uderzając nimi o kamień, i wyciągnęła ręce w stronę Mony, próbując dosięgnąć jej ramienia.
— Kochanie, patrz na mnie! Dawaj rękę, już, łap mnie! — mówiła szybko, stanowczo, z tym szczególnym spokojem w głosie, który pojawiał się u niej wtedy, gdy panika była luksusem, na jaki nie mogła sobie pozwolić. Jedną dłonią chwyciła Monę za przedramię, drugą zaciskając na metalowej obręczy fontanny, żeby sama nie zsunąć się do wody, kiedy ciężar córki pociągnął ją do przodu. Mokry materiał utrudniał pewny chwyt, więc przesunęła palce wyżej, mocniej obejmując jej ramię — Powoli, nie szarp się, mam cię. Oprzyj się na mnie, słyszysz? — poleciła, zapierając się stopą o kamienny cokół, po czym uniosła głowę w stronę gapiów, których obecność nagle stała się nieznośna. Kilka osób wciąż trzymało telefony w górze, jakby oglądały przedstawienie, za które nie musiały nawet płacić, i właśnie ten widok sprawił, że w oczach Clei pojawił się gniew znacznie ostrzejszy niż zwykła irytacja.
— Ktoś niech pomoże, zamiast stać i nagrywać! — warknęła, nie puszczając córki ani na moment — Pan w szarej kurtce, proszę mnie przytrzymać, a reszta niech się odsunie od krawędzi! Ktoś powinien zadzwonić po ochronę i zgłosić te zwierzęta, zanim wydarzy się coś jeszcze! — dopiero wtedy jeden z mężczyzn stojących nieopodal ruszył w ich stronę i chwycił ją mocno za ramię, zapewniając jej dodatkowe podparcie, podczas gdy kobieta z czerwonym plecakiem przykucnęła z drugiej strony, gotowa pomóc wydostać Monę na brzeg. Clea wykorzystała tę chwilę, by przyciągnąć córkę bliżej, pilnując, żeby nie uderzyła się ponownie o kamienną krawędź — Jeszcze kawałek, skarbie. Dasz radę, już prawie. — szepnęła, a kiedy wreszcie udało im się wydostać dziewczynę z fontanny, pomogła jej usiąść na szerokim brzegu, sama zaś pozostała przy niej na kolanach, nie przejmując się wodą wsiąkającą w spodnie ani tym, że rękawy bluzki miała przemoczone niemal po łokcie. Przez kilka sekund tylko patrzyła na córkę, jakby jej wzrok musiał upewnić się, że naprawdę jest już obok, cała i bezpieczna, po czym objęła ją ramionami i przyciągnęła do siebie mocniej, niż zrobiłaby to w zwyczajnych okolicznościach.
— Jezu, kochanie... — wymknęło jej się cicho, a reszta słów ugrzęzła gdzieś między ulgą a strachem, który dopiero teraz zaczynał docierać do świadomości. Przycisnęła policzek do mokrych włosów Mony, zamknęła oczy na krótką chwilę, a następnie odsunęła się na tyle, by obejrzeć ją uważnie — Spójrz na mnie. Uderzyłaś się w głowę? Boli cię kark, nadgarstek, cokolwiek? Zakręciło ci się w głowie? — pytania wypowiadała jedno po drugim, przy okazji odgarniając córce włosy z czoła i sprawdzając, czy nie ma na skórze śladów po uderzeniu. Nie próbowała udawać, że wszystko jest w porządku, bo nie miała pojęcia, czy rzeczywiście było, znała jednak Monę na tyle dobrze, by wiedzieć, że dziewczyna potrafiła najpierw zatroszczyć się o wszystkich dookoła, a dopiero później przyznać, że sama potrzebuje pomocy. Tym razem nie zamierzała dać jej okazji do zbycia sprawy żartem, choćby najbardziej przekonującym — I zanim powiesz, że nic ci nie jest, pozwól mi przynajmniej sprawdzić, czy nie rozbiłaś sobie głowy. Nie mam dziś ochoty tłumaczyć twojemu ojcu, dlaczego zabrałam cię na kawę, a wrócimy z niej z historią o urazie czaszki i kapibarach. — dodała, próbując przywołać na twarz uśmiech, który wyszedł jej nieco krzywo, ale przynajmniej przypominał coś znajomego. Dopiero gdy upewniła się, że Mona jest przytomna i może swobodnie oddychać, odwróciła głowę w stronę tłumu, a ciepło zniknęło z jej spojrzenia tak szybko, jakby ktoś zgasił światło.
— Kto ją potrącił? — zapytała, podnosząc się powoli, lecz nie odsuwając od córki dalej niż na wyciągnięcie ręki — Widziałam, że ktoś przepychał się za jej plecami. Jeśli ta osoba nadal tutaj jest, proponuję, żeby podeszła i wyjaśniła, co właściwie się stało. — jej ton pozostawał opanowany, ale pod tą opanowaną powierzchnią kryło się coś, co dobrze znali wszyscy, którzy kiedykolwiek próbowali skrzywdzić kogoś z jej rodziny: Clea potrafiła być czarująca, potrafiła żartować i przymykać oko na drobne przewinienia, lecz nie należało mylić tego z brakiem charakteru. Skinęła głową kobiecie, która pomogła im przy brzegu, dziękując jej krótkim, szczerym spojrzeniem, a następnie zdjęła własną marynarkę i narzuciła ją na ramiona Mony, ignorując fakt, że sama również potrzebowała czegoś suchego — Na razie zostajemy tutaj, dopóki nie będę pewna, że wszystko z tobą dobrze. Potem znajdziemy ci suche ubrania, a ja zadzwonię po kogoś, kto zajmie się tą fontanną, bo najwyraźniej miasto uznało, że dwie kapibary to wystarczający personel do zarządzania sytuacją. — zerknęła w stronę wody, gdzie porzucony parasol dryfował przy brzegu. Przez moment miała ochotę zaśmiać się z absurdalności tego widoku, lecz śmiech nie chciał przejść jej przez gardło, więc jedynie pokręciła głową i ponownie zwróciła się do córki, ujmując jej dłoń w obie ręce.
— Kawa może poczekać. Telefon też. Ty nie. — powiedziała ciszej, ściskając jej palce — A kiedy już się ogrzejesz i upewnimy się, że nic ci nie jest, obiecuję, że kupię ci nowy telefon, jeśli ten nie przeżyje. — kącik jej ust uniósł się wreszcie odrobinę, a Clea odgarnęła z własnej twarzy mokre włosy, po czym rozejrzała się za kimś z obsługi, kto mógłby wreszcie przejąć kontrolę nad zbiegowiskiem i zwierzętami. Nie miała zamiaru odchodzić, dopóki Mona nie poczuje się lepiej, a kiedy jedna z kapibar znów podpłynęła w ich stronę, posłała jej spojrzenie pełne zmęczonego wyrzutu. — Nawet nie próbuj. Na dzisiaj wyczerpałaś już limit rodzinnych przygód.

Mona Delacroix
kotlet sojowy ale tym razem z panierką
23 y/o
For good luck!
155 cm
studentka weterynarii na TVC
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przez pierwszych kilka sekund Mona nie do końca rozumiała, co się właściwie stało. Jeszcze przed chwilą kucała przy fontannie i zastanawiała się, czy uda im się odzyskać telefon, a teraz siedziała w wodzie, z mokrymi włosami przyklejonymi do twarzy i ubraniem, które ciążyło jej przy każdym ruchu. Zimno dotarło do niej z lekkim opóźnieniem, podobnie jak świadomość, że wokół nadal stoją ludzie. Ktoś coś mówił, ktoś inny śmiał się nerwowo, a kilka osób wciąż trzymało telefony skierowane w jej stronę. Mona miała ochotę po prostu zanurzyć się z powrotem i poczekać na dnie, aż wszyscy sobie pójdą.
Zamiast tego usłyszała głos matki i od razu wyciągnęła do niej rękę. Chwyciła Cleę za przedramię, próbując pomóc sobie w wydostaniu się z fontanny, choć śliski kamień i przemoczone ubranie zdecydowanie jej tego nie ułatwiały. Kiedy wreszcie usiadła na brzegu, odgarnęła włosy z twarzy i nabrała głęboko powietrza. Dopiero wtedy spojrzała na mamę i zobaczyła, jak bardzo się przestraszyła. — Już, już, jestem. — Spróbowała się uśmiechnąć, chociaż szczęka zaczynała jej lekko drżeć. — Chyba nic mi nie jest. Jezu, ale zimna ta woda.
Chciała dodać coś jeszcze, może nawet zażartować z tego, że przynajmniej nie muszą już martwić się o parasol, ale Clea wyglądała na zbyt przejętą, żeby Mona miała serce dokładać jej kolejnych powodów do zmartwień. Posłusznie pozwoliła matce odgarnąć sobie włosy z czoła i sprawdzić, czy nie uderzyła się w głowę. Sama ostrożnie poruszyła nadgarstkami, potem ramionami, próbując zorientować się, czy coś ją boli. Na razie nie czuła niczego niepokojącego, choć była tak zaskoczona upadkiem, że trudno jej było ocenić, czy na pewno wszystko jest w porządku. — Nie, głowa chyba cała. Kark też mnie nie boli. — Zerknęła na Cleę i ścisnęła jej dłoń. — Naprawdę, mamo. Przepraszam, nie chciałam cię tak wystraszyć.
Dopiero kiedy poczuła na ramionach marynarkę, zorientowała się, że matka sama jest przemoczona. Spojrzała na nią z troską i poprawiła materiał, który odrobinę zsuwał się z jej ramienia. — Ty też powinnaś się przebrać. — Urwała, bo nagle przeszedł ją dreszcz. Wokół nich nadal zbierał się tłum, choć kilka osób zaczęło wreszcie odchodzić. Mona próbowała nie zwracać na nikogo uwagi, ale nie było to łatwe, zwłaszcza kiedy usłyszała gdzieś z boku kobiecy głos:
— Podobno ktoś już tu dzwonił. Ktoś z zoo jest w drodze.
Ktoś inny zapytał, czy kapibary uciekły z zoo, ale nikt nie potrafił udzielić mu odpowiedzi. Mona spojrzała na matkę, potem na fontannę, gdzie jedna z kapibar wciąż kręciła się w pobliżu porzuconego parasola. Wyglądała na zupełnie niezainteresowaną zamieszaniem, jakby to wszyscy inni zachowywali się dziwnie. Telefon nadal leżał gdzieś na dnie. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie powinna spróbować go odzyskać, ale wystarczyło, że spojrzała na mokre rękawy i poczuła kolejny dreszcz, żeby porzuciła ten pomysł. — Nie widziałam, kto mnie popchnął. Ktoś się przeciskał i nagle straciłam równowagę. Nawet nie zdążyłam się złapać. — Skrzywiła się, próbując odtworzyć w pamięci sam moment upadku. — Wszystko stało się tak szybko.
Nie chciała, żeby mama dalej się martwiła, ale sama też potrzebowała chwili, żeby dojść do siebie. Oparła się lekko o Cleę, wdzięczna, że nie musiała udawać, że nic się nie stało. Zimno powoli zaczynało wygrywać z resztkami adrenaliny, a mokre ubranie kleiło się do nóg w wyjątkowo nieprzyjemny sposób.
— Naprawdę nie wiem, jak to się stało. — W jej głosie pojawiło się rozbawienie, choć wciąż trochę dygotała. — Telefon chyba i tak nie będzie już działał, prawda? — Tym razem zaśmiała się cicho, bardziej z bezradności niż dlatego, że naprawdę było jej do śmiechu.




Clea Delacroix
ODPOWIEDZ

Wróć do „Nathan Phillips Square”