Mattawa śmierdziała piwem, mokrym drewnem i ludzką głupotą. Ostatniego zapachu Kida nie potrafiła przypisać do konkretnego źródła, choć podejrzewała, że Joshua Hansen stanowił jego wyjątkowo skoncentrowaną odmianę.
Tłum przed pubem napierał na siebie, tworząc ciasny krąg wokół dwójki przeciwników. Ktoś gwizdał, ktoś inny ryczał z uciechy, a z wnętrza lokalu sączyły się dźwięki
A Whiter Shade of Pale. Muzyka miała w sobie coś sennego, niemal eleganckiego, co w połączeniu z wrzaskami widowni tworzyło wyjątkowo paskudny dysonans.
Kida zacisnęła palce na trzonku siekiery. Lewy bok pulsował bólem pod grubą warstwą szerpy, a kolano przypominało jej przy każdym ruchu o szkle, które, choć nie tkwiło pod skórą, pozostawiło po sobie uszkodzenia. Gorączka rauszu rozmywała krawędzie świata, ale amfetamina trzymała ją na powierzchni z uporem tonącego, który nie zamierzał jeszcze przyznać, że woda jest za zimna.
Trzeci dzień na pobudzeniu przynosił osobliwą klarowność. Słyszała więcej, dostrzegała drobiazgi, wychwytywała zmiany w oddechu przeciwnika. Problem polegał na tym, że jej mózg równie sprawnie dopowiadał sobie rzeczy, których wcale nie było.
Na przykład, Tobias siedział na skrzynce przy ścianie pubu, jakby czekał na rozpoczęcie przedstawienia. Miał tę samą krzywą minę, którą pamiętała z dzieciństwa, i ten sam wyraz twarzy, który zwykł poprzedzać pytanie, na które żadna odpowiedź nie mogła być dobra.
—
No dalej, Kid. — Rozparł się wygodniej. —
Pokaż im, jak rozwiązujemy problemy.
Nie spojrzała na niego. Wystarczyło, że słyszała jego głos. Zawsze wystarczało.
—
Jeszcze jedno słowo, a zacznę cię ignorować na głos.
—
To już prawie realna rozmowa!
Josh parsknął, unosząc przed sobą szyjkę rozbitej butelki. Szkło błysnęło w świetle lampy nad wejściem. Miał przewagę liczebną po swojej stronie, przynajmniej jeśli za liczby uznać tych wszystkich idiotów, którzy chętnie patrzyli, jak ktoś inny obrywa, lecz wcale nie zamierzali interweniować.
—
Gadasz do siebie, Hemingway? — rzucił. —
Czy już całkiem ci odbiło?
Kida przeniosła wzrok na jego twarz.
—
Próbuję ustalić, czy jesteś tak samo głupi, jak wyglądasz, czy po prostu wkładasz w to dodatkowy wysiłek.
Ktoś w tłumie zagwizdał. Josh wykrzywił usta, a jego dłoń zacisnęła się mocniej na szkle.
—
Myślisz, że jesteś sprytniejsza od nas?
—
Nie. — Przechyliła głowę. —
Po prostu nie muszę myśleć za was wszystkich naraz.
—
Oszukiwałaś przy kościach.
—
Przegrałeś i teraz próbujesz przekonać widownię, że to wina stołu. — Kida zerknęła na jego rękę. —
Rozumiem. Łatwiej obwinić mebel niż własne palce. Swoją drogą, czy to świerzb?
—
Zamknij mordę!
—
Z przyjemnością. Jak tylko przestaniesz wydawać dźwięki.
Tobias zaśmiał się krótko.
—
Zawsze musisz mieć ostatnie słowo! Nawet kiedy ktoś zaraz wbije ci szkło pod żebra.
—
Przynajmniej nie muszę słuchać twoich rad.
—
Nigdy nie słuchałaś. A potem płakałaś, kiedy robiło się nieprzyjemnie.
Tym razem Kida spojrzała wprost na brata. Przez ułamek sekundy tłum, pub i Josh zniknęli za wspomnieniem jego twarzy. Poczuła znajome ściśnięcie w żołądku — ten odruch, który pojawiał się, zanim zdążyła przypomnieć sobie, że nie musi już przewidywać jego nastrojów.
—
Nie myl milczenia z płaczem.
Josh ruszył na nią właśnie wtedy.
Nie był szczególnie szybki, ale desperacja potrafiła nadać człowiekowi rozpęd. Kida odsunęła się w ostatniej chwili, a szyjka butelki prześlizgnęła się po materiale jej kurtki. Mężczyzna zachwiał się, zaklął i spróbował ponownie, tym razem celując pod lewe żebra.
Szkło trafiło na coś twardego ukrytego w kieszeni szerpy. Uderzenie rozeszło się po jej boku głuchym, nieprzyjemnym bólem, lecz ostrze nie przebiło materiału.
Kida zerknęła w dół, potem znów na niego.
—
Kieszenie mam lepiej przygotowane niż ty głowę.
Josh zaatakował po raz trzeci. Spudłował. Czwarta próba również skończyła się na powietrzu, a jego własny impet wystawił go na cios.
—
Wiesz, co jest w tobie najbardziej żałosne? — zapytała Kida, gdy odskoczył, dysząc. —
Nie to, że jesteś kiepskim oszustem. Nawet nie to, że jesteś kiepskim przegranym. Ty naprawdę uwierzyłeś, że jeśli wystarczająco głośno nazwiesz kogoś złodziejem, nikt nie sprawdzi ci kieszeni.
—
Pierdol się!
—
Kolejny błyskotliwy argument. Masz ich więcej czy to już wszystko?
Tobias wstał ze skrzynki. Teraz stał tuż za Joshuą, z uśmiechem, który Kida znała aż nazbyt dobrze.
—
Wystarczy jedno słowo, prawda? Jedno spojrzenie, jedno szturchnięcie. I już tańczysz tak, jak ci zagrają. Zupełnie jak ja.
—
Nie jesteś wart kolejnego ruchu.
—
A jednak patrzysz na mnie, kiedy powinnaś patrzeć na niego.
Kida odwróciła się do Josha w tej samej chwili, w której mężczyzna znów ruszył do przodu. Tym razem nie próbowała się cofnąć. Wbiła kolano w jego twarz krótkim, brutalnym ruchem. Usłyszała głuche uderzenie, a Joshua zwalił się na ziemię, uderzając barkiem o ubity grunt. Zachował przytomność. Niestety dla niego.
Stała nad nim, ciężko oddychając. Siekiera ciążyła jej w dłoni, a każdy puls serca przypominał, że ciało ma swoje granice, niezależnie od tego, jak przekonująco chemia próbuje temu zaprzeczyć. Josh poderwał rękę z kawałkiem szkła. Zamachnął się od dołu, próbując wbić je pod jej żebra. Kida cofnęła nogę, a tulipan przeciął powietrze tuż przy jej udzie.
—
Przestań się szarpać! — rzuciła. —
Zaczynasz wyglądać, jakbyś naprawdę nie wiedział, co robisz.
—
Zabiję cię, suko!
—
Ha! Ty pewnie i tego nie potrafisz zrobić porządnie.
Uderzyła go obuchem siekiery w głowę. Cios odrzucił mu twarz na bok, a na moment jego ciało znieruchomiało. Potem jęknął i spróbował podnieść się na łokciu. Kida zauważyła wtedy skrawek papieru, który wysunął się z rozprutego boku jego kurtki. Pod nim leżało kilka drobiazgów, które nie powinny znaleźć się w jego posiadaniu. Rozpoznała je natychmiast. Zapis zakładów, który wcześniej zniknął ze stołu, i część jej wygranej — schowana tak nieporadnie, jakby Josh był przekonany, że nikt nie ośmieli się sprawdzić.
Przez chwilę tylko patrzyła. Potem przykucnęła, podniosła papier i wygładziła go kciukiem.
—
Moje pieniądze. Moja wygrana. Mój towar. — Podniosła wzrok na leżącego mężczyznę. —
Powiedz mi coś, Joshi. Ale tak szczerze, okej? Czy ty jesteś złodziejem, tchórzem i kłamcą w tej właśnie kolejności, czy to zależy od tego, kto akurat patrzy?
Mężczyzna splunął w jej stronę. Nie trafił.
—
Jesteś popierdolona.
—
A ty jesteś tak przewidywalny, że aż robi mi się przykro. Prawie.
Tobias przykucnął obok niej, opierając łokcie na kolanach.
—
No proszę. Znalazłaś dowód. Teraz możesz udawać, że robisz to w imię sprawiedliwości.
Kida poczuła, jak coś zaciska jej się za mostkiem.
—
Zamknij się.
—
Komu to mówisz? Jemu czy sobie?
Josh próbował odpełznąć. Kida wstała, po czym opuściła obuch siekiery na jego dłoń, przygniatając ją do ziemi. Rozległ się trzask, po którym mężczyzna wrzasnął tak głośno, że kilka osób odruchowo cofnęło się o krok.
—
To za kradzież — powiedziała spokojnie. —
Żebyś nie pomylił rachunków.
Tobias wybuchnął śmiechem.
—
Widzisz? Wystarczyło cię sprowokować. Zawsze byłaś taka sama. Tylko wmawiałaś sobie, że jesteś lepsza ode mnie.
Kida zacisnęła szczękę. Przez moment widziała twarz brata na twarzy Josha, jakby ktoś niedbale nałożył jego wspomnienie na sępiastą mordę. Ten sam grymas. Ta sama pogarda. Ten sam rodzaj pewności, że może zrobić wszystko, a ona i tak będzie musiała z tym żyć.
—
Nie potrzebuję twojej aprobaty — wycedziła.
—
Nigdy jej nie miałaś.
—
I dzięki temu przynajmniej nie muszę się wstydzić własnego gustu.
Josh poruszył zmasakrowaną dłonią, próbując wyswobodzić palce spod trzonka. Kida spojrzała na niego, a potem obróciła siekierę. Tym razem nie uderzyła obuchem.
Ostrze wbiło się w jego palce.
Krzyk mężczyzny przeciął noc. Tłum, jeszcze przed chwilą rozgrzany wrzaskami i zachętami, nagle zamilkł. Zostały tylko szarpane oddechy, skrzypienie drewnianego szyldu i muzyka dobiegająca z pubu, wciąż obojętna na wszystko, co działo się przed wejściem.
Kida stała nad Joshem, nie mrugając.
—
Przecież chcieliście widowiska.
W cieniu, nieco dalej od kręgu gapiów, ktoś poruszył się gwałtownie. Mężczyzna stojący na uboczu cofnął się odruchowo, jakby dopiero teraz dotarło do niego, co właściwie ogląda. Wpadł na Pierce, która pozostawała w cieniu poza głównym światłem latarni. Odbił się od niej ramieniem i zaklął ze strachu, odwracając się ku niej.
—
Na litość boską, kobieto! — syknął, łapiąc ją za rękaw tylko po to, by zaraz puścić. Spojrzał nerwowo w stronę Kidy. —
Schowaj się! Już! Nie stój tak na widoku, jeśli ci życie miłe! — Nie czekał na odpowiedź. Przykucnął za stertą drewna, przyciągając głowę do ramion, jakby sam chciał stać się niewidzialny.
Na środku ulicy Joshua wciąż krzyczał, a Kida nie odrywała od niego wzroku. Nie zauważyła Pierce. Nie zauważyła nawet, że tłum zaczyna się rozpraszać, że kilku najgłośniejszych kibiców nagle przypomniało sobie o własnych sprawach. Dla niej istniał już tylko człowiek na ziemi i Tobias, który stał nad nim z rozbawieniem godnym widza na najlepszym miejscu w teatrze.
—
I co teraz? Zostawisz go tak? — spytał brat. —
Czy może jeszcze raz udowodnisz wszystkim, że jesteś dokładnie tym, za kogo cię mają?
Kida szarpnęła siekierę, uwalniając ją z uścisku zakrwawionych palców Josh. Mężczyzna zawył ponownie. Nie spojrzała na niego, kiedy odwracała się w stronę pubu. Weszła po drewnianych stopniach i zniknęła za drzwiami, zostawiając za sobą tłum, który najwyraźniej dopiero teraz zaczął rozumieć, że przedstawienie dobiegło końca, ale rachunek za bilety może okazać się wyjątkowo wysoki.
W środku było ciepło, duszno i głośno. Kida nie pamiętała później, czy ktoś próbował ją zatrzymać, czy też ludzie po prostu rozstępowali się przed nią, widząc krew na ubraniu i siekierę w dłoni. Pamiętała za to własne odbicie w ciemnej szybie: bladą twarz, rozszerzone źrenice, włosy przyklejone do skroni. Wyglądała jak ktoś, kto od dawna nie spał. Jak ktoś, kto nie powinien już podejmować żadnych decyzji. Nie zamierzała jednak słuchać własnego ciała.
Zabrała, co jej z puli — wcisnęła do pokiereszowanej kieszeni szerpy zwinięte dolary, do klapy na prawej piersi wcisnęła dwa małe zawiniątka. Koniec gry.
Kiedy wyszła na zewnątrz, jej spojrzenie było puste. Zeszła po stopniach, minęła ludzi, którzy przesuwali się przed nią, i zatrzymała się przy Joshu. Mężczyzna nadal jęczał, przyciskając uszkodzoną dłoń do piersi. Splunęła obok jego głowy.
—
Następnym razem, kiedy zechcesz komuś ukraść pieniądze, zrób to przynajmniej z odrobiną klasy. Oszczędzisz nam wszystkim tej żenującej farsy.
—
Hemingway! — wrzasnął ktoś z tłumu. —
Jutro nawet Tariq cię nie obroni!
—
Zamknij mordę i przynieś jebane bandaże, Kormak!
Kida nie odwróciła się w ich stronę. Ruszyła w kierunku krańca ulicy, tam, gdzie zabudowania przerzedzały się, a droga prowadziła ku lasowi i dzielnicy drwali. Dopiero po kilku krokach poczuła, że dłonie zaczynają jej drżeć. Nie ze strachu. Przynajmniej tak sobie powiedziała. Wtedy usłyszała za sobą szuranie, a zaraz potem ciężkie, nierówne kroki.
Josh zerwał się z ziemi.
Nie powinien był mieć siły, żeby biec. Nie powinien był nawet być w stanie utrzymać się na nogach, a jednak pędził za nią z twarzą wykrzywioną bólem i wściekłością. Jedną rękę przyciskał do piersi, drugą wymachiwał bezładnie, jakby sam nie wiedział, co zamierza zrobić, kiedy ją dogoni.
—
Hemingway! Ty pierdolona—
Kida obróciła się gwałtownie.
Nie mierzyła. Nie zastanawiała się. Nie próbowała nawet sprawdzić, jak daleko od niej jest napastnik. Po prostu puściła trzonek, wypuszczając siekierę z dłoni w kierunku ciemnej sylwetki, która nadbiegała przez rozdeptane błoto.
Ostrze trafiło w goleń.
Josh wydał z siebie krótki, zduszony wrzask. Jego noga ugięła się pod nim, a rozpęd poniósł go jeszcze kawałek, zanim runął na ziemię z taką siłą, że aż rozprysnęło się błoto. Krew szybko przesiąkła materiał spodni, ciemna i gęsta, spływając na ziemię wzdłuż łydki. Mężczyzna próbował się podnieść, ale ból natychmiast ściągnął go z powrotem. Wrzask zmienił się w chrapliwy skowyt.
Kida patrzyła na niego bez wyrazu. Jej klatka piersiowa unosiła się ciężko, a w głowie dzwoniło tak głośno, że przez moment nie słyszała nic poza własnym pulsem. Tobias stał kilka kroków dalej, z twarzą rozświetloną okrutną satysfakcją.
—
No proszę — powiedział. —
A mówiłaś, że nie jesteś taka jak ja.
Powoli odwróciła głowę w jego stronę.
—
Nie jesteś nawet wart tego, żebym się z tobą porównywała.
—
A jednak to ty zostawiasz ludzi w błocie.
—
A ty nie żyjesz. Każdy ma swoje ograniczenia.
—
Chyba już to słyszałem.
Zostawiła Josha wijącego się na ziemi, z siekierą przyciśniętą do rannej nogi i krwią rozlewającą się pod nim w ciemną plamę. Nie podeszła, żeby odzyskać broń. Nie sprawdziła, czy ktoś ruszył mu na pomoc. Tłum trzymał się od niej z dala, jak przed czymś, co przestało być człowiekiem, a zaczęło przypominać ostrzeżenie.
Kida ruszyła w stronę drzew z pustymi rękami i krwią na ubraniu. Za jej plecami ktoś wreszcie krzyknął, żeby przynieść coś do opatrzenia. Ktoś inny przeklął pod nosem paskudnie. W oddali nadal grała muzyka. Chłód przenikał przez kurtkę, a ciało zaczynało przypominać sobie, że powinno boleć. Amfetamina trzymała ją jeszcze na nogach, ale gdzieś pod jej działaniem czaiło się wyczerpanie, gotowe w każdej chwili wyrwać jej grunt spod stóp.
Tobias pojawił się po lewej stronie.
—
Myślisz, że jesteś lepsza ode mnie?
Kida nawet na niego nie spojrzała.
—
Nie myślę o tobie aż tak często, jak ci się wydaje.
—
Kłamiesz.
—
Możliwe. Ale przynajmniej robię to z sensem.
Tobias wyprzedził ją, obrócił się przodem z rękami w kieszeniach i tym swoim nieznośnym uśmiechem, i szedł do tyłu, jak harcerzyk lub ołowiany żołnierzyk. Chichotał tak złośliwie, tak uporczywie, że musiała postradać zmysły, aby go spytać:
— Chcesz mi coś powiedzieć? To powiedz to wreszcie wprost, zamiast łazić za mną jak pijany kundel.
Brat uśmiechnął się krzywo.
—
Nie? No, może tylko tyle, że nie musisz mieć powodu, żeby kogoś skrzywdzić. Wystarczy, że ktoś dotknie właściwego miejsca.
Kida zatrzymała się na skraju ścieżki. Między wysokimi pniami panowała ciemność, gęsta i wilgotna. Przez chwilę widziała tam sylwetkę mężczyzny, wysoką i zgarbioną, z głową przechyloną pod znajomym kątem.
—
A ty nie musisz być martwy, żeby dalej być pierdolonym wrzodem na dupie — powiedziała.
Tobias roześmiał się cicho.
Kida ruszyła dalej, nie sprawdzając, czy nadal idzie obok niej. Nie chciała wiedzieć.
—
Możesz sobie zmieniać nazwiska, miasta, całe życie. Ale w końcu zawsze wracasz do tego samego.
Patrzyła przed siebie. Ciemność pomiędzy drzewami zdawała się gęstsza, niż powinna, a każdy krok odbijał się tępym bólem w kolanie.
—
Nie wracam do ciebie. Ty nie potrafisz odejść. — Przez krótką chwilę jego twarz straciła rozbawiony wyraz. Kida nie była pewna, czy rzeczywiście coś się zmieniło, czy po prostu jej umysł postanowił podsunąć jej kolejną wersję wspomnienia. —
Zdechnij jeszcze raz. Zdychaj tyle razy, ile będzie trzeba, ale zdechnij. Na dobre.
Pierce