Miał ochotę warknąć, że gówno wiedział o jego synu i o nim. O prawdziwym życiu. O miłości. Przez moment potrzeba, by to wykrzyczeć była tak silna, że wykrzywiła mu twarz w gniewnym, drapieżnym grymasie, którego Laurent nigdy jeszcze na niej nie widział. Przez chwilę mógł się nawet spodziewać, że Logan wywlecze go z sypialni jak niepokornego kundla i zatrzaśnie za nim drzwi, bo to też miał ochotę zrobić. W porę się jednak opanował. Nie chciał być takim facetem. Nie chciał wrzeszczeć, kłócić się, a już tym bardziej posuwać do przemocy. Wziął jeden, bardzo głęboki oddech, na chwilę wznosząc oczy do sufitu żeby wyciszyć irytację. Już, dosyć. Nie będzie robił z siebie jakiegoś oszołoma, nieważne jak bardzo Laurent zachodził mu za skórę. Potem rozluźnił pięści i gdy ponownie na niego spojrzał, znów wyglądał na po prostu zmęczonego.
–
Nie wiem, czego ode mnie oczekujesz - odparł cicho, już zupełnie spokojnie. Naprawdę nie wiedział. Mógł się domyślać, że chodzi o odwzajemnienie uczuć, ale to nie była normalna sytuacja, on nie był odpowiednim dla niego facetem, a poza tym znali się zbyt krótko. Logan nawet nie wiedział czy potrafiłby kochać kogokolwiek innego niż Harper. Potrzebował czasu żeby sobie wszystko poukładać, a nie dostawał go od nikogo, a już tym bardziej od Laurenta, który nagle uznał, że jest po uszy zakochany we wdowcu, któremu przez całe życie wydawało się, że woli panienki. To było absurdalne. Romantyczne i na swój sposób piękne, ale również okrutnie naiwne. Bo świat, chociaż tak bardzo lubił hołdować miłości, wcale nie był wobec niej wyrozumiały.
Słysząc desperackie wyjaśnienie, popatrzył na niego bezradnie. Znów zobaczył w nim zagubionego szczeniaka, który nie ma pojęcia, co zrobić ze sobą i własnym życiem. Wróciła też myśl, że był tylko przystankiem na jego drodze, obiektem niezaspokojonych potrzeb, przypadkowym gościem, w którym Laurent próbował szukać ukojenia własnego bólu. I w całym tym natłoku uczuć, w ogóle nie pomyślał czego on sam w nim szukał. Dlaczego po tylu latach, to właśnie Laurent stał teraz w jego sypialni z brzuchem wciąż trochę lepkim od ich wspólnego spełnienia i pretensjami jakie do tej pory miała wobec niego tylko Harper. Jakby miał do tego prawo. Ona miała. Była jego żoną, na dobre i złe, w końcu przysięgali przed Bogiem. Też wiecznie marudziła mu, że powinien więcej mówić jej o tym, co czuje, jakby to było takie łatwe. Jakby w ogóle wiedział, co czuje i potrafił to właściwie nazwać. Ale miała do tego prawo bo spędzili ze sobą pół życia, spłodzili syna, tworzyli rodzinę i domu.
Z Laurentem nie łączyło go nic.
Nic prócz tego destrukcyjnego pożądania i cholernego rancza.
I
bólu.
–
Chodź tutaj - mruknął, nagle kompletnie pokonany tą myślą. Obaj byli zagubieni i nie radzili sobie dobrze z tym, co się działo. Obaj szukali w sobie jakiejś formy pocieszenia.
Szarpnął go za ramię i po prostu do siebie przytulił. Ciasno objął go ramionami i poczuł niemal natychmiastową ulgę, kiedy znów miał go tak blisko. W ciemności było łatwiej, jak każdego razu w kuchni; łatwiej obnażyć emocje i łatwiej się im poddać. Przyznać do pragnień i cierpienia. Pogłaskał zmierzwione włosy na jego karku, wciąż lekko wilgotne od potu i oparł policzek o czubek jego głowy. Przez jakiś czas trwali objęci, z sercami łomoczącymi w piersiach, każdy z własnym bólem, który cichł właśnie teraz. W tych konkretnych ramionach. Z tym konkretnym zapachem wypełniającym płuca.
–
Nie wiem, co czuję - powiedział szeptem w którymś momencie i łagodnym, opiekuńczym gestem przesunął dłonią po jego plecach. –
Ale wiem, że teraz… Teraz jest dobrze. - Ścisnął go trochę mocniej i zostawił pocałunek gdzieś między kosmykami ciemnych włosów. Nie rozluźnił uścisku, nie odsunął ust. Laurent mógł wyczuć we włosach gorąc spokojnego oddechu. Grzały go też silne ramiona i szeroka pierś, w której mocno biło serce, tuż przy jego własnym.
–
Lubię cię - wychrypiał, nie przestając głaskać go po plecach. Wyznał to bardzo cicho, jakby nie tyle się wstydził, co nie potrafił powiedzieć tego inaczej niż miękko i czule. –
Chociaż jesteś bezczelnym, roszczeniowym gówniarzem, który sprawia mi problemy - dodał przekornym tonem i jeśli Laurent próbował zaprzeczyć albo oburzony wyrwać się z jego objęć, on ścisnął go mocniej i nachylił się do jego ucha.
–
Ale dobrze mi przy tobie. I świetnie wyglądasz w moim kapeluszu - wychrypiał mu prosto w nie, wciąż z czułą przekorą. Temu nie mógł zaprzeczyć i to wiedział na pewno. Laurent, mimo swojej drażniącej natury i kłopotów jakie zwalał mu na głowę, sprawiał też że wiatr znów miał słodki smak, a świat odzyskiwał kolory. Sprawiał, że Callahan znów coś czuł.
Trącił nosem jego policzek, musnął ustami linię szczęki. Dopiero wtedy znów na niego spojrzał. Jego oczy były poważne i skupione, kiedy wyławiał z ciemności konturu jego twarzy.
–
Trochę szarżujesz, dzieciaku - mruknął rozbawiony w taki sposób, że protekcjonalne określenie miało w sobie więcej z czułości niż upomnienia. –
W moim życiu nie było nikogo od lat. Musisz dać mi trochę czasu na poukładanie tego.
Zaplótł dłonie na jego lędźwiach i trochę się odchylił, żeby objąć wzrokiem więc niż tylko wyraz jego twarzy, który i tak niknął w niemal w zupełnym mroku.
–
Masz jutro czas? - zapytał z krzywym uśmiechem, który dopiero od niedawna zaczął pojawiać się na jego twarzy. Był w nim urok młodego kowboja, który doskonale wiedział, jak działa na kobiety. W tym wypadku akurat na konkretnego faceta. –
Chciałbym gdzieś cię zabrać.
Nie planował tego, ale zdał sobie sprawę, że nie chce widzieć Laurenta rozpieprzonego niedomówieniami i skrzywdzonego stereotypami. Chciał dać mu coś prawdziwego, skoro zaszli już tak daleko. A przynajmniej spróbować. Bo może różniło ich wszystko i łączyło niewiele, ale to właśnie Laurent był tu dzisiaj i rościł sobie prawda do jego uczuć, a on zamiast wywalić go z sypialni na zbity pysk, mu na to pozwalał. I to, mimo całego lęku, musiało coś znaczyć.
Laurent Ashcroft