ODPOWIEDZ
29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
a hero would sacrifice you for the world, a villain would sacrifice the world for you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Najpierw pokażesz, że potrafisz współpracować. Potem porozmawiamy o twojej siostrze.
Wszystko zależało teraz od niej.
Od tego, czy się spisze.
Mężczyznę siedzącego po drugiej stronie sali zauważyła dopiero wtedy, kiedy ktoś odsunął się z linii jego spojrzenia. Był starszy. Siwe włosy miał starannie zaczesane, na palcu miał ciężki, badziewny sygnet, którym stukał o szkło.
Opuściła wzrok.
Kiedy podniosła go ponownie, nadal patrzył.
Nie wiedziała, dlaczego tak trudno było jej przełknąć ślinę. W gardle miała sucho, pomimo wody, którą kazano jej wypić, a podłoga przy każdym drobnym przesunięciu ciężaru zdawała się ustępować trochę za późno; później niż normalnie.
Może powinna była coś zjeść.
Po drugiej stronie sali mężczyzna z sygnetem rozmawiał teraz z tym, który rano przekazywał jej warunki współpracy. Obaj spojrzeli w jej stronę. Ten drugi uśmiechnął się lekko, pierwszy powiedział coś jeszcze, nachylając głowę. Wkrótce tego drugiego nie było, zniknął gdzieś dalej i zostawił ją z tym bezlitosnym spojrzeniem śledzącym każdy jej ruch.
Obraz rozmazał się na krótką chwilę. Chyba to była chwila? Chwila, po której najpierw poczuła rękę jednego z ochroniarzy na swoim łokciu; chwyt który zmusił ją do ruszenia z miejsca. Świat zawirował po pierwszym kroku, a nagle poczuła pod nogami schody.
Nie pamiętała pierwszego stopnia; przy następnym musiała mocniej zacisnąć palce na poręczy. Starszy mężczyzna szedł tuż za nią, wystarczająco blisko, żeby usłyszała jego oddech wśród cichnącej w tyle muzyki. Przez krótką chwilę próbowała przypomnieć sobie, czy zabrano jej torebkę, czy sama gdzieś ją odłożyła.
Powinna była zapytać.
Świat znów przez chwilę składał się ze zlepionych odcieni, pozbawionych wyraźnych krawędzi.
W pokoju, gdy zamknęły się za niądrzwi, muzyka została już tylko głuchym, odległym tętnieniem pod podłogą. Była kanapa, nisko ustawiona lampa i ciężkie zasłony, pomiędzy którymi nie potrafiła odnaleźć okna. Ochroniarz powiedział coś mężczyźnie ponad jej głową. Usłyszała własne imię, później cichy śmiech.
Potem przez chwilę znów muzykę, nieco wyraźniej, a następnie szczęk zamka. Świat znów zawirował, kiedy spróbowała odwrócić głowę w stronę drzwi.
— No, chodź tutaj. — Mężczyzna wyciągnął do niej rękę, jakby jedynie się ociągała. — Przecież nie będziesz tak stała cały wieczór.
Chciała powiedzieć, że źle się czuła. Że potrzebowała chwili. Że świat znów zadrgał w jej oczach, a kontury przedmiotów rozchodziły się odrobinę przy każdym mrugnięciu, jakby nie potrafiła już zatrzymać na nich wzroku dostatecznie mocno, żeby pozostały na swoim miejscu. Ale jego palce zamknęły się na jej ramieniu, zanim zdążyła zdecydować, od którego z tych zdań należało zacząć.
Ciepłe, nieco wilgotne opuszki przywarły do skóry i orzez chwilę czuła każdą z nich osobno; pięć niewielkich miejsc, od których rozchodziło się palenie; płytkie na początku, niemal możliwe do zignorowania, dopóki nie spróbowała nabrać powietrza i nie poczuła, że wraz z nim weszło głębiej pod skórę. Miała ochotę zetrzeć z siebie jego dłoń, przetrzeć to miejsce rękawem, wodą, czymkolwiek, ale już wiedziała, że dotyk pozostanie również wtedy, kiedy palce się przesuną. Jak po czymś żrącym, co zdążono usunąć z powierzchni, choć nadal pracowało pod nią.
Nie potrafiła zatrzymać tego uczucia w granicach własnego ramienia. Rozchodziło się dalej; rozpływało się po ciele rozlane pod jej skórą.
Ta dłoń, ten dotyk oderwał od niej płat, który budował jej ufność; ta niewielka, nieporadna jeszcze część, którą tak długo próbowała przekonać, że mogła zostać we własnym ciele również wtedy, kiedy ktoś znajdował się blisko. Że dotyku można było chcieć. Że czasami wystarczyło wyciągnąć rękę i później nie żałować tego przez resztę wieczoru.
Pamiętała przecież nierówną skórę przy cudzych, tych konkretnych, knykciach, własny kciuk przesuwający się po niej bez konieczności pilnowania każdego ruchu. Zwyczajność tego gestu; tę krótką, niemal przeoczoną chwilę, w której dotknęła, zanim zdążyła się zastanowić, czy potrafiła.
Teraz próbowała przytrzymać ją rozpaczliwie w pamięci.
Palce mężczyzny zacisnęły się mocniej, a ona poczuła, jak wspomnienie ustępuje pod nimi, rozmywa się i przepada bezpowrotnie. Coraz trudniej było przypomnieć sobie, jak to właściwie było znajdować się tak blisko kogoś i nie musieć panicznie doszukiwać się intencji.
Przyciągnął ją bliżej, drugą rękę układając przy talii. Materiał sukienki przesunął się po skórze, a jej ciało napięło się pod nim gwałtownie, Chciała zostawić pomiędzy nimi choć odrobinę miejsca; ale nie walczyła.
— Taka ładna dziewczyna. — Pochylił twarz ku jej twarzy. — Uśmiechnij się trochę.
Jego ciężki od alkoholu i papierosów oddech osiadł na jej policzku. Poczuła go również przy ustach i odruchowo przestała oddychać; odwróciła głowę o tyle, o ile pozwoliło napięcie w karku, ale on podążył za tym ruchem, zupełnie nim niezrażony.
Usta musnęły skórę przy skroni. Coś w niej szarpnęło się gwałtownie, żołądek wywrócił się na drugą stronę, choć na zewnątrz nie wydarzyło się nic.
Jej własny głos odrywał się od niej jako następny.
Miała go jeszcze przed chwilą, układała przecież całe zdania; teraz próbowała znaleźć drogę dla jednego słowa i nie potrafiła przecisnąć go przez zaciśnięte boleśnie gardło. Nie było w niej całkowicie kompletne, znajome i oczywiste. Rozchyliła usta, ale wydostało się z nich tylko powietrze, za ciche, żeby ktokolwiek mógł wziąć je za sprzeciw.
Mężczyzna powiedział coś jeszcze. Nie zrozumiała. Jego palce przesunęły się po jej karku i z każdym kolejnym centymetrem trudniej było jej odnaleźć w sobie tę samą kobietę, która potrafiła pleść przez własne zdania miękkie zaczepki z przekonaniem, że właśnie to był jej język. Wszystko osuwało się w niej; zapadało. Równało ze zgliszczami, którymi było nie tak dawno temu.
Chciała, żeby przestał. Ta myśl była w niej rozpaczliwie żywa, ale jednocześnie bez znaczenia; zapadała się z całą resztą, która wcześniej, jak błędnie myślała, miała prawo istnieć.
Przy kolejnym dotyku, porównywalnym do rozlania wrzątku po jej skórze, zacisnęła oczy. Upór, poderwał się w niej ostatni raz desperackim impulsem; podsunął obraz klamki, odległości, którą mogłaby pokonać, gdyby tylko odzyskała nogi. Przez chwilę niemal widziała siebie po drugiej stronie. Z dłońmi przyciśniętymi do własnych ramion, oddechem, który należałby już wyłącznie do niej.
Upór puścił boleśnie, kiedy spotkał się w jej umyśle z przestraszoną twarzą siostry, która tygodniami nie mogła zasnąc.
Odklejał się powoli, razem z tym drobnym, zawziętym przekonaniem, że powinna jeszcze móc siebie ochronić. Każde przesunięcie obcych palców zabierało jej własną wolę, odruch cofnięcia, to naiwne przekonanie, że musiało przecież istnieć coś, co nadal zależało od niej. Czuła, jak traciła je po kawałku.
Mężczyzna coś mówił. Jego dłoń nadal się poruszała się po jej skórze, zostawiając za sobą piekący ślad, a ona próbowała utrzymać w sobie obraz salonu, w którym na kanapie była bluza przerzucona niedbale przez podłokietnik, o którą za każdym razem się denerwowała. Nie pamiętała teraz jej koloru. Ta drobna niemożność przestraszyła ją bardziej, niż powinna; sięgnęła po coś jeszcze, po głos z drugiego pokoju, ale cudzy oddech znów dotarł do jej twarzy i wszystko zaczęło rozchodzić się na boki.
Bała się, że za chwilę nie zdoła przypomnieć sobie również twarzy.
Że zostanie tutaj bez niczego, czym mogłaby zasłonić się od środka.
Że zapadnie się całkowicie.
i dissolve into my other selves
tamagotchi
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
i can't be your hero so i'll play the villain
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Haze była jego koszmarem.
Może nawet horrorem, do którego w myślach go przyrównywała.
Jak inaczej mógłby wytłumaczyć to, jak nawiedzała go za każdą granicą jego podświadomości? Do czego mógłby przyrównać twarz, która tkwiła wypalona na jego powiekach nawet, gdy je zamykał, głos, który wybrzmiewał w ciszy między słowami należącymi do niego, zapach, którym przeszły jego ubrania na wzór zapachu tytoniu?
Była koszmarem, który nie chciał go opuścić.
Ani wtedy, gdy spędził pięć tygodni z dala od niej, zostawiając swoich ludzi z zadaniem jej obserwacji. Ani wtedy, gdy pojawiła się w jego loży, zastając go z inną kobietą na kolanach - kobietą, która miała ją zastąpić swoim głosem, swoimi włosami i pieprzykiem umieszczonym po złej stronie twarzy.
Ani później.
Ponieważ gdy zobaczył znów pierwowzór, gdy jej rysy utrwaliły się w jego głowie ponownie odnajdując zarys, który ciągle w niej tkwił, nie potrafił wrócić do Amber Anne. Nie przyjął jej do swojej loży, nie zrobił niczego, co mogłoby odwrócić jego uwagę od tego spotkania, ponieważ to spotkanie znów tchnęło w niego wściekłość i rezygnację zarazem.
Przez pewien czas tkwił w bitwie tych dwóch, skrajnie różnych emocji od siebie.
Potem sięgnął po telefon.
Przerwanie pertraktacji pokojowych z ’Ndranghetą na rzecz kobiety, która była powodem całego tego syfu nie należało do dyplomatycznie rozsądnych rozwiązań. Czuł na sobie spojrzenie przyjaciela gdy wtargnął na jedno ze spotkań wyglądając w ten sposób i w ten sposób żądając dostępu do informacji.
Do ceny, którą miała zapłacić. Tego, czego zrobić nie mogła do tego stopnia, że przyszła do niego z prośbą o pomoc wiedząc, że jej nie otrzyma.
Do ceny, którą zapłacić miał o n.
Za dwa życia, pozostawione w ramach nauczki i zabawki zarazem, za śmierć Scalviniego i porażkę w wyciągnięciu z niego informacji.
Wyciągnięcie ich z tego nie byłoby żadnym problemem wcześniej - wtedy, gdy ich stosunki nie były zawieszone na ostrzu noża. Teraz jednak zwykła rozmowa, przysługa, transakcja, którą mógłby zawrzeć przekształciły się w jakieś pieprzone pole bitwy, które ciągnęło się zdecydowanie zbyt długo.
I nie obyły bez ofiar.
Tkwił w jakimś gównianym pomieszczeniu z bandą Włochów, przekazując im akta z informacjami na temat ich Węża w zamian za los dziewczyny, która całkowicie go nie obchodziła.
Z teczką pieniędzy w zamian za tą, której chciał się pozbyć.
Za ochronę, za święty spokój. Za gwarancję tego, że będzie mogła wrócić do swojej normalności by on, w jakiś sposób, wrócił do swojej. Gwarancję, którą otrzymał - wraz ze złośliwym uśmiechem na twarzy jednego z mafiozów, który poza jest twoja oznajmił również, że niestety już zaczęli.
Na drugim końcu pierdolonego miasta. Nie wątpił, że ich miejsce spotkania było wybrane w pełni strategicznie.
Wkraczając do wnętrza wypełnionego gwarem i muzyką budynku był pozbawiony resztek cierpliwości, które towarzyszyły mu jeszcze w samochodzie. Gniew pchnął go do przodu, chwycił za pistolet, przytknął lufę do skroni jednego z ochroniarzy w żądaniu, by wskazał mu kierunek.
- Żadnej broni, to cywilizowane przyjęcie - wycedził któryś z nich, gdy już czwórka znalazła się wokół, zawężając jego możliwości.
Nie wiedział nawet, kto oddał pierwszy strzał.
Może on - może to jego palec nacisnął na spust, przestrzelając czaszkę, przy której znajdowała się lufa. Może to wychylający się z przejścia człowiek należący do niego, za którym weszli następni, jeden po drugim przestępując framugę.
Wiedział za to, kto krzyknął po raz pierwszy.
Kobieta, która znalazła się w ogniu krzyżowym, pchana strachem w stronę wyjścia. Po niej byli następni, cały tłum mknący do drzwi wyjściowych na przekór wciąż grającej muzyce. Tłum, który odciął go od reszty jego ludzi, ale też odciął go od Włochów, z którymi prędzej czy później mieli się uporać.
Żaden z nich nie miał wyjść z tego przyjęcia żywy.
Wkraczając po schodach uniósł broń na widok nadbiegającego ochroniarza. Zamek szczeknął żałośnie, informując o pustym magazynku - Monroe wściekle cisnął kawałkiem metalu w jego głowę, skracając dzielący ich dystans.
Nie potrzebował broni. Z taką ilością adrenaliny, jakiej zapas furia pchała w jego żyły sam mógł być bronią.
Drzwi prowadzące do wskazanego przez Włocha pod groźbą pokoju okazały się zamknięte.
Frustracja pchnęła go prosto na mocną futrynę, sprawiając, że obite jeszcze przed miesiącem żebra zawyły we wściekłości, protestując przed natarciem. Jego wzrok pomknął wzdłuż korytarza, szukając pistoletu należącego do jego niedoszłej ofiary.
Zamiast tego dostrzegł strażacką skrzynkę.
A w niej - obok gaśnicy i gówien, które go nie interesowały, również siekierę.
Jego ramiona, wciąż noszące blade ślady uderzeń łomu potrzebowały nie jednego, a trzech pełnych wściekłości uderzeń by ostrze dzierżonej przez niego broni wreszcie trafiło w odpowiedni punkt, który uczynił zamknięty zamek bezużytecznym.
Spojrzenie przesunęło się po wnętrzu pomieszczenia gdy drzwi z hukiem otworzyły się pod wpływem jego kopnięcia.
Dostrzegło przygaszone światło, kolorowy dywan, szafkę, telewizor, stół, łóżko.
Ciemne włosy, które znał tak dobrze.
Tkwiącego przy niej mężczyznę.
- Co jest, kurwa, miała być odrobina prywatności - zaprotestował, odsuwając się od kobiety jak oparzony. Kobiety, na której materiale sukienki tkwiły zagniecenia, na której talii wcześniej trzymał swoją prawą dłoń.
Furia przekształciła płomień za jego mostkiem w pożogę gdy jego wzrok spotkał się ze spojrzeniem obcego człowieka, a wraz z tym wzrokiem, dotarło do niego zrozumienie.
I jak pożoga, pchnęła go do zniszczenia.
Jego dłoń złapała mężczyznę za kark, ściągając go z tkwiącej obok kobiety. Runął na stolik, w żałosnej próbie stawienia mu oporu gdy drewno zapadło się pod jego ciężarem, gdy Monroe stanął nad jego ciałem, ostrze siekiery błysnęło w powietrzu.
Najpierw odebrał mu dłoń.
Rękę, która wcześniej zaciśnięta była na talii jego Haze. Jedno uderzenie nie pozbyło się jej całkowicie, odmawiając mu satysfakcji. Głuche uderzenie siekiery zostało zagłuszone przez wrzask, który wydarł się z gardła atakowanego, którego ręka zwisała teraz pod nienaturalnym kątem. Krew trysnęła z naruszonego ciała, plamiąc resztki blatu, dywan, plamiąc nawet łóżko, koło którego tkwili - plamiąc też jego bordową koszulę i dłonie, którymi trzymał broń.
Wzmocnił swój chwyt, jego żebra paliły gdy uniósł siekierę w górę. Drugie uderzenie wystarczyło, by dłoń na zawsze oddaliło się od reszty ciała.
W trzecim jego wściekłość przekształciła się w chłodną determinację, trafiając w kolano, które zgięło się w bezowocnej próbie podniesienia na równe nogi, ucieczki, której nie miał szansy spełnić.
W czwartym krew buchająca z rany na jego brzuchu dotarła nawet do jego twarzy.
Dopiero za piątym mężczyzna przestał się poruszać, siekiera utknęła w jego zniekształconej czaszce, na zawsze zmazując obraz twarzy, którą posiadał wcześniej. Szarpnął, raz, w daremnej chęci poprawienia czegoś, co nie wymagało już poprawienia i napotykając opór zrezygnował.
Przez parę uderzeń serca jedynie tkwił nad nim, jego ciało protestowało przed następnym ruchem, klatka piersiowa unosiła się w ciężkim oddechu. Odgłosy strzelaniny ustały, wraz z nimi muzyka, pozostawiając odległe głosy jego własnych ludzi i głuchą ciszę, która zaległa w pomieszczeniu.
- Violet - wychrypiał, dopiero teraz odwracając głowę w jej stronę, lecz ciało wciąż tkwiło na swoim miejscu.

hand of blood
29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
a hero would sacrifice you for the world, a villain would sacrifice the world for you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Była otępiała. Ale najwyraźniejsze wciąż pozostawały te miejsca, których nie chciała już czuć.
Jej ramię. Jej kark. Jej skóra przy jej skroni, na której nadal osiadał cudzy oddech, chociaż nie potrafiła już powiedzieć, czy mężczyzna wciąż znajdował się tak blisko, czy jego obecność zdążyła po prostu wejść w nią dostatecznie głęboko. Palenie rozchodziło się pod materiałem sukienki; miała wrażenie, że każdy drobny ruch wcierał je dalej, w miejsca, których jeszcze przed chwilą nie zajmowało. Próbowała oddychać ostrożniej, ale przy każdym wdechu skóra napinała się na żebrach i przypominała o dłoni przy talii.
Drżenie zaczęło się gdzieś głęboko pod skórą i przechodziło przez nią drobnymi falami. Czuła je w każdej komórce, w każdym atomie, spopielonym cudzym dotykiem. Zajmowało jej ciało i jej oddech; jej własne ciało, które uziemiło ją w miejscu dla kogoś, teraz protestowało bezsensownym odruchem słabości
Huk gdzieś za nią nawet nie dotarł do jej zamykającego się na najgorsze umysłu. Myśli przychodziły za późno, otępiałe.
Próbowała jeszcze zrozumieć nieobecność dłoni, kiedy mężczyzna, do którego należała, znalazł się już gdzie indziej. Chciała odwrócić za nim głowę, lecz świat przesunął się nazbyt gwałtownie i przez moment mogła tylko patrzeć, niezdolna zatrzymać przy sobie żadnego ostrego kształtu. Wszystko działo się dalej bez niej. Z prędkością, która zostawiała ją w coraz większej odległości od tego, co widziała.
Potem rozległ się krzyk. Nie jej własny – tego była pewna; ona nie krzyczała. Nie walczyła. Należał do człowieka, który jeszcze przed chwilą mówił do niej z obrzydliwą swobodą, prosił o uśmiech, kiedy jej usta chciały układać się przeciwnie.
Przerażenie docierało do niej razem z każdym kolejnym wrzaskiem, wciskało się pod skórę, zajmowało miejsce po rzeczach, które wcześniej z niej odpadły pod wpływem dotyku.
Nie mogła przestać patrzeć.
Przy rozbitym stoliku unosiło się i opadało czyjeś ramię, a ona za każdym razem wzdrygała choć z minimalnym opóźnieniem bo jeszcze nosiła w sobie poprzedni wrzask, kiedy następny już go rozrywał. Metal łapał wątłe światło; krew znalazła się na dywanie, później przy łóżku, a ona próbowała zatrzymać spojrzenie na jakimkolwiek fragmencie pokoju, którego ta przemoc jeszcze nie dosięgła.
Cofnęła się, chociaż nie wiedziała, kiedy odzyskała nogi. Dopiero chłód przy plecach powiedział jej, że dotarła do ściany; przesunęła się wzdłuż niej, szukając miejsca jeszcze dalej, aż drugi zimny fragment dotknął ramienia i zabrakło już dokąd uciekać; trafiła w róg pomieszczenia.
Kiedy krzyk ucichł, w jej uszach nadal coś dzwoniło.
Wtedy usłyszała własne imię.
Dotarło do niej przytłumione jak zza ciężkiej zasłony, ale coś w jego brzmieniu poruszyło niewielki fragment niej niemal boleśnie. Znała ten głos. Pamiętała go w przestrzeni własnego mieszkania, pomiędzy zwyczajnymi, d o b r y m i rzeczami, które nadal potrafiła odnaleźć gdzieś pod strachem. Przez krótką chwilę niemal wiedziała, jak należało na niego odpowiedzieć; jak podnieść wzrok, żeby znaleźć po drugiej stronie człowieka, przy którym potrafiła w końcu czuć się inaczej
Spojrzała w stronę głosu. W j e g o stronę.
Na jego policzku była krew.
Była też przy ustach, na koszuli, na dłoniach, których nie potrafiła już oglądać bez przypominania sobie, jak niewiele wysiłku kosztowało go unieruchomienie jej własnych.
W jego oczach była dzikość.
Była tam, choć jeszcze kiedyś miejsce to należało do czegoś znacznie bardziej łagodnego. Teraz zajmowała przestrzeń i lśniła w delikatnym świetle przyciemnionej lampy.
Rozpoznała go b ó l e m.
Pamięć bezbłędnie odtworzyła nacisk jego palców, tych samych, które teraz widziała, choć nieostre; przywołała skręcenie, tę okropną, bolesną chwilę, w której nie wiedziała, czy zamierzał w ogóle przestać. Na skórze nadgarstków niemal poczuła plastik. Pod miękkim światłem pokoju wróciła jedna, samotna żarówka, a wraz z nią zapach, którego przez tyle tygodni próbowała pozbyć się z własnej głowy.
Vincent Monroe.
Tamte drzwi w jej umyśle zamknęły się wtedy ze zwyczajnym, normalnym, ciężkim odgłosem, który mimo to ją przerażał ilekroć pamięć chciała go podsunąć.
Teraz patrzyła na jego twarz, znów hojnie zakropioną krwią, i nie umiała oddzielić jednego pomieszczenia od drugiego. Własny strach również pozostawał ten sam. Nie wiedziała, po co tu przyszedł. Nie potrafiła odnaleźć w nim niczego, co pozwoliłoby przestać przyciskać się do ściany.
Jej spojrzenie spadło na podłogę; na zbrukane krwią panele, na zaplamiony szkarłatem, miękki, puszysty dywan. Zaczepiło się jednak na tym, co jeszcze chwilę temu było żywą istotną – człowiekiem. Teraz już tak nie wyglądało.
Ale wiedziała, że to był człowiek, który miał być z niej zadowolony; a teraz leżał nieruchomo w lepkiej, czerwonej kałuży. Jej gwarant dla bezpieczeństwa siostry leżał martwy, nie przypominając samego siebie.
Podobnie jak Luca.
Teraz też ktoś również będzie chciał zapłaty; jeszcze większej. Znów będzie złość znów będzie zagrożenie. Teraz również ktoś uzna, że nie wywiązała się z umowy, a ona nie miała już niczego więcej; i nie wiedziała nawet, jak wiele z niej pozostało, żeby móc znowu zapewnić, że zrobi wszystko.
To, tak naprawdę, nie powinno jej martwić w momencie, w którym czuła na sobie j e g o spojrzenie. Kiedy widziała zwrócony w jej stronę profil zaplamiony szkarłatem. Kiedy widziała ciemność spojrzenia, w której zamykał się horror, który i tak zdołał wypełznąć już na wierzch i pochłonąć obcego mężczyznę.
Mięsień po mięśniu w jej drżącym, odurzonym ciele, zaczynały kapitulować. Załamały się pod nią zdradziecko, opuszczając w banalnej potrzebie utrzymania jej w pionie. O podłogę uderzyło najpierw jego jej kolano, później dołączyło drugie, układając ją w żałosnej, błagalnej konfiguracji. Terror przepłynął po jej kręgosłupie i rozlał się po sieci jej nerwów, osiadając w ich końcach dygotaniem.
Nie potrafiła oderwać od niego spojrzenia; niczym to samo sarnię wpatrzone w światło nadciągającej niechybnie zguby.
— Nie krzywdź mnie, proszę. — Cicha, żałosna, rozpaczliwa prośba sama wyrwała się przed jej gardło i usta; zastąpiła tę pierwszą, odległą, której nigdy nie zdołała wypowiedzieć w całości przez bolesność krtani. Inna od tej poprzedniej – przetkana żałością, e g o i s t y c z na – bo nie dotycząca jej siostry, a jej samej.
a devil in the midnight mass, ressurected from the past
tamagotchi
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
i can't be your hero so i'll play the villain
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Cisza zalegająca w pomieszczeniu dzwoniła mu w uszach.
Z początku nie było nic innego - jedynie ten nieznośny, abstrakcyjny dźwięk przedzielony impetem uderzeń własnego serca. Jego klatka piersiowa unosząca się w górę i w dół, ból pod żebrami przy każdym wydechu, ciało pchnięte do przodu adrenaliną teraz owładnięte reperkusjami ruchów, na które nie było gotowe.
I smród krwi, stygnącej na jego dłoniach, szyi, policzku. Cudzej krwi zbyt świeżej, by jej smród wypełnił wnętrze tego obiektywnie patrząc przyjemnego pomieszczenia.
Puchowy dywan, miękkie łóżko, elegancki stolik - teraz tkwiący w strzępach.
A pośród tego wszystkiego o n a.
Wydawało mu się, że widział ją już w każdym wydaniu. Widział jej zaczepną osobowość i wyjątkowo dobry humor, z którym przygotowywała mu obiad. Widział jej dystans i napięcie, z którymi mięła rękaw swojego ubrania i szukała innego punktu zaczepienia wokół siebie. Smutek i traumę, które potrafiły zostawić mokre ślady łez na jej policzku.
Widział też, jak się wycofywała. Jak z jej ciała zostawała pusta skorupa gdy umysł poszukiwał ucieczki dla własnego przetrwania, gdy pozwalała innym decydować o tym, co stanie się następne.
Ale nigdy nie widział t e g o.
Jego serce, wcześniej pędzące zbyt szybko, zbyt gwałtownie, na jedno uderzenie zamarło na widok jej pleców zderzających się ze ścianą. Czystego przerażenia przeobrażającego jej mimikę w coś, na co nie znalazłby żadnego, pieszczotliwego określenia. Zdezorientowania, z jakim usiłowała pojąć to, co wydarzyło się przed chwilą i drżenia, które chwycił jej ciało w spazmy gdy dostrzegła przed sobą nowe zagrożenie.
Zagrożenie, którym był on.
Nie było powodu, dla którego miałby temu zaprzeczać. Pokazał jej już tę stronę, w której istnienie nie wierzyła, bądź też nigdy się z nią nie spotkała. Pokazał jej to, na co zasługiwała, wbijając nóż w jego plecy, sprzedając go w prostym układzie, sprowadzając wszystko to, co wydarzyło się między nimi do fałszu i podstępnej wymiany.
Ale coś w tym miejscu, które wydawało mu się, że wypalił do gołej ziemi zadrżało w impecie jej kolana uderzającego o ziemię. To coś, co tkwiło u źródła furii, z którą zdjął z niej obcego mężczyznę, z którą pozbawił go dłoni, którą ten ośmielił się na niej położyć.
Już zaczęli. Chcieli czegoś, czego nie mogła im dać. Powoli, idąc za głową, jego ciało zwróciło się w jej stronę. Było odrętwiałe od złości i szoku, ale też od świadomości tego, że może gdyby zapytał, powiedziałaby mu.
Może gdyby słuchał, zdałby sobie sprawę z tego, jak daleko jest skłonna się posunąć by uratować jedyną osobą, na której w całym jej życiu tak jej zależało.
- Nie skrzywdzę cię - odpowiedział cicho, jej zbolałe słowa rezonowały w jego umyśle, odbijały się od czaszki, wracając do niego ze zdwojoną siłą.
Nie zważając na własną krew, na jej strach, przekroczył dzielącą ich odległość paru kroków. Pochylił się, chcąc kucnąć, nie chcąc, by przed nim klęczała, ale i jego kolano ugięło się, uderzając o podłogę tuż obok niej.
- Nie wiedziałem. - nie miało to żadnego znaczenia. Nie wiedział, czy sprzeciw, który czuł teraz, tak głęboki i przejmujący byłby w stanie przebić się przez jego ból wtedy, w loży. Nie mógł mieć pewności, czy gdyby mu powiedziała, i tak zdołałby wykrzesać z siebie wystarczająco inicjatywy, by zatrzymać ją od razu, wtedy - czy nie skończyłoby się w ten sam sposób, w jego próbie załatwienia tego tak, by jego wkład w jej uwolnienie pozostał odcięty grubą kreską od niej samej.
Innego rodzaju złość zakradła się do jego głowy gdy spoglądał na jej przerażone, nieprzytomne spojrzenie, rozrzucone włosy, które wcześniej mogły być ułożone. Ciało drżące w nieustannych spazmach, które nie miały końca i jeden z powodów, przez które znalazła się w tym stanie tkwiący w sednie jego własnej osoby.
- Jesteś bezpieczna, Violet. - łagodność, którą usiłował z siebie wyplenić, powróciła z zaskakującą łatwością - nawet, jeśli powróciła zbyt późno. Teraz, gdy nie przemawiał nawet do pustej skorupy, gdy jej umysł nie znalazł poza nią ucieczki i pozostał uwięziony w okowach ciała, nad którym nie miała kontroli. - Twoja siostra też jest bezpieczna.
Fragment umowy, którą zawarł - fragment umowy, którą zerwał.
Jej siostra była wykupiona, bezpieczna w rękach jego własnych ludzi - Haze jednak nie wypełniła swojego zadania. Haze miała zapłacić, dlatego podano mu jej adres zbyt późno, dlatego zagrodzono mu drogę gdy pragnął się do niej dostać. Miała być jego, zgodnie z umową, ale dopiero wtedy, gdy otrzyma nauczkę.
Pierdoleni Włosi.
Westchnął, jego drugie kolano spoczęło na ziemi obok pierwszego, sprowadzając go do tego samego poziomu, na którym tkwiła. Jego spojrzenie przemknęło po kobiecej sylwetce, usiłując dojrzeć wyrządzone jej obrażenia. Wydawała się nieprzytomna, ale nie mógł wiedzieć, ile z tego miało swoje źródło w tym, co przed chwilą się wydarzyło - musiał zobaczyć jej powieki.
- Spójrz na mnie - wyrzucił, odruchowo, nienawykły do próśb, przyzwyczajony do poleceń. - Czy jesteś cała?
Cała było pojęcie bardzo względnym, ale w tej chwili musiał wiedzieć, czy była zdolna podnieść się i wyjść z tego miejsca.

i won't forgive, but i'll start a war
29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
a hero would sacrifice you for the world, a villain would sacrifice the world for you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Niewielka jej część uwierzyła mu od razu.
Ten jeden, żałosny, uparty fragment, którego nie powinno już być; ten sam, który jeszcze w magazynie próbował odnaleźć jej wersję Vincenta Monroe pod krwią i wściekłością, a później szukał go przy stoliku w loży, pomimo wszystkiego, co usłyszała. Rozpoznał jego głos, zanim zdążyła zrozumieć słowa. Poruszył się pod strachem niemal żałośnie, z tym samym niedorzecznym zaufaniem. Ten jeden, zmęczony element, który przez cały czas walczył ze wszystkim chciał pomknąć w kierunku głosu. Przez ułamek sprawił, że chciała wychylić się ku mężczyźnie naprzeciwko
Ale pamięć miała większą siłę. I tamta drobna część potknęła się o nią, ledwie spróbowała ruszyć; potknęła się o nacisk palców na nadgarstku, ramię wykręcone tak mocno, że do dzisiaj potrafiła odnaleźć w nim widmo bólu. O spojrzenie, pod którym nie była już nikim, kogo należało traktować łagodnie. O jego głos, niby wciąż znajomy wkręcał kolejne ostrze ze słów pomiędzy jej żebra
Kiedy ruszył, przycisnęła się mocniej do ściany; jej chłód wszedł pod materiał sukienki, a ona nadal próbowała cofnąć się głębiej, zapaść w beton za sobą. Nie potrafiła przestać patrzeć na jego dłonie. Nie bez tak żywego na jej własnej skórze śladu po nich. Palców zaciśniętych na policzku, na nadgarstku, na jej skórze.
Jesteś bezpieczna
To przy tych słowach coś ścisnęło ją tak głęboko, że oczy zaszły wilgocią niemal od razu. To one wytargały bezlitośnie wspomnienie, rozdzierająco żywe – kanapę w jej własnym mieszkaniu i jego twarz, która wtedy również zdążyła ją przestraszyć; a później jego głos złagodniał, który złagodniał. Wspomnienie pokazało też te same palce przesuwały się po mokrych policzkach ostrożnie z cierpliwością, z d e l i k a t n o ś c i ą, a ona pod tym wszystkim przestawała wyczekiwać bólu. Było jedynie ciepło, które nie przechodziło w pieczenie. Był jedynie dotyk, po którym nie musiała odwracać głowy i czekać, aż uda jej się znowu spojrzeć na człowieka siedzącego obok.
Wtedy powiedział jej również, że nic jej nie zrobi a ona mu uwierzyła. Pozwoliła, żeby bezpieczeństwo nabierało j e g o kształtu, znajomej faktury skóry na dłoniach, tego konkretnego zapachu. Zaczęła utożsamiać je z rzeczami, które należały do n i e g o – nawet w sposobie, w jaki wypowiadał jej imię.
A później te same elementy dokonały dekonstrukcji definicji, którą ledwo zdołała odbudować. Te same dłonie były źródłem bólu, całkowicie pozbawione delikatności; ten sam głos mówił do niej przy metalowym słupie, kiedy ona stała związana, niezdolna nawet odsunąć twarzy, kiedy znalazł się zbyt blisko. Ten sam kształt, który był uosobieniem bezpieczeństwa wywoływał nagle strach przed następnym ruchem. Ta sama sylwetka odeszła i zostawiła ją w prześmierdłej śmiercią hali.
I chociaż wiedziała, że to była wyłącznie jej wina – sumienie nie pozwalało jej o tym zapomnieć; jak nie pozwalało zapomnieć swojej wyłącznej winy we wcześniejszej krzywdzie, to jednak teraz siedziało ono cicho. Przytłoczone tym samym, co tej jeden uparty fragment.
Pierwsza łza przetoczyła się po jej policzku, nieznośnie podobna do tamtych, które kiedyś ścierały dłonie zbrukane teraz krwią.
Kłamstwa.
Jego łagodność również miała już swoje miejsce w tej historii; ale nie potrafiła usłyszeć jej osobno, bez wszystkiego, co wydarzyło się później. Wystarczało podnieść wzrok, żeby odnaleźć twarz, której tak długo próbowała bronić przed własną pamięcią. Wystarczało spojrzeć niżej, żeby zobaczyć ręce, przed którymi pamięć kazała jej się cofać.
Jego dalsze słowa docierały do niej, choć nie posiadały w sobie sensu; wiedział, że mówił do niej, że wybrzmiewały kolejne sylaby, absurdalnie łagodne, pozbawione chłodu czy obojętności, które pozostawały najświeższymi w jej pamięci.
Dało się akceptować potwora, kiedy nie zwracał się przeciwko jej. Czym innym było odczuć jego gniew, nawet w pełni zasłużony, na sobie. Błędem było zakładać, że potwór nigdy nie zwróci się przeciwko niej; jeszcze większym błędem było podanie mu powodu, aby to zrobił.
Łza za łzą, płynęły po jej twarzy potokiem i nie potrafiła tego zatrzymać. Nie chciała płakać; nie powinna płakać; płacz nigdy niczego nie zmieniał. I płaczem tego by nie nazwała. Wezbrało w niej tak wiele odczuć, że teraz poszukiwały ujścia.
— Nie krzywdź mnie — poprosiła znów, jeszcze słabiej; z głową zwieszoną jeszcze niżej; z ramionami drżącymi niekontrolowanie. — Ja — gardło ścisnęło jej się boleśnie od żalu i czegoś jeszcze, co nie chciało pozwolić sednu wyrwać się na wierzch. Uległości, która miała ją trzymać bezpieczną i która rozpychała się w walce o kontrolę nad Haze. — tego nie chciałam.
Silent knight at the edge of your knife
tamagotchi
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
i can't be your hero so i'll play the villain
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przez cały ten miesiąc trzymał się kurczowo jego wersji Violet Haze, czepiając się każdego słowa, każdego zawahania, każdego spojrzenia odwróconego wtedy, gdy zasługiwał na bezpośredniość. Czepiał się nawet każdego szyderstwa, które usłyszał wewnątrz tamtego pomieszczenia, smutnego kundla, niedoszłego romantyka, wszystkich przymiotów, w które również zaczynał wierzyć.
Tak było łatwiej.
Dużo łatwiej było uciekać od kobiety, która wybrała prosty układ bez zakładania, co miałaby do stracenia gdyby odmówiła. Dużo łatwiej było wypalać własną, łagodną wersję siebie gdy ta łagodna wersja była przyczyną wbitego w jego plecy noża. Łatwiej było spróbować przejść z tym do normalności zakładając, że nic z czasu, który spędzili, nie było prawdziwe - a Haze jedynie przychodziła wtedy, gdy jej kazano, cofając się zaś zawsze, gdy instynkt brał górę nad wydanymi jej rozkazami.
Żal wydawał się wtedy odrobinę mniejszy. Wściekłość przychodziła szybciej, a wściekłość, jak ogień, którym była, wypalała wszelkie wątpliwości pozostałe w jego umyśle.
Jak nożyczki wbite pod kolano Scalviniego, rzucone w jego kierunku. Jak otwarte drzwi, które mogła przekroczyć, a zamiast tego została w środku, upierając się w chęci pozostania przy nim do czasu otrzymania pomocy.
Wątpliwości były najgorsze. Trzymały go w miejscu, w przeszłości, przy Violet Haze, która nigdy nie istniała.
A jednak tkwiła teraz tuż przed nim.
Daleka od profesjonalistki, krucha, przerażona istota doprowadzona do stanu, w którym opcja, która nie wchodziła wcześniej w grę została przez nią rozważona. Opcja, której nie powinna w ogóle do siebie dopuszczać biorąc pod uwagę wszystko to, co mu opowiedziała - a choć wiele z ich relacji było oparte na fałszu, wiedział, że nie okłamała go ani razu.
On zwyczajnie nie dostrzegał tego, co było przed nim.
Od początku do samego końca, skupiony na własnej części ich nieszczęśliwego układu pozostawał ślepy na to, co działo się po jej stronie. Jeden degenerat za jej szczęście, normalność - teza, która do teraz wzbudzała w nim wściekłość.
Ale taką samą wściekłość wzbudzał w nim fakt, że była skłonna poświęcić nie tylko jego, ale również siebie.
Było to dla niego niezrozumiałe. Niemożliwe do przyswojenia z uwagi na to, jak się wychował, w jaki sposób dobierał sobie ludzi na przestrzeni swojego życia. Zrobiłby wiele dla otaczających go przyjaciół lub bliskich, ale za żadnego z nich nie poświęciłby własnego życia.
Może zwyczajnie przez to, że nie miał rodziny, która mogłaby go tej części ludzkiego obycia nauczyć.
- Przepraszam. - ciche słowa wybrzmiały jedynie w przestrzeni pomiędzy nimi, gdzieś przy ziemi, na dole, gdzie tkwili w kontraście do poruszenia jedno piętro niżej. Słyszał je, krzyki ludzi sprawdzających kolejne pomieszczenia, odległe kroki rozlegające się w korytarzu.
Spoglądanie na nią w tym stanie wykręcało go od środka, choć przecież własnoręcznie sięgał po krzywdę, by czegoś ją nauczyć.
Tyle, że w jego krzywdzie nie było żadnej nauczki. Była desperacka próba odzyskania kontroli, którą mu odebrała w sytuacji, w której nie chciała uciekać, nie chciała go słuchać. To ona zapędziła go przed oblicze kata by później nie pozwolić mu cierpieć w samotności, której pragnął - więc po nią sięgnął, tymi sposobami, do których jego ciało było nawykłe.
Czasem podejrzewał, że nie było zdolne do niczego innego.
- Nigdy więcej nie zobaczysz mnie na oczy. - obietnica spłynęła z jego ust sama, w próbie przywrócenia kobiety do stanu świadomości, w którym mogłaby podnieść głowę, przestać się trząść. Jego dłoń sięgnęła w jej kierunku, powoli, ostrożnie, lecz i tak zatrzymała się na widok szkarłatu, który przykrywał jego palce.
Dotyk był ostatnim, czego w tej chwili mogła od niego chcieć.
- Ale musimy stąd wyjść, Violet. - Krótkie polecenie wybrzmiało nieco głośniej, ostrzegawczo. Jego ręka sięgnęła dalej, musnęła kobiece ramię licząc na to, że dotyk ją otrzeźwi, pobudzi jej zmysły i podniesie w nich alarm wystarczający, by jego słowa przedarły się na drugą stronę. - Włochów już nie ma. Ale wrócą.
Granica między nauczką a bezsensownym cierpieniem była indywidualna, trudna do zmierzenia. Nigdy nie potrafił jej dostrzec, zawsze wychodził zbyt daleko, posuwał się do rzeczy, które były niepotrzebne, nie przynosiły efektów.
Pozostawienie jej na godzinę przywiązanej do metalowego słupa wydawało się nauczką.
To, co zrobiła później, już nie.

these violent delights
29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
a hero would sacrifice you for the world, a villain would sacrifice the world for you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przepraszam.
Zawiesiła się na tym słowie. Dotarło do niej rozmyte, pozbawione znajomego kształtu; przez chwilę nie potrafiła nawet przypisać go do ust, które się poruszyły. Patrzyła na nie, na ślady krwi przy skórze, i próbowała odnaleźć w usłyszanych sylabach coś, co pasowałoby do człowieka klęczącego naprzeciwko.
Nie pasowało.
Ani do niego, ani do niej, ani do tego, co wydarzyło się pomiędzy nimi. Przecież to ona powinna przepraszać; to ona miała za co. Pamiętała go przywiązanego do słupa, pamiętała własną obecność po drugiej stronie pomieszczenia i wszystkie rzeczy, których nie zdołała zatrzymać. Nawet jeżeli próbowała; nawet jeżeli chciała inaczej, choć jej chcenie ostatecznie nie miało przecież żadnego znaczenia.
Przecież nie miał jej za co przepraszać. Na wszystko z a s ł u ż y ł a.
I ta jej myśl próbowała jeszcze utrzymać się w całości, ale rozpadała się, zanim zdążyła do niej dotrzeć i faktycznie nabrać więcej znaczeia. Zostawały w niej jedynie pojedyncze słowa, coraz trudniejsze do połączenia; jakiś sens, którego niemal dosięgała, po czym zapominała, od czego właściwie zaczęła.
Twarz Monroe również traciła ostrość; wątłe światło osiadało na jego policzku szeroką, niewyraźną plamą, a ona nie potrafiła już odnaleźć miejsca, w którym kończyła się skóra, a zaczynał cień.
A jej własne ciało robiło się coraz cięższe, coraz bardziej odległe; choć nie w sposób, który ledwie chwilę temu odrywał ją od samej siebie. Inny, ciężki, tępy, niezwiązany z niczym, co działo się wokół.
Nigdy więcej nie zobaczysz mnie na oczy.
Te słowa znalazły drogę przez jej otępiały umysł. Przedarły się przez wszystko i trafiły dokładnie w ten jeden, uparty fragment, który przed chwilą próbował jeszcze wychylić się ku niemu. Zastały go słabym, przygniecionym pamięcią, zbyt małym, żeby mógł cokolwiek zmienić, a mimo to poderwał się z siłą, której nie powinien mieć.
W jej środku coś zaprotestowało gwałtownie, i to tak że jej całe ciało zacisnęło się mocniej. Palce wbiły się w materiał sukienki; twarz skrzywiła się pod naporem kolejnej fali łez. Nie potrafiła nabrać powietrza odpowiednio, naturalnie głęboko, bo coś brutalnie zaczęło rozpychać się pod jej żebrami.
A to była przecież dobra obietnica. Była l i t o ś c i w a.
Rozumiała to ta większa część, rozrośnięta na krzywdzie, ciężka od dowodów, których nie dało się już od niej oderwać. Powinna więc poczuć ulgę, ale tamten niewielki element wszczął w niej bunt większy niż on sam. Nie chciał znów słuchać; nie chciał przyjąć ani jednego dowodu. Uparcie przypominał jej cudze knykcie pod własnym kciukiem, głos przy stole, ten jeden rodzaj uwagi, pod którym potrafiła przez chwilę poczuć się kimś więcej – c z ł o w i e k i e m. Nie ciałem, które można było wziąć. Osobą. Żywą, z marzeniami, z obawami, z nudnym hobby.
Wyciągał to wszystko, czego tak rozpaczliwie próbował bronić również wcześniej, i stawiał naprzeciwko pamięci.
Palce wykręcające jej rękę, to były te same palce ścierające łzy.
Głos każący jej odejść, to był ten sam, który ją uspokajał.
Nigdy więcej, strasznie długo. Ten mały, żałosny wojownik, zlepiony ze wspomnień, które dawno powinny się zatrzeć pod innymi, nie zamierzał się na to zgodzić. Nie chciał, żeby jej wersja Vincenta Monroe zniknęła razem z nim.
Jego dalsze słowa docierały do niej z coraz większej odległości.
Wiedziała, że mówił, że głos nadal był jego, że czegoś oczekiwał, choć w sposób znacznie inny niż w magazynie. Litery powoli w jej głowie składały się w sylaby. Sylaby w słowa – wyjść. Musieli stąd wyjść. Słowa były, ich sens gdzieś daleko.
Nawet dotyk nie wywołał już żadnej reakcji. Nie wzdrygnęła się, nie napięła, nie odsunęła – nic.
Spróbowała zatrzymać przy sobie polecenie, które wydawał – nie chciała się sprzeciwiać wyuczonym zwyczajem, ale jej własny ciężar zaczął osuwać pod nią samą. Jej dłonie dotknęły wolego kawałka podłogi przed nią szukając oparcia dla rozsypującego się ciała. Ale były zbyt słabe. Łokcie ugięły się pod nią zdradziecko; dygocząc pod ciężarem, z którym nagle nie sposób było walczyć. Jej sylwetka załamała się więc jeszcze niżej. Włosy osunęły się przy twarzy, przykleiły do mokrych policzków. Powieki opadały coraz ciężej, a kiedy udawało jej się je unieść, spojrzenie nie odnajdywało już żadnego wyraźnego kształtu. Oddychała coraz płycej, coraz bardziej rozedrgana, a jej klatka piersiowa unosiła się niewiele, jak gdyby nawet na kolejny wdech zaczynało brakować jej siły.
Jej łokcie poddały się w końcu, załamując całkowicie, a ona skuliła się nad własnymi kolanami, niezdolna już utrzymywać nawet ciężaru własnej głowy. Wszystko się rozjeżdżało, każdy kolejny zmysł; jeden po drugim, kolejno.
Whisper, whisper don't make a sound, Your bed is made, it's in the ground
tamagotchi
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
i can't be your hero so i'll play the villain
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie było już miejsca na nic.
Ani na kolejne słowa, którymi mógłby spróbować przekazać coś, co naprawiłoby tę sytuację, co podjęłoby żałosną próbę naprawienia tej krzywdy, która już została wyrządzona. Ani na przestrzeń, której prawdopodobnie potrzebowała - przestrzeń bez niego, który również kojarzył jej się z bólem i złością, z szyderstwem i odmową, z których żadne nie było dla niej żadną pomocą.
Nie było nawet miejsca na prośbę, by wstała. By chwyciła się jej ręki, spróbowała się podnieść, wyjść z tego pomieszczenia o własnych siłach, nie musieć znosić jego bliskości, która ostatnim razem wiązała się z wrzynającym się w ich dłonie plastikiem.
Ani tym bardziej na jej zgodę.
Haze rozpadła się na jego oczach, kawałek po kawałku, mknąc w kierunku podłogi by móc się na niej roztrzaskać.
Jego ciało zareagowało instynktownie, dłoń jeszcze chwilę temu tkwiąca przy jej ramieniu teraz obróciła się, przechwyciła upadającą sylwetkę nie chcąc pozwolić, by całkowicie wylądowała na ziemi. Zacisnął palce na znajomej, gładkiej skórze, na obcej fakturze sukienki, przytrzymując ją bliżej, przytrzymując ją przy sobie.
Sięgnął do jej podbródka, unosząc twarz ku górze by móc na nią spojrzeć, dostrzegając wyłącznie nienaturalny kształt jej źrenic i mieszankę rozpaczy z niezrozumieniem, wykrzywiającą jej mimikę w obcym geście.
A to również wzbudziło w nim złość.
Zapragnęło brutalności, która płynęła w jego żyłach w zastępstwie za matczyną miłość. Pragnął wyjść na zewnątrz, własnoręcznie sprawdzić, czy któryś z Włochów w tym budynku pozostał przy życiu. Wyszarpnąć siekierę z czaszki tkwiącego obok denata i znaleźć dla niej inne cele, następne uderzenia, aż ich impet roztrzaskałby jej rękojeść.
Pragnął bardzo wielu rzeczy.
Zamiast tego wsunął dłoń pod jej talię i, ignorując sprzeciw drzemiący gdzieś między jego niedawno złamanymi żebrami, ignorując krew brudzącą jej sukienkę, podniósł ją w górę.
Była zbyt lekka, zbyt krucha. Nie podobało mu się to, że ignorowała to, co z nią robił, jednocześnie nie przestając się trząść. Niemal w zamian za brak sprzeciwu z jej strony ten sam urósł gdzieś pod jego mostkiem, kompletnie niespodziewany.
W ciszy wyszedł na korytarz, wymijając informujących go o przebiegu operacji ludzi. W tej samej ciszy zniósł ciężar spojrzenia zbroczonego krwią Avisa, w którego dłoniach wciąż tkwiła strzelba pomimo tego, że w budynku nie pozostał nikt, ku komu mógłby ją skierować.
Ciągnęła się za nim do samochodu, w którym ułożył ją na tylnym siedzeniu i sam zasiadł obok, nie chcąc być zbyt daleko gdyby jej drżenie i łkanie przekształciło się w coś bardziej niebezpiecznego. Wypełniała jego metalowe wnętrze gdy miasto przesuwało się za szybą, a jego dłoń bezwiednie gładziła długie, ciemne włosy rozsypane po skórzanej tapicerce.
Nie wiedział, co mogłoby jej pomóc. W pierwszym odruchu, gdy przekroczył dwójkę wystawionych przed drzwiami do apartamentu mężczyzn pragnął poprosić ich, by przyprowadzili jej siostrę. W drugim zaś spojrzał na jej stan, na sukienkę ubrudzoną od cudzej krwi, twarz pełną łez i rozpaczy, której żadne dziecko raczej nie powinno oglądać.
Zrezygnował ze swojej koncepcji.
Zamiast tego wsunął się do spowitego ciemnością mieszkania, wciąż trzymając ją w swoich ramionach. Toronto mieniło się tysiącem barw oglądane z góry przez szyby ciągnące się od sufitu aż po podłogę we wnętrzu jego sypialni. Odległy błysk samochodów, reklam wyświetlanych na budynkach, światła ulicznych lamp rzucały miękkie cienie na jej twarzy gdy ostrożnie układał ją na własnym łóżku, opatulając kołdrą i kocem.
Przynajmniej na razie. Przynajmniej póki nie była w stanie zawalczyć o chęć powrócenia do domu bądź zobaczenia się z siostrą, a on nie miał jeszcze opracowanego planu co konkretnie powinien zrobić dalej.
Desperacko takiego planu potrzebował, biorąc pod uwagę to, co wydarzyło się tej nocy - oraz krew, którą znów musiał zmyć z własnych dłoni.
Doprowadził się do porządku w interwałach, upewniając, że Haze wciąż śpi, oddycha miarowo, że gówno, które jej podali nie wyrządziło większych szkód niż te, które widział gołym okiem. W międzyczasie wysłał wiadomości, dzięki którym torba z jej rzeczami zawitała na wycieraczce jego mieszkania i zabrał ją do środka, w oczekiwaniu na rano.
W oczekiwaniu, do którego dołączył, opadając na kanapę z wzrokiem utkwionym w szerokich, otwartych drzwiach sypialni i wypukłości przykrytej kołdrą sylwetki, która wciąż unosiła się i opadała w miarę zaczerpywanych oddechów.

have violent ends
29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
a hero would sacrifice you for the world, a villain would sacrifice the world for you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Najpierw poczuła miękkość.
Miała ją przy policzku, otulała ją również przy ramionach, ciepła i przyjemnie ciężka, osiadająca w zagłębieniach ciała. Zacisnęła dłoń na materiale, który czuła pod palcami. Przesunął się pomiędzy opuszkami gładko, niemal nieodczuwalnie, a ona przytrzymała go przy sobie, jak gdyby to niewielkie doznanie nie było wcale tak drobne, a znaczącym uziemieniem jej w miejscu.
W ustach miała gorzko.
Smak trzymał się języka, podniebienia przy każdej próbie przełknięcia śliny, której wydawało się zbyt mało. Nie potrafiła tego smaku zidentyfikować, nie dopatrywała się w nim ani trucizny, ani też niczego co znała.
Potem zaczęła słyszeć.
Daleki szum samochodów, krótki klakson pomiędzy tym. Miasto które przesuwało się zwyczajnie, jak każdego dnia za oknami, wytłumione przez ściany i okna.
Pościel pachniała świeżością, ale pod nią było coś jeszcze.
Coś znajomego, co zatrzymało przy sobie jej kolejny oddech i sprawiło, że następny zaczerpnęła mocniej. Przesunęła policzek po miękkim materiale pod głową, wtuliła twarz mocniej, bezwiednie szukając miejsca, w którym zapach był wyraźniejszy.
Dopiero później otworzyła oczy.
Początkowo niewiele się zmieniło; Cień; potem te cień zyskiwał krawędzie, a krawędzie układały się w przedmioty. Przez wysokie szyby wpadało blade światło, które pozwalało by dostrzegła obcy układ mebli, przestrzeń, której nie potrafiła dopasować do żadnego znajomego kąta.
Serce ścisnęło się pod płucami, gdy przyszła świadomość miejsca. A raczej brak jego świadomości; jedynie wiedza, że to nie była jej sypialnia.
Jej mieszkanie inaczej wyglądało; inaczej brzmiało; ciszę zwykle rozdzierały wrzaski sąsiadów, muzykowanie niespełnionego skrzypka o różnych porach albo ujadanie tego nieszczęsnego białego szczura, którego Monroe odmawiał uznać za psa.
Jej pościel nie była tak miękka i przede wszystkim nie pachniała n i m.
Odsunęła twarz od poduszki. Nazbyt gwałtownie; ćmienie w głowie na moment rozmazało jej obraz i zakryło ciemnymi plamami, więc opadła na nią w bezsilności, próbując poskładać wszystkie fragmenty w całość.
Pamiętała cudze palce na własnej skórze, cudzy, ciężki oddech osiadający za blisko jej twarzy. Ten rodzaj dotyku pozostawał gdzieś głębiej, jakby przez noc zdążył wsiąknąć, we wszystkie jej warstwy.
Trzewia wykręciły się w niej boleśnie i zasupłały w rozpaczliwej reakcji na wspomnienie.
Za tamtym wspomnieniem pozostawała jeszcze znajoma sylwetka. Nieczytelna, pozbawiona wyraźnych krawędzi. Próbowała skupić się na twarzy, ale wymykała się jej; zostawał zapach, ten sam, który teraz czuła przy policzku. I w odmętach niewyraźnej, wystrzępionej pamięci znalazła głos; ten który rozpoznałaby bezbłędnie. Ten który składał się w różne słowa – skrajnie kojące, skrajnie bolesne. W kwestii poprzedniego wieczora – nieczytelne dla pamięci.
Poza jednymi.
Nigdy więcej nie zobaczysz mnie na oczy.
Nie powinna była ich pamiętać; zdecydowanie nie przy tej pustce, w której zniknęło wszystko, co wydarzyło się później; co działo się wcześniej; co działo się w ogóle.
Odrzuciła kołdrę razem z kocem, zanim cokolwiek w jej głowie zdołało się ułożyć i zespoić z teraźniejszością. Dopiero kiedy opuściła nogi na podłogę, spojrzała na siebie, na sukienkę, którą miała na sobie. Choć sama nigdy w życiu nie odważyłaby się w ogóle porównać tych kilku skrawków materiału spiętych cienkimi sznurkami do sukienki.
Wstała pospiesznie, jej nogi i jej całe słabe ciało podniosły protest. Ciężar, którego nie czuła pod kołdrą osiadł w nogach i pociągnął ją w dół. Zachwiała się, zatoczyła się, w beznadziejnej walce o zachowanie równowagi i zatrzymała się na framudze drzwi. Zacisnęła na niej desperacko palce, uderzyła barkiem o twardy brzeg i została tak, wsparta całym ciężarem, rozpaczliwie walcząc o zachowanie pionu. Próbowała przełknąć narastające mdłości, odnaleźć dostatecznie głęboki oddech; kolana drżały żałośnie pod nią, kiedy czekała, aż pokój znów przestanie się poruszać.
Obraz przestał wirować po długiej chwili, a jej spojrzenie złapało się jednego z nieruchomych elementów przed nią. Znalazł mebel, znalazł kanapę, znalazła sylwetkę na niej. Sylwetkę powiązała z zapachem, który znała; z głosem który słyszała we wspomnieniu zeszłego wieczoru. Z osobą, która uparcie nie chciała kiedyś uznać zabiedzonego maltańczyka psem.
C z y s t e, zblazowane lico, które połączyła z imieniem.
— Vincent. — W jednym imieniu, w dwóch sylabach, zderzyły się dwa przeciwne sobie fronty; zmieszały się ze sobą, przez co spłynęły wypowiedziane jako ulga przepleciona z żałością.
how can a monstrosity and salvation have one face
tamagotchi
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
i can't be your hero so i'll play the villain
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Cisza, która zapadła w mieszkaniu tworzyła bardzo odpowiednie warunki do zebrania myśli i stworzenia czegoś, co można było nazwać planem.
Tyle, że nieszczególnie miał ochotę to robić.
Z początku zniknął w łazience, zmywając krew ze swoich rąk, twarzy, zgarniając pojedyncze ślady pozostawione na jego szyi. Wyrzucił nasączoną nim koszulę do kosza na pranie, który zdecydowanie na tego typu zabrudzenia nie był przygotowany - choć jego może powinien. Wsunął na jej miejsce czarny podkoszulek w płonnej nadziei, że doprowadzenie się do porządku było równoznaczne z osiągnięciem jakiejś klarowności myślenia.
Nie było.
Gdy zajął miejsce na kanapie, jego wzrok z uporem wpatrywał się w półmrok panujący w sypialni, dostrzegając w niej spoczywającą na łóżku wypukłość jej sylwetki przykrytej grubą, podwójną warstwą ciepła. W zasadzie nie wiedział, dlaczego w ogóle zabrał ją tutaj. Wiedział, że preferowałaby obudzenie się we własnym łóżku zamiast tego, które należało do niego - powrót do jej mieszkania był ryzykowny, ale nie było to ryzyko, któremu nie podołałby oddział uzbrojonych ludzi.
Ale jej mieszkanie teraz budziło złe skojarzenia w nim.
Zastanawiał się kiedy zniknął ślad jego krwi, pozostawiony na framudze. Czym go starła, gdy już wróciła do domu, do swojej normalności. Czy zrobiła to od razu, czy też potrzebowała paru dni by zorientować się, że w ogóle dalej tam był.
Wróci do swojego mieszkania gdy wydobrzeje. Do jej czystej framugi, do zamkniętego pokoju należącego do jej siostry, do metrażu w sam raz wymierzonego dla dwójki osób o ich stopniu zażyłości.
Zbyt małego by mieszkanie mogło pomieścić również jego.
Telefon w jego dłoni wibrował z taką intensywnością, że bardzo szybko pozbawił go nawet tej możliwości sygnalizowania nowej wiadomości. Avis wykazywał się wystarczającym zrozumieniem, by do niego nie dzwonić - co odbijało się na bezczelności tego, co przekazywał mu w tekście. Niespełna godzinę czytał jego rozważania gdy zastanawiał się, jak możliwym było wkurwienie dwóch Włoskich diaspor w Toronto jednocześnie.
Były to rozważania, oczywiście, czysto retoryczne.
Odpowiedź na nie tkwiła w jego sypialni, leżąc na jego poduszce w jego łóżku i oddychając miarowo. Na szczęście.
Wsłuchiwał się w tempo tego oddechu. Zamiast skupiać na tym, co powinien zrobić jako następne, jego umysł wertował cały poprzedni miesiąc, czyniąc spoczywanie na kanapie niewygodnym. Gdy skończył odnajdywać bolesne fragmenty w przeciągu ostatnich trzydziestu dni, sięgnął jeszcze dalej, jeszcze w tył, aż do jednego wieczora w Rapture i zamkniętej loży w zupełnie nowej, osobistej formie tortury.
Gdy do mieszkania wkradły się pierwsze, blade promienie świtu do skostnienia jego nieruchomego ciała dołączyło się całkowite odrętwienie umysłu.
Jego apartament tkwił w całkowitym zaprzeczeniu do mieszkania, które posiadała. Był duży, otwarty, wielkie okna wzmacniały wrażenie przestronności, rozpościerający się z nich widok na miasto jedynie podkreślał obiektywną wartość nieruchomości. Położony wysoko, tkwił gdzieś nad sercem Toronto - tak, by można było je obserwować, jednocześnie nie musząc w tym uczestniczyć.
Lubił to mieszkanie.
Gdy poranek wreszcie do niego zawitał, przyglądał mu się z większą niż wcześniej dokładnością. Patrzył na zawieszone na ścianach obrazy, które ktoś mu wybrał, na proste ozdoby, które otrzymał w ramach kosztownych prezentów. Żadnych rodzinnych zdjęć, które wisiałyby na ścianie bądź tkwiły na regale. Żadnych pamiątek, które trzymałby blisko serca.
Tylko trzy opakowania plastrów, otwarte, z upchniętymi niedbale do środka tymi wszystkimi ich rodzajami, które były przez Haze niechciane.
Jakże pasowały mu za towarzystwo.
Drgnął, gdy miarowy oddech przekształcił się w powolne odgłosy odzyskiwanej przytomności. Czekał na jej przebudzenie się od ostatnich godzin, a jednak teraz nie wiedział, czy był na nie w pełni gotowy - jego ciało powoli budziło się z letargu, plecy nie chciały jeszcze odkleić się od kanapy, wzrok jedynie śledził moment, w którym jej sylwetka zjawiła się w jego polu widzenia.
Przesunął się po ubraniu, które miała na sobie - sukience zbyt kusej, by własnoręcznie ją dla siebie wybrała, zbyt wyzywającej by kiedykolwiek dopasował ją do Violet Haze. Nie zwrócił na nią wczoraj uwagi, jednak teraz wpatrywał się w ten skrawek materiału zawieszony na parze sznurków, zawieszając spojrzenie na krwistym odbiciu palców, które zostały gdzieś na jej talii.
Chyba nawet tam, gdzie spoczęła wcześniej inna dłoń.
- Violet.
Drgnął, gdy kolano ustąpiło pod nią, zmuszając ją do oparcia o framugę - a jego do ruszenia się z miejsca. Oderwał się od oparcia powoli, podnosząc na nogi by podejść bliżej, w niemej asyście, której mogła potrzebować.
- Możesz wrócić do łóżka. Powinnaś odpocząć. - jego głos brzmiał ochryple przez pierwsze parę słów, nienawykły do używania na przestrzeni ostatnich godzin. - Tam jest woda - dodał, podbródkiem wskazując szklankę, którą zostawił na stoliku.

my own helen of troy
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Entertainment District”