45 y/o
Welkom in Canada
185 cm
member of parliament
Awatar użytkownika
there's an old Italian saying: "you fuck up once, you lose two teeth"
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjipłynny?
postać
autor

Ottawa była intensywna.
Kanadyjski parlament potraktował sytuację Toronto bardzo poważnie i pracował na pełnych obrotach, żeby… No właśnie: żeby co? Usterka była przecież zbyt poważna, aby naprawić ją mogły nawet najbardziej kwieciste przemówienia posłów czy senatorów, więc niekończące się posiedzenia wydawały się po prostu stratą czasu, ale hej - polityczny kapitał sam się nie zbije, więc teatrzyk musiał grać. Zwłaszcza że w stolicy nie było mowy o żadnej awarii, a suszarka do włosów, kawa z ekspresu czy ogrzewanie (noce zaczynały robić się chłodne) nie robiły na nikim takiego wrażenia, jak w pogrążonym w ciemnościach Toronto.
Bellore, choć był jednym z 24 (sprawdziłem - przyp. redakcyjny) beneficjentów tych zwołanych naprędce obrad “nadzwyczajnych”, nie był z nich do końca zadowolony. Konserwatyści siłą rzeczy chcieli ugrać kilka punktów na wpadce swoich przeciwników, więc Anthony często “dostawał piłkę”, żeby prowadzić ofensywę, podczas gdy jemu wydawało się (naiwnie zresztą, ale szczerze), że to idealna sytuacja na współpracę i wypracowanie rozwiązań na przyszłość. W końcu, skoro można było podnieść rękę na Toronto, to inne miasta też były narażone. Poza tym uważał - dość populistycznie zresztą - że zdecydowanie bardziej potrzebny byłby tam, na miejscu; jeśli nie miastu czy Kanadzie, to przynajmniej swojemu sąsiedztwu czy rodzinie. I choć jego krytycy szydzili czy kwestionowali jego postawę, obrady miał opuścić jako jeden z pierwszych parlamentarzystów: w późny piątkowy wieczór, czarterowym samolotem i z lądowaniem w oddalonej od miasta od kilkadziesiąt kilometrów bazie wojskowej.
I prawie wtedy dostał tego nieszczęsnego smsa.
Podróż taksówką upłynęła mu szybko, na nierównej walce z plamą od kwaśnej śmietany na piersi błękitnej koszuli. Może i sprawnie dokończył tę swoją późną kolację, ale za to kosztem, na który zwrócił mu uwagę dopiero kierowca, gdy Bellore rozpiął marynarkę. Pośpiech tym razem nie był najlepszym doradcą, ale przynajmniej kolejny raz uratował go nad zbyt głębokimi przemyśleniami. Smsy od Love były niepokojące, a gorsze od nich było jedynie to, że o tej porze (zapadł już późny wieczór) nietrudno wypatrzyć drugie dno.
Ale może po prostu chciał je dostrzec.
Parking, lobby, winda, jeszcze jedno lobby i schody, aż w końcu bar. Na pierwszy rzut oka pomyślał, że dziennikarze poszli spać. Albo, że nie było ich stać na drinki. W każdym razie - ze względu na ładną panoramę miasta za oknami, miejsca przy nich zajmowały przede wszystkim grupy roześmianych turystów czy studentów albo ewentualnie zakochane pary, więc (nomen omen) Love szukał przy bardziej kameralnych stolikach - gdzieś w rogu, może obok jakiejś doniczki z wielką rośliną albo pod ścianą.
Wreszcie - bingo. Siedziała, pochylona ni to nad drinkiem, ni telefonem, raczej niezainteresowana otoczeniem, zamyślona. Ponieważ nie spojrzała w jego stronę, zaatakował bar i dopiero uzbrojony w dwie podwójne whisky na lodzie zajął (on i jego walizka) miejsce na przeciwko niej, w ostatniej chwili rezygnując z rozpięcia guzika marynarki. (Oby tylko wytrzymał.)
– Macie chyba większy budżet na delegacje – rzucił na przywitanie, wymownym kiwnięciem głowy zwracając jej uwagę na wystrój baru (a więc i hotelu). Było ładnie. Drogo. I to nic, że poza sejmowym kwaterunkiem miał tu jeszcze swoje mieszkanie. W CBC musieli lepiej płacić. – I naprawdę żadnych pytań. Hassam mówił po angielsku – mruknął rozżalony, ostrożnie taksując ją spojrzeniem. Chciał wybadać, w jakie kłopoty wpadli, jeszcze zanim się odezwała (jeden na szczęście skreślił na samym początku), ale była chyba zbyt zmęczona, żeby stroić miny. Płynnym ruchem posunął więc szklankę po blacie w jej stronę, a potem splatając palce na krawędzi stołu, pokiwał do niej głową. – Więc o co chodzi?

Love Roderick
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
przeciwko sztucznej inteligencji i upadkowi zasad
29 y/o
CHRISTMASSY
159 cm
prezenterka w CBC News
Awatar użytkownika
'Cause I'm a real tough kid
I can handle my shit
They said, "Babe, you gotta fake it 'til you make it"
And I did
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

ciuch


Przez chwilę wpatrywała się w ekran telefonu ze zmarszczonym czołem. On też się zastanawiał. Nad czym? Za kogo ją miał? Co to właściwie znaczyło? Jęknęła żałośnie, odrzuciła telefon na łóżko obok siebie i opadła grzbietem na materac, przez chwilę po prostu wpatrując się w sufit hotelowego pokoju. Dlaczego musiało się aż tak bardzo skomplikować? Nie miała na to wszystko siły.
Tym bardziej, że naprawdę nie żartowała. Chociaż wolałaby! Wolałaby posunąć się do intrygi, żeby ściągnąć go do hotelu jak za starych dobrych czasów. Chociaż wtedy akurat żadne z nich nie musiało się do takiej posuwać. Niestety nie żartowała. I niestety nie zaprosiła go do hotelowego baru, żeby go uwieść. Mogłoby świadczyć o tym chociażby to, że nawet się nie przebrała. Spojrzała na swoje odbicie w windzie i przeszło jej przez myśl, że powinna, że istnieje cień szansy, że przecież nie wpuszczą jej w dresie do eleganckiego baru, ale na szczęście hotelowym gościom było wolno odrobinę więcej. Albo jej? Nie roztrząsała tego. Zajęła stolik na uboczu i zamówiła drinka, gdy czekała na Bellore.
Czas płynął… dziwnie. Nie wiedziała, czy minęło pięć minut, piętnaście czy pięćdziesiąt zanim się pojawił i usiadł przy stoliku. Ściągnęła mocniej brwi i już chciała odwdzięczyć się komentarzem na temat jej budżetu, ale darowała sobie. Pierwszy raz od bardzo dawna po prostu ugryzła się w język, co samo w sobie powinno powiedzieć mu jeszcze więcej niż to, że spotkała się z nim w dresie. Nie powiedziała nic. Pytań też nie zamierzała zadawać i właściwie wpatrując się w intensywnie (może nawet zbyt intensywnie) w męską twarz czekała aż sam przestanie mówić. Gdy tak się stało po prostu przesunęła po stoliku w jego stronę szarą kopertę z jej imieniem i nazwiskiem.
- Czekało to na mnie dzisiaj w lobby CBC – wyjaśniła i nie spuściła z niego wzroku nawet na moment. Chciała wiedzieć zmieniający się wyraz twarzy Anthony’ego Bellore, gdy dotrze do niego, że nie była intrygantką, nie ściągnęła go tu podstępem i nie była tak głupia jak mogło się wydawać.
Gdy odebrała rano kopertę była zaskoczona. Nie pracowała w Ottawie na stałe, nie miała tu wielu znajomych i właściwie żadnych przyjaciół, więc nie wiedziała skąd ta przesyłka. Dziewczyna za biurkiem też niewiele była w stanie jej powiedzieć, a na kopercie nie było nadawcy. To od razu wydało jej się dziwnie, ale nie wpadła w panikę. Przynajmniej do momentu, gdy nie otworzyła koperty i nie spojrzała na zdjęcia, na których była z Bellore. Znacznie bliżej niż wypadało. Ujęcia uchwycone w idealnym momencie, nikt by im nie uwierzył w tłumaczenia, że właśnie uniknęli spotkania z piratem drogowym. Nie. To wyglądało jakby czule żegnali się pod jej domem. To jak na siebie patrzyli…
Tak, wtedy wpadła w panikę i cieszyła się, że akurat nikt nie patrzył jej przez ramię. Nikt poza nią tego nie zobaczył i tak musiało pozostać. Wrzuciła kopertę do torby i przez kilka następnych godzin zajęła się pracą, na której zupełnie nie mogła się skupić. Dlatego wróciła do hotelu wcześniej. Dlatego próbowała zająć czymś myśli, ale nawet trening i gorący prysznic jej nie pomogły. Musiała napisać do Anthony’ego. Ze wszystkich ludzi na świecie akurat on powinien się o tym dowiedzieć, bo jeśli taki sam komplet zostanie wysłany do jego żony – będzie miał poważne kłopoty. Love ciągle pamiętała jak z wyrzutem stwierdził, że miał bardzo dużo do stracenia, a ona naskoczyła na niego, że przecież zawsze będzie miał rodzinę, do której może wrócić. Czuła się źle z myślą, że i to mogło wisieć na włosku.
- Nie ma nadawcy. Dziewczyna z recepcji nie była w stanie powiedzieć kto do przyniósł, było razem z całą masą innych przesyłek. Nic dziwnego nie rzuciło jej się w oczy. Oboje dobrze wiemy, że tych zdjęć nie zrobili podrzędni paparazzi, bo już dawno sprzedaliby je za parę dolarów portalom plotkarskim. Więc… – chciałaby się uśmiechnąć, móc powiedzieć, że miała rację i czerpać z tego satysfakcję. Nie. Tym razem nie czuła ż a d n e j satysfakcji, nawet jeśli wiedziała, że miała rację – Musisz przyznać, że mamy kłopoty.


anthony bellore
45 y/o
Welkom in Canada
185 cm
member of parliament
Awatar użytkownika
there's an old Italian saying: "you fuck up once, you lose two teeth"
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjipłynny?
postać
autor

To dopiero długie i nieprzerwane milczenie Love sprawiło, że Anthony wreszcie spoważniał. W sensie - to wcale nie tak, że zlekceważył jej wiadomość i szedł na to spotkanie na przykład z przekonaniem, że jednak wstydziła się napisać, na co tak naprawdę miała ochotę, ale… Och, umówmy się - intuicja podpowiadała mu, że wyolbrzymiała; że stało się coś nieistotnego, czym nie powinna zawracać sobie głowy albo co dało się w łatwy sposób naprawić - że nagięła którąś z rozdmuchanych zasad bhp, że zostawiła coś w jego samochodzie albo - dajmy na to - że Brooke zaobserwowała ją na instagramie. To dlatego zupełnie przegapił, że wyraz twarzy miała posępny i wróżący same najgorsze nieszczęścia albo że stylówką wręcz kontrastowała z otaczającymi ją ludźmi (chociaż przeszło mu przez myśl, że wyglądała, jakby w ferworze “walki z Malarzem” wstała od komputera i po prostu zeszła na dół.)
Ale milczenie? Nie. To nie było w jej stylu.
Milczenia nie dało się zlekceważyć.
Chyba naprawdę mieli problem.
Zasępił się.
– Co to jest? – Zapytał, choć doskonale zdawał sobie sprawę, że Love nie ułatwi mu zadania i będzie musiał sam zajrzeć do środka koperty. Jej szary kolor nie wróżył nic dobrego - w jego branży tak zapakowana przesyłka była jak stłuczone lustro albo drabina, pod którą lepiej nie przechodzić; po jej otwarciu nic nie będzie już takie samo. Nic dziwnego zatem, że tak bardzo celebrował ten moment - powoli przesuwając kopertę w swoją stronę, bezczelnie zaglądał w oczy redaktor Roderick, zupełnie nieskrępowany intymnością tego spojrzenia w środowisku tak nieintymnym. Szukał w nich wskazówek, a oprócz tego jeszcze spokoju, zachęty czy otuchy, ale chociaż wydawało mu się, że całkiem nieźle z nich czytał, to tym razem mówiły mu calutkie “nic” - nie błyszczały, a ich jakby wypłowiały kolor w niczym nie przypominał jej naturalnego; tego, w którym mniej lub bardziej świadomie zakochany był aż do teraz. Z pomocą przyszedł jednak alkohol - whisky mieniła się może mniej efektownym bursztynem czy karmelem, ale moc sprawczą miała tylko trochę słabszą od wyrazistych spojrzeń Love Roderick. Anthony wziął łyk, a potem pewnym szarpnięciem wyciągnął zdjęcia z koperty, żeby rzucić na nie okiem i…
Zdębiał.
To znaczy: najpierw przez zaciśnięte zęby wycedził coś podobnego do “co do kurwy” i zadarł brew w wielkim zaskoczeniu, a potem zdębiał.
Już pierwsze, tak naprawdę niewinne ujęcie wystarczyło mu do zrozumienia, co właściwie się działo, ale mimo to obejrzał do końca ten osobliwy komiks. Para głównych bohaterów ostatecznie jedynie wpadła sobie w ramiona, ale sposób, w jaki na siebie patrzyli, sugerował, że ich historię “wykadrowano” tak dobrze, jak te zdjęcia. Skoro brakujące na nich dłonie Anthony’ego mogły się zaciskać na pośladkach Love, to gdzie mogłyby znaleźć drogę na fotografiach, które nie znalazły się w kopercie, prawda? Bo niby dlaczego ktoś miałby uwierzyć, że…
– To przecież nic nie znaczy – odezwał się wreszcie rozzłoszczony, przewracając fotografie “na plecy”. O dziwo - wcale nie dlatego, że zorientował się, że ktoś mógłby mu, na przykład, spojrzeć przez ramię; nie - po prostu nie chciał na to patrzeć. – Motocykl jechał prosto na ciebie. Ratowałem cię przed wypadkiem. Przecież wiesz. To nic nie znaczy. – Pewność siebie w męskim głosie topniała z każdym słowem. Brzmiał, jakby próbował przekonać samego siebie. Mimo to - na pierwszy rzut oka nadal wyglądał na bardziej zaskoczonego tą sytuacją, niż przestraszonego czy wściekłego. Jakby ewentualne konsekwencje jeszcze do niego nie dotarły, a przejmował się tylko tym, że “ktoś” go wyprzedził. I akurat to działało chyba na jej korzyść, bo przecież nie byłoby niczym dziwnym, gdyby to właśnie ją oskarżył o knucie jakiejś dziwnej intrygi. – Wyglądamy, jakbyśmy… – Nie dokończył, bo nie musiał. I bo potrzebował się napić. Tym razem - do dna. Jakby wcale nie opędzlował tych trzech, przedszkolnych piw do kolacji. Słuchał jej przy tym jednak bardzo uważnie. Mimo targających nim coraz mocniej emocji, chciał zebrać komplet informacji, zanim pozwoli sobie na panikę czy złość. – O tym mówię. Wyglądają na pozowane – wtrącił się, gdy Love dzieliła się swoim spojrzeniem, stukając palcem w grzbiety zdjęć. Jemu też wydawały się zbyt jakościowe, jak na klasyczną robotę dziennikarzy i cudem ugryzł się w język, zanim powiedział, że równie dobrze mogłaby je wrzucić na swój instagram. Na szczęście instynkt samozachowawczy jeszcze działał. – To było tylko to? – Sięgnął po kopertę, posyłając jej pytające spojrzenie. Trzymając ją w ręku, mocno skupiony oglądał ją ze wszystkich stron. I z każdą chwilą miał coraz większe wrażenie, że bardzo podobną widział… No, jakoś niedawno. Ale jeszcze nie potrafił sobie przypomnieć, że wetkniętą między gazety na wycieraczce przed drzwiami swojego pokoju w hotelu dla parlamentarzystów.

Love Roderick
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
przeciwko sztucznej inteligencji i upadkowi zasad
29 y/o
CHRISTMASSY
159 cm
prezenterka w CBC News
Awatar użytkownika
'Cause I'm a real tough kid
I can handle my shit
They said, "Babe, you gotta fake it 'til you make it"
And I did
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Nie było jej do śmiechu. Do tego ciągle gdzieś z tyłu świadomości majaczyła jej wiadomość od Anthony’ego. Co miał na myśli? Gdyby okoliczności były odrobinę inne, chociaż minimalnie… byłaby to pierwsza rzecz, o którą by zapytała. Nie zrobiła tego jednak. Powstrzymała się, bo zdaniem Roderick mieli dużo większe problemy niż te z… nazywaniem uczuć? Nie, wróć. Nawet tak głupio nie myśl.
Być może Love panikowała. Nie miała jednak doświadczenia w takich sytuacjach… tutaj, teraz? Ktoś wiedział, gdzie mieszkała – albo przesiadywał godzinami pod jej domem licząc na spotkanie Bellore, albo przyjechał za nimi z centrum, ale efekt był ten sam. Wiedział kim była i wiedział jak ją znaleźć. Ba! Wiedział nawet, że została przeniesiona do studio w Ottawie, żeby nie tkwić bezczynnie w Toronto. Wiedział o niej więcej niż ktokolwiek i kiedykolwiek. Bo tak… Love Roderick przeczytała w internecie mnóstwo uwag na swój temat, sfrustrowani ludzie potrafili wylewać na nią wiadro pomyj, a mężczyźni o niskim poczuciu własnej wartości lubili wypisywać, czego by to nie zrobili. Zawsze jednak kończyło się to na głupich wiadomościach w social mediach. Nigdy nie zderzyła się z takim naruszeniem jej prywatności.
To nie były zdjęcia podrzędnego lokalnego paparazzi, takie przecież też zaliczyła przez przesadną sympatię do gwiazd sportu. Były profesjonalne. Były niepokojące. I naprawdę zdaniem Bellore nic nie znaczyły? Brew drgnęła jej do góry, gdy kolejny raz powtórzył te słowa. Oczywiście… motocykl, wypadek, zaledwie ułamek sekundy i nic poważnego.
- I każdy w to uwierzy jak będziesz o tym opowiadał? Spojrzy na to… – sięgnęła do zdjęć i zabrała jedno z nich, żeby miał stuprocentową pewność, że wie (i rozumie) o czym Love mówiła. Nie chciał na to patrzeć, ale zdecydowanie powinien. Ona obejrzała już chyba każdy jeden centymetr kwadratowy tych fotografii, ale nie znalazła na nich nic podejrzanego, żadnego śladu ingerencji programów graficznych ani nic, co w tle mogłoby wydawać się nienaturalne – … i uwierzy, że to po prostu niefortunny kadr, a wszystko to wina pirata drogowego? Bo tak, Bellore. Wyglądamy. – nie musiał kończyć, ona również. To zdjęcie mówiło samo za siebie.
I tak… to właściwie byłoby całkiem ładne zdjęcie, gdyby tylko powstało w innych okolicznościach i nie służyło do… siania paniki? Gdyby nie robiło za ostrzeżenie? Love nie miała stuprocentowej pewności, co miała ta przesyłka oznaczać, ale wiedziała, że to jest wiadomość. Ostatni raz spojrzała na zdjęcie i odrzuciła je na kupkę z pozostałymi. Odchyliła się na krześle, założyła ręce na piersi i wbijała w Anthony’ego uważne spojrzenie – Tylko to. – dlaczego miałaby cokolwiek jeszcze przed nim ukrywać? To był ich wspólny problem, już chyba ustalili, że oboje mają sporo do stracenia.
- Wiesz, co mnie wkurwia? – zapytała, ale nie czekała na jego reakcję, mówiła dalej, ciągle uważnie wbijając w niego tęczówki – Przez cały ten czas, gdy naprawdę coś nas łączyło nikt się nie zorientował. Żadna recepcjonistka, żadna sprzątaczka, żaden dzieciak od room service. A nawet jeśli się zorientował to nas nie sprzedał. I szlag trafi wszystko teraz? Przez zdjęcia, które naprawdę nic nie znaczą? – gdy ich relacja była przeszłością, a ona sama nie wiedziała jak traktować tamten wieczór w jej mieszkaniu, gdy zdecydowanie ich poniosło, ale po wszystkim wciągnął ich wir pracy (i ciemność Toronto), więc nawet słowem to tego nie nawiązali – To twoi znajomi, więc… czego mogą chcieć? – nie wierzyła, że to przypadek, a jedyną łączącą ich sprawą była sprawa Malarza. Miała wystarczająco dużo czasu, żeby połączyć te kropki.


anthony bellore
45 y/o
Welkom in Canada
185 cm
member of parliament
Awatar użytkownika
there's an old Italian saying: "you fuck up once, you lose two teeth"
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjipłynny?
postać
autor

I naprawdę zdaniem Bellore nic nie znaczyły?
Och, oczywiście, że znaczyły, ale niby co innego miał jej powiedzieć? Co innego miał jej pokazać?
Wściec się? Rozpłakać? Uciec? A przed czym? Z jakiego powodu? Przecież Anthony wcale nie wiedział więcej od niej. Ba! On wręcz czuł się napadnięty i tak naprawdę był o włos od oskarżenia Love o ten szantaż, więc tym wyuczonym, politykierskim pustosłowiem próbował sobie kupić trochę czasu na połączenie kropek. W przeciwieństwie do niej nie mógł się bowiem przygotować, a siadając przed nią na krześle, ciągle jeszcze myślał, że wrócą do wydarzeń blackoutowego wieczoru i że na przykład będzie się musiał tłumaczyć z tego enigmatycznego smsa. A tu… Psikus.
Psikus.
Choć naturalnie jeszcze nie wykluczył opcji z Love jako reżyserką sfotografowanego przedstawienia, Anthony rozważał już inne możliwości. Niestety - jego problem polegał na tym, że potencjalnych rozwiązań było dużo i że większość z nich wydawała mu się całkiem prawdopodobna; no - albo przynajmniej “niefantastyczna”. Bellore bowiem może i dopiero od niedawna zaczął iść po trupach, ale to przecież wcale nie tak, że w przeszłości nie zdążył nabroić - nastąpić komuś na odcisk, wplątać się w jakieś tarapaty, coś spieprzyć. Pretensje mogli mieć do niego politycy - ci, których łyknął w wyścigu po swój mandat w parlamencie albo ci, przed którymi fundacja broniła żołnierzy, wojskowi, którym nie udało się pomóc lub po prostu byli rozczarowani jego działalnością i wreszcie frustraci podobni do tych, z którymi mierzyła się Love: teoretycy spiskowi w foliowych czapeczkach, fanatyczni wyborcy obu stron, zboczeńcy zafascynowani jego żoną i wreszcie zwykli dziwacy albo samotnicy, którzy żyli dla frajdy z rozsyłania anonimowych pogróżek, tak że… Tak szybko, jak Love stała się głównym podejrzanym, tak szybko wypadła na margines tego kręgu i Tony uznał, że w tej chwili nie ma innego wyjścia. Musiał jej zaufać.
– Nikt w to, kurwa, nie uwierzy – wycedził nagle, znacznie bardziej emocjonalnie niż chciałby to zrobić i… – Kuuuuuuurwa. – Wcale na tym nie poprzestał. Pętla zaczynała się zaciskać. I chociaż najlepiej czuł się w tym mitycznym, wojskowym “trzymetrowym świecie”, to w tej konkretnej chwili zrobiło mu się w nim wyjątkowo klaustrofobicznie. “Napadnięty” zamieniło się w “pojmany”, a wytrenowana maska człowieka zawsze spokojnego i zdystansowanego zaczynała osuwać się z jego twarzy. Love mogła jednak, o ironio, być spokojna - Tony jej słuchał i w ogóle się nie wtrącał (no, może jednak stroił miny, ale te raczej jej nie przeszkadzały).
– Kkkkkkurwa. – Po raz trzeci. Hattrick. – Pierdolone, kurwa, Rapture. – Jęknął z wyrzutem, a po krótkiej chwili ciszy drgnął niespokojnie, rozejrzał się wokół siebie i dopiero wtedy odetchnął z ulgą, pochylając się nad stolikiem. Bardziej wulgarny bywał tylko za kółkiem i nie chciał, żeby ktokolwiek zwrócił na to uwagę. Najlepiej łącznie z Love. – Gdybym tylko wiedział, o których chodzi – prychnął niespodziewanie lekko i ponownie odwrócił jedno ze zdjęć, jakby - wzorem Love - chciał teraz znaleźć na zdjęciu jakąś wskazówkę. – Nie wiem – mruknął pod nosem niemal niesłyszalnie, gapiąc się na sfotografowaną twarz prezenterki. Patrzyła, jakby… Po prostu patrzyła tak, że wyglądali. Już dawno nie słyszał, żeby jedno słowo tak dobrze pasowało do sytuacji. Ale jakkolwiek źle by to nie zabrzmiało - podobała mu się. Podobała mu się na tym zdjęciu. – Gdyby chodziło o to, że nas przyłapali, to jeszcze tego samego wieczora bylibyśmy na głównej Lainey, więc raczej nie chodzi o to, że… – Ugryzł się w język na pół sekundy przed “się pieprzymy”. W czasie teraźniejszym. Naprawdę. – Wiesz, o co nie chodzi. Pytanie brzmi w takim razie, które z nas ma ogon. Dopiero wtedy możemy się zastanawiać, czy to moi znajomi. A ponieważ tamtego wieczoru byliśmy z Brooke, to… – Urwał, bo wyciągane na gorąco wnioski przestały mu się podobać. Love nie miała znaleźć się na celowniku. Miała być bezpieczna. Dzięki niemu. Tymczasem - wstępnie, bo wstępnie, ale jednak - wiele wskazywało na to, że nosiła na czole czerwoną kropkę. – A co jeśli to nie moi znajomi? To ty dostałaś zdjęcia – Zapytał więc, naiwnie chwytając się brzytwy, którą mógłby odciąć z pleców ciężar odpowiedzialności. Jakby nie zdawał sobie sprawy, że w ten sposób mógł się pokaleczyć jeszcze mocniej. – To znaczy… Masz jakichś chłopaków, prawda? Miałaś? – Z każdym słowem przekonywał się, jak bardzo niefortunnie to wszystko brzmiało, ale na odwrót było już chyba za późno. – W NBA płacą chyba wystarczająco, żeby załatwić ci dodatkowy cień – dokończył nieco luźniej, choć pewnie tylko w jego głowie taki ton rozmasowywał sytuację. W każdym razie - sięgnął, dla odmiany, po kopertę i znów zaczął się zastanawiać nad tym, gdzie ostatni raz widział podobną. I kątem oka zerkał na szklankę z whisky, którą jej przyniósł. Dałby dużo, żeby stała teraz przed nim.

Love Roderick
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
przeciwko sztucznej inteligencji i upadkowi zasad
29 y/o
CHRISTMASSY
159 cm
prezenterka w CBC News
Awatar użytkownika
'Cause I'm a real tough kid
I can handle my shit
They said, "Babe, you gotta fake it 'til you make it"
And I did
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Mogła go takim nie widzieć. Nie, gdy byli sami. Ale jednocześnie nie mogła się dziwić, więc nie robiło to na niej większego wrażenia. Powieka jej nawet nie drgnęła, gdy każda kolejna kurwa opuszczała usta Bellore. Nie prosiła, żeby się uspokoił i żeby nie robił przedstawienia. Miała wrażenie, że w całym barze i tak nikt nie zwracał na nich najmniejszej uwagi – każdy był zajęty swoim światem, a oni byli tutaj trochę bardziej anonimowi. Chociaż może to głupie wrażenie? Gdy tylko ta myśl o anonimowości pojawiła się w jej głowie – od razu się za nią skarciła. Ktoś zostawił tą kopertę w siedzibie CBC w Ottawie, a nie Toronto. Jeśli ktoś wiedział, że pracowała w stolicy to równie dobrze mógł się dowiedzieć, gdzie mieszkała… i aż przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz.
Nie była jednak pewna, czy Rapture miało z tym wszystkim coś wspólnego, ale jednocześnie zdawała sobie sprawę, że to najmniej istotna rzecz ze wszystkich. To, czy ktoś jechał za nimi od klubu, czy czekał na okazję pod jej mieszkaniem nie miało większego znaczenia. Liczył się efekt. Komuś udało się ich upolować i sfotografować w sposób, który zostawiał mało miejsca na domysły. Wyglądali.
To ona dostała zdjęcia…
Brew drgnęła jej wymownie i już prawie otworzyła usta, żeby skontrować go z tym pomysłem. Bo był pewien, że tylko ona je dostała? Może jego koperta czekała na niego w Toronto? Może Kimberly rzuciła ją na blat kuchennej wyspy razem z resztą poczty, którą wyjęła ze skrzynki? Może trafiła do jego asystenta, który stwierdził, że szara koperta z odręcznie wypisanym adresatem wygląda zbyt prywatnie, żeby otwierać ją za Anthony’ego. Opcji było dużo i zdaniem Roderick to, że j e s z c z e nie dostał koperty wcale nie znaczyło, że nie dostanie jej wcale.
Nie była jednak w stanie tego nawet wyartykułować, bo ciągnął dalej… a miała wrażenie, że każde kolejne wypowiedziane przez niego słowo brzmi gorzej. Coraz gorzej. Na czole Love pojawiła się wyraźna zmarszczą – tak zamiast dołeczków w policzkach, dla każdego coś dobrego – i wpatrywała się w Bellore intensywnie, jakby dając mu jeszcze szansę na to, żeby mógł się wycofać z tego idiotycznego pomysłu. Nie skorzystał.
- A jaki to miałoby cel? W sensie dlaczego ktokolwiek w NBA miałby robić mi tego typu zdjęcia? Zatrudniając nie tylko profesjonalnego fotografa, ale też gościa na motocyklu? Co miałoby to dać? Satysfakcję? Podbudować męskie ego? Proszę cię… – wywróciła wymownie oczami i sięgnęła po szklankę z alkoholem, którą do tej pory uparcie ignorowała, mając nadzieję, że trzeźwy umysł w tym wszystkim pomoże. Nie pomógł, więc teraz wypiła spory łyk i aż się lekko skrzywiła, gdy alkohol zaczął palić w gardło. Odstawiła szklankę na blat i znowu pochyliła się nad stolikiem w stronę Bellore – ]Gdyby ktoś chciał się na mnie zemścić to te zdjęcia wyglądałyby na portalach plotkarskich, Instagramie albo tiktoku. Albo fałszywym profilu na OnlyFansie. Ewentualnie na tych zdjęciach, o tutaj… – wyciągnęła dłoń do fotografii i kilkukrotnie popukała palcem w sam środek swojego czoła, żeby nie miał wątpliwości – Miałbyś wielki czerwony napis, że jestem dziwką. – naprawdę nie posądzała żadnego z facetów, z którymi się kiedykolwiek spotykała o jakąś większą intrygę, żaden nie był tak wyrafinowany. Tym bardziej, że to nie do końca tak, że to Love Roderick unikała w życiu zobowiązań… to zobowiązania raczej unikały jej. Nigdy nie trafiała na mężczyzn, którym mogłoby tak bardzo zależeć.
– Jeśli nie jest to żaden z moich… chłopaków. – prychnęła, bo naprawdę mógł sobie darować tego typu przytyki, gdy z ich dwójki to on był niewiernym mężem. I no właśnie… - To jeszcze zostaje twoja żona. Ja dostałam zdjęcia na pamiątkę, a na ciebie czeka awantura po powrocie? – zabawne, bo przez chwilę przeszło jej przez myśl, że mogły czekać na niego papiery rozwodowe, ale nie powiedziała tego na głos. Ugryzła się w język, a poza tym… coś jej mówiła, że w takich małżeństwach jedna kochanka nie jest dobrym powodem do rozwodu.


anthony bellore
45 y/o
Welkom in Canada
185 cm
member of parliament
Awatar użytkownika
there's an old Italian saying: "you fuck up once, you lose two teeth"
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjipłynny?
postać
autor

Cóż - zdaniem Anthony’ego to akurat było oczywiste.
Gdyby Brooke Bellore nie uznała, że jest wystarczająco dorosła, żeby spędzić wieczór w Rapture, to on i Love po prostu nie mieliby tego problemu; te zdjęcia nigdy by nie powstały, nie dostarczono by ich do Ottawy, a sfotografowane na nich postaci nie siedziałyby teraz naprzeciwko siebie, chowając za plecami ściskające noże dłonie. Ale spokojnie - delulu był tylko do pewnego stopnia. Jego naiwność miała swoje granice. I doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że gdyby stara maleńka wybrała inaczej, to tylko odłożyliby to wszystko w czasie. Anthony był sfrustrowany i zwyczajnie próbował sobie ulżyć po najmniejszej linii oporu. Tak - nie potrafił przegrywać.
– Nie bądź takim płatkiem śniegu. – Powiedział w stylu Anthony’ego Bellore z telewizji - niby bez grama emocji w nieco obniżonym tonie głosu ani na twarzy, ale jednak wystarczająco złośliwie, żeby nie dało się nad tym przejść obojętnie. Kiedy wchodził do polityki, doradził mu to ekspert od polityki. Podobno radykalizacja wyborców zwiększyła zapotrzebowanie na “eleganckich chamów”, a Tony całkiem nieźle wyglądał w tej roli. – Nie zaglądam ci do łóżka, tylko staram się rozważyć wszystkie, dostępne opcje. Również jakiegoś zazdrosnego chłopczyka, któremu dałaś kosza – mówił dalej, nieopatrznie i wbrew własnej woli zdradzając, że jednak było w tym coś osobistego; że to nie był tylko biznes. Jakby zazdrosny był jednak on, a nie tamten zawodnik NBA, z którym ją ostatnio spotkał. Ale… Zupełnie nie zdawał sobie z tego sprawy - umknęło mu to w zalewie myśli i słów, które teraz układał. I być może dlatego nie było to wyłącznie jadowitym ukąszeniem żmii-toksycznego, czterdziestokilkuletniego faceta, tylko jeszcze namiastką szczerego uczucia, którego nie powinien wobec niej odczuwać. – Rozmawialiśmy przez telefon chwilę przed tym, jak napisałaś. Wyczułbym, gdyby coś było nie tak. Ona ich nie dostała. – Mówił z pełnym przekonaniem i patrząc Love w oczy, ale tak naprawdę wcale nie był taki pewny swego. Chyba jeszcze nigdy nie poczuł się, tak jak w tym konkretnym momencie - to znaczy: zwątpił w krótkie “przecież znam swoją żonę”. W takiej sytuacji byliby przecież pierwszy raz od… Studiów? Liceum? W ogóle. Bellore był złym mężem, ale nie sypiał na “prawo i lewo”, a Love była tak naprawdę jego pierwszą kochanką. Nie mieli doświadczenia. Jeszcze. Zupełnie jak z tymi zdjęciami. – Więc jeśli jesteś pewna, że żaden odrzucony były-niedoszły nie ma do ciebie żadnych pretensji i nie próbuje się mścić, to faktycznie zostają tylko moi koledzy – westchnął, obojętnie podrzucając barkami. Westchnął, co warto odnotować, z czymś w rodzaju ulgi - trochę tak, jakby chciał wziąć kobiece milczenie w tej kwestii za potwierdzenie, że “po nim” jednak nikogo nie miała i codziennie zasypiała w zimnej pościeli. W tej kwestii naiwność bardzo pomagała męskiemu ego dochować niezniszczalności. Głupie to, ale skoro działało?
– Od czego by tu zacząć… – Bellore znów pochylił się nad stolikiem. Tym razem położył łokcie na blacie, a głowę jakby podpierał palcami wbitymi w skronie. Na moment zacisnął też mocno powieki i przez dłuższą chwilę brał jeden długi, głęboki oddech; ten wyglądający dziwnie rytuał wypracował w trakcie swojej szachowej kariery, kiedy nie potrafił skupić się nad partią. – Cóż - Doug twierdzi, że w internecie trochę ze mną jadą, bo nie rzuciłem się do gardła radzie miasta za blackout, ale zrobiono je, kiedy jeszcze mieliśmy prąd, więc to odpada – zaczął, stukając palcem w stosik fotografii. – Było parę ciasnych głosowań w izbie, było referendum, ciągle jest Pomarańczowy... Poza tym Thibodeaux ostatnio bardzo się pieklił o mój pomysł w sprawie badań nad TBI, ale akurat on jest ostatnią osobą, której powinno zależeć na obyczajowym skandalu, tak że… – Urwał. Skoro samego siebie nudził tym gadaniem, to tym bardziej nudził Love. Najwyraźniejs zukali w złym miejscu. – Zgadza się. Ostatnio jestem strasznym nudziarzem i staram się nie wychylać. – A Roderick wiedziała dlaczego. Z drugiego szeregu łatwiej było knuć i dyrygować ich wspólnym dochodzeniem, więc Anthony nie walczył o powrót do pierwszej drużyny. Stał się tak poprawny (w znaczeniu konserwatywnym), że aż niewidoczny. – Więc pozostaje tylko… – Malarz. Bellore nie mógł, rzecz jasna, powiedzieć tego na głos. Było też za wcześnie, żeby podzielił się swoim pierwszym, naprawdę złym przeczuciem - że te zdjęcia mógł im zrobić ktoś, kogo do tej pory uważali za sojusznika. Na całe szczęście jednak - nie panikował. Jeszcze nie. W “trzymetrowym świecie” zrobiło się trochę luźniej. – Nie wysłali ich tylko tobie. Jeśli to “moi znajomi”, to na pewno uważają, że ja mam więcej do stracenia. Więc cokolwiek właśnie się dzieje, to moją uwagę muszą na siebie zwrócić. Mnie też je wysłali. Może nawet wcześniej. – Podniósł na nią wzrok, a w oku błysnął mu entuzjazm (albo adrenalina? może nawet podniecenie? albo wszystko razem?). – Nie przeglądałem poczty, odkąd tu jestem. Myślisz, że… – Nie dokończył; gwałtownym ruchem nachylił się pod stolik (guzik marynarki, na szczęście, wytrzymał i nie wystrzelił Love prosto w czoło), szarpnął za rączkę walizki i już łapał za sprzączkę suwaka, kiedy przyszło mu do głowy, że jednak nie powinien. – To chyba jednak będzie głupio wyglądać, jeśli tu ją otworzę, prawda? – Zapytał, zadzierając głowę, żeby odnaleźć jej spojrzenie.

Love Roderick
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
przeciwko sztucznej inteligencji i upadkowi zasad
29 y/o
CHRISTMASSY
159 cm
prezenterka w CBC News
Awatar użytkownika
'Cause I'm a real tough kid
I can handle my shit
They said, "Babe, you gotta fake it 'til you make it"
And I did
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Brew drgnęła jej wymownie, bo… płatkiem śniegu? Właśnie nazwał ją płatkiem śniegu? Bo wyjaśniła mu, że żaden z chłopaków, z którymi się spotykała nie był na tyle zaangażowany, żeby posunąć się do czegoś takiego. Nie kłamała, że facetów nie było. Byli. Nie była z tego szczególnie dumna, a zresztą tę dyskusję zdążyli już zaliczyć przynajmniej dwukrotnie… raz w trakcie ich amerykańskiej wycieczki i ostatni raz w jej mieszkaniu zanim zgasło światło.
- Nie zaglądasz? Zaczynam odnosić zupełnie inne wrażenie, Bellore. Jak na kogoś, kto… – nie chce rozmawiać o własnej żonie – pomyślała, ale zdążyła się ugryźć w język i nie powiedziała tego na głos. Chociaż miała go za wystarczająco inteligentnego, żeby zrozumieć, co utknęło jej w gardle. Było to przecież bardziej niż wymowne – Zaskakująco często nawiązujesz do tego z kim ja sypiam. – rzuciła dość chłodno i zaskakująco obojętnie. Chociaż wcale nie była w tym momencie obojętna, wręcz przeciwnie. Był z a z d r o s n y i gdy zdała sobie z tego sprawę śmieszny dreszcz przemknął wzdłuż jej kręgosłupa i miała dziwne wrażenie, że kącik ust drgnął jej w kierunku uśmiechu, więc ukryła to za szklanką z alkoholem, bo wcale nie musiał wiedzieć, że ta informacja zrobiła na niej takie wrażenie – Mam dokładnie taką samą pewność jak ty w kwestii Kimberly. – bo on mógł znać swoją żonę, ale wiedziała, że żadna z jej relacji nie była na tyle poważna, żeby miała zacząć zahaczać o coś tak psychopatycznego. Tak… facet robiący jej zdjęcia z ukrycia (i wysyłający je jej do pracy w innym mieście!) spokojnie mógłby zostać okrzyknięty psychopatą.
Ale cieszyła się, że wreszcie doszedł do tych samych wniosków, co ona. To musiał być ktoś od niego… ona była tylko głupią dziewuchą z telewizji, nigdy nikomu nie nadepnęła na odcisk aż tak mocno. Dopiero teraz… dopiero, gdy miała dwa telefony, a w jej mieszkaniu było pełno dokumentów, do których prawdopodobnie nie powinna mieć w ogóle dostępu, gdy wróciła do współpracy z Bellore.
Ściągnęła mocniej brwi i nie spuszczała z niego wzroku, gdy mówił. Blackout? Aż prychnęła, gdy o tym wspomniał – nie zdążyła się powstrzymać. To byłoby zbyt oczywiste, a poza tym niemożliwe. Czas się nie zgadzał. Referendum. Thibodeaux. To wszystko wydawało się tak strasznie mało istotne, a ona coraz silniej wwiercała się spojrzeniem w twarz Bellore.
Więc pozostawał tylko…
Zabawne, ale to była pierwsza rzecz, która jej przyszła na myśl. Dla niego była ostatnią – to tylko pokazywało różnicę w skali gówna, w którym każde z nich się taplało. Jej problemy naprawdę były mało poważne i w prawdziwe dała się wplątać dopiero jemu. Jedno głupie spotkanie w kościele wybudowanym przez włoskiego imigranta mogło wpłynąć na całe jej życie – To jedyna sprawa, która nas łączy. – która wychodziłaby poza skandal obyczajowy i to, że nie zawsze potrafili trzymać ręce przy sobie. Za to interesującym było obserwować jak Bellore zaczyna w swojej głowie łączyć jakieś kropki i doznaje totalnego oświecenia i… sięga po walizkę?
W pierwszej chwili nie zrozumiała. Potrzebowała sekundy lub dwóch, żeby to do niej dotarło.
- Dostałeś podejrzaną szarą kopertę i jej nie otworzyłeś? – prychnęła, bo podejrzała go lepiej rozwinięty instynkt przetrwania. A czy byłoby głupio? No cóż… nie wątpiła, że wszystko w tej walizce było idealnie złożone i nie mogło zaatakować ich brudne pranie, ale i tak zwróciłby na nich uwagę ludzi. Dlatego niewiele myśląc sięgnęła po kartę do swojego pokoju i wyciągnęła ją w stronę mężczyzny – Nie patrz tak. Nadal nie proponuję, żebyś mnie przeleciał. Chociaż nie ukrywam, że ostatni wieczór w moim mieszkaniu przywołał parę miłych wspomnień. – powiedziała to jednak całkowicie spokojnie, prawie beznamiętnie, jakby mówiła o pogodzie. Ale w wiadomościach, które mu pisała wcześniej wcale nie kłamała, nie zapraszała go tu w celach… towarzyskich. Mieli problem. – Poczekam tutaj. – oferowała mu pokój, a nie spotkanie w pokoju. Tam jednak mógł w spokoju przerzucić zawartość walizki i znaleźć odpowiednią kopertę – Ale po drodze zamów mi jeszcze jednego drinka. Nie jestem pewna, czy przetrwam to na trzeźwo. - wzruszyła lekko ramionami i osunęła się mocniej w fotelu.
Co za burdel...


anthony bellore
45 y/o
Welkom in Canada
185 cm
member of parliament
Awatar użytkownika
there's an old Italian saying: "you fuck up once, you lose two teeth"
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkizaimki
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjipłynny?
postać
autor

Co za burdel.
Anthony zmusił się do przelotnego uśmiechu, żeby ukryć drobne zakłopotanie. Nawet jeśli dałby sobie rękę uciąć, że w ogóle to Love jako pierwsza poruszyła ten temat, to i tak poczuł się nieswojo ze świadomością, że mogła mieć rację. I nawet jeśli często wmawiał sobie, że interesował się z troski, bo życzył jej dobrze i chciał, żeby była szczęśliwa, to i tak wszystko sprowadzało się do praktycznie tego samego wniosku; do zazdrości.
– Nie wyobrażaj sobie za dużo – odparł wręcz szorstko, choć uśmiech na jej twarzy mu umknął, więc ciągle miał nadzieję na to, że nie był taki oczywisty. – Wiesz, dlaczego o tym rozmawiamy. A jeśli masz swoje pytania, to pytaj. Nie wstydź się. – Wzruszył obojętnie ramionami, z trudem opanowując szelmowski uśmiech. Tak - prowokował. Z premedytacją. Żeby zetrzeć plamę na honorze i jakoś przykryć tę żenującą zazdrość. Chociaż po cichu nabierał wrażenia, że Love wcale by nią nie pogardziła.
Ale to wszystko było tylko wątkiem pobocznym. Najważniejsze było to, że oboje mieli kogoś na ogonie.
Tymczasem jednak użalał się nad… Sobą.
– Och, Love – rzucił teatralnie i żałośnie zaśmiał się pod nosem. – Chyba nie myślisz, że to będzie mój pierwszy anonim w życiu. Jestem konserwatywnym jednorożcem w najbardziej tolerancyjnym mieście świata. To oczywiste, że mnie się nie toleruje. I że trzeba mi o tym przypominać – mówił pogodnie, wręcz żartobliwie. To w istocie odzwierciedlało jego postawę, bo rozumiał, że to naturalna kolej rzeczy i dlatego nie robił z siebie cierpiętnika. Tylko, że było jeszcze drugie dno. Rodzina. – To powód, dla którego Kim rzadko otwiera listy bez mojej obecności. – Kiwnął głową na kopertę. – Żeby nie czytała o tym, co zrobią jej, Brooke, Vinniemu, mnie i tak dalej. Dlatego jestem pewien, że nie widziała tych zdjęć – dokończył i porozumiewawczo uśmiechnął się do Love. Jeśli głos mu zadrżał - zgnuśniał, nabrał rozżalenia albo pretensji - to Anthony nie zwrócił na to uwagi, ale i bez tego kontrast w przeżywaniu takich spraw był jeszcze więcej niż wyczuwalny. Mimowolnie napiął mięśnie, przymrużył powieki, zacisnął szczękę. I wbrew pozorom - to wcale nie był teatrzyk; wcale nie brał jej na litość. Nie w środku dramatu, który przeżywali oboje. Między innymi dlatego gest Love zbił go z tropu; a właściwie nie tyle gest, co nonszalancja, z jaką go popełniła: bez skrępowania, z charakterystyczną nutką bezczelności, ufnie. To był spory kontrast.
– Nie musiałem cię wtedy jakoś specjalnie namawiać – odparł więc, przesuwając spojrzenie z karty na jej twarz i cwaniacko uśmiechnął się pod nosem. Chyba nie do końca wierzył, że naprawdę miał nad tym aż taką kontrolę, ale dobrze było się tak zachowywać. Nic dziwnego zatem, że wyciągając świętego Graala z jej dłoni, nie uciekał przed dotykiem i wręcz celowo przedłużał czy mnożył te wszystkie muśnięcia; niby pod płaszczykiem niezdarności. – Gdybym przyszedł cię przelecieć, to już dawno byś o tym wiedziała – dodał z przekąsem i tylko odrobinę ciszej (bez żadnych podszeptów i gardłowego warczenia - przyp. redakcyjny), a potem spokojnie opuścił wzrok na kartę, odczytał z niej numer pokoju i schował ją do kieszenii. – Jeśli nie wrócę w ciągu piętnastu minut, to znaczy, że znalazłem coś ciekawego albo… – Z premedytacją zawiesił głos, powoli podnosząc się na równe nogi. – Albo zmieniłem zdanie – rzucił, jak gdyby nigdy nic, nie spuszczając przy tym oka z Love. Skoro chciała grać w tę grę i opowiadać mu o miłych wspomnieniach, to musiała być gotowa na kontrę; lepszą, gorszą, ale kontrę. – A drinka zamów sobie sama. I tak nie wiem, co teraz pijasz. – Uśmiechnął się, kiwnął głową i za chwilę zniknął w drzwiach prowadzących na korytarz.
14 minut i 59 sekund...

Love Roderick
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
przeciwko sztucznej inteligencji i upadkowi zasad
29 y/o
CHRISTMASSY
159 cm
prezenterka w CBC News
Awatar użytkownika
'Cause I'm a real tough kid
I can handle my shit
They said, "Babe, you gotta fake it 'til you make it"
And I did
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracji3os.
czas narracjiPrzeszły
postać
autor

Brew drgnęła jej wymownie. Miała sobie nie wyobrażać za dużo? Po tym, co się ostatnio stało w jej mieszkaniu? Po tej bardzo dziwnej wiadomości, którą od niego dostała i która ciągle leżała jej tam gdzieś na wątrobie? I o tym, że znowu zaczynał temat tego z kim się spotykała i jaki charakter miały te spotkania. Naprawdę trudno było sobie nie wyobrażać Za dużo. Ale ugryzła się w język… nie zapytała. Nawet jeśli nie miała pojęcia, dlaczego o tym rozmawiają, bo wydawało jej się to absurdalnie nieistotne w sytuacji, w której się znaleźli. To nie jej jednonocne przygody były autorem tych zdjęć. Gracze NBA również nie. I to akurat było coś, co oboje wiedzieli. Nawet jeśli Anthony próbował sobie wmawiać, że jest inaczej…
Musiał też się domyślać, że to nie wstyd sprawił, że nie pociągnęła dalej tematu. Zresztą sposób w jaki jej warga drgnęła w kierunku uśmiechu i tak był wystarczająco wymowny.
Zmarszczyła lekko czoło, gdy zaczął mówić… czy ją to dziwiło? Nie. Czy wzbudził jej litość? Poniekąd. Ale nie dała tego po sobie poznać. Parzyła prosto na niego, wpatrywała się intensywnie w jego tęczówki i słuchała jak to okropnie było z nim b y ć. Żyć. Tworzyć rodzinę. Love wbrew pozorom miała serce po dobrej stronie klatki piersiowej i w jakimś stopniu im współczuła – bardziej oczywiście Kimberly, a jeszcze bardziej dzieciakom, które się zupełnie na to nie pisały. Oni tak – Jeśli Cię to pocieszy… – raczej nie, bo nie było w tym absolutnie nic pocieszającego – Prawicowcy chłopcy bardzo lubią informować liberalne kobiety, co by z nimi zrobili i do czego się nadają. Także problemy z agresją trudno przypisać do poglądów politycznych. Ale przykro mi. Przykro mi, że ruszają ich…. Bo to. – wskazała na zdjęcia – Również ich dotknie – nawet jeśli nie było bezpośrednią groźbą i opisem całego brutalnego planu jak się ich pozbyć z tego świata, żeby ukarać w ten sposób kogoś, kto nadepnął na nieodpowiedni odcisk. To zwyczajnie nie było sprawiedliwe i powodowało u Roderick dziwne rozdrażnienie. Jakby zupełnie pomijała fakt, że się do tego przyczyniała… była hipokrytką i nie uwzględniała tego, że jej obecność w ich życiu była krzywdząca. To się chyba nazywa podwójne standardy…
A oni byli ich uosobieniem.
- Teraz też byś nie musiał. – naprawdę myślał, że jego prowokacja odbije się bez echa? – Ale no cóż… szkoda. Zostaniemy więc przy interesach. – nie zmieniła swojego tonu, pozostała przy tym nonszalancko-obojętna, nawet jeśli jednocześnie zadrżała pod wpływem muśnięcia jej dłoni, gdy zabierał klucz. Nie drgnęła natomiast w momencie, gdy zasugerował zmianę planów. Jej wargi znowu wykrzywiły się w rozbawieniu, ale nic poza tym. Nie poderwała się na równe nogi, żeby pójść z nim do pokoju i te nogi zaraz rozłożyć. Została na swoim miejscu patrząc na niego spod wachlarza ciemnych rzęs – To samo, co zawsze, Bellore. – wbrew pozorom Love Roderick nie była wielką fanką kolorowych drinków i to, co wcześniej wylądowało na ich stoliku było idealnym wyborem, ale… rozumiała – I nie wydaje mi się, żebyś znalazł coś ciekawego w pokoju hotelowym. – dodała pod nosem, bardziej już do siebie niż do oddalającego się mężczyzny. Westchnęła pod nosem i teatralnie uderzyła czołem w blat stołu.
Co za burdel…
W pokoju Love burdelu nie było. Wyglądał jak… pokój, w którym ktoś ewidentnie został na dużej niż dwie noce. Kilka par butów rozrzuconych przy wejściu, kosmetyki rozłożone w łazience a także na niewielkiej toaletce z dużym lustrem tuż przy łóżku. Na łóżku leżał jej laptop i dokumenty, które jednak nie miały nic wspólnego z Malarzem, a jedynie jej pracą. Nie było tu chaosu, ale mimo wszystko dało się w nim wyczuć jej obecność. Chociażby po tym, że w powietrzu ciągle delikatnie unosił się zapach jej perfum. Ona sama jednak się nie pojawiła. Zgodnie z obietnicą została w barze.
Zamówiła sobie też drinka i kelner przyniósł go do stolika chwilę przed tym jak Bellore wrócił do lokalu. A sam kelner? Nie dosyć, że tego drinka do stolika przyniósł to nieszczególnie spieszył się, żeby od niego odejść, ewidentnie zagadując siedzącą samotnie brunetkę. Zagadując lub też po prostu zwyczajnie podrywając, ale dużo zależało w tym przypadku od perspektywy. Zorientował się, że nie jest mile widziany dopiero w momencie, w którym Love kątem oka zauważyła Anthony’ego, wyprostowała się i jeszcze raz kulturalnie podziękowała.
Momentalnie wyciągnęła też po kopertę, którą przyniósł i nie czekała na pozwolenie – gdy upewniła się, że zostali sami, otworzyła i sprawdziła jej zawartość. Ale jej mina przy tym? Zero zrozumienia… zero.
- To może jednak uwierzą ci, że to tylko tak… wygląda – spojrzała na Tony’ego krótko znad zdjęć, których sens próbowała zrozumieć – Czy ktoś właśnie próbuje ci udowodnić, że wszystko można przedstawić w taki sposób jaki się chce? Co to za pojebana gra psychologiczna?


anthony bellore
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”