Haze była jego
koszmarem.
Może nawet horrorem, do którego w myślach go przyrównywała.
Jak inaczej mógłby wytłumaczyć to, jak nawiedzała go za każdą granicą jego podświadomości? Do czego mógłby przyrównać twarz, która tkwiła wypalona na jego powiekach nawet, gdy je zamykał, głos, który wybrzmiewał w ciszy między słowami należącymi do niego, zapach, którym przeszły jego ubrania na wzór zapachu tytoniu?
Była koszmarem, który nie chciał go opuścić.
Ani wtedy, gdy spędził pięć tygodni z dala od niej, zostawiając swoich ludzi z zadaniem jej obserwacji. Ani wtedy, gdy pojawiła się w jego loży, zastając go z inną kobietą na kolanach - kobietą, która miała ją zastąpić swoim głosem, swoimi włosami i pieprzykiem umieszczonym po złej stronie twarzy.
Ani później.
Ponieważ gdy zobaczył znów
pierwowzór, gdy jej rysy utrwaliły się w jego głowie ponownie odnajdując zarys, który ciągle w niej tkwił, nie potrafił wrócić do
Amber Anne. Nie przyjął jej do swojej loży, nie zrobił niczego, co mogłoby odwrócić jego uwagę od tego spotkania, ponieważ to spotkanie znów tchnęło w niego wściekłość i rezygnację zarazem.
Przez pewien czas tkwił w bitwie tych dwóch, skrajnie różnych emocji od siebie.
Potem sięgnął po telefon.
Przerwanie pertraktacji pokojowych z ’Ndranghetą na rzecz kobiety, która była powodem całego tego syfu nie należało do dyplomatycznie rozsądnych rozwiązań. Czuł na sobie spojrzenie przyjaciela gdy wtargnął na jedno ze spotkań wyglądając w
ten sposób i w
ten sposób żądając dostępu do informacji.
Do ceny, którą miała zapłacić. Tego, czego zrobić nie mogła do tego stopnia, że przyszła do niego z prośbą o pomoc wiedząc, że jej nie otrzyma.
Do ceny, którą zapłacić miał o n.
Za dwa życia, pozostawione w ramach nauczki i zabawki zarazem, za śmierć Scalviniego i porażkę w wyciągnięciu z niego informacji.
Wyciągnięcie ich z tego nie byłoby żadnym problemem wcześniej - wtedy, gdy ich stosunki nie były zawieszone na ostrzu noża. Teraz jednak zwykła rozmowa, przysługa, transakcja, którą mógłby zawrzeć przekształciły się w jakieś pieprzone pole bitwy, które ciągnęło się zdecydowanie zbyt długo.
I nie obyły bez ofiar.
Tkwił w jakimś gównianym pomieszczeniu z bandą Włochów, przekazując im akta z informacjami na temat ich
Węża w zamian za los dziewczyny, która całkowicie go nie obchodziła.
Z teczką pieniędzy w zamian za tą, której chciał się pozbyć.
Za ochronę, za święty spokój. Za gwarancję tego, że będzie mogła wrócić do swojej normalności by on, w jakiś sposób, wrócił do swojej. Gwarancję, którą otrzymał - wraz ze złośliwym uśmiechem na twarzy jednego z mafiozów, który poza
jest twoja oznajmił również, że niestety
już zaczęli.
Na drugim końcu pierdolonego miasta. Nie wątpił, że ich miejsce spotkania było wybrane w pełni strategicznie.
Wkraczając do wnętrza wypełnionego gwarem i muzyką budynku był pozbawiony resztek cierpliwości, które towarzyszyły mu jeszcze w samochodzie. Gniew pchnął go do przodu, chwycił za pistolet, przytknął lufę do skroni jednego z ochroniarzy w żądaniu, by wskazał mu kierunek.
- Żadnej broni, to cywilizowane przyjęcie - wycedził któryś z nich, gdy już czwórka znalazła się wokół, zawężając jego możliwości.
Nie wiedział nawet, kto oddał pierwszy strzał.
Może on - może to jego palec nacisnął na spust, przestrzelając czaszkę, przy której znajdowała się lufa. Może to wychylający się z przejścia człowiek należący do niego, za którym weszli następni, jeden po drugim przestępując framugę.
Wiedział za to, kto krzyknął po raz pierwszy.
Kobieta, która znalazła się w ogniu krzyżowym, pchana strachem w stronę wyjścia. Po niej byli następni, cały tłum mknący do drzwi wyjściowych na przekór wciąż grającej muzyce. Tłum, który odciął go od reszty
jego ludzi, ale też odciął go od Włochów, z którymi prędzej czy później mieli się uporać.
Żaden z nich nie miał wyjść z tego przyjęcia żywy.
Wkraczając po schodach uniósł broń na widok nadbiegającego ochroniarza. Zamek szczeknął żałośnie, informując o pustym magazynku - Monroe wściekle cisnął kawałkiem metalu w jego głowę, skracając dzielący ich dystans.
Nie potrzebował broni. Z taką ilością adrenaliny, jakiej zapas furia pchała w jego żyły
sam mógł być bronią.
Drzwi prowadzące do wskazanego przez Włocha pod groźbą pokoju okazały się zamknięte.
Frustracja pchnęła go prosto na mocną futrynę, sprawiając, że obite jeszcze przed miesiącem żebra zawyły we wściekłości, protestując przed natarciem. Jego wzrok pomknął wzdłuż korytarza, szukając pistoletu należącego do jego niedoszłej ofiary.
Zamiast tego dostrzegł strażacką skrzynkę.
A w niej - obok gaśnicy i gówien, które go nie interesowały, również siekierę.
Jego ramiona, wciąż noszące blade ślady uderzeń łomu potrzebowały nie jednego, a trzech pełnych wściekłości uderzeń by ostrze dzierżonej przez niego broni wreszcie trafiło w odpowiedni punkt, który uczynił zamknięty zamek bezużytecznym.
Spojrzenie przesunęło się po wnętrzu pomieszczenia gdy drzwi z hukiem otworzyły się pod wpływem jego kopnięcia.
Dostrzegło przygaszone światło, kolorowy dywan, szafkę, telewizor, stół, łóżko.
Ciemne włosy, które znał tak dobrze.
Tkwiącego przy niej mężczyznę.
- Co jest, kurwa, miała być odrobina prywatności - zaprotestował, odsuwając się od kobiety jak oparzony. Kobiety, na której materiale sukienki tkwiły zagniecenia, na której talii wcześniej trzymał swoją prawą dłoń.
Furia przekształciła płomień za jego mostkiem w pożogę gdy jego wzrok spotkał się ze spojrzeniem obcego człowieka, a wraz z tym wzrokiem, dotarło do niego
zrozumienie.
I jak pożoga, pchnęła go do zniszczenia.
Jego dłoń złapała mężczyznę za kark, ściągając go z tkwiącej obok kobiety. Runął na stolik, w żałosnej próbie stawienia mu oporu gdy drewno zapadło się pod jego ciężarem, gdy Monroe stanął nad jego ciałem, ostrze siekiery błysnęło w powietrzu.
Najpierw odebrał mu dłoń.
Rękę, która wcześniej zaciśnięta była na talii
jego Haze. Jedno uderzenie nie pozbyło się jej całkowicie, odmawiając mu satysfakcji. Głuche uderzenie siekiery zostało zagłuszone przez wrzask, który wydarł się z gardła atakowanego, którego ręka zwisała teraz pod nienaturalnym kątem. Krew trysnęła z naruszonego ciała, plamiąc resztki blatu, dywan, plamiąc nawet łóżko, koło którego tkwili - plamiąc też jego bordową koszulę i dłonie, którymi trzymał broń.
Wzmocnił swój chwyt, jego żebra paliły gdy uniósł siekierę w górę. Drugie uderzenie wystarczyło, by dłoń na zawsze oddaliło się od reszty ciała.
W trzecim jego wściekłość przekształciła się w chłodną determinację, trafiając w kolano, które zgięło się w bezowocnej próbie podniesienia na równe nogi, ucieczki, której nie miał szansy spełnić.
W czwartym krew buchająca z rany na jego brzuchu dotarła nawet do jego twarzy.
Dopiero za piątym mężczyzna przestał się poruszać, siekiera utknęła w jego zniekształconej czaszce, na zawsze zmazując obraz twarzy, którą posiadał wcześniej. Szarpnął, raz, w daremnej chęci poprawienia czegoś, co nie wymagało już poprawienia i napotykając opór zrezygnował.
Przez parę uderzeń serca jedynie tkwił nad nim, jego ciało protestowało przed następnym ruchem, klatka piersiowa unosiła się w ciężkim oddechu. Odgłosy strzelaniny ustały, wraz z nimi muzyka, pozostawiając odległe głosy jego własnych ludzi i głuchą ciszę, która zaległa w pomieszczeniu.
-
Violet - wychrypiał, dopiero teraz odwracając głowę w jej stronę, lecz ciało wciąż tkwiło na swoim miejscu.
hand of blood