29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
you're not as bad as everyone says you are
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Drewno framugi wciskało się boleśnie w jej bark, ale nie sposób było się od niego uwolnić; bo było jedynym, co tak naprawdę trzymało ją w pionie. Irytowało ją to. Ta bezsilność, która odbierała jej wpływ na rzeczy tak pozornie niewielkie, tak oczywiste, tak normalne jak utrzymanie się w pionie. Nie wymagała przecież wiele – chciała przecież tylko stać. Przejść kilka kroków, utrzymać własny ciężar bez żadnej żałosnej walki przy każdym ruchu.
Ale pokój nadal poruszał wirował przy każdej, najdrobniejszej nawet próbie zmiany pozycji.
Nie rozumiała, dlaczego była aż tak słaba. Nie potrafiła nawet ustalić, co dokładnie wydarzyło się wcześniej; wspomnienia pojawiały się w niej urywkami, a i tak nieczytelne. Nie miała wiedzy co się stało po przekroczeniu progu szatni, w której przebrała się w ten upokarzający kawałek materiału. Nie miała też pewności, że w ogóle chodziło o poprzednią noc.
A jeżeli minęło więcej czasu? Może tak dało się wyjaśnić ciągły, zbolały protest jej organizmu?
Wtedy usłyszała własne imię.
Ochrypłe, nieco szorstkie, a jednak wypowiedziane w sposób, który rozpoznała natychmiast; i ten niewielki fragment, który wciąż chowała w sobie, a którego przecież dawno nie powinno być – zdecydowanie po nigdy więcej nie pokazuj mi się na oczy, poderwał się ku niemu, zanim zdążyła oddzielić jego głos od reszty dźwięków. Znów chciał pomknąć w jego stronę; przylgnąć do tego jednego brzmienia, odnaleźć w nim wszystko, co tak uparcie przez cały czas próbował zachować.
Chłonął je z nieprzyzwoitym głodem.
Patrzyła, jak Monroe podnosił się z kanapy, jak zmniejszał odległość, choć nie całkiem, i palce zacisnęły się na framudze jeszcze mocniej. Strach również go rozpoznał. Ból, który identyfikował go równie bezbłędnie co tej jeden niewielki fragment, także. Zdążył już znaleźć sobie w niej miejsce, wrosnąć dostatecznie głęboko, żeby jego poruszenie odezwało się napięciem przy żebrach.
Chciała, żeby podszedł.
I bała się, że podejdzie.
Obie te rzeczy mieściły się w niej z przerażającą łatwością.
Powrót do łóżka i zwyczajna woda pozostawały gdzieś poza tym, na czym umiała się teraz skupić. Zamiast zwolnić uścisk i ustąpić, posłuchać go, dołożyła drugą dłoń do framugi, próbując przytrzymać się wyżej, pewniej, choć ręce również zaczynały się męczyć. Bark osunął się trochę, a w kolanach znów pojawiło się drżenie, którego nie potrafiła zatrzymać.
Powinna dowiedzieć się, co wydarzyło się w klubie, jak znalazła się tutaj i ile czasu upłynęło; powinna spytać o siostrę, przede wszystkim o nią, ale nawet kolejność tych pytań nie chciała się ułożyć.
Rozchyliła usta, sądząc że znalazła to, od czego powinna zacząć, ale wtedy wróciły tamte słowa.
Nigdy więcej nie zobaczysz mnie na oczy.
Nie rozmywały się pod żadną próbą przypomnienia, nie traciły znaczenia jak wszystko inne z poprzedniej nocy; pozostawały w jej głowiej niemal dotkliwie. Podobne słowa słyszała już wcześniej – wtedy to ona miała trzymać się z daleka na jego żądanie. I to żądanie było zrozumiałe. To samo żądanie naruszyła egoistycznie, bo miała problem. Bo była zdesperowana. Bo nie wiedziała, gdzie szukać pomocy, kiedy została postawiona i brutalnie wciśnięta w ścianę.
Znów coś zrobiła nie tak; znów z jej winy on musiał przekuć własne żądanie we własne postanowienie, którego musiał własnoręcznie dopilnować, skoro na nią nawet w tym nie mógł liczyć. Na uszanowaniu jego własnych granic.
— Vincent — powtórzyła słabiej. Imię zabrzmiało żałośnie; ścisnęło jej gardło, a ona wczepiła się mocniej w twardy brzeg pod palcami, kiedy własny ciężar znów pociągnął ją odrobinę niżej. — Ja tego nie chciałam.
Była jak żałośnie zdarta płyta; z jedną, jedyną kwestią, którą potrafiła powtórzyć. Dwiema, jeśli policzyć jego imię, ale ono samo tak gładko prześlizgiwało się po jej języku, gdy umysł był zbyt zmęczony kurtuazją.
Nie chciała tak wielu rzeczy, ale gdyby miała je wszystkie nazwać teraz, ciężko byłoby znaleźć tę, od której należałoby zacząć.
Jedno zdanie, którym przecież nie dało się zamknąć niczego. Jedno zdanie, które nie tłumaczyło tak naprawdę niczego. Które było niemal żenujące w całej swej rozpaczliwości. Upokarzała się nie tylko sama przed sobą, ale przed nim. Przed człowiekiem, który przecież nie chciał jej widzieć. Przed człowiekiem, którego skrzywdziła, a mimo to miała czelność przyjść, zadeptać jego granice, i prosić o pomoc. Bo ona jej potrzebowała. Bo ona była pod ścianą.
— Przepraszam. — Jej usta, same i bez jej wiedzy; bez świadomości rozsądku, zbyt zajętego natłokiem myśli, złożyły jedno słowo.
i wish i could be a better me, for you
tamagotchi
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
i can't be your hero so i'll play the villain
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Noc okazała się idealną przestrzenią do rozmyśleń, w efekcie czego była całkiem pouczająca. Nie wymyślił co prawda sposobu na pogodzenie dwóch konfliktów, które stworzył w przeciągu jednego wieczora, ani nawet tego, w jaki sposób mógłby zapewnić swojego menadżera przyjaciela o tym, że faktycznie się tym zajmie, ale przemyślał sobie dużo innych rzeczy.
Na przykład wszystko to, co wiązało go z Violet Haze.
Nie w ten chory, obsesyjny sposób, w jaki splótł własny los z jej w przeciągu zaledwie paru tygodni. W ten, który dało się ocenić racjonalnie z pomocą stworzonego dystansu i wyjątkowo trzeźwej nocy.
Nigdy nie należała do niego. Fakt ten był w jego głowie przemilczany nawet wtedy, gdy wypowiadała korespondujące z nim słowa na głos. A jednak nieustannie w ten sposób ją traktował, rozciągając wokół niej własną troskę, dając jej przestrzeń gdy jej potrzebowała lecz wyłącznie dlatego, że gdzieś podświadomie wierzył, że wciąż się na nią natknie.
Gdy tak nie było, gdy mijały kolejne dni spędzane w niewiedzy i z daleka od niej, zawsze stawał się nieprzyjemny dla swojego otoczenia.
Tymczasem ona nie była mu niczego winna.
Prosty układ brzmiał obraźliwie, wyrażał całkowity brak szacunku do tego, co ich łączyło - przynajmniej tego, co łączyło ich w jego głowie. Gdy jednak dostrzegł, jakiego innego układu była w stanie się podjąć byle tylko zagwarantować swojej siostrze bezpieczeństwo, tkwiąc nieruchomo na kanapie w towarzystwie jej oddechu i własnych myśli zmuszony był dojść do wniosku, że faktycznie, tamten układ był dużo prostszy.
W żaden sposób nie był szlachetny czy sprawiedliwy, ale czy na jej miejscu nie dokonałby dokładnie tego samego?
Posiadając jedyny punkt odniesienia, w którym była skłonna poświęcić go w zamian za swoją normalność, zdrowie i życie kogoś jej bliskiego, łatwiej było dać mu się pochłonąć wściekłości. Tłumiła gorycz, zawód, poczucie zdrady i zwykłą, absurdalną zazdrość, z której nie potrafiłby się teraz nawet wytłumaczyć.
Teraz jednak te punkty były dwa.
Skoro dla tej normalności, dla tej bliskiej osoby i dla potrzeby jej uratowania była skłonna poświęcić również siebie, czy nie oczywistym było, że najpierw spróbowałaby poświęcić kogoś innego?
To wyrównywało szalę. Pozwalało tej nieracjonalności odsunąć się, obrazowi za nią wyostrzyć, spoglądając na wszystko w zupełnie innym świetle. Haze, obiektywnie patrząc, nie była człowiekiem gorszym od niego, podejmując jeden wybór na szkodę innego człowieka. Mogłaby podjąć ich setki i nadal nie zbliżyć się do miejsca, w którym tkwił.
To powinno sprawić, że czułby się z tym lepiej.
Ale nie czuł nic.
Pod wypaloną w jego sercu pożogą nie chowało się przebaczenie, ale nie chowała się też już potrzeba zemsty. Tylko jałowa, żałosna świadomość tego, że jego stosunek do tej kobiety był niezdrowy, a także niezdrowo nieproporcjonalny do tego, w jaki sposób spoglądała na niego ona.
Jej słowa wsunęły się do jego odrętwiałego nocą i nagłą trzeźwością umysłu, nie zatrzymując w nim na dłużej. Obiektywnie patrząc postąpiła źle. Obiektywnie patrząc on również postąpił źle. Przeprosił, wczoraj.
To, czy to pamiętała, nie miało wielkiego znaczenia w kontekście całości sytuacji.
- Połóż się - odrzucił krótko, dostrzegając, jak słania się na nogach, z coraz większą mocą wczepiona we framugę. Westchnął, nie znajdując w sobie miejsca na zapytanie o zgodę - znajdując w sobie jednak łagodność, gdy powoli, ostrożnie wsunął dłoń na jej talię i przejął na siebie jej drobny ciężar, wyręczając w tym framugę.
- Dorzucili ci coś do tego, co piłaś - wyjaśnił, podejrzewając, że mogła nie mieć tego świadomości, jeśli najcięższym co próbowała w swoim życiu była lampka wina. Nie zapytał, ile pamiętała z tamtej nocy - wygodniej było mu założyć, że nie pamiętała nic.
Ograniczać się w opowieści do minimum.
- Do niczego nie doszło - dodał, nim jego słowa mogły zasiać panikę w jej sercu. Pochylił się, ignorując odległy puls między żebrami, pomagając jej zająć miejsce na łóżku i natychmiast cofając własną dłoń. - Twoja siostra jest bezpieczna - kontynuował, prostując się z tą samą niewygodą mieszkającą w jego talii. Odwrócił się, sięgając po szklankę wody. - Uznałem, że wolałabyś, żeby nie widziała cię w tym stanie, ale mogę po nią zawołać - zakończył krótko, bezosobowo, unosząc jej rękę i wsuwając w palce szklankę, świadom tego, że mogłaby w przypływie buntu bądź dezorientacji po nią nie sięgnąć.

i get what i deserve
29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
you're not as bad as everyone says you are
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jego dłoń nie parzyła.
Cała spięła się pod nią niemal natychmiast; palce zacisnęły się na framudze mocniej, chociaż właśnie z tego wysiłku próbował ją wyręczyć. Poczuła znajomą szerokość dłoni, ciepło przy talii i własny oddech, który zatrzymał się za wysoko, niezdolny przejść swobodnie przez gardło. Czekała na mocniejszy ucisk. Na ten jeden ruch, po którym nie będzie już miała żadnej wątpliwości, co zamierzał zrobić.
Ale jego palce pozostawały ostrożne. I nie rozchodziło się od nich tamto obrzydliwe palenie; nie miała ochoty zetrzeć skóry w miejscu, którego dotknął. Wciąż potrafiła rozpoznać go również w ten sposób, z niedorzeczną łatwością odnajdując pod strachem coś, do czego chciała się przysunąć.
A jednocześnie nie potrafiła przestać wyczekiwać, kiedy ją zaboli.
Pozwoliła odprowadzić się do łóżka. Nogi ustąpiły z ulgą, kiedy materac znalazł się pod nią, ale napięcie pozostało; nawet gdy zabrał rękę, przez chwilę nadal pilnowała miejsca, w którym ją widziała.
Dorzucili ci coś.
Próbowała odnaleźć w pamięci cokolwiek, do czego mogłaby dopasować te słowa. Szklankę czy kieliszek. Czyjąś rękę podającą jej coś do wypicia. Nie przypominała sobie, żeby w ogóle coś wtedy piła. Ale co jeżeli nie pamiętała również czegoś innego?
Jej spojrzenie opadło na jej własne kolana, na skąpy materiał daleko ponad nimi, który nadal miała na sobie. Pod żebrami zaczął podnosić się chłód, ale jego następne słowa zatrzymały go, zanim zdążył rozlać się dalej.
Do niczego nie doszło.
Przez moment patrzyła na niego bez ruchu.
Mogła domyślić się, co miał na myśli; przy jakiej granicy postawił to nic. Tylko że jej skóra pamiętała już dostatecznie dużo, żeby nie umiała przyjąć tego określenia dla wszystkiego. Nadal czuła cudze palce; nadal czułaciężki oddech przy twarzy, choć pomieszczenie było przecież inne, choć przed nią stał ktoś inny.
Ale jej siostra była bezpieczna – przy tej informacji powietrze wreszcie dotarło głębiej. Ramiona opadły odrobinę, a ona przez chwilę próbowała zatrzymać przy sobie samo znaczenie; bezpieczna. Powinno jednak wybrzmieć pytanie: jakim cudem? Jej otępiały umysł nie zdołał odnaleźć odpowiedzi we wspomnieniach, jednak wciąż potrafił połączyć kilka prostych rzeczy. Jego mieszkanie. Jego obecność. To, że nie została tam, gdzie pamięć urywała się na cudzym dotyku. Siostrę, którą mógł przyprowadzić.
Znów zrobił dla niej coś, czego sama nie potrafiła.
Powinna skupić się wyłącznie na tym; nie szukać przy okazji czegoś jeszcze w sposobie, w jaki do niej mówił. A mimo to słuchała z uporem, który zaczynał być niemal upokarzający. Jego ton pozostawał spokojny, rzeczowy; przekazywał jej wszystko, co powinna wiedzieć, wskazywał, co powinna zrobić. Nie było w nim ostrości, przed którą mogłaby się skulić. Ale nie było też odpowiedzi na jej przepraszam. Ani na to, że nie chciała.
Jej słowa zostały gdzieś przy framudze, a on zdążył już przejść dalej, zająć się rzeczami, które rzeczywiście wymagały uwagi. Zrozumiałe. Przecież powiedział jej wystarczająco wyraźnie. Jeszcze wtedy, w magazynie, zanim znowu przyszła do niego ze swoim problemem; zanim uznała, że j e j desperacja pozwalała naruszyć również j e g o granicę. Później wróciła do niej w tych kilku słowach, które tak niesprawiedliwie dobrze przetrwały całą resztę poprzedniej nocy.
Nigdy więcej nie zobaczysz mnie na oczy.
Przeprosiny nie potrafiły tego cofnąć. Jej chcenie lub nie chcenie również nigdy nie miało dostatecznej siły, żeby zmienić to, co ostatecznie robiła. Powinna była nauczyć się na pierwszym przypadku, że chęci, ich brak, nie miały istotnego znaczenia, gdy nie przekładały się w żaden sposób na wyniki.
Podawaną przez niego szklankę przyjęła dość odruchowo, choć drugą dłonią sięgnęła do niej niemal natychmiast; palce zamknęły się przede wszystkim na jego własnych; na znajomej, nierównej skórze, którą rozpoznała, zanim zdążyła pomyśleć, że nie po to wyciągał rękę. Zatrzymała go przy szkle z tą samą, żałosną chciwością, której przez cały czas nie potrafiła z siebie wyplenić. P u ś ć. Nie jest twój.
Rozluźniła uścisk i przesunęła palce, ostrożnie zamykając obie dłonie już na szkle. Drżały. Dopiero teraz, mając między nimi coś nieruchomego, zobaczyła jak bardzo; powierzchnia wody poruszała się przy każdym drobnym wstrząsie, którego nie potrafiła zatrzymać.
On najwyraźniej potrafił już zostać przy tym, co konieczne. Ona nadal znajdowała się po tej stronie, po której jego palce mogły znaczyć coś więcej niż pomoc w utrzymaniu szklanki. Sama zniszczyła wszystko, co pozwalało jej wcześniej myśleć w podobny sposób, a teraz pozostawała przy tym z uporem kogoś, kto nie zdążył zrozumieć, że było po wszystkim. Została tam sama w przeszłości, nie potrafiąc przejść w teraźniejszość, bo ta była tak różna od kiedyś.
Uciekła zawstydzonym własną chciwością spojrzeniem znów na strzępki materiału, będące sukienką. Przy talii materiał był ciemniejszy od zaschniętej krwi. Nie chciała, żeby siostra zobaczyła ją w ten sposób.
Już raz nie znalazła w sobie śmiałości, żeby poprosić go o tak prostą rzecz. Siedziała w hotelowym apartamencie z cudzą krwią na skórze i nie potrafiła zachcieć jej zmyć, zbyt zawstydzona obcym miejscem; zbyt zawstydzona jego obecnością. Zbyt niepewna, pomimo jego gościnności. Teraz samo siedzenie w kawałkach materiału spiętych sznurkami, nieważne jak błyszczącymi, było trudne do zniesienia. Tak naprawdę – siedzenie we własnym ciele zaczynało być trudne do zniesienia. Siedzenie przy nim, będąc dalej zatrzaśniętą w odległej przeszłości, było n i e m o ż l i w e do zniesienia.
Nie powinna nawet myśleć o wstawaniu; szklanka nadal drżała pomiędzy jej dłońmi, a te kilka kroków od framugi pokonała wyłącznie dlatego, że ją podtrzymał. Ale cała skóra ją piekła, również przy palcach, które chwilę wcześniej tak nieprzyzwoicie zatrzymała na nim. Jeszcze szukając czegoś, czego on już jej nie dawał. Żałośnie spóźniona.
— Czy mogę się wykąpać? — zapytała cicho, unosząc spojrzenie zaledwie do jego szczęki; zawstydzona, że miała śmiałość próbować prosić go o jeszcze jedną rzecz. Kolejną, której nie musiał i nie powinien był dla niej robić.
i get what i deserve
tamagotchi
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
i can't be your hero so i'll play the villain
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Miesiąc temu popełniłby wiele grzechów by doprowadzić do chwili takiej jak ta.
Haze tkwiącej w j e g o mieszkaniu w kusej sukience. Jej zapach tańczący na j e g o pościeli łóżka, na którym siedziała, przyjmując od niego szklankę wody. Kobiece palce na j e g o dłoni, znajome, smukłe, wychodzące naprzeciw atramentowym literom wymalowanym na jego skórze.
Takiej jak, nie takiej.
Bo nic w chwili obecnej nie było przez niego pożądane.
Nie pragnął przynosić jej tutaj w obawie o to, czy jej oddech urwie się w trakcie nocy bądź u progu drzwi jej mieszkania znalazłby się ktoś chętny na rozegranie rundy numer trzy tej nieznośnej udręki. Sukienka tkwiąca na jej ciele nie została przez nią założona z własnej woli, podejrzewał, że w ogóle do niej nie należała, wyglądała obco na jej złaknionej wygody sylwetce.
Jej palce drżały w kontakcie z jego skórą. Wyczuwał to drżenie nawet, gdy jej chwyt był mocny, wręcz nienaturalnie pewny jak na nią, nim kobiece dłonie wróciły do swojego naturalnego ułożenia, które nie zakładało miejsca na kogoś dodatkowego pomiędzy nimi.
Spoglądanie na nią w tym stanie sprawiało mu trudność.
W teorii zasługiwała na to, co ją spotkało - na odrobinę krzywdy, choć zupełnie innego rodzaju niż ta, do której go zaprowadziła. Na dotyk ostrza, którym miesiąc temu zadała mu cios, a które teraz skierowała w słusznej sprawie ku sobie samej. Na przekonanie się, że żadnemu Włochowi nie można było ufać a układy, które proponowali, były wszystkim, ale nigdy nie były proste.
W teorii nic też jej się nie stało.
Znalazł się w pomieszczeniu jeszcze zanim materiał jej sukienki choćby podniósł się niebezpiecznie wysoko. Narkotyki wypłukiwały się z jej organizmu, przekształcając prawdziwe poświęcenie w imię życia jej siostry w zaledwie bardzo niekomfortową noc.
Ale wiedział, że nie była to wyłącznie niekomfortowa noc.
Dostrzegał jej ciężar, wzbogacony o wszystkie te fakty na temat Violet Haze, które zgromadził na przestrzeni dwóch miesięcy. Nie potrafił zmusić się do obojętności gdy widok jej zapłakanej twarzy i postrzępionego rękawa bluzy tkwił wypalony w jego głowie.
Nie potrafił się go pozbyć.
Był więźniem, wciąż wrażliwym na jej bladą twarz, płytki oddech i panikę skrytą w drobnych spazmach ciała lecz jednocześnie świadomym tego, że nic z tych reakcji nie powinna być jego odpowiedzialnością. Nie należały do niego, tak jak nie należała do niego ich właścicielka.
Prawdopodobnie on sam stał za częścią z tych reakcji.
I nie potrafił się uwolnić z tego impasu, w którym choć wiedział, że Haze łaknęła normalności, choć wiedział, że potrzebowała wyłącznie jego pomocy, on nie potrafił udzielać jej neutralnie.
Bez jej zapachu, bliskości, spojrzenia, którego nie czuł na sobie zbyt długo.
Jej prośba pojawiła się nagle. Brzmiała racjonalnie, może nawet powinien to przewiedzieć - pragnęła zmyć z siebie tę noc, pozbyć śladów krwi, które przypadkiem na niej zostawił. Jego ciało zareagowało opieszale, głowa skinęła w potwierdzeniu, odwróciła się w stronę drzwi prowadzących do głównej łazienki.
Zostawił ją na krótką chwilę.
Zniknięcie Haze z jego pola widzenia przywitał z mieszanką ulgi i dziwnego rodzaju tęsknoty. Wkroczył do przestronnego, jasnego pomieszczenia, które witało go każdego ranka. Jasne, kamienne płytki błyszczały w dziennym świetle wpadającym przez wąskie, podłużne okno. Zignorował prysznic, który był jego zwykłym celem i ruszył do tkwiącej na samym środku wanny - wanny, z której osobiście nie skorzystał chyba nigdy.
Wydawało mu się to logiczne. Nie miała siły by utrzymać się przy framudze drzwi, tym bardziej nie miałaby siły by ustać w pionie atakowana impetem lejącej się z prysznica wody.
Nie wiedział za to, dlaczego własnoręcznie odkręcił kurek sprawiając, że pomieszczenie wypełnił szum. Ani po co sprawdził temperaturę wody pochylając się ku niezadowoleniu swoich żeber, nim ruszył z powrotem do sypialni.
Irytowała go jej słabość.
Drżenie dłoni dzierżących szklankę. Niemoc w utrzymaniu na nogach. Denerwowało go to, jaki miało to wpływ na niego.
Nie chciał widzieć, jak znów słania się na nogach. Stając naprzeciw, wyjął najpierw z jej dłoni szklankę, a później, wciąż z uporem milcząc, wsunął rękę pod jej uda, drugą oplatając ją w talii i podniósł ją, przysuwając do siebie.
Jej waga zdawała się nieproporcjonalna do wyczuwalnego drżenia.
Może gdyby ważyła więcej, to drżenie nie byłoby tak intensywne, nie wspinałoby się od jego dłoni przez ramiona, nie sięgało za mostek w poszukiwaniu miejsca, którego nie miało już dla niego być.
- Potrzebujesz ubrań - zadecydował, jego brwi zmarszczyły się gdy wkroczył do wypełnionego szumem pomieszczenia. Pochylił się, ostrożnie odkładając ją przy miękkiej pufie, kolejnym nieprzydatnym elemencie jego mieszkania, o którym zadecydował za niego ktoś inny. - Każę komuś zabrać je z twojego mieszkania.

i'm in prison, and my punishment is you
29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
you're not as bad as everyone says you are
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Znowu kazała mu coś dla siebie robić.
Nie kazała, oczywiście; zapytała. Tyle że różnica pomiędzy jednym a drugim wydawała się niewielka, kiedy siedziała na jego łóżku, w jego mieszkaniu, po wszystkim, co już m u s i a ł przez nią zrobić. Nawet teraz nie potrafiła po prostu przyjąć wody, podziękować i zostawić go w spokoju. Potrzebowała go dotknąć przy tym. Później potrzebowała jeszcze łazienki. Potrzebowała czasu, potrzebowała jego uwagi; potrzebowała rzeczy, o które wcale nie powinna była go prosić.
A przecież nie chciała już niczego od niego wymagać. Bilans był mocno nie na jej korzyść. A wciąż nie miała jak tego spłacić i zresztą – sam Monroe przyznał, że nie miała niczego z tego, czego chciał, do zaoferowania.
Była niewypłacalna. Tonęła w długach wobec niego; wobec osoby, której nie miała pojęcia jak realnie spłacić.
Nie powinno jej tu być.
Mogła przecież wykąpać się w domu. Mogła zmyć z siebie krew, i nie tylko ją, we własnej łazience, przebrać się we własne ubrania i przestać zmuszać go do zajmowania się nią. Siostra była bezpieczna. Wiedziała już to, co najważniejsze. Cała reszta mogła zaczekać, nawet jeżeli skóra przy każdym poruszeniu materiału próbowała przekonać ją, że było inaczej.
Musiała tylko wstać.
Monroe wrócił, zanim zdążyła odłożyć szklankę.
Podniosła na niego spojrzenie, rozchylając usta, ale szkło zniknęło spomiędzy jej dłoni, a jego ręka znalazła się pod jej udami. Druga objęła talię. Nie zdążyła nawet ustalić, co zamierzał, kiedy materac przestał podtrzymywać jej ciężar.
Powietrze zatrzymało się w jej płucach, brzuch zacisnął boleśnie; jej dłoń poderwała się do jego ramienia, chwytając materiał koszulki z siłą, której jeszcze chwilę wcześniej nie potrafiła znaleźć dla utrzymania szklanki. Nie przygotował jej na ten ruch. Nie powiedział niczego, co pozwoliłoby ciału przygotować się na niego.
Nagle znalazła się dostatecznie blisko, żeby poczuć znajomy zapach; wyraźniejszy od tego, który został na poduszce, tuż przy jego szyi. Oddech wydostał się spomiędzy jej warg z drżeniem, tym samym, które przez cały ten czas potrząsało jej ciałem. Mogłaby uprzeć się, że jej mięśnie po prostu były słabe, kiedy policzkiem dotknęła jego klatki piersiowej, ale byłoby to tanie kłamstwo, którego wszystko w niej było świadome.
Zachłanna egoistka. Niczego się nie nauczyła.
Jednostajny szum wody przyciągnął jej uwagę do pomieszczenia, w którym się znaleźli. Spojrzenie przesunęło się po jasnych płytkach, zatrzymało na wannie; przez chwilę próbowała połączyć ją z własną prośbą, z jego nieobecnością. Kiedy ona zastanawiała się, jak przestać nadwyrężać jego cierpliwość, on przygotowywał dla niej kolejną rzecz.
Jej dług wobec niego przez cały czas rósł. Owijał się wokół jej szyi, jak niewidzialna, niewyczuwalna pętla, która pewnego dnia miała podciągnąć się do góry i odciąć jej tlen.
Rozluźniła palce, kiedy pochylił się, żeby ją odstawić. Powoli; ostrożnie odrywając je od materiału, jak gdyby tym razem mogła przynajmniej dopilnować, żeby nie musiał sam uwalniać się od jej zachłanności.
Potrzebujesz ubrań.
Opuściła wzrok na sukienkę. Oczywiście, że potrzebowała. Kolejnej rzeczy, kolejnej osoby, którą miał wysłać, bo Violet Haze nadal nie potrafiła doprowadzić do końca nawet tak prostego postanowienia jak powrót do domu. A nie dało się zapomnieć, że Vincent Monroe nie chciał wezwać do siebie nawet lekarza w momencie, w którym zastała go z rozcięciem na boku i wieloma innymi ranami, które nadawały się nie do końca wyłącznie pod plaster.
— Nie trzeba nikogo wysyłać — odezwała się cicho. Podniosła spojrzenie, choć znów zatrzymało się niżej, niż powinno, omijając jego oczy. Tym razem mniej bała się spojrzenia drapieżnika niż tego, co jeszcze mogłaby w nich znaleźć. Zmęczenia. Poirytowania. Nadwyrężonej cierpliwości. — To nie zajmie długo. Tylko chwila i nie będę ci… — Rozsądek uwięził znajomy zwrot w ostatniej chwili, przekonany, że chronił ją przed kolejnym faux pas. — Panu się dłużej naprzykrzać. — Narzucona przez nią samą kurtuazja zameldowała się z powrotem na swoim miejscu; przy granicy, którą przecież postawiła ona, jak przypomniał jej Monroe. Gotowa pilnować, żeby nie próbowała znów skracać odległości, którą on najwyraźniej chciał zachować. — Przepraszam za kłopot. — Strumień wody płynący z kranu okazał się odpowiednią ucieczką dla jej spojrzenia. — Postaram się możliwie jak najszybciej zwrócić panu koszty pomocy.
Nie miała pojęcia jak. Nie miała pojęcia, jak rozliczało się z kimś, kto nie chciał nawet rozpocząć z nią negocjacji; kto z góry uznał ją za niewypłacalną.
W jednej chwili przestała chcieć kąpieli. Przestała chcieć swojej obecności tutaj. Przestała chcieć jego obecności przy niej, bo wszystko to zaczynało oznaczać rosnące zadłużenie. Kolejne rzeczy, które przyjmowała, choć nie potrafiła oddać nawet tych wcześniejszych.
every act of your so-called kindness tightens the noose
tamagotchi
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
i can't be your hero so i'll play the villain
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

P a n u.
Niewiele rzeczy mierziło go tak bardzo jak sposób, w jaki się do niego zwracała.
Szczególnie teraz, gdy wciąż czuł na swoich dłoniach jej dotyk, gdy zapach jej perfum krążył w pomieszczeniu, infiltrując jego nozdrza, gdy jego koszulka wciąż była wymięta w miejscu, w którym ją chwyciła.
P a n u.
To, że nie korzystał zbyt często z wyrazów grzecznościowych nie sprawiał, że miał z nimi jakikolwiek problem. Nie podchodził do tego tak, jak robili to Włosi - dla niego słowa miały mniejsze znaczenie, liczyły się czyny i stojące za nimi intencje. Czy ktoś zwracał się bezpośrednio do niego czy używał grzecznościowej formy było kwestią drugorzędną, niejednokrotnie eleganckie słowa mafiozów doprowadzały go do wściekłości dużo bardziej niż grubiaństwo, za którym trzymała się zbawienna prostota.
Eleganckie zwroty w jej ustach mu ujmowały.
Usuwały to wszystko, co tkwiło pomiędzy nimi, wyczuwalne, wręcz, kurwa, namacalne. Udawały, że więzienie, w którym zamknęło go jej istnienie i obecność obok wcale nie posiadało ścian, uniemożliwiających mu wyjście. Że nie istniała żadna, pieprzona pułapka na niedźwiedzie, w której utknęła jego noga, trzymając go nieznośnie uwiązanym jej losu.
W końcu był tylko panem, wpływowym, posiadającym możliwości by jej pomóc.
A ona była tylko kobietą, której tej pomocy udzielił z powodów, których żadne z nich do końca nie rozumiało.
I jak zawsze, gdy wściekłość budziła się w jego wnętrzu, wszystko inne, co mówiła, przechodziło na dalszy plan. Była zbyt niewielka by przedrzeć się przez warstwę wyhodowanego przez trzydzieści dni zobojętnienia, ale odbiła się w jego oczach przebłyskiem irytacji.
Zrobił dla niej tak wiele, a ona trzymała się uparcie biznesowej transakcji, w której nie miała niczego do zaoferowania.
Smutny, żałosny kundel.
- Wiesz, ile osób dla ciebie zabiłem? - niski pomruk wydostał się z jego klatki piersiowej po krótkiej, intencjonalnej pauzie, w której jedynym, co wypełniało pomieszczenie był szum lejącej się wody i echo kosztów pomocy, którymi w niego rzuciła.
Nie rozumiała.
Pragnął chwycić ją za ramiona, potrząsnąć, zmusić do otworzenia oczu. Sprawić, by dostrzegła to, że nie było nic, co mogła mu zaoferować, co zwróciłoby koszt, ponieważ to nie była biznesowa transakcja, to nie była zatwierdzona przez niego operacja, która miała przynieść mu jakieś korzyści.
Tylko wyjątkowo głupi czyn wyjątkowo zdesperowanego więźnia, który nie potrafił odmówić jej normalności, której poszukiwała nawet, jeśli nie było w niej miejsca dla niego.
- Wczorajszego wieczora dwudziestu trzech - kontynuował, trzymając dłonie przy sobie lecz nie mogąc odmówić sobie zbliżenia do niej, pochylenia nad jej wciąż drżącym ciałem. Zburzone kosmyki włosów łaskotały go w czoło gdy skracał dzielący ich dystans, pragnąc, by dostrzegła, by z r o z u m i a ł a, że żadnej z tych rzeczy nie robił z własnej woli.
Dwudziestu trzech Włochów i gości ich przyjęcia pozostało tkwiącymi na ziemi posiadłości trupami po wczorajszej nocy. Zdanie fałszywe, biorąc pod uwagę to, że osobiście zamordował wyłącznie trzech, ale każde ciało było jego odpowiedzialnością.
Za każde miał odpowiedzieć własnym nazwiskiem, ponieważ za każdym stały czyny j e g o ludzi wykonujących j e g o rozkazy.
- Myślisz, że zrobiłem to, bo oczekuję od ciebie zapłaty? - wycedził, zmęczenie splatało się z jego złością sprawiając, że wyłącznie w głębi tęczówek chowała się iskierka irytacji, jego twarz pozostała neutralna, naznaczona cieniem pod oczami i drobnym, jednodniowym zarostem.
Wyprostował się, zmuszając swoje zastałe od tkwienia na kanapie przez całą noc plecy do posłuszeństwa. Coś strzeliło nieprzyjemnie w jego karku, co odegnał jednym okrążeniem głowy, które również okazało się przydatne w osiąganiu rezonu.
- Nie nazywaj mnie panem, Violet.

no place for courtesy where there's blood involved
29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
you're not as bad as everyone says you are
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Podniosła spojrzenie i zatrzymała się nim najpierw przy jego ustach, przyciągnięta jego chropowatym głosem, a dopiero później pokonało resztę odległości. Jego twarz pozostawała niemal nieruchoma – nie zmienił się w niej układ ust, ani nie pojawiło się nic, co pozwoliłoby jej odpowiednio wcześnie przygotować się na kolejne słowa; zmiana była wyżej. W oczach, do których wcześniej tak uparcie nie chciała zajrzeć.
Znalazła tam irytację. Tę samą, której wcześniej chciała unikać. Jeden z widoków, których nie chciała napotkać.
Jeszcze przed chwilą każde jego słowo, które wypowiedział, było po prostu suchą, niemal techniczną informacją. O tym, że siostra była bezpieczna; o tym, że ona powinna odpocząć. O tym, że potrzebowała ubrań.
Powinna była opuścić wzrok.
Przecież właśnie tego się spodziewała; właśnie przed tym próbowała schować się przy strumieniu wody, przeprosić dostatecznie szybko, zanim będzie musiał sam powiedzieć, że miał jej dość. A mimo to przez chwilę patrzyła na niego z bezczelną wręcz, jak na jej sytuację, uwagą.
Wiedziała, że potrafił zabić człowieka. Wiedziała to wcześniej, zanim przekonała się, jak wyglądał z cudzą krwią na twarzy; zanim ta sama krew znalazła się na jej skórze. Ale pomiędzy tą wiedzą a liczbą, którą wypowiedział, pozostawało coś, czego nie potrafiła od razu pokonać.
D w u d z i e s t u t r z e c h.
Jej usta rozchyliły się nieznacznie, choć nie znalazła ani jednego słowa, które mogłoby się z nich wydostać. Przez chwilę próbowała dopasować tę liczbę do własnych wspomnień. Do urywków, do niewyraźnego pomieszczenia, do jego sylwetki, którą potrafiła odnaleźć nawet wtedy, kiedy cała reszta rozchodziła się pod każdą próbą przypomnienia.
Pochylił się i znów napięła się pod jego bliskością; odruchowo w tej wkodowanej uległości. W tym samym odruchu, który chronił ją przed wszystkimi. I teraz miał chronić również przed nim. Widziała dokładnie cienie pod jego oczami; zblazowanie które osadziło się na mięśniach jego twarzy; drobny zarost przy szczęce; nieuporządkowane włosy, które opadły na czoło, kiedy zmniejszył odległość – i nawet przez chwilę pojawił się ten żenujący impuls, który chciał pchnąć jej palce w zmierzwione pukle w ruchu, przywołującym je do porządku. Jego dłonie pozostawały przy nim, a ona i tak odnotowała ich położenie, zanim wróciła do oczu.
D l a c i e b i e.
Ciężar tych słów spadł na nią dopiero po chwili, wcześniej zupełnie jej umykając a teraz dopisując się do liczby; wtargnął z opóźnieniem i przeszedł impulsem po nerwach, całkowicie zatrzymując w miejscu. Oddech uwiązł w jej gardle; żołądek wywrócił na drugą stronę, serce na krótką chwilę zapomniało, co ma robić.
Niezrozumienie przyszło parę sekund później, kiedy rytmiczne uderzenia znów wypełnił przestrzeń pomiędzy jej żebrami, a powietrze wyślizgnęło się spomiędzy jej rozchylonych warg. Dlaczego? Dlaczego dla niej? Dlaczego zrobił to wszystko po tym, jak pozwoliła skrzywdzić jego. Po tym, jak siedziała naprzeciwko w loży, próbując poprosić o coś, do czego przecież nie miała żadnego prawa.
Przeprosiny znów cisnęły się na język, ale tak samo jak szczere, tak również bezużyteczne w jego przypadku; wdzięczność również nie potrafiła znaleźć dla siebie słów dostatecznie dużych, żeby nie zabrzmiały żałośnie przy tym, co właśnie usłyszała.
Wciąż nie potrafiła znaleźć słów; wciąż milczała. Jak zwykle zresztą.
Kiedy wyprostował się, jej spojrzenie podążyło za nim. Usłyszała ciche strzyknięcie w jego karku, odnotowała ruch głowy; jeszcze przed chwilą niósł ją przecież na rękach, a ona nawet nie zastanowiła się, ile wysiłku musiało go to kosztować. Po prostu przyjęła k o l e j n ą rzecz. Kolejną, o którą nie poprosiła i kolejną, którą on po prostu jej dał.
— To jak mam cię nazywać? — zapytała cicho. Przez chwilę patrzyła jeszcze na jego twarz, próbując znaleźć sposób, żeby powiedzieć resztę bez ponownego naruszenia czegoś, czego nie powinna była dotykać. — Powiedziałeś, że nie chcesz mnie więcej widzieć. Powiedziałeś, że nie jesteś mój. — Jej gardło ścisnęło się odrobinę mocniej w żałości wspomnienia tego, co miała, ale na własne życzenie straciła. — Więc nie chcę na siłę robić z ciebie Vincenta, bo to rozumiem, nie wzięło się to znikąd. Ale skoro mam nie mówić do ciebie panie Monroe, to zostawiasz mnie już z niczym. Z ani jednym fragmentem siebie. — Nie miało to brzmieć aż tak żałośnie, nie planowała tego na pokaz; ale tęsknota za choćby odrobiną Vincenta, którą mogłaby mieć, gdyby nie podjęła tak wielu złych decyzji, pokonała jej własną godność, a przede wszystkim – poszanowanie do jego granic. — I… rozumiem dlaczego. Zawiodłam cię, pozwoliłam cię skrzywdzić. — Jej głos zadrżał przy tych słowach, zaciął się na tak wielu sylabach, że potrzebowała zatrzymać się, by zmierzyć się nie tylko z rozdygotaniem, ale irytującym pieczeniem, które zbierało się pod powiekami. — Ale jednocześnie nie rozumiem… po co robisz dla mnie coś jeszcze. — Po co ścielił trupem przestrzeń klubu, który miał być jej pokutą. Po co dźwigał jej ciężar, kiedy ona sama nie była w stanie. Po co nalewał wody do własnej wanny; po co tkwił nad nią, kładąc pomiędzy nimi rzeczy, które tylko jej wszystko komplikowały.
i survived but i paid for it
tamagotchi
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
i can't be your hero so i'll play the villain
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jedno z nich kłamało.
A on wiedział które. Wiedział, że zarzekając, że nie należał do niej, kierował się jakąś formą życzeniowego myślenia w nadziei na to, że wypowiedzenie tych słów na głos sprawi, że zyskają na swojej mocy. Chciał ją skrzywdzić, chciał nie pozostawać jej dłużny, mówiąc dokładnie to, co ona powiedziała jemu.
Chciał sprowadzić ich na równy poziom, kiedy od samego początku na nim nie byli.
To jej głos wsunął się miękko do jego umysłu, tworząc fundamenty do wybudowanego dla niej miejsca. To jej bliskość wyzwalała w nim tę łagodność, która, choć w teorii należała do niego, zaczęła już wyłącznie kojarzyć mu się z nią. To jej głupie plastry i okazana nimi troska, jej humor i zaczepność, jej strach i schowana pod powierzchnią historia, wszystko to, na co składała się Violet Haze budowało klatkę, w której tkwił teraz.
Nawet, jeśli układanka była nieprawidłowa, jej elementy wciąż tkwiły na swoim miejscu.
Nie potrafił stworzyć z nich tego, kim była naprawdę - ale nie miało to żadnego znaczenia. Niezależnie od tego, kim była, od tego jakie miała względem niego intencje, od tego jaką ilością fałszu był przez nią karmiony, nic z tego nie poruszyło tego miejsca, które dla tych elementów stworzył gdzieś za własnymi, obitymi żebrami.
Nic z tego nie zmieniało prawdy, która chowała się w jego wnętrzu.
I teraz te elementy trzymały go w miejscu, ustawiały szklankę wody na stoliku obok niej, wciskały jej ją potem do ręki. Podnosiły ją, gdy nie miała siły wstać, puszczały wody do wanny, jakby w jego klatce piersiowej nie tkwiła ogromna dziura po ostrzu, które w nią wbiła.
- Scalvini mnie nie skrzywdził - wycedził, wspominając smród krwi panujący w tamtej hali, chłód metalowego słupa, do którego tkwił przywiązany. Uderzenia łomu, nadkruszającego jego żebra, przecinającego jego czaszkę, wyciskającego z niego kawałki życia jeden cios za drugim nawet, jeśli miałoby to zająć całą noc. Brutalność, przemoc - coś prostego, na swój sposób wyzwalającego. Był po obu jej stronach, był katem, był ofiarą, był na krawędzi zniszczenia swojego ciała i ducha. Tamta noc nie była dla niego przyjemna, ale pod tym kątem była zrozumiała. - Ty to zrobiłaś.
Szum wody nie uspokajał. Podejrzewał, że nic teraz nie mogło go uspokoić, gdy tkwiła obok, gdy jej wielkie oczy wpatrywały się w jego własne, usiłując dojrzeć schowane po drugiej stronie znaczenie, gdy jej splątane włosy opadały kaskadą na odkryte ramiona i obojczyki, odsłaniały długą szyję, krwisty ślad znaczył talię schowaną pod skrawkiem materiału.
Nie rozumiał jej. Ona nie rozumiała jego.
Być może tak było od samego początku i nigdy nie miało się zmienić.
- Od początku byłem twój, Violet. - pełne zmęczenia słowa nie miały przynieść mu ukojenia, ale jednak jakaś naiwną cząstką siebie sprawdzał, czy to zrobiły. Zamiast ulgi bądź poczucia zrzuconego z siebie ciężaru odczuł go jeszcze mocniej na swojej klatce piersiowej, na barkach, w sztywnym karku, który nie zaznał poduszki w ciągu nocy. - I dalej jestem.
Więzienie schowane w drobnej istocie tkwiącej naprzeciwko niego. Istocie, która nie znosiła dotyku ani bliskości, która sprzedała go jak bydło, która wróciła do swojej codzienności bez jego ingerencji i gdy znów ją straciła, nie potrafiła okazać mu szacunku przez trzymanie się z dala.
A on nadal zrobiłby dla niej wszystko.
- Avis miał rację gdy mówił, że powinienem się ciebie pozbyć - dodał z ociąganiem, wspominając telefon tkwiący na kanapie, wiadomości, które pewnie znów na niego czekały, nowe, równie irytujące jak poprzednie. - Ale nie umiałem tego zrobić.
A przecież próbował. Przecież przez pięć tygodni szukał innego punktu zaczepienia, czterdzieści dni poszukiwania ucieczki w przedmiotach, ludziach, w muzyce i przyjemnym wrażeniu odrealnienia.
Żaden narkotyk nie był odpowiednim zastępstwem.
- Nie mogę przestać o tobie myśleć, nieważne jak próbuję. - woda w wannie podnosiła się, niebezpiecznie zbliżając do krawędzi ceramiki gdzieś w polu jego widzenia, które zawsze przekształcało się w jej obecności - także teraz, widząc wyłącznie ją. - Gdziekolwiek nie jesteś, zawsze cię znajdę. - jego wzrok ześlizgnął się w dół, utkwił na czerwieni na jej sukience, którą sam tam zostawił. - Zawsze wiem, że masz kłopoty.
Nie było w tym żadnego celu.
Określenie obecności krat nie sprawiało, że magicznie znikały. Jego słów nie dało się skwitować podziękowaniem bądź przeprosinami - prawdą było w końcu, że niczego od niej oczekiwał.
Ale mógł przecież próbować.
- Dam ci pieniądze - zadecydował, krótko, bezosobowo, choć w jego głosie czaiła się desperacka nuta. - Zabierz siebie i ją. I odejdź. - Napięcie wkradło się do jego krwiobiegu, jakby ciało zaczęło automatycznie protestować temu, co wypowiadały na głos usta. - Gdzieś, gdzie nie będę mógł cię znaleźć.
Pierwsze krople wody spadające na podłogę zza krawędzi ceramiki przebiły się przez jednostajny szum płynącej z kranu wody. Zignorował je, spoglądając na czerwony punkt na materiale obok siebie.
- Po prostu odejdź, żebym mógł wrócić do normalności - zadecydował krótko, odwracając się wreszcie do wanny, która wymagała reakcji. - W zamian oddaję ci twoją.

a prison made in the shape of you
29 y/o
Mark your calendar for Canada Day
161 cm
panna z toronto
Awatar użytkownika
you're not as bad as everyone says you are
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Pozwoliła go skrzywdzić. Tak przecież nazwała to chwilę wcześniej; i nawet w tym oskarżeniu pozostawiła pomiędzy sobą a nim czyjąś rękę. Scalviniego, jego łom, jego decyzję o następnym uderzeniu. Wiedziała, że to ona otworzyła drzwi, że bez niej nie znalazłby się przy słupie, ale czym innym było wiedzieć o własnej winie, a czym innym usłyszeć, że w jego pamięci to właśnie ona zajmowała miejsce człowieka, który zadawał ciosy. Że krzywda, o której mówił miała j e j twarz.
I nie znalazła w sobie nawet odruchu zaprzeczenia. Jej umysł powtarzał ten akt oskarżenia echem pod jej czaszką, miażdżąc niemal bezlitośnie tę część, która wciąż miała nadzieję. Głupią, e g o i s t y c z n ą nadzieję, że może kiedyś zrozumie i wybaczy.
Tyle, że ledwie chwilę później usłyszała coś, co wniosło sprzeciw na salę rozpraw, która rozciągała się w przestrzeni jej umysłu.
Ten niewielki, uparty fragment poruszył się pod całym ciężarem jej winy; poderwał głowę tak gwałtownie, jak gdyby nic z oskarżeń nie zdołało go przytłumić. Usłyszał, że Vincent był jej od początku. Że n a d a l był. Chwycił się tego desperacko, swojej największej linii obrony, którą odnalazł w pasmie przeciwności i postanowień zdrowego rozsądku.
Podniosła wzrok.
Patrzyła na niego zachłannie, nie potrafiąc powstrzymać tej nagłej, niemal żałosnej uwagi. Chciała usłyszeć to raz jeszcze – te dwa zdania które zawisły pomiędzy nimi; rozłożyć je na słowa, na sylaby, na litery i upewnić się, że żadna nie zniknie później z pamięci. Że następnym razem, kiedy spróbuje przypomnieć sobie jego głos, będzie mogła odnaleźć w nim również to zapewnienie.
Tamta niewielka część przyjmowała i obracała to wszystko maniakalnie, wręcz zahipnotyzowana, z żałosną wdzięcznością, przez co była kompletnie nieprzygotowana na wszystko, co przyszło zaraz potem.
Miała odejść. C h c i a ł, aby odeszła. Tym razem dostatecznie daleko, żeby nie mogła znów stanąć przed nim z własnym problemem; żeby nie musiał szukać, przyjeżdżać, zajmować się nią. Żeby mógł odzyskać to, co zabrała mu razem z całą resztą. Kolejne oczekiwanie, któremu powinna była umieć sprostać, skoro wcześniej tak uparcie zapewniała, że nie chciała go krzywdzić.
Przez pięć tygodni miała przecież wszystko, co powinno się w niej we wspomnianej przez niego normalności. Siostra wróciła do domu; rano znowu mogła usłyszeć ją po drugiej stronie ściany, wieczorem przypomnieć o rzeczach porzuconych w salonie. Chodziła do pracy, robiła zakupy, liczyła pieniądze do następnej wypłaty. Zdarzały się całe godziny, całe dnie, nawet tygodnie, podczas których nie wydarzało się nic złego.
Powinna była umieć się tym zadowolić.
Tyle że później siadała z kawą i przez chwilę patrzyła na miejsce obok, zanim przypominała sobie, że nie miała na kogo czekać. Otwierała szafkę i widziała talerze, po które kiedyś go wysłała; słyszała tego samego, niespełnionego skrzypka za ścianą i odruchowo przestawała robić to, czym akurat miała zajęte ręce. Jej mieszkanie było przecież takie samo. Znała je dłużej niż jego, a mimo to wystarczyło kilka wizyt, żeby później potrafiła znaleźć brak Vincenta w tak wielu miejscach.
On chciał normalności, w której jej nie było; widziała że nawet zaczął ją sobie układać z obecnością kogoś innego. Ona przez pięć tygodni próbowała nauczyć się z powrotem swojej normalności Bezkusteczie.
Krople uderzające o podłogę dotarły do niej dopiero wtedy, kiedy odwrócił się do wanny.
— Nie chcę twoich pieniędzy — odezwała się cicho. Chcę ciebie.Rozchyliła usta, ale nie wydostało się z nich nic więcej. Przecież właśnie prosił, żeby pozwoliła mu od niej odpocząć; żeby przestała być czymś, co uniemożliwiało mu powrót do własnego życia. Nie mogła odpowiedzieć na to kolejną rzeczą, której chciała tylko i wyłącznie dla siebie. Nie po tym, jak powiedział jej, kto naprawdę go skrzywdził; nie po tym, kiedy cały czas od niego brała, nie dając w zasadzie nic w zamian poza marną obecnością, którą i tak ostatecznie zamknął tylko i wyłącznie w ramach jej zlecenia. Chociaż wiedział, że zwlekała. I to długo.
— Jeśli tego potrzebujesz… — zaczęła, ale przy ostatnich sylabach głos zadrżał jej na tyle, że musiała się zatrzymać. Spojrzenie ześlizgnęło się z jego ramion niżej, ku jasnym płytkom. — Jeśli to jest sposób, abym mogła jakkolwiek się odwdzięczyć za to wszystko, co dla mnie zrobiłeś; jeśli przez to będzie ci chociaż trochę lepiej, to zrobię to. — Wszystko w niej protestowało. Serce w ramach weta zgubiło całkiem swój niespokojny rytm; oddech sprzeciwił się, zamykając się w płucach, a dłonie wcisnęły palce boleśnie w mięśnie ud.
Nie chciała być ciężarem. Niedogodnością, którą spotkał na swojej drodze, która za sprawą własnego profesjonalizmu sprawiła, że czuł się za nią odpowiedzialny. Nie chciała być trucizną jego życia.
— Zrobiłabym wszystko, żeby zmienić to, co się stało. Nie chciałam tego — powtórzyła, sunąc spojrzeniem po refleksach światła na jasnych płytkach. — Ale to nie ma znaczenia. Skrzywdziłam cię. — Odebrała sobie prawo do obrony; w ogóle nie powinna go sobie przyznawać, kiedy jej wina była nie do podważenia. To nie miało znaczenia – liczyło się to, jaki był wynik.
Odebrała sobie prawo do powiedzenia, że pozwoliła go skrzywdzić.
Oparła dłonie o brzeg pufy i podniosła się, choć kolana niemal natychmiast ugięły się pod jej ciężarem. Zachwiała się, odruchowo przytrzymując siedziska, kiedy jasne płytki przesunęły się przed oczami. Przez chwilę została tak, pochylona, z palcami wciśniętymi w miękkie obicie. Potrzebowała tylko chwili, żeby móc się wyprostować. Przecież miała wyjść; nie mogła znów zmuszać go do zajmowania się nią tylko dlatego, że własne nogi nie chciały jej posłuchać.
Prośba o kąpiel była przesadą w obliczu wszystkiego, co już jej dał. Przesadą w obliczu tego, jak bardzo potrzebował, aby zniknęła.

forever grateful, endlessly hopeless
tamagotchi
anthony bennet
35 y/o
hound dog
193 cm
właściciel klubu nocnego | The Rapture
Awatar użytkownika
i can't be your hero so i'll play the villain
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W tym więzieniu żadne słowa nie oferowały mu ukojenia.
Ani własne, szczerość wypowiedziana na głos po dwóch miesiącach okazywania tego, co nigdy nie przeszło mu przez gardło. Ani jej, potwierdzające gotowość do spełnienia wszystkiego, czego od niej wymagał.
Nie chcę twoich pieniędzy.
Mógłby z tym dyskutować. Wiedział dobrze, że nie miała wystarczającej ilości środków, by wynieść się w tym momencie z tego miasta nawet, gdyby jej celem miało być miasto obok.
A on mógłby znaleźć ją w mieście obok. Mógłby wyśledzić ją w każdym zakamarku tego pieprzonego kraju gdyby desperacko tego chciał i choć wiedział, że teraz, gdy była obok, kojąc tę część jego duszy, która zawsze była jej obecności spragniona, niedługo znów jej nie będzie.
Niedługo jego codzienność będzie przypominała ostatnie czterdzieści dni, które spędził trzymając się "z dala" - czyli wysługując własnymi ludźmi, którzy nieustannie monitorowali jej położenie i stan. Upewniali się, że nic jej nie było, że nikt nie próbował jej dopaść, że wiodła normalne, zdrowe życie.
Że wciąż istniała, gdy on poszukiwał jej zamiennika jak innego rodzaju narkotyku - bardziej destrukcyjnego niż wszystkie inne, które przewinęły się przez jego życie.
Pierwowzór.
Ulgę powinna dać mu chociażby jej zgoda.
Była jak pieczątka jakości wystawiona na jego wersji Violet Haze, gotowej potakiwać i usuwać się z jego życia bez większego trudu. Już to przecież zrobiła - kazał jej trzymać się z dala, a ona usłużnie spełniła jego polecenie, ponad miesiąc ciesząc się rutyną własnej normalności, w której posiadała siostrę.
Siostrę, dla której była skłonna stanąć mu na przeciw.
To dla niej ryzykowała jego gniewem, stawiając się w Rapture nieproszona. Dla niej była gotowa zrobić wszystko, co potrzebne, byle tylko zachować swoją normalność.
Dla niego słuchała poleceń bez zająknięcia, nie odnajdując w sobie wystarczająco przekonania by choćby je zakwestionować.
- Nie zachowuj się tak, jakbyś czyniła mi tym jakąś przysługę, Haze - odpowiedział szorstko, poirytowany sposobem, w jaki formułowała zdania.
Jakby było to coś, czego o n pragnął, jakby zbierała się, by móc spełnić j e g o życzenie, które czystym przypadkiem w pełni pokrywało się z tym, do czego tak skrzętnie powróciła ostatnim razem.
- Czy to nie były twoje słowa? - obserwował, jak jej dłonie zapierały się o miękką pufę, ramiona prostowały w pierwszej próbie oderwania się od siedzenia, spełnienia jego życzenia dużo szybciej, niż planował. - Chciałaś, żebym zwrócił ci siostrę, żebyś ty mogła normalnie żyć.
Normalność przychodziła opieszale. Nie była w stanie jej przyśpieszyć, podnosząc się na nogi, które nie były gotowe przyjąć na siebie pełni jej ciężaru. Irytowało go to.
Przecież nie po to ją tutaj przyniósł, by prezentowała swoją iluzoryczną samodzielność przy pierwszej możliwej okazji.
Z pewnością nie dlatego, że nie znosił tego widoku, miękkości jej kolan, zwieszonej głowy i zgarbionych ramion, niezdolnych do podtrzymania ciężaru własnej czaszki.
- Zrobiłem to, czego chciałaś - zakończył krótko, szum wody ustał pod wpływem ruchu jego dłoni zamykającej kurek. Nadmiar wody uciekał powoli przez wąski odpływ u szczytu wanny, część kropel nadal wydostawała się na zewnątrz - odbijała cicho od jasnych kafelek bądź tonęła w miękkim dywaniku.
- Przestań - mruknął z irytacją, widząc, jak się prostuje, gotowa ruszyć w z góry skazaną na porażkę podróż do wyjścia. Wystarczył krok, a znów znalazł się przy niej i choć dłoń, którą wyciągnął w jej stronę nie sięgnęła kobiecej talii, wyminął ją, zastępując jej drogę. - W tym stanie i tak nigdzie nie zajdziesz.
Co najwyżej do wystawionych przed drzwiami jego mieszkania ochroniarzy, którzy skrzętnie zawróciliby ją do środka widząc sposób, w jaki drżały jej nogi od samego stania.
- Weź kąpiel - dodał, twardo, zdając sobie sprawę z tego, jakim absurdem było wydawanie takiego polecenia i w kontekście całej tej pieprzonej interakcji.

show don't tell, but what if she does neither
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Entertainment District”