ODPOWIEDZ
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Tęsknota była okropnym uczuciem, bez względu na to skąd pochodziła i jakie było jej źródło. Nie leczył jej czas, bo nie miało większego znaczenia czy tęskniło się za kimś, kogo się kochało, czy za kimś, kogo nienawidziło. Uczucia potrafiły być równie uparte w obu przypadkach, a świadomość, że nie powinno się za kimś tęsknić wcale nie sprawiała, że robiło się to łatwiejsze.
Margo znajdowała się gdzieś pomiędzy. Gdzieś blisko tego ciepła rozlewającego się w sercu i żaru palącego krew w żyłach. Mimo upływu czasu wciąż t o czuła - jednego dnia bardziej zbliżała się do krawędzi, gdzie jej głupie i zdradzieckie serce chciało wyrwać się do przodu w poszukiwaniu odpowiedzi, innego zaś wyrzucała wszystkie pamiątki i we własnych wyobrażeniach polewała je benzyną, rozpalając wielkie ognisko za domem, który mieli kupić wspólnie, a który teraz należał tylko do n i e j.
Minęły miesiące. Dokładnie potrafiła powiedzieć ile, choć przed wszystkimi udawała, że już dawno przestała liczyć. Znała na pamięć datę, w której Rhys zniknął z jej życia, pamiętała ostatnie słowa rzucone w gniewie w jego stronę i spojrzenie, którego wtedy nie rozumiała, a które z perspektywy czasu stało się dla niej jasnym przekazem. Po wydarzeniach związanych z blackoutem wszystko potoczyło się szybko - sprawy Ventresci zaczęły się rozpadać, kolejne nazwiska znikały z listy osób, których należało się obawiać, a Sergio Carbone, człowiek przez lata pociągający za sznurki, sam w końcu stracił kontrolę. Jego śmierć opisano jako nieszczęśliwy wypadek, choć każdy kto znał mafię choć trochę nie był na tyle głupi, żeby wierzyć w takie zbiegi okoliczności. Według oficjalnej wersji doszło do ataku serca, po którym mężczyzna utonął w wannie i w tym miejscu postawiono kropkę, nie doszukując się drugiego dna.
Pierwsze tygodnie bez niego były pieprzonym piekłem. Szukała go w s z ę d z i e, z każdym kolejnym dniem coraz bardziej bojąc się, że w końcu znajdzie odpowiedź, na którą nie była gotowa. Każdy telefon sprawiał, że na moment wstrzymywała oddech, a nieznany numer budził w niej nadzieję, której nienawidziła równie mocno, co potrzebowała. Próbowała docierać do ludzi, którzy mogli cokolwiek wiedzieć, sprawdzała kontakty, wracała do miejsc, w których mogła znaleźć choćby najmniejszy ślad. Wszystkie drogi prowadziły jednak donikąd.
W końcu zwróciła się do Morettiego. Do tego skurwiela, którego miejsce było za kratami i doskonale o tym wiedziała, a który teraz był jedną z niewielu osób mogących mieć informację o tym, co stało się z Maddenem. B ł a g a ł a go, żeby cokolwiek jej powiedział, wskazał adres, dał jej choćby jeden punkt zaczepienia, dający jej odetchnąć, zamknąć oczy w nocy i odpocząć zmęczonemu umysłowi. Była gotowa ponownie sprzedać duszę diabłu, byle tylko go odnaleźć i tylko dzięki jego pomocy zrozumiała, że nie chodziło o to, iż Rhys nie może wrócić. On po prostu nie chciał tego zrobić.
Zrozumiała, co oznaczała jego ucieczka - bezpieczeństwo, które próbował jej zapewnić było kolejną decyzją podjętą za jej plecami. Uznał, że tak będzie lepiej, jakby nie znał jej wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że n i g d y nie prosiła go o takie poświęcenie.
W końcu odpuściła, gdy strach ustępował miejsca złości, a miłość zaczęła mieszać się z nienawiścią. Ta pierwsza wciąż trzymała ją w miejscu - za tym samym biurkiem, nakazując robić to, co kochała, bo przecież to on podarował jej możliwość. Druga pchała ją naprzód, zmuszając do zmian.
Kupiła dom - dokładnie ten, w którym mieli wspólnie urządzać pokoje, kłócić się o kolor ścian i zastanawiać, czy na podwórku będzie wystarczająco dużo miejsca dla psa. Poznawała ludzi, wychodziła na kolacje i próbowała oszukiwać siebie, że to było dla niej wystarczające. W końcu trafiła na mężczyznę, który był zupełnie z innej bajki. Był miły, zabawny i całkiem przyjemnie spędzało się z nim czas, najważniejsze jednak, że nie musiała się zastanawiać, czy następnego dnia wciąż będzie żył.
Robiła to wszystko dla siebie i przede wszystkim jemu na złość, udowadniając, że mogła bez niego osiągnąć w s z y s t k o. Nie mógł tego zobaczyć, nie znał prawdy o tym, ile razy zmuszała się do zrobienia kroku, ale jej złamana duma i serce w jakiś sposób zaznawały dzięki temu spokoju. Nie potrzebowała go, nie potrzebowała jego zgody ani obecności, żeby przeżyć kolejny dzień. Przynajmniej tak sobie powtarzała.
Tego wieczoru spędzała czas w barze ze znajomymi - rozmawiali, śmiali się, a ona chociaż przez kilka godzin nie musiała wracać myślami do rzeczy, które od miesięcy próbowała zostawić za sobą, co niestety nie zawsze jej wychodziło.
Kiedy w końcu wyszła na zewnątrz zapalić, chłodne powietrze od razu uderzyło ją w twarz, a wiatr nieprzyjemnie zakradał się pod materiał płaszcza. Zaciągnęła się papierosem, opierając się o ścianę budynku i na moment przymknęła oczy. Właśnie wtedy poczuła ten znajomy i m p u l s. Trudny do wytłumaczenia, a jednak tak dobrze jej znany, że nie musiała nawet zastanawiać się, co oznacza. Pojawiał się niemal z a w s z e, gdy Madden znajdował się w pobliżu.
Otworzyła oczy i spojrzała w stronę parkingu - stał tam oparty o samochód, jakby nie zniknął na kilka miesięcy, jakby nie zostawił jej z listą nieodebranych połączeń i pytaniami, na które nigdy nie zamierzał dać jej odpowiedzi.
Zdradzieckie serce szarpnęło w piersi, a ciało mimowolnie skierowało się w jego stronę. Ten sam impuls, który kazał jej unieść spojrzenie i go odnaleźć, pchał ją teraz naprzód, choć każda rozsądna część jej umysłu podpowiadała, żeby zawróciła, wróciła do środka i zostawiła go dokładnie tam, gdzie się pojawił. - Skurwiel - mruknęła pod nosem, czując jak narasta w niej wściekłość.
Podchodząc do auta od strony pasażera, szarpnęła za klamkę, po czym trzasnęła drzwiami z taką siłą, że echo rozniosło się po okolicy. To nie przyniosło jej ulgi, nie odczuła jej w żadnej komórce swojego spiętego ciała, więc niesiona kolejnym i m p u l s e m, sięgnęła do kieszeni po klucze od domu, który miał należeć do n i c h, i bez większego wahania przeciągnęła nimi po całym boku samochodu.
Metaliczny zgrzyt był nieco bardziej satysfakcjonujący.
Cofając rękę, obejrzała efekt swojej pracy, a potem wreszcie przeniosła spojrzenie na Rhysa. - Witaj w domu - rzuciła chłodno, dochodząc do szybkiego wniosku, że czas zdecydowanie nie leczył ran.

Rhys Madden
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
35 y/o
marked by sin
192 cm
white dove | wydział zabójstw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
so many invisible strings tie me to the way that you bleed
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Minęło parę miesięcy.
Dokładnie - sto siedemdziesiąt trzy dni i jedna godzina odkąd wnętrze jego samochodu wypełniły pełne goryczy słowa należące do Mercer.
Sto siedemdziesiąt dni odkąd ostatni raz postawił stopę w Toronto.
To nie tak, że w pewnym momencie został zmuszony podjąć decyzję. Nie tak, że c h c i a ł w ogóle ją podejmować, że był jakiś moment, w którym wykwitła w jego głowie i zaczęła dojrzewać.
Towarzyszyła mu od samego początku.
Od świadomości tego, jak niesprawiedliwym było pozwolić jej się zbliżyć do siebie z całym ciężarem podjętych przez siebie wyborów, z wszystkimi więzami trzymającymi go przy Ventresce. Wiedział, że popełniał błąd, kierując zbroczone krwią ręce w stronę jej policzka, odgarniając splątane włosy, wpuszczając ją do swojego życia, do którego wpychała się tak chętnie, tak nieświadoma tego, kim był naprawdę.
I popełniał go raz za razem.
Każda przesuwana przez nich granica, każdy znak STOP, który mijali po drodze, był błędem. Splatał ich losy zbyt mocno ze sobą, sprawiał, że odwrót przestał być możliwy - tkwiła wyłącznie droga naprzód.
Droga, która skierowała ich do wnętrza magazynu, gdzie naciśnięto na spust. Droga, w której jej krew zalewała jego ubrania, dłonie, tapicerkę jego samochodu w desperackiej próbie dowiezienia jej do szpitala.
Droga, która zmuszała ją nie tylko do akceptacji tego, jakim człowiekiem był i co robił - ale też do aktywnego uczestnictwa w tym procederze. Do fałszowania dowodów, do brukania własnej odznaki, która w jej oczach wciąż miała połysk.
Droga, która prowadziła wyłącznie do dalszego cierpienia. Przypomnę ci tylko, że to twój pieprzony ciężar, który na mnie zrzuciłeś. Układ był prosty. Proponowali go oboje, w Mimmo's, on wyłącznie przyśpieszył wszystko to, co tak czy inaczej miało się wydarzyć. Jedna głowa wielkiej organizacji, która miała zostać przejęta - w zamian za wolność, dla niej.
Jego los nigdy nie obchodził go szczególnie mocno.
Mercer zasługiwała na wszystko to, o czym opowiadała snując plany na ich przyszłość. Na dom na przedmieściach z paroma psami, spokojne, poukładane życie, w którym nie będzie obarczona ciężarem skrzywionej moralności. W którym będzie mogła spoglądać na siebie w lustrze i nie zastanawiać się nad tym, czy praca, dla której poświęciła tak wiele, o której marzyła całe życie, miała teraz jakikolwiek sens.
W którym nie będzie zakochana w przestępcy.
Zmienił zamek w swoim mieszkaniu - nie przez to, że planował w nim zostawać, ale podejrzewał, że zostanie ono przez nią zdemolowane. Spakował wszystko, co posiadał i wsiadł w samochód, tak, jak robili to wcześniej razem, tyle że teraz towarzyszyła mu wyłącznie pustka.
Może ta sama, która towarzyszyła mu od samego początku. A według ciebie, jaki, kurwa, mam wybór?
Mam założyć na twoje dłonie kajdanki i doprowadzić cię do aresztu?
Nie miała wyboru.
Odebrał go jej, pozwalając się zbliżyć, wpuszczając do swojego świata nie zważając na targającą nim zgniliznę. Postawił ją w miejscu, w którym by żyć w zgodzie ze sobą, musiała wyrządzić mu krzywdę - coś, do czego nigdy nie byłaby zdolna, ponieważ ją znał.
Wiedział, że poszłaby za nim do samego piekła.
Ale nie chciał, by to robiła.
To, że on musiał spotkać się z gorejącą tam pożogą było efektem wszystkiego, co zrobił, błędów, które popełnił, układów z diabłem, które sam zawarł. Margo była w tym wszystkim pozbawiona winy.
Więc podjął wybór za nią.
Toronto przywitało go chłodem i tym ostentacyjnym zapachem domu, którego sto siedemdziesiąt dni nie było w stanie wymazać. Wszystkie chowające się w nim emocje przykrywała warstwa odrętwienia gdy sięgał po stare znajomości, wydobywał numery telefonów, których od dawna nie używał.
Gdy szukał j e j.
Wciąż wahał się przed wejściem do środka. Wciąż tkwił na parkingu, wypalając papierosa jakby miał przynieść mu ukojenie i świadomość tego, co miał robić następne, gdy dostrzegł ją po drugiej stronie.
Rozpoznałby ją natychmiast.
Jej rozrzucone, brązowe włosy, sylwetkę układającą się w znajomy sposób, dłoń sięgającą po papierosa - coś, co odnotował w głowie jako nowość. Nie paliła często, chyba, że z nim.
Wiedział, że go rozpozna.
Tak samo jak on rozpoznał ją.
Pożałował przyjazdu tutaj gdy tylko ruszyła w jego stronę. Gdy półmrok rozjaśnił jej oblicze, ujawniając jej wściekłą twarz - ale też znajome jej rysy, od których jego serce żałośnie wyrwało się do przodu.
Przez chwilę spodziewał się, że to on natychmiast oberwie w twarz. Gdy zamiast tego zrobił to jego samochód, coś za jego mostkiem szarpnęło w proteście, lecz sylwetka nie poruszyła się. Tkwiła dalej w miejscu, oparta plecami o auto, z wzrokiem zwróconym w innym kierunku.
- Potrzebuję przysługi.

the cycle of violence never ends
30 y/o
WILD ONE
169 cm
detektyw Toronto Police Service
Awatar użytkownika
i can tell you there's no place we couldn't go
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Czuła, jakby miała pieprzone rozdwojenie jaźni.
W tej samej sekundzie, w której jej wzrok powędrował w odpowiednim kierunku, poczuła to samo rozdarcie, które towarzyszyło jej od chwili, gdy wtargnęła do życia Rhysa Maddena.
Dzieliła swoje życie na przed i po nim, tak samo jak dzieliła je na te z nim i bez niego. W zależności od sytuacji była dwiema zupełnie różnymi wersjami siebie, których wspólnym mianownikiem zawsze był o n. Przy nim stawała się bardziej impulsywna, pozwalała sobie na emocje, których normalnie nie dopuszczała do głosu i zapominała, gdzie kończył się rozsądek, a do głosu dochodziło serce. Bez niego potrafiła być samodzielna i przekonana, że nie potrzebuje nikogo, kto pomógłby jej dźwigać ciężar własnych decyzji.
Nie wiedziała, która z tych wersji była tą prawdziwą, a która jedynie próbą przystosowania się do życia, jakie akurat przyszło jej prowadzić.
To uczucie nie zniknęło od razu. Zostawiała je przed drzwiami komisariatu, gdy zagłębiała się w kolejne sprawy, prowadzone najpierw w pojedynkę, a później z nowym partnerem, ale wracało dosłownie w tej samej chwili, gdy wychodziła na zewnątrz. Było jak ubranie wierzchnie, które zostawiało się na wieszaku tuż przed rozgoszczeniem się w salonie, albo buty ściągane na wycieraczce, żeby nie nabrudzić w czyimś domu.
Odeszło od niej dopiero wtedy, gdy miłość przykryła się warstwą nienawiści, tak silną, że każda pojedyncza myśl o nim zamiast wywoływać tęsknotę, sprawiała, że jej krew wrzała ze wściekłości. I teraz ten i m p u l s, który zmusił ją do uniesienia wzroku, do d o s t r z e ż e n i a go, do ruszenia się z miejsca i zadania mu bólu w najbardziej dziecinny ze sposobów, sprawił, że poczucie przynależności do dwóch miejsc znów wróciło. Przypomniał jej, że mogła oszukiwać siebie tak długo, jak tylko chciała, ale jej serce n i e zapomniało.
Potrzebował przysługi. Od n i e j.
Ze wszystkich ludzi, których znał w Toronto, z którymi jego ścieżki splotły się na przestrzeni całej kariery, którym pomógł i którzy bez problemu mogliby znaleźć rozwiązanie każdego jego problemu, wybrał właśnie ją. To był pierdolony żart, mało śmieszny, ale wystarczająco absurdalny, by wyrzucić w cichą przestrzeń gorzką salwę jej śmiechu. Pojawił się po sześciu, s z e ś c i u jebanych miesiącach, a jego egocentryzm kazał mu zwrócić się właśnie do niej? Do kobiety, którą zostawił bez słowa wyjaśnienia, dzień wcześniej mówiąc o tym, jak bardzo ją kocha, a następnego dnia uznając, że bez niego będzie jej lepiej?
Znał ją najlepiej. Wiedział, że jej gniew jest równie zapalczywy, jak jej miłość, a mimo to stanął naprzeciwko i po prostu stwierdził, że potrzebuje, kurwa, przysługi - bez żadnego przepraszam, bez skruchy w głosie, bez tęsknoty w spojrzeniu, bez miłości, którą naiwnie próbowała odnaleźć w drobnych gestach, tak dobrze jej znanych, a których teraz nie dostrzegała. Być może dlatego, że pragnęła być na nie ślepa, a może dlatego, że wcale ich tam nie było, bo wraz ze swoim wyjazdem naprawdę zamknął rozdział życia, w którym była ona.
- Zabawne - rzuciła, stojąc po drugiej stronie samochodu, nie będąc gotową, by zmniejszyć dystans wciąż oddzielający ich od siebie. Auto stanowiło prowizoryczną granicę, która pozwalała jej wierzyć we własną siłę, bo w jego pobliżu n i g d y nie mogła być pewna, czy zdoła nad sobą zapanować, kiedy w grę wchodziło jej zdradzieckie, wciąż zbyt mocno bijące serce. - A ja potrzebowałam odpowiedzi, których nigdy nie otrzymałam - zadała ich wystarczająco wiele, począwszy od zwykłego gdzie jesteś?, aż po to, które zostawiało po sobie wyłącznie echo - dlaczego to zrobiłeś?.
- To trochę niegrzeczne, by zjawiać się po kilku miesiącach i czegokolwiek żądać - dodała, choć wcale tego nie robił. Demonizowanie go na każdej możliwej płaszczyźnie pozwalało jej utrzymać gniew wciąż równie żywym, a przede wszystkim nie dopuścić do siebie myśli, że jego powrót mógłby znaczyć dla niej cokolwiek więcej. - Znikaj stąd, zaszyj się w tej dziurze, w której byłeś do tej pory i nigdy więcej nie kręć się tam, gdzie ja - nie pojawił się przecież przypadkiem. Była pewna, że musiał ją obserwować, bo skąd inaczej miałby wiedzieć, gdzie ją znaleźć? Nie wierzyła w takie zbiegi okoliczności, by spośród setek, jeśli nie tysięcy miejsc w Toronto, wybrał właśnie to, w którym akurat tego konkretnego wieczoru była ona.
Przez sześć miesięcy nie chciał nie potrafił znaleźć drogi powrotnej do jej życia, ale kiedy czegoś potrzebował, nagle doskonale wiedział gdzie jej szukać.

you can’t be fucking serious
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
diosmio
nuda i przesadna życioza
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Kanadzie”