Odejście było bardzo trudnym zagadnieniem.
Tak długo, gdy była blisko, gdy ciężar wszystkich podjętych przez nich decyzji unosił się wokół nich jak gradowa chmura, kierunek, w którym powinien podążać wydawał mu się całkowicie jasny i prosty.
W jej życiu nie było na niego miejsca - nie było go od samego początku, nieważne jak wielką trudność sprawiało jej wystawienie drugiej osoby pod ostrze przyszłego kata. Violet była d o b r a, była czysta
choć niekoniecznie teraz, była łagodna. Gdyby bardzo mocno się nad tym zastanowił, potrafiłby nawet dojść do wniosku, że jej żal wywołany wydaniem go Scalviniemu nie był związany z tym, kim był jako osoba, a z tym, na co pozwalało jej jej własne sumienie.
Jakże łatwo było usunąć wszystko to, co tkwiło p o m i ę d z y.
Kącik jej ust unoszący się w zaczepnym uśmiechu. Dłonie pieczołowicie klejące jego czoło plastrem w dinozaury. Obiad, który mu przyniosła by uciec, nim zdążył się ocknąć. Jej usta tak blisko własnych, szczerość, na którą się zdobyła, a której wcale nie potrzebowała by zrobił dla niej
wszystko dużo.
Wiadomość, którą przysłała, nakazując mu nigdy więcej się z nią nie kontaktować.
Jak łatwo było to wymazać gdy w jego sercu szalał gniew, gdy słowa, po które sięgała, nie były szczere. Wiedział to, wyczuwał to - fałsz, który płynął z jej głosu. Fałsz, który nie miał za sobą złych intencji, wręcz przeciwnie - czuł, jakby Haze analizowała jego zachowanie, charakter i jego słowa i starała się dobrać takie, które byłyby w stanie go zadowolić.
Zadanie z góry skazane na porażkę.
Jak łatwo było kazać jej odejść gdy jedynym, co czuł w jej towarzystwie obok złości była bezsilność.
Jak jałowe było to zrodzone z żalu postanowienie gdy tylko drzwi do łazienki się za nim zamknęły.
Gdy nagle zabrakło jej obecności - zapachu, spojrzenia, dźwięku jej głosu, rozchodzącego się po jego ciele miękkością. Gdy perspektywa kolejnych czterdziestu dni, kolejnego roku, kolejnej w i e c z n o ś c i wyglądającej w ten sposób zaatakowała jego zmysły zupełnie innego rodzaju wściekłością.
Zatrzymał się przy drzwiach, kontemplując powrót.
W zasadzie to wyrzuciła go z własnej łazienki. Mógłby z tym walczyć. Mógłby kontynuować ich dyskusję nawet, jeśli od dłuższego czasu nie prowadziła do żadnego sensownego wniosku. Mógłby uznać, że na pewno nie potrafi sama znaleźć dla siebie czystego ręcznika i powinien jej go podać.
Mógłby przyznać, że nie chciał, by odchodziła.
Tkwił przy tych drzwiach zamiast tego, z dłońmi bezsilnie zwijającymi się w pięści, głową gotową na opracowanie
planu.
Mógł dać jej pieniądze. Wiedział, że Haze nie znajdzie wybitnie kreatywnego miejsca, by się ukryć. Znajdzie coś podobnego, coś, co smakowało domem - może wróci do Stanów, w których się urodziła, do miasta, w którym mieszkała. Zabierze tam swoją siostrze, zapisze ją do szkoły sprawiając, że ich nazwisko pojawi się w rejestrze.
Ta świadomość napawała go spokojem.
Świadomość tego, że kobieta, którą własnoręcznie wyganiał z tego kraju nie pozostanie całkowicie poza jego zasięgiem - że będzie w stanie ją znaleźć, zawsze, wszędzie. Oczywiście nie bez powodu, tylko gdyby wymagała tego sytuacja.
Tak, jak robił to przez ostatnie czterdzieści dni, obserwując ją oczyma innych, upewniając, że wciąż istniała.
Smutny, żałosny kundel.
Drgnął gdy drzwi się uchyliły. Drzwi, pod którym wciąż tkwił, w absolutnie idiotyczny sposób, podczas gdy mógłby zorganizować jej ubrania, których potrzebowała bądź napisać do Avisa, odpisując na jedną z tysiąca wiadomości, które czekały na niego w małym, innym więzieniu jego telefonu porzuconego na kanapie.
Zamiast tego odwrócił się, napotykając jej wzrok.
Mokre od płaczu policzki, od których coś w jego trzewiach skręciło się w nieprzyjemny sposób. Spuchnięte oczy spoglądające na niego z wyrazem frustracji i niechęci, jakby ostatnim, czego chciała, była jego obecność, a jednak potrzebowała jego pomocy.
Znów, to on do tego doprowadził.
Zamordował dwadzieścia siedem osób byle nie musiała wypełniać swojej części układu, byle nie sprzedawała swojego ciała i duszy za życie własnej siostry, a i tak płakała z jego powodu.
Chyba tylko on był tak utalentowany w unieszczęśliwianiu Violet Haze.
Wsunął się do środka zaparowanego pomieszczenia gdy go wpuściła. Jego wzrok przemknął po jej sylwetce, dostrzegł zmięty, nadszarpnięty materiał, który odpowiedział na niezadane przez niego pytanie. Jego usta tkwiły zaszyte, niezdolne do uchylenia się gdy podszedł bliżej, świadom tego, że nic, co powie, nie zmieni tej sytuacji w żaden sposób.
Był beznadziejny w mówieniu.
Zamiast tego skupił się na czynach - opuszki jego palców dotarły do ciemnego materiału sukienki w poszukiwaniu wszytego w nim zapięcia. Jego wzrok prześlizgnął się po odkrytej skórze, po jej fragmentach, których nigdy wcześniej nie widział. Coś za jego mostkiem znów szarpnęło w nieznośny sposób.
Pochylił się, zatrzymując za jej plecami. Długie włosy zasłaniały zapięcie, sięgnął do nich dłońmi. Zebrał je powoli, pieczołowicie, zabierając każde pasmo z osobna, starając się nie myśleć o tym, jak brakowało mu ich miękkości pod palcami.
Ostrożnie przerzucił je przez jej ramię, jakby była egzemplarzem sztuki, której bał się uszkodzić.
-
Nie powinienem tego robić. - ciche słowa wymknęły się w jej stronę gdy pochylił się nad jej karkiem, jego palce musnęły miejsce, w którym kończył się materiał, zaczynała jej skóra. Dostrzegł zapięcie, sięgnął ku niemu dłońmi. -
Nie powinienem cię zostawiać w magazynie.
Drobny, metalowy haczyk umykał mu, co odnotował z frustracją. Łatwiej jednak przemawiało się do tyłu jej głowy, skupiając na czymś
neutralnym, czymś, co nie plamiło jego dłoni krwią.
-
Zostawiłem tam swojego człowieka. Miał cię wypuścić gdy odjadę - mruknął, wreszcie chwytając umykający haczyk. -
Włosi pojawili się szybciej.
even mysery needs companionship