Albert nie znał takich mądrych pojęć jak żałoba antycypacyjna, ale doskonale znał uczucie, gdy piekło gdzieś pomiędzy przełykiem a żołądkiem na samą myśl o stracie. Dziś czuł się jak pies na uwięzi i, cholera, skończył mu się czas na spokojne przemyślenie czegokolwiek. Nie miał dziś ani minuty dla siebie, no chyba że liczyć te pięć minut w toalecie, kiedy poszedł pograć w Candy Crush, bo miał po dziurki w nosie nowych znajomych, których przedstawiała mu Thalia. Spacerki po weselnym resorcie też już mu się znudziły, a obcy ludzie gapili się na niego tak, jakby urwał się z choinki z tą swoją nieogarniętą fryzurą. Wtedy do niego dotarło, że był tutaj tylko i wyłącznie dla niej; no i jakaś jego część w środku uważała, że nie mógł jej zostawić, nieważne jak bardzo nie chciał tu być. Tak naprawdę… nie chciał tu być, ale nie chciał też jej zostawiać. Nigdy. Ciągle myślał o tym, jak wywinąć się z tego pieprzonego zakończenia układu; najchętniej wymyśliłby cokolwiek, byle tylko z nią nie zrywać kolejnego poranka. Chciał przedłużyć ich kontrakt do… kolejnego wesela. Czyjegoś. Kogokolwiek. Codziennie w Toronto ktoś brał przecież ślub, czy to byłoby ważne, kim byliby dla nich państwo młodzi? Tak w sumie to nawet nie musiało być wesele, to mogłaby być jakakolwiek inna okazja, na którą mogliby pójść razem, jako para. Chciał, żeby kolejnego dnia po przebudzeniu też mógł wysłać jej wiadomość z pytaniem, czy do niego wpadnie. Chciał, żeby dalej wysyłała mu swoje selfie, zarówno te idiotyczne, jak i te seksowne (no ale bardziej seksowne). Chciał znowu leżeć z nią na trawie i oglądać z nią te jebane gwiazdy, mimo że tego nie lubił i nigdy nie miał na to ochoty. A może jednak… miał? Kurwa, w jej oczach w sumie mógłby oglądać gwiazdy całymi dniami…
Tak samo jak teraz, gdy zerkała na niego ukradkiem i uparcie przyznawała, że wcale na niego nie patrzyła. A patrzyła. -
Patrzysz - odpowiedział twardo, na moment zsuwając spojrzenie na jej usta. Miał przecież oczy, dobra? Widział, że na niego patrzyła. Nie z nim takie numery, żeby przymykać oko na jej małe kłamstewka… Dopóki… Och?
A co, jeśli tak, Thallman? Przygotuj się na ewentualne złamanie mojego serduszka jutro rano. Albert zamilkł. Tym razem to on został całkowicie pozbawiony języka w gębie. Wpatrywał się w Thalię w milczeniu, próbując rozszyfrować każdą zmarszczkę na jej twarzy. Żartowała? Udawała? Flirtowała z nim? A co gdyby tak… Po prostu skorzystał z okazji? -
A jakby obeszło się bez łamania? - spytał ją cicho, nie odrywając wzroku od jej ciemnych oczu. No i nastała cisza, wpatrywali się w siebie w takim impasie, Albert to nawet wstrzymał oddech, bo to pytanie było pewnego rodzaju…
przełomem między nimi… Kiedy nagle… ktoś wparował ze swoimi wielkimi buciorami w ich czasoprzestrzeń. Jakiś typ. Jakiś… Elias? No Ace to sobie właśnie pomyślał, że go pokurwi. Naprawdę musiał zmaterializować się znikąd w takim momencie? Albert zacisnął usta i zerknął na Thalię, bo to w końcu ona tu była najważniejszą osobą. W sensie, dla niej tutaj przyszedł, żeby obronić ją przed tym samym złamasem, który właśnie miał czelność usiąść obok niej.
No i im dłużej Albert przyglądał się Thalii, tym więcej irytacji w niej widział. Nawet jej ciało jakoś tak… zesztywniało. Chwilowo postanowił się nie odzywać i dać jej przestrzeń; czekał na rozwój sytuacji, bo może jego interwencja wcale nie będzie potrzebna? Nawet w momencie, gdy Elias z cwanym uśmieszkiem na mordzie stwierdził, że kochani znajomi jego i Thalii chcieli, żeby do siebie wrócili, milczał. Ba, nawet uśmiechnął się pod nosem…
Tania śpiewka, stary. Choć gdzieś głęboko w środku lekko go zapiekło z tego powodu - no bo wizja, w której Thalia wracała do tego Pimpka albo zabawiała się z kimś innym niż Albert wywoływania w nim natychmiastową chęć rozładowania agresji. Wolność wolnością, ale w tej sekundzie… Thalia należała do niego, tak? Nawet jeśli tylko w tym udawanym związku.
Ha! That’s what she said. Albert posłał Eliasowi uśmiech numer pięć i pomachał mu ręką na przywitanie, gdy Thalia nareszcie go przedstawiła i już nie musiał po prostu grzecznie czekać na swoją kolej, kiedy… Elias stwierdził, że go to nie interesuje. Aha. No wiecie co? Duma Alberta Thallmana właśnie została dotkliwie urażona. No i chuj, no i cześć. Już miał coś powiedzieć, kiedy akurat w tym momencie rozbrzmiały pierwsze, wyniosłe dźwięki wiolonczeli i skrzypiec. Thousand years. Christina Perri. Cringe. No masz babo placek. Panna młoda zaczęła podążać w stronę ołtarza, więc wszyscy goście wstali, podziwiając drobną blondyneczkę zmierzającą ku swojemu przyszłemu małżonkowi. Albert również wstał, ale zamiast patrzeć na suknię panny młodej, przyglądał się profilowi Thalii. Miała jakieś takie… hm, zaciśnięte w wąską linię usta. No i wyczuwał jakoś tak wewnętrznie, że czuła się po prostu przechujowo, siedząc obok swojego byłego na E.
Panna młoda nareszcie dowlokła się do ołtarza i wszyscy powoli zaczęli zajmować miejsca siedzące; no i jakoś tak wyszło, że Ace był jedynym gościem w całym rzędzie, który dalej stał. Zaczął się bezczelnie krzątać i zasłaniać widok połowie gości panny młodej, ale nic sobie z tego nie robił i po prostu chwycił Rosenhall za ramię, zlekceważył jej zaskoczone spojrzenie i zmusił ją gestem, żeby wstała i zamieniła się z nim miejscami. Tymczasem wszyscy zaczęli chrząkać i się na nich gapić… Ups? Jakaś daleka, obca ciotka z rzędu za nimi uderzyła nawet laseczką w ziemię, bo Thallman zasłonił jej cały ołtarz, ale cyk, opłacało się. Teraz to Albert siedział na środku, robiąc za żywy parawan między Thalią a tym pewnym siebie dzbanem Eliasem. -
Dzień dobry - szepnął do byłego Rosenhall z całym urokiem osobistym, na jaki było go w tej chwili stać. Nachylił się do niego lekko, robiąc słodką minę, i zanim facet zdążył wykrztusić z siebie choćby słowo, zaczął do niego szeptać więcej. -
Naprawdę, stary, zainwestuj w tic-taki, bo ci jedzie. Stary, prawie mi przeżarło nos… Tak, jak wtedy, jak… - przerwał szept w połowie zdania, odwrócił się do Thalii i z absolutnym brakiem zainteresowania ceremonią złożył czuły pocałunek na jej policzku, po czym odwrócił głowę z powrotem do Eliasa, który wyglądał już na skrajnie skołowanego i wkurwionego. -
A na deser były… brukselki - dokończył cytat ze Shreka prosto do jego ucha.
Ktoś z tyłu - pewnie ta ciocia z Radomia (Albert nie wiedział, czy była z Radomia czy nie, ale tak sobie wymyślił) - zaczęła znacząco chrząkać, bo szepty Alberta pewnie zagłuszały pierwsze słowa przysięgi małżeńskiej, Albert miał to jednak w głębokim poważaniu. -
Ładny jesteś - dodał cicho, po czym położył swoją dłoń na udzie Eliasa. No co? Chciał go wytrącić z równowagi. Co z tego, że właśnie uczestniczyli w ślubie. -
Zjeżdżaj mi z tym! - odparował Elias z czystą odrazą w głosie i strącił dłoń Alberta ze swojego uda. No i w tym momencie…
PAT, PAT!
Albo JEB, JEB - jak kto woli.
Starsza ciocia z Radomia siedząca za nimi nie wytrzymała psychicznie tego przedstawienia, dlatego zamachnęła się swoją wyjściową, koronkową parasolką i przywaliła Eliasowi prosto w łeb. -
Cicho bądź, gówniarzu! Stella bierze ślub, łajdaku! Dewiancie! - zasyczała cicho, wielce oburzona. Albert tymczasem przechylił głowę na bok i zacisnął usta, żeby powstrzymać parsknięcie śmiechem, po czym odwrócił się do Thalii i puścił jej perskie oczko.
Fajnie zaczynało się to wesele, w końcu coś się działo. Prawie zapomniał, że ta piękna dziewczyna obok niego niedługo miała przestać być jego, żal pe el…
one step closer od wyjebania eliasowi gonga