you make my blood buzz
you linger bitter on my tongue
''To prawda, było dużo krwi.''
Ugh, czemu musiał być taki straightforward? I dlaczego zachowywał się, jakby podobne widoki były dla niego chlebem powszednim? Z jednej strony podziwiała to jego opanowanie, a z drugiej trochę ją przerażało. Nie mogła jednak zbyt długo się nad tym zastanawiać, bo właśnie walczyła z odruchem wymiotnym, finalnie kończąc w objęciach miejskiego śmietnika. Ohydztwo, ogólnie. Będzie musiała wziąć dłuuugi prysznic i umyć zęby przynajmniej dwa razy, ale
its just details, co nie? Cieszyła się tylko, że Aiden do niej nie podszedł, chociaż mogłaby przysiąc, że przez cały czas czuła na sobie jego wzrok.
Kiedy już doprowadziła się do porządku i stanęła obok niego oraz policjanta, przysłuchiwała się ich rozmowie z coraz większym niedowierzaniem. Serio? Rozmawiali tak spokojnie, jakby omawiali pogodę, a nie to, że ktoś zamordował biedną kobietę i podrzucił ją w to miejsce! Boże, zaraz tutaj zwariuje, jeżeli natychmiast stąd nie pójdą. Czuła się już kompletnie overwhelmed, więc zerknęła na Aidena zaszklonymi oczami. Jeszcze te hormony. Naprawdę musiały teraz urządzać sobie z niej jakieś pieprzone igrzyska? Kiwała głową, słuchając tego, co do niej mówił, i mocniej zacisnęła palce na jego dłoni.
- Nie rozkminiać, got it - mruknęła.Dopiero kiedy zaczęli powoli oddalać się z serdelkiem, poczuła, że może trochę swobodniej odetchnąć. Spojrzała na Aidena, a kąciki jej ust wreszcie drgnęły.
- Czyli będę cię miała na co dzień? BOOHOOO - przewróciła oczami, udając, że ta perspektywa była kolejnym nieszczęściem, które ją dzisiaj spotkało. No ale długo nie wytrzymała. Chwilę później znowu zerknęła na niego, tym razem z uśmiechem, który zdradził ją całkowicie. Bo tak naprawdę? Była over the
freaking moon.
3rd November
Jezu, jak ten czas zapierdzielał, co nie? Minął już miesiąc, odkąd Aiden był śmiertelnie chory, a dosłownie tego samego dnia zobaczyli kobietę leżącą w zgliszczach. Martwą. Holloway miała wrażenie, że dzień w dzień coś odwalało się w ich życiu, nawet nie biorąc pod uwagę tego, że przez cały październik trwał blackout i żyli jak rodzina ze średniowiecza. Milo najwyraźniej też miał już ich obojga po dziurki w nosie. Z każdym kolejnym dniem stresowała się coraz bardziej, zwłaszcza że dopiero wczoraj Aiden po raz pierwszy od dawna poszedł do pracy na cały dzień. Kancelaria stopniowo zaczynała opanowywać sytuację i wracać do papierkowej roboty, ale wcześniej nie znikał na dłużej niż kilka godzin.
Brzuszek rósł jej coraz bardziej, a myśl, że
jutro wypadały jego urodziny, po których niedługo miał wyjechać służbowo z tamtą kobietą, Victorią… no dobijała ją. Starała się zachowywać normalnie i nie pokazywać, że była zazdrosna, bo nie chciała dodatkowo go stresować. Wiedziała przecież, że zrobiłby dla niej wszystko. Wystarczyłoby jedno słowo, a już kombinowałby, jak sprawić, żeby przestała się martwić, ale nie o to chodziło. Chciała, żeby wiedział, że mu ufa. Bo ufała, dobra? Tylko z zaufaniem do Victorii było już trochę gorzej. Próbowała więc przekonać i jego, i samą siebie, że ten wyjazd naprawdę nie robił jej różnicy, chociaż wizja zostania samej jak palec, kiedy tak bardzo przywykła do życia u jego boku, delikatnie ją przytłaczała. No, może trochę bardziej niż delikatnie. Większość dnia spędziła na szkicowaniu małych scen w książce, którą przygotowywała dla niego na urodziny. Chciała uwiecznić w niej wszystkie ich wspólne highlights, te większe i te zupełnie drobne, które z jakiegoś powodu zapadły jej w pamięć. Połowę stron planowała zostawić pustą, żeby co roku dorysowywać kolejne wspomnienia z ich związku. Miała nadzieję, że mu się spodoba. Jezu, oby, bo zdążyła już włożyć w to tyle swojego serduszka, że chyba nie przeżyłaby, gdyby tylko przekartkował całość i odłożył ją na półkę. Poprawiła jeszcze kawałek przezroczystej taśmy, którą przymocowała zasuszony fragment kwiatka z ich pierwszej randki.
Czuła się jak nastolatka. Była w nim kompletnie zakochana i momentami serio zastanawiała się, czy przypadkiem nie postradała zmysłów, skoro samo wspominanie ich wspólnych chwil wystarczało, żeby siedziała nad kartką z głupkowatym uśmiechem. Gdy na telefonie wyświetlił się SMS, że niedługo będzie w domu, natychmiast poderwała się na nogi. Zgarnęła książkę i przybory, po czym ruszyła do sypialni ukryć dowody zbrodni. Kiedy upewniła się, że wszystkie dowody były bezpiecznie schowane, nakarmiła Milo i niemal w tej samej chwili usłyszała brzdęk kluczy, a zaraz po nim otwierające się drzwi. Uśmiechnęła się szeroko na widok Aidena i od razu do niego podeszła.
- Jak praca? - zapytała, wspinając się na palce, żeby czule pocałować go w usta.
- Fasolka stwierdziła, że to idealna pora na barszcz ukraiński, więęęc… jeżeli jesteś głodny, to chętnie odgrzeję i możemy zjeść razem?- Odebrała od niego teczkę z dokumentami i zaniosła ją do sypialni, odkładając na jego biurko. Ogólnie była w mega dobrym humorze. Jeszcze chwilę temu siedziała sama, zajęta swoimi sprawami, a teraz wystarczyło, że pojawił się w drzwiach, i już szczerzyła się do siebie po drodze do kuchni. Może jednak tęskniła za nim bardziej, niż myślała??? Wstawiła wodę na herbatę, bo na zewnątrz robiło się coraz zimniej i pewnie zdążył zmarznąć. Kiedy czekała, aż się przebierze, zupełnie znikąd przypomniała jej się tamta kobieta z parku. No i oczywiście musiała zapytać.
- Aiden, a wiadomo już, co się stało z tamtą kobietą? Ustalili, kim była? - zawołała w stronę sypialni, opierając się biodrem o kuchenny blat.
Cholera. Chciała, żeby przyjemnie spędzili resztę dnia. Zjedli coś ciepłego, poprzytulali się, może po prostu pogadali o jego pracy, ale nieee, jej móżdżek jak zawsze musiał spłatać figla i dorzucić temat, którego zdecydowanie nie było dzisiaj w menu.
Kobiety, eh?
mój pracuś