To love someone is to discover a fear you never knew existed.
Bywały chwile, gdy Carmen naprawdę żałowała odkrycia prawdy o swoim pochodzeniu.
Szczególnie wtedy, gdy musiała okłamywać Alberta i unikać odpowiedzi na niewygodne pytania. Czuła się jak pieprzony zdrajca, mimo że nie podjęła jeszcze żadnej decyzji. Nie porzuciła swojego dotychczasowego życia, by ulec presji ze strony Tyrrendoru i
rodzinnej powinności. Wahała się. Wszystko, co tak dobrze znała poddawała wątpliwościom i drugiej myśli, ale tylko po to, by mądrze wybrać. Wiedziała, że nie będzie odwrotu. Nikt nie wybaczy jej przejścia na drugą stronę. Czuła się... zagubiona i co gorsza, nie miała z kim podzielić się swoimi obawami, a przez to czuła się, jakby ktoś ją dusił, z każdą mijającą, stratną minutą, zaciskając palce na jej gardle coraz dotkliwiej.
Brakowało jej tych chwil, gdy dopiero zaczynała naukę — gdy jej jedynym zmartwieniem było to, czy któryś ze smoków wybierze ją na swoją jeźdźczynię. A potem tylko treningi, chowanie się z Albertem po opustoszałych salach, by w przerwie między jednymi zajęciami, a drugimi, skraść z jego ust parę szybkich, słodkich pocałunków. Wtedy nie było wojny. Nie było wyborów, lojalności i tego wszechogarniającego zmęczenia. Wszystko było proste, nawet ich długodystansowe plany, które teraz znajdowały się pod dużym znakiem zapytania. Zresztą jak całe jej życie.
Gdy Albert przyłożył dłoń do jej czoła, Carmen po raz kolejny wykorzystała tę sposobność, by wpleść się w jego organizm. Jej źrenice nieznacznie rozszerzyły się, gdy wbiła pociemniałe spojrzenie w jego tęczówki; był skołowany i nieco...
podejrzliwy? Torres wycofała się z jego umysłu, czując się przy tym, jakby wyskoczyła z innego uniwersum.
— Po prostu próbuję to wszystko zrozumieć — odpowiedziała cicho, odrywając od niego nieco spłoszone spojrzenie. Może nie powinna była zaczynać tego tematu, niepotrzebnie ściągała na siebie nieproszoną uwagę.
— Tego nie powiedziałam — rzuciła obronnie, znów zatrzymując na nim twarde spojrzenie.
— Rzeź — powtórzyła za nim, wypowiadając to słowo jak przekleństwo.
— Rozlew krwi niczego nie załatwi. Zdusi bunt tylko na chwilę — stwierdziła, unosząc palce do swoich włosów, które przeczesała nieco nerwowo. Musiała się uspokoić. Musiała rozdzielić swoje myśli, zanim popełni błąd, który wszystko przekreśli.
Carmen nie pamiętała, kiedy po raz ostatni czuła się zrelaksowana. Prawdopodobnie na długo przed dołączeniem do Basgiathu, bo zawsze było coś, czym musiała się martwić. Nauczyła się to dobrze ukrywać, bo jako liderka, nie zamierzała dać po sobie poznać swoich słabości. Torres dostrzegła na jego twarzy
niemal wszystko i nie musiała nawet używać swoich umiejętności, by wiedzieć, co teraz czuł. Ton jego głosu i słowa były jak cholerna brzytwa, która boleśnie cięła jej skórę i serce. To nie był Albert, którego kochała na co dzień. To był Albert dowódca, któremu nikt nie powinien się sprzeciwiać.
— Niczego nie podważam, to było pytanie czysto teoretyczne — rzuciła nerwowo, bo na krótką chwilę, poczuła się przyparta do muru.
— Nieważne, nie rozmawiajmy już o tym — dodała cicho. Czy to dziwne, że liczyła na inną reakcję? Wiedziała, że Thallman był lojalny ponad wszystko, ale nie sądziła, że na samą myśl o próbie zrozumienia drugiej strony, zareaguje tak... intensywnie.
Jesteś dowódczynią trzeciego skrzydła. Ludzie patrzą na ciebie i szukają w tobie oparcia, a nie wątpliwości.
To za to, podchodziło pod manipulację emocjonalną.
— Jesteś jedyną osobą, z którą rozmawiam na ten temat, Thallman — powiedziała ostro.
— Nie daję innym powodu do wątpliwości i nie musisz mi przypominać, jakie jest moje zadanie — dodała, ściągając łagodnie brwi. Ta rozmowa obierała nieciekawy kierunek, przez co jej instynktowym odruchem była ucieczka od tematu. Czuła lekki zawód, ale powinna była się tego spodziewać.
— A co potem, Ace? Co po tych wszystkich tygodniach? — zapytała cicho, odwracając głowę w jego stronę, nie odsuwając się, gdy złożył na jej ustach krótki pocałunek. Carmel uniosła palce do jego policzka, by pogładzić palcami jego skórę.
— Twój ojciec zabierze mi ciebie przy pierwszej lepszej okazji. Zrobi z ciebie bezlitosnego żołnierza. Ty... Jakie są twoje priorytety i cele? — westchnęła, spoglądając wprost w jego oczy. Liczyło się dla niego jedynie dowództwo i walka dla kraju, czy w tym wszystkim też przyszłość z nią była dla niego jakkolwiek istotna? W obecnej sytuacji, gdy tak wiele przechodziło przez jej umysł, każda odpowiedź była na wagę złota.
Czy oddałaby teraz swoje życie za Navarrę? Już nie była tego taka pewna. Czy, jeśli na jej czele stałby Albert, któremu groziłoby coś złego ze strony Tyrrendoru, byłaby skłonna do poświęceń? Bez namysłu. A czy, gdyby ona stała pośrodku dwóch skłóconych królestw, Albert straciłby ją za zdradę? Czy do końca byłby wierny swoim ideałom?
Carmen opadła plecami na materac, układając palce na jego ramionach. Kochała go ponad wszystko, co znała i w co tylko wierzyła, ale czy to działało obustronnie? Jeśli miałaby wybrać, komu chce pozostać lojalna, wybrałaby właśnie
jego. Torres odchyliła łagodnie głowę, gdy Thallman zaczął składać delikatne pocałunki na jej szyi. Wplotła palce w jego włosy, na chwilę przymykając oczy. Boże, ile by oddała, żeby poza murami akademii, nic im nie groziło.
— Jak bardzo mnie kochasz? Zastanów się, zanim będziesz musiał znieść znowu moje myśli — szepnęła, gdy zapytał, co działo się w jej głowie. Strach przemknął po jej plecach. Dlaczego bała się przed nim otworzyć? To przez tę rozmowę?
Torres często wybierała milczenie. Wiele rzeczy musiała przetworzyć w pojedynkę, zanim przejdzie do działania. To, co dziś usłyszała było jedną z tych rzeczy, które musiała przemyśleć.
— Chcę zostać z tobą. Nie jestem głodna — odparła bez namysłu. Nigdy nie wiadomo, kiedy i czy
kiedykolwiek znowu będą mieli okazję być tylko we dwoje. Bez wojny, wiszącej nad ich głowami. Bez rozterek. Bez obaw. Zaraz jednak odepchnęła go mocno, zmieniając pozycję i siadając na nim okrakiem, zacisnęła palce na jego nadgarstkach, po czym przycisnęła je gwałtownie do materaca.
— Jak jeszcze raz podważysz moją rolę — zaczęła, nachylając się nad jego twarzą.
— To przysięgam, że nic co ci wtedy zrobię, nie będzie przyjemne — ostrzegła, a na jej wargach pojawił się nieco kpiący uśmiech.
To jeszcze nie była chwila, w której powinna się przed nim otworzyć.
Zbyt wiele miała do stracenia. Łącznie z nim.
wingleader