ODPOWIEDZ
25 y/o
Welkom in Canada
165 cm
nauczycielka hiszpańskiego & barmanka
Awatar użytkownika
It's 2 AM
You and I used to talk until the morning
It's day and night hurry now
Baby let's just take it slowly today
I don't wanna miss out on much today
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Obrazek


Torres. Wybrałam właśnie ciebie, bo od początku uważałam cię za inteligentnego i walecznego człowieka, ale teraz popełniasz ogromny błąd. Twoja “wspaniała” rodzina, która porzuciła cię po narodzinach to jedno, ale poświęcenie całej Navarry dla jakiejś żałosnej rebelii…

Natychmiast wyjdź z mojej głowy, Ravena.

Dobrze wiesz, że Albert się z tobą nie zgodzi. Carmen, przejrzyj na oczy. To nie skończy się dobrze.

Powiedziałaś mu?

Oczywiście, że nie. Przysięgałam.

W takim razie nadal mam szansę. Sama mu to wyjaśnię.
Nie mieszaj się w to.


~~~*~~~


Ostatnie tygodnie w Basgiathcie przypominały sztukę, wystawianą na scenie w jakimś wielkim teatrze. Torres czuła się jak kiepska aktorka, zmuszona do odgrywania tej samej, nużącej roli w zapętleniu i okłamująca wszystkich swoich bliskich dokoła. Cholera, Carmen zawsze marzyła, żeby mieć swoją prawdziwą rodzinę. Taką, za którą z dumą odda swoje życie, bo w jej główce, więzy krwi były ponad wszystko inne. Choć… czy to nie zabawne i jednocześnie żałośnie naiwne w jej przypadku? Carmen Torres była wychowywana przez seniorkę, która przygarnęła ją z ulicy, gdy miała zaledwie pięć albo sześć lat. Jej wspomnienia przed zamieszkaniem u Polly, były rozmazane i wydawały się bardzo odległe. Carmel bardzo długo uważała właśnie babuszkę za swoją jedyną rodzinę, która przez lata dawała jej ciepło, miłość i wpajała pewne wartości, które pomogły jej przetrwać przez wszystkie lata nauki w Basgiathcie. To właśnie dla niej podjęła się tego wyzwania zostania jeźdźczynią, by upamiętnić Polly po jej śmierci.

Torres stała w sypialni, należącej do jej chłopaka — dowódcy drugiego skrzydła. Oparła dłoń na brukowym stopniu, wychylając się lekko przez okno, by dostrzec w oddali smoki, wbijające się prężnie w powietrze. Miała wrażenie, że to jedna z ostatnich chwil, przesiąkniętych złudnym spokojem; Tyrrendor czekał na odpowiedni moment, żeby rozpocząć rebelię. Navarra próbowała ukryć problemy, związane z panoszącą się prowincją, ale ciężko było zdusić problem w zarodku, jeśli wiele kadetów, kręciło się po samej szkole wojskowej. Podobnie jak Carmen, która została postawiona pod ścianą, by opowiedzieć się za którąś ze stron. Podczas jednej z misji poza granicami akademii, wpadła na grupę ludzi. Początkowo myślała, że to uciekinierzy lub przestępcy, sprzeciwiający się koronie. Nie sądziła, że mężczyzna, stojący na czele całej grupy okaże się jej ojcem, a prawda, którą z trudem zdołała wysłuchać, wystawiła jej cierpliwość, wartości i cały światopogląd na ogromną próbę.

Idzie. Torres, jeśli przez ciebie któreś z nas…

Carmen odwróciła się, by oprzeć się swobodnie o ścianę za swoimi plecami i skrzyżowała ręce na klatce piersiowej. Jej odznaka dowódczyni trzeciego skrzydła, błysnęła w świetle, padającym od lampki w kącie pokoju. Wyczuwała go na kilometr — aura, którą emanował, przenikała aż do jej kości. Musiała na sekundę przymknąć oczy, by oddzielić go od swoich myśli. Wiedziała, że to będzie alarmujące, ale nie chciała by wyczytał z niej wszystko, co chciała zrobić lub sprawdzić. Drzwi do sypialni w końcu otworzyły się, a ona wbiła nieco zmęczone spojrzenie w sylwetkę Thallmana.

Ten mężczyzna będzie jej zgubą albo wybawieniem.
Będzie ostrzem, który rozerwie jej serce albo drogą ku wolności.


— Nocthar wyszedł już z wprawy? — rzuciła w ramach powitania. — Piętnaście minut później niż zwykle. Ravena będzie musiała niedługo zwolnić tempo, żeby wam dorównać — powiedziała, uśmiechając się lekko. Próbowała to wszystko odsunąć w czasie jak tylko mogła, bo bała się. Cholera, oczywiście, że się bała. Mogła stracić Alberta na zawsze, a to było… niemożliwe, choćby ze względu na bonding ich smoków. Jedno nie mogło żyć bez drugiego, podobnie jak ich dwójka. Carmen nie potrafiła obejść tego problemu i obawiała się, że w finalnym rozrachunku, wszyscy na tym ucierpią.

Tyrrendor czy jej największa miłość?


wingleader
28 y/o
For good luck!
185 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zatrzasnął drzwi sypialni nieco mocniej niż zamierzał. Świeży zapach wciąż unosił się na jego skórze - w końcu jeszcze pięć minut temu siedział na grzbiecie swojego smoka, Nocthara, który wydawał się dziś wyjątkowo mocno… poirytowany.

Powiedz jej, żeby przestała we mnie wątpić, bo inaczej przy najbliższej okazji przypalę jej ubranie - przewaliło się przez jego umysł ostrzeżenie Nocthara, na co Albert odpowiedział w myślach jedynie zmęczonym westchnieniem. Nie rozumiał, dlaczego Nocthar od jakiegoś czasu był… negatywnie nastawiony do Carmen. Jeszcze niedawno ją uwielbiał i nazywał pożytecznym człowiekiem, a teraz? Na szczęście, Thallman nie przekazywał Torres większości jego wrednych uwag - wystarczało, że znosił go w swojej głowie, nie musiał powtarzać jego kąśliwych uwag na głos.

Spojrzał na Carmen. Stała oparta o ścianę, a jej odznaka błysnęła w świetle lampki. Wyglądała na… zmęczoną. Nie dziwił jej się, sam również był zmęczony. Walczyli z buntownikami wzdłuż granic, musieli radzić sobie z ciągłymi prowokacjami Tyrrendoru, a sytuacji nie poprawiał jego ojciec, Brennan, który przypominał Albertowi na każdym kroku, jak duża odpowiedzialność spoczywała na ramionach syna generała. I to na dodatek generała, dla którego Navarra była jedyną ważną wartością, a Albert… cóż, również wierzył w te ideały. Wierzył w porządek, służbę i ochronę królestwa za wszelką cenę.

Zanim dotarł do sypialni, z zaskoczeniem przyjął fakt, że Carmen zamknęła przed nim swoje myśli, a to z kolei sprawiło, że krew w jego żyłach zaczęła krążyć szybciej. Chciał zdjąć z jej ramion ten ciężar, o którym mu nie mówiła, ale nie zamierzał z nią teraz rozmawiać o szpiegach, granicach ani kolejnych rozkazach ojca - chciał jej. Tylko i wyłącznie jej. Przymknął na moment oczy i sięgnął do źródła swojej mocy; światło w pokoju drgnęło, powietrze zawirowało. Zapach unoszący się w ciężkich murach zniknął i został zastąpiony przez świeżą trawę i wilgotną ziemię. Surowe wnętrze jego sypialni rozpłynęło się i ustąpiło miejsca ukrytej w cieniu gór polanie, którą pamiętali ze swoich pierwszych zwiadów. Gwiazdy nad ich głowami lśniły ciepłym blaskiem, a wiatr szumiał w koronach wyimaginowanych drzew.

Lubiła, kiedy to robił, prawda? Kiedy zabierał ją w różne miejsca za pomocą swojego talentu. Podszedł do niej i uśmiechnął się do niej ciepło, chociaż jego spojrzenie też było zmęczone. Chwycił ją za dłoń i splótł swoje palce z jej palcami. - Chodź - mruknął pod nosem, po czym pociągnął ją ostrożnie w stronę przewróconego konara drzewa, który w rzeczywistości był krawędzią jego łóżka. Usiadł i pociągnął ją lekko w swoją stronę, aby usiadła obok niego. Chciał dać im obojgu chociaż pięć minut ucieczki od akademii, wizji zbliżającej się wojny i… wszystkiego innego, co zaprzątało ich myśli. - Nocthar po prostu nie lubi pokazywać wszystkich kart na raz, doskonale o tym wiesz - odpowiedział jej w końcu, a Nocthar tylko burknął w jego myślach. Spojrzał na ich splecione dłonie, po czym przeniósł wzrok na jej twarz. Jednak nie mogli uciec od obowiązków tak w stu procentach, skoro już wytknęła mu spóźnienie... - A co do spóźnienia, ojciec przysłał nowe raporty z pogranicza - oznajmił cicho, a łąka wokół nich zafalowała, co zdarzało się tylko wtedy, gdy Albert był… cóż, wkurwiony. - Tyrrendor szykuje coś dużego, Carmeleader. Ojciec wymaga od nas pełnej gotowości. Pieprzone szczury myślą, że mogą podważyć wszystko, na czym stoi Navarra… - dodał pod nosem i westchnął ciężko.

Oparł policzek o jej głowę i wciągnął w płuca zapach jej włosów, próbując zagłuszyć rosnący w ciszy niepokój. Sztuczny wiatr z jego iluzji niedbale muskał ich skórę i włosy. - Dlaczego mam wrażenie, że jesteś dzisiaj tysiące mil stąd? - spytał po chwili i objął ją w talii. Mówił teraz jak mężczyzna, który bezgranicznie kochał swoją kobietę, a nie… jak dowódca do dowódcy. - Nie odcinaj mnie, Torres. W tych czasach ufam tylko tobie i Noctharowi - skwitował ze śmiechem, ale jego ton zabrzmiał odrobinę… ostrzegawczo?

Głupiec - w głowie Alberta znów rozbrzmiał niski głos Nocthara. O co mu chodziło, do chuja? Polana znowu niebezpiecznie zawirowała, ale udało mu się podtrzymać iluzję. Głupi smok.

Słyszałem to, nędzny człowieku.

No i dobrze.

carmeleader
25 y/o
Welkom in Canada
165 cm
nauczycielka hiszpańskiego & barmanka
Awatar użytkownika
It's 2 AM
You and I used to talk until the morning
It's day and night hurry now
Baby let's just take it slowly today
I don't wanna miss out on much today
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Minęła zaledwie sekunda.
W jednym momencie, spoglądała na Alberta, stojącego na wejściu do ciemnej komnaty, która od wielu miesięcy służyła za jego sypialnię. Mrugnęła, a gdy po raz kolejny rozchyliła powieki, znajdowała się na środku pięknej, zielonej polany. Mogłaby przysiąc, że czuje na swoich policzkach lekki powiew świeżego wiatru, który złudnie wypełniał jej płuca. Brukowe kamienie zniknęły, a zamiast nich, pojawiły się krzewy, kwiaty, wzniesienia i bujne drzewa, sięgające nieba, a jednocześnie nie przysłaniające gwiazd. Carmen kochała naturę. Kochała chłód powietrza na zewnątrz, miękkość trawy pod stopami lub chropowatość kory pod opuszkami palców. Lubiła zrzucać z siebie mundur, by wskoczyć do płytkiej rzeki, w której mogła odpocząć po długim, a zarazem męczącym locie. Albert doskonale wiedział, dokąd ją zabrać, by uspokoić jej umysł.

Nawet, jeśli to była tylko iluzja, na krótki moment przypominała jej, co było dla niej ważne. Dawała ukojenie i spokój, który pozwalał jej oczyścić rozum, który błąkał się nie raz w niewłaściwych miejscach. Torres oparła głowę na jego ramieniu, czując kołatanie własnego serca. Prawdę mówiąc, żałowała, że spotkała swoją rodzinę i że rzucili jej na głowę całą tę prawdę o ich przeszłości czy o Tyrrendorze. Chyba wolałaby dalej żyć w słodkiej niewiedzy i bronić Navarry tak, jak była wychowywana przez swoją babunię. Dzięki temu, nie musiałaby się wahać. Nie musiałaby się zastanawiać, co będzie z jej miłością dalej.

Nadal możesz zapobiec katastrofie, Carmenko.
Wybierzesz Navarrę. Wybierzesz Alberta. Wybierzesz swój dom, swoją szkołę, całe swoje dotychczasowe życie, które przecież uwielbiałaś. Wybierzesz bezpieczną przyszłość.


Ravena mieszała w jej głowie. Zatruwała jej umysł słodkimi obietnicami, samolubnymi przekonaniami i argumentami, które chwytały jej serce. Była okropna, a jednocześnie... Naprawdę dobrze znała swoją jeźdźczynię. Wiedziała na czym od zawsze jej zależało. Torres chciała zbudować swoją własną rodzinę, karierę i dom; tutaj w Navarrze. Nie chciała walczyć, chciała bronić. Nie chciała się wahać, chciała działać. A w ciągu paru dni, wszystko w co wierzyła, wydawało się drżeć jak pod wpływem silnego uderzenia z oddali. Cholera.

— Nocthar ma większe ego niż skrzydła. Wiem, że mnie słyszysz i w ogóle się ciebie nie boję — rzuciła, spoglądając na Alberta, jakby te słowa kierowała właśnie do niego, a nie do jego smoka. Uśmiechnęła się lekko, próbując nieco bardziej się rozluźnić. Carmel pogłaskała wolną dłonią tę jego; przez ostatnie lata, Thallman był dla niej najbliższą osobą na świecie. Przerażała ją myśl nadchodzącej rozmowy, odkładała to jak tylko mogła, licząc na to, że decyzja podejmie się sama.
Ojciec przysłał nowe raporty z pogranicza. Nie chciała o tym słuchać. Nie chciała czuć tego wstrętu względem jego ojca, który narastał w niej, gdy słyszał jego słowa o prowincji, z której pochodziła. Pieprzone szczury. Och. — Nie dziwię się, że wciąż próbują się bronić. Chcą niezależności, Albert. Robilibyśmy to samo, gdyby Navarra była zagrożona — powiedziała spokojnym tonem.
Słysząc jego pytanie, Torres wbiła wzrok w pustkę przed siebie; zacisnęła palce na tych jego.
— Bo jestem zmęczona. Nie chcę, żeby ginęli kolejni ludzie — mruknęła, co nie było kłamstwem. Nie chciała śmierci po żadnej ze stron; była boleśnie rozdarta. — Codziennie dostajemy nowe informacje i polecenia. Z pogranicza, od szpiegów, ze szkoły. Co chwilę ktoś jest ranny, ktoś odchodzi ze swoim smokiem, ktoś przechodzi na drugą stronę — wymruczała, pocierając policzkiem jego ramię. — Ace, zastanawiałeś się kiedyś, co jest tak naprawdę słuszne? — zapytała, unosząc nieznacznie twarz, by móc na niego spojrzeć. — Od rozpoczęcia Basgiathu... Nigdy w nic nie wierzyłam tak bardzo jak w Navarrę — przyznała. — Jakbym mogła zresztą wierzyć w cokolwiek innego? To tu się urodziłam. Tu znalazłam babunię. To tu dorastałam, tu się uczyłam, tu ciebie poznałam — wymruczała, uśmiechając się do swoich myśli. — To tu zostałam wybrana przez Ravenę. I to tu chciałam z tobą zostać i się zestarzeć — zaśmiała się, bo to wydawało jej się teraz nieprawdopodobne. — A kto wie, czy dożyjemy końca tego tygodnia? — westchnęła, spoglądając mu prosto w oczy. Oczy, dla których przepadła i dla których kiedyś mogłaby rozwalić pół akademii, żeby mu tylko jakoś zaimponować.

— Zastanawiasz się, dlaczego zamknęłam myśli? — zapytała, uśmiechając się krzywo. — Bo mam w nich bałagan, Thallman — powiedziała, tym samym używając swojej mocy, wtapiając się na krótki moment w jego organizm, by wiedzieć, co czuje. Te wibracje. Czuł się niepewny?

Zabierzesz od niego Nocthara? Chcę zostać z nim sama.

albert
28 y/o
For good luck!
185 cm
workin' nine to five what a way to make a livin'
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wizja zielonej polany z Carmel u boku była naprawdę słodka; niemal czuł w powietrzu te same wiosenne dni, które mieli szczęście spędzić tylko we dwoje w lasach Basgiath. Przez tę krótką chwilę mogli spróbować się zrelaksować - bez ich przyjaciół wokół, bez presji ze strony jego ojca, bez wspominania babci Torres, mimo że uwielbiał tę kobietę z całego serca. Naprawdę doceniał takie momenty, zwłaszcza, że przez narastający konflikt między Tyrrendorem a Navarrą mieli z Carmen naprawdę mało czasu dla siebie. Nocthar ma większe ego niż skrzydła. Wiem, że mnie słyszysz i w ogóle się ciebie nie boję. Zaśmiał się cicho na jej komentarz. Cóż, taka była prawda, ale za nic w świecie nie zamierzał powtarzać tego swojemu smokowi. Najchętniej to by się od niego odciął i spędził czas sam na sam z Carmel, bez głosów w głowie. Pocałował ją w policzek, przeciągnął palcami po jej talii… A potem powiedziała coś takiego, że zbiła go z pantałyku.

Nie dziwię się, że wciąż próbują się bronić. Chcą niezależności, Albert. Robilibyśmy to samo, gdyby Navarra była zagrożona.

Och? Co ona wygadywała? Niezależności? Chcą niezależności, Albert? Co się jej stało? Przyłożył wolną dłoń do jej czoła, żeby sprawdzić, czy nie miała gorączki, ale jej temperatura wydawała się w normie. Przecież zasady były proste i jasne. Walczyli za Navarrę. Wiedziała o tym od pierwszego dnia w Basgiath. - Oni nie byli zagrożeni, dopóki nie zaczęli nas atakować, Torres. Wszystko z tobą w porządku? - spytał z niepokojem. Kurczę, czy miły wieczór właśnie poszedł się bujać, bo jego dziewczynie zebrało się na współczucie? Nie chcę, żeby ginęli kolejni ludzie. Westchnął i… coś w nim pękło. Przytulił ją mocno do siebie i potarł dłonią jej ramię. - Myślisz, że ja chcę? Myślisz, że patrzenie na to, jak giną nasi ludzie, sprawia mi jakąkolwiek przyjemność? - wyznał z ciężkim sercem. - Jednak musimy to doprowadzić do końca, dla Navarry. I jeśli Tyrrendor myśli, że może nas tak po prostu atakować, to nie zatrzyma się na polityce. Będą rzezie, w których zginą setki tysięcy cywilów - zauważył trafnie i znowu westchnął.

Czy oni choć raz mogli się po prostu zrelaksować, zamiast rozpoczynać tysięczną dyskusję o polityce i o tym, co było słuszne? Oni chyba nie potrafili już odpoczywać. W sumie… ta rebelia trwała już tak długo, że oboje żyli na granicy wyczerpania. Już uznał temat za zakończony i chciał zaproponować jej jakieś… miłe spędzenie czasu, gdy zadała mu kolejne pytanie egzystencjalne i znowu wprawiła go w osłupienie. "Ace, zastanawiałeś się kiedyś, co jest tak naprawdę słuszne?". Zamarł i… w ułamku sekundy wizja zielonej polany rozpłynęła się w powietrzu, a oni z powrotem siedzieli obok siebie na twardym łóżku w jego sypialni. Albert spojrzał na Carmel i mocno zmarszczył brwi. Pozwolił jej dokończyć cały wywód, ale jego mina z sekundy na sekundę stawała się coraz bardziej ponura. Dlaczego mówiła mu to wszystko właśnie teraz? Czy ona naprawdę kwestionowała właśnie ich poczucie obowiązku? - Słuszne jest to, co utrzymuje nas przy życiu, Carmen. To, co chroni ten kraj przed chaosem - odpowiedział hardo. Odrobinę bardziej hardo niż planował, eh… - Słuszna jest wierność i lojalność wobec Navarry. Gdyby każdy z nas zaczął podważać rozkazy i zastanawiać się, czy korona ma rację, Basgiath i cała Navarra spłonęłyby w parę dni. Przetrwaliśmy wieki nie dlatego, że wątpiliśmy, ale dlatego, że staliśmy murem za naszymi ideałami. Moja lojalność nie podlega dyskusji, Torres. I twoja też nie powinna. Jesteś dowódczynią trzeciego skrzydła. Ludzie patrzą na ciebie i szukają w tobie oparcia, a nie wątpliwości - wyrzucił z siebie, na moment unikając jej wzroku, bo… wypowiedział to wszystko naprawdę ostrym tonem. Tonem dowódcy, a nie kochającego chłopaka. W ostatnich dniach miał wielki problem z rozgraniczeniem tych dwóch ról.

Cholera. Nie powinien odzywać się do niej w taki sposób, ale… był potwornie zmęczony. Znowu rozmawiał z ojcem; już niedługo miał ukończyć akademię i dołączyć do jego oddziału na wysokim stanowisku. Nie mógł sobie pozwolić na absolutnie żadne potknięcie. - Przetrwamy ten tydzień, następny i każdy kolejny. Dopóki stoimy po właściwej stronie historii i wypełniamy nasz obowiązek, nic nas nie złamie - podsumował ciszej, po czym ścisnął jej dłoń i złożył krótki pocałunek na jej wargach.

Wreszcie brzmisz jak jeździec, a nie jak ślepe szczenię.

Oj, zamknij się, Nocthar. Daj mi spokój - odparł swojemu smokowi oschle w myślach.

I faktycznie, zaraz po tym Nocthar jakby całkowicie się od niego... odciął? No i super. Albert chciał wreszcie spędzić czas ze swoją dziewczyną, bez gderania wielkiego gada w głowie. Pchnął Carmel lekko na łóżko i zawisł nad nią, przypatrując się jej twarzy. Zastanawiasz się, dlaczego zamknęłam myśli? - Tak, zastanawiam się nad tym - przytaknął. Naprawdę nie rozumiał, dlaczego się od niego odcięła. I jeszcze mówiła, że miała w głowie bałagan? Nie rozumiał też, z jakiego powodu nagle zaczął wszystko kwestionować. Może z powodu Nocthara? Ech, pieprzyć to… Skup się na tym, co jest tu i teraz, Thallman. Carmel na przykład bardzo ładnie pachniała… Tak, to było dużo przyjemniejsze niż pomrukiwanie Nocthara. - Powiedz mi, co się dzieje w twojej głowie - zagadnął Torres, ale zamiast faktycznie skupić się na tym, co miała do powiedzenia, poddał się swoim myślom i zaczął delikatnie całować ją po szyi. Cholernie za nią tęsknił. - A, Carmel… - zaczął jeszcze chwilę później, tym razem przenosząc się z ustami na drugą stronę jej szyi. - Chcesz iść do stołówki na kolację, czy wolisz zostać tu ze mną? - spytał, zupełnie się nie domyślając, co tak naprawdę działo się w jej głowie, jakimi straszliwymi rozterkami było zajęte jej serce i… jak bardzo jego wszystkie dzisiejsze słowa mogły ją zranić.

carmeleader
25 y/o
Welkom in Canada
165 cm
nauczycielka hiszpańskiego & barmanka
Awatar użytkownika
It's 2 AM
You and I used to talk until the morning
It's day and night hurry now
Baby let's just take it slowly today
I don't wanna miss out on much today
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To love someone is to discover a fear you never knew existed.


Bywały chwile, gdy Carmen naprawdę żałowała odkrycia prawdy o swoim pochodzeniu.
Szczególnie wtedy, gdy musiała okłamywać Alberta i unikać odpowiedzi na niewygodne pytania. Czuła się jak pieprzony zdrajca, mimo że nie podjęła jeszcze żadnej decyzji. Nie porzuciła swojego dotychczasowego życia, by ulec presji ze strony Tyrrendoru i rodzinnej powinności. Wahała się. Wszystko, co tak dobrze znała poddawała wątpliwościom i drugiej myśli, ale tylko po to, by mądrze wybrać. Wiedziała, że nie będzie odwrotu. Nikt nie wybaczy jej przejścia na drugą stronę. Czuła się... zagubiona i co gorsza, nie miała z kim podzielić się swoimi obawami, a przez to czuła się, jakby ktoś ją dusił, z każdą mijającą, stratną minutą, zaciskając palce na jej gardle coraz dotkliwiej.
Brakowało jej tych chwil, gdy dopiero zaczynała naukę — gdy jej jedynym zmartwieniem było to, czy któryś ze smoków wybierze ją na swoją jeźdźczynię. A potem tylko treningi, chowanie się z Albertem po opustoszałych salach, by w przerwie między jednymi zajęciami, a drugimi, skraść z jego ust parę szybkich, słodkich pocałunków. Wtedy nie było wojny. Nie było wyborów, lojalności i tego wszechogarniającego zmęczenia. Wszystko było proste, nawet ich długodystansowe plany, które teraz znajdowały się pod dużym znakiem zapytania. Zresztą jak całe jej życie.

Gdy Albert przyłożył dłoń do jej czoła, Carmen po raz kolejny wykorzystała tę sposobność, by wpleść się w jego organizm. Jej źrenice nieznacznie rozszerzyły się, gdy wbiła pociemniałe spojrzenie w jego tęczówki; był skołowany i nieco... podejrzliwy? Torres wycofała się z jego umysłu, czując się przy tym, jakby wyskoczyła z innego uniwersum. — Po prostu próbuję to wszystko zrozumieć — odpowiedziała cicho, odrywając od niego nieco spłoszone spojrzenie. Może nie powinna była zaczynać tego tematu, niepotrzebnie ściągała na siebie nieproszoną uwagę. — Tego nie powiedziałam — rzuciła obronnie, znów zatrzymując na nim twarde spojrzenie. — Rzeź — powtórzyła za nim, wypowiadając to słowo jak przekleństwo. — Rozlew krwi niczego nie załatwi. Zdusi bunt tylko na chwilę — stwierdziła, unosząc palce do swoich włosów, które przeczesała nieco nerwowo. Musiała się uspokoić. Musiała rozdzielić swoje myśli, zanim popełni błąd, który wszystko przekreśli.

Carmen nie pamiętała, kiedy po raz ostatni czuła się zrelaksowana. Prawdopodobnie na długo przed dołączeniem do Basgiathu, bo zawsze było coś, czym musiała się martwić. Nauczyła się to dobrze ukrywać, bo jako liderka, nie zamierzała dać po sobie poznać swoich słabości. Torres dostrzegła na jego twarzy niemal wszystko i nie musiała nawet używać swoich umiejętności, by wiedzieć, co teraz czuł. Ton jego głosu i słowa były jak cholerna brzytwa, która boleśnie cięła jej skórę i serce. To nie był Albert, którego kochała na co dzień. To był Albert dowódca, któremu nikt nie powinien się sprzeciwiać. — Niczego nie podważam, to było pytanie czysto teoretyczne — rzuciła nerwowo, bo na krótką chwilę, poczuła się przyparta do muru. — Nieważne, nie rozmawiajmy już o tym — dodała cicho. Czy to dziwne, że liczyła na inną reakcję? Wiedziała, że Thallman był lojalny ponad wszystko, ale nie sądziła, że na samą myśl o próbie zrozumienia drugiej strony, zareaguje tak... intensywnie.

Jesteś dowódczynią trzeciego skrzydła. Ludzie patrzą na ciebie i szukają w tobie oparcia, a nie wątpliwości.

To za to, podchodziło pod manipulację emocjonalną. — Jesteś jedyną osobą, z którą rozmawiam na ten temat, Thallman — powiedziała ostro. — Nie daję innym powodu do wątpliwości i nie musisz mi przypominać, jakie jest moje zadanie — dodała, ściągając łagodnie brwi. Ta rozmowa obierała nieciekawy kierunek, przez co jej instynktowym odruchem była ucieczka od tematu. Czuła lekki zawód, ale powinna była się tego spodziewać. — A co potem, Ace? Co po tych wszystkich tygodniach? — zapytała cicho, odwracając głowę w jego stronę, nie odsuwając się, gdy złożył na jej ustach krótki pocałunek. Carmel uniosła palce do jego policzka, by pogładzić palcami jego skórę. — Twój ojciec zabierze mi ciebie przy pierwszej lepszej okazji. Zrobi z ciebie bezlitosnego żołnierza. Ty... Jakie są twoje priorytety i cele? — westchnęła, spoglądając wprost w jego oczy. Liczyło się dla niego jedynie dowództwo i walka dla kraju, czy w tym wszystkim też przyszłość z nią była dla niego jakkolwiek istotna? W obecnej sytuacji, gdy tak wiele przechodziło przez jej umysł, każda odpowiedź była na wagę złota.
Czy oddałaby teraz swoje życie za Navarrę? Już nie była tego taka pewna. Czy, jeśli na jej czele stałby Albert, któremu groziłoby coś złego ze strony Tyrrendoru, byłaby skłonna do poświęceń? Bez namysłu. A czy, gdyby ona stała pośrodku dwóch skłóconych królestw, Albert straciłby ją za zdradę? Czy do końca byłby wierny swoim ideałom?

Carmen opadła plecami na materac, układając palce na jego ramionach. Kochała go ponad wszystko, co znała i w co tylko wierzyła, ale czy to działało obustronnie? Jeśli miałaby wybrać, komu chce pozostać lojalna, wybrałaby właśnie jego. Torres odchyliła łagodnie głowę, gdy Thallman zaczął składać delikatne pocałunki na jej szyi. Wplotła palce w jego włosy, na chwilę przymykając oczy. Boże, ile by oddała, żeby poza murami akademii, nic im nie groziło. — Jak bardzo mnie kochasz? Zastanów się, zanim będziesz musiał znieść znowu moje myśli — szepnęła, gdy zapytał, co działo się w jej głowie. Strach przemknął po jej plecach. Dlaczego bała się przed nim otworzyć? To przez tę rozmowę?

Torres często wybierała milczenie. Wiele rzeczy musiała przetworzyć w pojedynkę, zanim przejdzie do działania. To, co dziś usłyszała było jedną z tych rzeczy, które musiała przemyśleć. — Chcę zostać z tobą. Nie jestem głodna — odparła bez namysłu. Nigdy nie wiadomo, kiedy i czy kiedykolwiek znowu będą mieli okazję być tylko we dwoje. Bez wojny, wiszącej nad ich głowami. Bez rozterek. Bez obaw. Zaraz jednak odepchnęła go mocno, zmieniając pozycję i siadając na nim okrakiem, zacisnęła palce na jego nadgarstkach, po czym przycisnęła je gwałtownie do materaca. — Jak jeszcze raz podważysz moją rolę — zaczęła, nachylając się nad jego twarzą. — To przysięgam, że nic co ci wtedy zrobię, nie będzie przyjemne — ostrzegła, a na jej wargach pojawił się nieco kpiący uśmiech.

To jeszcze nie była chwila, w której powinna się przed nim otworzyć.
Zbyt wiele miała do stracenia. Łącznie z nim.

wingleader
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po wymiarach”