33 y/o
KONSEKWENTNY RENIFEREK
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

trigger warning
wulgaryzmy

16.


Żałosne. Nie lubił, odkąd sięgał pamięcią, dokładnie tego rodzaju elegancji - dyszącej nad linią karku, nad każdym, napiętym do sztywnych granic spłoszonym mięśniem i więzadłem, nie lubił, kiedy oczekiwano że będzie musiał zachować się w jeden sposób, piłując za pomocą obyczajów swoje kły, nie lubił, gdy nie miał innego wyjścia i musiał pozwolić smyczy zacisnąć się z suchym trzaskiem, trzymając na niewzruszonej uwięzi jego słowa, które gniotły go, uwierały, stłamszone we wnętrzu kojca bolesnej, odrętwiałej krtani. Nie lubił czuć się bezsilny, a sytuacja, w której się teraz znalazł, przygniotła go właśnie w sposób, jakiego od zawsze szczerze nienawidził, oczekując od niego posłuszeństwa - siedział, wetknięty w krzesło jak w okrojoną trumnę, która nie miała wieka, wiedząc, jak jego skóra rozgrzewa się i nachalnie swędzi pod materiałem opinającej ją koszuli, pod niepotrzebną okrywą marynarki oraz węzłem krawata zaciśniętego pomiędzy guzikami. Przez chwilę uległ wrażeniu, że znowu był drobnym chłopcem, garbiącym się na apelu, sumienność i dyscyplina, milczenie na jego wargach dotkliwsze niż kiedykolwiek, nieprzyjemne - konferencje pozwalały mu, z jednej strony, na przyswojenie zastrzyku nowej wiedzy i zaznaczenie swojej obecności w środowisku, z drugiej strony stając się widowiskiem sztucznej, wymuszonej uprzejmości, słuchania reklam sponsorów pod postacią firm farmaceutycznych i producentów sprzętu medycznego, nagród za zasługi odbieranych bardzo często nieszczerze, bez przekonania, z uśmiechem prosto do zdjęcia, które ktoś miał umieścić na stronie aktualności, zobaczcie, jakich mamy ambitnych pracowników. Lubił rzeczywiście wykłady i słuchał ich z nieskrywanym i pełnym zaciekawieniem, chociaż obecność wszystkich w formalnych, galowych strojach, stawała się dla niego czymś komicznym i niemal absurdalnym, przypominali w tym momencie wyblakłą, bezduszną masę urzędników, nie wyglądając zupełnie jak osoby, które zarzekały, że pracują w zawodzie, wokół którego pozostawał skupiony temat ich spotkania. Sam również miał prezentację, w której opowiadał o kilku rzeczywistych przypadkach i wyzwaniach, z jakimi mierzył się zespół ich placówki. Minęło już kilka godzin, a sesja spotkań naukowych dobiegła swojego końca, ustępując miejsca najgorszej, pogardzanej przez niego części towarzyskiej. Przenieśli się do hotelowej restauracji, opuszczając na dobre salę konferencyjną. Wytrzymał tam pewien okres, ten, który jeszcze nie budził podejrzenia - zamienił nawet kilka słów z figurami akademickimi, odnosząc się do nich z odpowiednim dystansem i szacunkiem. Uśmiechał się oraz zjadł kolację, wybierając spomiędzy kilku przygotowanych dla uczestników propozycji. Dopiero później postanowił wstać od wspólnego stołu. Przerwa na papierosa nie była niczym rażącym - wyszedł z wnętrza budynku, pozwalając, aby chłodne powietrze rozbryznęło się na powierzchni jego skóry. Miasto, przykryte powieką nocy, wydawało się być czymś całkowicie obcym i uśpionym. Wyjął z kieszeni paczkę i zapalniczkę, ciskając wiązką spojrzenia, gdy odkrył, że w jednej chwili przestał być tutaj sam. Znał bardzo dobrze tę sylwetkę - obecność, która wpełzła przyjemnie pomiędzy aktualne ramy jego świadomości. Nie musiał nawet dokładnie przyjrzeć się jego twarzy. Wiedział.
- Ja pierdolę - rzucił po krótkiej chwili ich milczenia - myślałem, że się porzygam - uniósł papierosa do ust. Odpalił go z niepokojem, nerwowo, jakby zbyt długo czekał, aby kolejna porcja nikotyny miała okazję przecisnąć się prosto w jego krwiobieg. Końcówka zaczynała pulsować niczym jaskrawa gwiazda, niemal zaskakująco prosta i przyziemna. Podał Riverowi zapalniczkę, nie czekając nawet, aż tamten zdąży się odezwać.
- Widziałeś, jak jedna z przedstawicielek zaczęła się nagle kleić do profesora? - zapytał go z cieniem pogardliwego rozbawienia. Filtr używki, nadal utkwiony pomiędzy wzniesioną linią jego warg odrobinę zniekształcał jego słowa. Rzeczywiście, jedna z kobiet, promująca różne rodzaje leków przeciwbólowych zaczynała zachowywać się niestosownie, zbyt głośno i bezpośrednio.
- Pizda jebana - mruknął, zaciągając się po raz kolejny oparami dymu - już teraz pijana w sztok - oparł się plecami o jedną ze ścian budynków. Dopiero teraz popatrzył na przyjaciela w pełni, dokładnie i intensywnie, zupełnie, jak gdyby czegoś w nim aktualnie poszukiwał. Na pewno nie potwierdzenia - nigdy nie potrzebował, aby ktoś przytakiwał na zawołanie jego słowom.


River Gurney
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
35 y/o
For good luck!
186 cm
lekarz medycyny ratunkowej w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
You think it will never happen to you, that it cannot happen to you, that you are the only person in the world to whom none of these things will ever happen, and then, one by one, they all begin to happen to you, in the same way they happen to everyone else
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidowolne zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie słuchał – na sali przemawiały kolejne osoby, mężczyźni ubrani w ciemne garnitury, wszyscy wstępujący na scenę tak, jakby wchodzili na postument, starając się, żeby słuchano każdego ich słowa. Bezustannie opowiadali historie, wygłaszali referaty, aby potwierdzić swoją wybitność, a on czuł, jak go obserwowali, jak myśliwy zwierzynę, czy właściwie reagował na ich mądre uwagi – za ich plecami wyświetlano prezentacje, informujące o zmianach w programach lekowych, o powikłaniach neurologicznych pacjentów, którzy przebyli zakażenie covid-19, o wyzwaniach i możliwościach w leczeniu chorych w stanach krytycznych. Wszystko brzmiało tak prosto, kiedy opowiadali o tym ludzie, którzy przyjmowali zaledwie kilku pacjentów dziennie, zazwyczaj w swoim gabinecie, gdzie mogli spokojnie zadać im niezbędne pytania, zaplanować program leczenia i spisać wszystko skrupulatnie w swoich firmowych notesach z logo firmy, która akurat – tak się składało – była producentem leków przepisanych w recepcie. Mimo woli, pomyślał o przypadkach, którymi musiał zająć się w tym tygodniu. O mężczyźnie, który nie mówił po angielsku i przyprowadził swoją nastoletnią córkę, żeby przetłumaczyła jego skargę, dotyczącą „przypadkowego włożenia zakrętki od lakieru do włosów do odbytu”. O chłopcu, który wypił kwas karbolowy, bo jego rodzice trzymali go w szafce w kuchni, w butelce po coca-coli. O kobiecie, która spojrzała mu prosto w oczy i powiedziała, że na skutek przegranego zakładu połknęła druciak. O siedemnastolatku, który podpalił się naftą we własnym mieszkaniu – „próba samobójcza”, powiedział mu ratownik, który przywiózł chłopaka na oddział, a on spojrzał na jego szarobrunatną skórę i rozległe oparzenia. Cóż – próba udana.
– […] powinniśmy? – wzdrygnął się, wyrwany z zamyślenia i spojrzał na mężczyznę, który stanął obok niego – młodego rezydenta, który w przeciągu ostatnich kilku tygodni nieustannie starał się zwrócić na siebie jego uwagę. Praca na oddziale ratunkowym nie zdążyła jeszcze zdusić jego entuzjazmu – wyglądał, jakby mógł reklamować coś drogiego, ale w gruncie rzeczy pozbawionego duszy, na przykład piwo bezalkoholowe lub inicjatywy polityczne CPC. Sądząc po wyrazie jego twarzy, mówił już od dobrych kilku minut, a teraz czekał na odpowiedź.
– Tak. – zaryzykował bez zainteresowania i niechętnie odstawił pusty kieliszek na jedną z tac. – W porządku. – przesunął dłonią po włosach, czując, jak kilka kosmyków wypada z zaczesanego do tyłu ładu i wziął głębszy oddech, zmuszając się, żeby spojrzeć w stronę rozmówcy, który, przez cały czas, uporczywie, nie odwracał od niego wzroku – przez chwilę wydawało mu się, że utkną w tym piekle na zawsze. Czuł, jak przesycona gwarem rozmów i masywem zmieszanych oddechów atmosfera zaczynała przywierać mu do skóry i zbierać się za sztywnością koszuli, pod jej najwyższym guzikiem. Kołnierz drapał go w kark, a on odnosił wrażenie, że wraz z upływem czasu ciasny węzeł krawata zaciskał się coraz mocniej na jego szyi. Miał nadzieję, że tchnienie świeżego, chłodnego powietrza to z niego strząśnie. – Wychodzę zapalić. – odparł, tonem dając do zrozumienia, że nie było to zaproszenie do dalszej rozmowy. Czuł na sobie czujny wzrok ludzi, których mijał w drodze do wyjścia – zdawał sobie sprawę, że powinien być dzisiaj lepszą wersją siebie, nieważne z jak głębokiej ciemności miałby ją wyciągnąć, ale zwyczajnie nie miał siły dłużej udawać. Wyobrażał sobie, że jedna, pełna sztucznych uprzejmości rozmowa dzieliła go od zwymiotowania komuś pod nogi.
Na dworze uderzył go przyjemny chłód wieczornego powietrza – dawno odzwyczaił się od patrzenia w niebo, ale teraz, kiedy uniósł głowę, zauważył, że noc była bezgwiezdna i ciemna, księżyc niewidoczny pomiędzy chmurami. Jedyne źródło światła – błysk zapaliczki, płomień pospiesznie uniesiony do ust. Pochylił lekko głowę, czekając, aż końcówka papierosa zajmie się ogniem, po czym odetchnął głęboko, wypełniając płuca dymem.
– Żenada w chuj – odparł, opierając głowę o ścianę budynku. – Ledwo stała na nogach. Jutro rano będzie: co się wczoraj działo? Nic. Na pewno? No pewnie. – pozwolił, żeby brzmienie jego głosu nabrało cynicznej przesady, ale na koniec wygiął tylko usta w zmęczonym grymasie i ponownie zaciągnął się papierosem. Zuważył, że Jude mu się przygląda, ale nie odwrócił głowy, żeby odwzajemnić spojrzenie. – Kurwa, nie wracam tam już – mruknął w końcu, wolną dłonią rozluźniając krawat, dotąd ciasno zaciśnięty pod grdyką i rozpinając uwierający kołnierz koszuli. – Ta robota coraz częściej sprawia, że zaczynam odliczać dni do swojej śmierci.

Jude Iverson
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
muppet
trigger mam w excelu
33 y/o
KONSEKWENTNY RENIFEREK
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

trigger warning
śmierć człowieka, kontrowersje
Pokryty mazią półmroku wyglądał teraz jak zwierzę które dopiero w nocy opuszcza jamę kryjówki, wędrując po trzewiach lasu, aby niedługo później wywęszyć podatny łup - mrużył oczy, zupełnie, jakby nie chciały przyjąć odprysków światła tryskających z latarni oraz okien, za którymi ktoś nie potrafił jeszcze ułożyć się do snu. Ponura gra otoczenia zaczynała wyostrzać jego rysy a papieros wciśnięty pomiędzy usta pulsował jaskrawym punktem jak cichy znak interpunkcji dzielący korowód zdań. Stał nieruchomo, dumny i nonszalancki, z warstwą cieni zawisłych pomiędzy krawędzią nosa a horyzontem powiek. Nie szukał dłużej spojrzenia, które mógł odwzajemnić, już nawet sam, nakreślony profil twarzy przyjaciela stał się czymś dostatecznym, nie musiał na niego patrzeć, nie musiał go nawet słuchać, dlatego, że w tym momencie liczyło się tylko jedno - decyzja którą podjęli zupełnie niezależnie, sprowadzona obecnie do identycznie banalnych konsekwencji. Rozpinał jeden z mankietów, żeby wygodniej spojrzeć na zegarek. Przyjął kolejne słowa, jakie zapadły, kładąc się między nimi.
- Czyli nie jest tak źle, skoro jeszcze masz siłę coś odliczać - ocenił po krótkiej chwili. Mówił dalej niezmiennie, matowym, wyblakłym tonem, znużony kaskadą głosek przesuwających się tunelem jego gardła. Od zawsze mówił w ten sposób, nieważne, czy ogłaszał swój sukces, składał komuś życzenia lub stwierdzał wyłącznie zgon. Krzyczał niezwykle rzadko, gdy tracił pojęcia granic. Przechylił głowę i strzepnął z końca używki strup popiołu. Oboje dobrze wiedzieli, że na tym świecie nawet o samą śmierć należało odpowiednio się postarać. W momencie, kiedy zaczynał studia, uważał, że śmierć jest stanem nietrudnym do osiągnięcia, a organizm jest kruchy i niezwykle podatny jak świeża, giętka łodyga którą mógłby przydeptać naprędce każdy przechodzień, dopiero później odkrywał, że nie jest tak prosto zabić swoich pacjentów, nawet, jeśli decyzja o ordynacji leku powinna była rozbudzić pewne kontrowersje - śmierć zawsze tworzyła proces, a niektórzy nawet nie mogli jej dostąpić, zawieszeni w przedsionku pomiędzy nieprzytomnością a całkowitym ustaniem fizjologii. Zdarzało się, że mówili pomiędzy sobą niech on już w końcu umrze, cicho, za zamkniętymi drzwiami, bez presji krążących rodzin i pacjentów.
- Sam tylko chciałbym, żeby ludzie uznali mnie za jednego z DNR-ów - oznajmił, wykonując wymowny, niemal bluźnierczy ruch: - ktoś tam przeżegna się całą procedurą, w imię Ojca i Syna, źrenice sztywne, szerokie, brak tętna i brak oddechu - wyliczył mu bez większego przekonania. Wzruszył ramionami. Znali tę treść na pamięć, powtarzali ją wiele razy nad nieruchomym, bladym woskowo ciałem o opadniętej żuchwie i suchych, stygnących oczach. Nawet, gdy nie pamiętał przyczyny z jakiej mogli zakończyć swoje życie, pamiętał zawsze ich twarze, które zmieniały się wprost natychmiast po serii krótkich, łapczywych, nieporadnych oddechów, wydawali się wtedy nawet nie przypominać dłużej siebie samych, zupełnie, jakby stali się pustym, rozdartym wreszcie kokonem, pozbawionym nadanej im wcześniej wartości i znaczenia. Wreszcie, po pewnej chwili wypowiedź, którą wygłosił River, miała okazję uderzyć go ponownie, wciskając się pod naskórek niczym drzazga. Skłoniła go, by pomyślał raz jeszcze, przetrawił znów jego słowa - czy mówił coś, co uważał od dawna, czy jednak miał świeży powód, aby mu to obwieścić.
- Gryzie cię jakaś nowość? - rozcinał przestrzeń pytaniem. Zostało zadane ciszej, jakby bardziej ostrożnie i z cieniem wysuwanego podejrzenia. Nie wiedział. Nie mógł ocenić.


River Gurney
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
35 y/o
For good luck!
186 cm
lekarz medycyny ratunkowej w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
You think it will never happen to you, that it cannot happen to you, that you are the only person in the world to whom none of these things will ever happen, and then, one by one, they all begin to happen to you, in the same way they happen to everyone else
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidowolne zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
kontrowersje medyczne
Kiedy był dzieckiem, wydawało mu się, że śmierć zdarza się rzadko, raz na kilka lat, jak huragan lub trzęsienie ziemi – coś, czego się obawiał, kiedy mówiono o tym w radiu, ale co nigdy nie dotyczyło go bezpośrednio. Zanim przeprowadził się do Toronto, doświadczył jej tylko raz, ale był zbyt mały, żeby zrozumieć, co działo się na pogrzebie – nikt zresztą nie pytał nigdy o babcię, bo śmierć była nudna, kiedy dotyczyła starych ludzi, lepiej jeśli miała ładne nogi, czerwone usta i błękitne oczy. Nie pamiętał, ilu pacjentów umarło od tamtej pory – na początku próbował ich liczyć, spisywał imiona i choroby w dzienniku, który trzymał w szufladzie obok łóżka, ale później przestało mieć to jakiekolwiek znaczenie, musiał pisać mniejszymi literami, jego pismo słaniało się po marginesach, oplatało strony jak winorośl. Kiedy był rezydentem, wydawało mu się, że nigdy nie będzie w stanie zapomnieć twarzy osób, które zmarły na oddziale, ale teraz większość z nich już dawno zatarła mu się w pamięci – ludzie umierali nieustannie, czasem z winy lekarzy, czasem ze swojej własnej, choć zazwyczaj zupełnie bez powodu. Musisz sobie wybaczyć, powiedział mu kiedyś Min – znalazł jego dziennik, dawno nieaktualny i stał w progu, trzymając go tak, jakby miał w rękach zwierzę, coś, co mogło w każdej chwili odwrócić głowę i ugryźć go w nadgarstek. Zawsze miał zbyt miękkie serce. Roześmiał się, kiedy go wtedy zobaczył – krótko i nieszczerze, a potem wyrwał mu zeszyt z dłoni i wrzucił go do kominka. Ja już dawno wszystko sobie wybaczyłem.
– Możesz podpisać – odparł i wzruszył ramionami, zaciągając się kolejnym haustem dymu, który pozostawiał mu w piersi przyjemne, złudne wrażenie ciepła. – Tylko powiedz. Żebym potem nie marnował czasu. – stwierdzenie byłoby okrutne, gdyby rozmawiał z kimś innym – ale teraz była to tylko kolejna rozmowa, nie potrzebowali rozstrzygać, czy była szczera. Pod tym względem byli do siebie podobni – on i Jude. Dotykało ich to samo zmęczenie i czasem można by odnieść wrażenie, że jedynie w gniewie byli od siebie różni, bo Jude rzadko krzyczał, nadawał swojej złości przemyślanej metodyki, cedząc słowa przez zęby z rzeczową intencją, działał gwałtownie, ale nieprzypadkowo, podczas gdy on zbyt często potrzebował czegoś, na czym mógł zacisnąć dłonie, kogoś, w kogo mógłby skierować swoje słowa, kogo mógłby nimi skrzywdzić.
W końcu odwrócił głowę, żeby na niego spojrzeć – miał dopiero trzydzieści trzy lata, ale wydał mu się stary. W mętnym, wieczornym świetle jego cera miała odcień ulewy, a on zdał sobie sprawę, że rzadko patrzył mu prosto w twarz. Ostatnio spoglądał na niego tak długo, kiedy leżał na operacyjnym stole – wspomnienie sprawiło, że poczuł w ustach smak chininy i ciepłego żelaza, musiał ponownie zaciągnąć się papierosem. Pochylił lekko głowę, choć trudno powiedzieć, czy zaprzeczał w ten sposób pytaniu, które Jude mu zadał, czy może jedynie rzeczywistości, w której takie pytanie było w ogóle do niego kierowane – kącik jego ust drgnął, choć wyraz, który pojawił się na jego twarzy, ciężko było uznać za uśmiech.
– Czasem fantazjuję o tym, żeby po prostu ich zabić. Myślę, jak łatwe by to było – odparł, nie siląc się na nadanie wypowiedzi emocjonalnego wydźwięku – głos miał płaski, znużony, zakrzepły rozdrażnieniem. – Co najmniej połowa moich pacjentów nigdy nie wyzdrowieje. Podtrzymuję ich przy życiu, chociaż nie powinienem. Jestem hodowcą trupów. – zaśmiał się krótko, ale był to szorstki i nieprzyjemny dźwięk, który drapał go w gardło. – Karmię, poję i przewracam moje warzywa.

Jude Iverson
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
muppet
trigger mam w excelu
33 y/o
KONSEKWENTNY RENIFEREK
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

Popatrzył na papierosa. Bibułka, która została, zwęglona przy walcu filtra, tworzyła wąski obrąbek. Swąd spalenizny dalej pulsował w nozdrzach, a teraz, przez krótki moment pomyślał, co miałoby miejsce gdyby przytknął końcówkę nagle do swojej skóry. Czy poczułby coś większego? Czy ból, który nagle zawrzałby na powierzchni, skwiercząc ciemnym kraterem oparzenia, miałby szansę nareszcie go uzdrowić? Czy miałby na to odwagę? Krzywy, niemiły uśmiech zabłysnął spazmem w grymasie jego twarzy. Obrócił niedopałek ostrożnie pomiędzy opuszkami palców jak złotą, cenną monetę. Ręce są jego duszą. Ktoś mógł powiedzieć, że są stworzone do ratowania życia, czyjego? mógłby zapytać, nie siląc się nawet do wysłuchania następnej odpowiedzi. Wiedział jednak, że ręce na pewno są jego duszą, pokryte krwią zatrzymaną na długich, sterylnych osłonach rękawiczek i nagie, znacznie drobniejsze, spryskane krwią rówieśników. To jego ręce, zadbane, o gładkiej skórze i smukłych, pajęczych palcach, wyglądające prędzej jakby miały należeć do artysty a nie do człowieka, którego zawód jeszcze kilka wieków wcześniej nie był nawet uznawany za lekarza. Bał się, co się wydarzy, kiedy zdąży ujawnić się choroba, ta sama, która wyraźnie miała okazję oszpecić jego matkę, bał się więc wszystkich grudek, bał się srebrzystej łuski, która czasami rosła, pokrywając śladami muśnięć jego ciało - pamiętał, że na początku swojej specjalizacji owinął łokieć bandażem, tłumacząc innym, że przewrócił się, jadąc na rowerze, bał się każdego bólu, który tlił się w miednicy po wydłużonym staniu przy stole operacyjnym, bał się, bo widział bardzo dobrze swoich krewnych, dziadka o wypłaszczonym, pozbawionym krzywizny kręgosłupie, który z upływem czasu był nieruchomym prętem, gwoździem, jaki zupełnie przykuł go do wózka. Część ludzi spotykanych w miasteczku mówiła, że są przeklęci, a on, zanurzony w oparach szeptów wypowiadanych przez sąsiadów, zastanawiał się, czy nie mieli racji, stawiając taką diagnozę. Twoja matka pieprzyła się z własnym bratem, pamiętał zbyt dobrze słowa, przez które wcześniej wpadł w szał. Jesteś tylko kolejnym z dziwolągów. Myśli szurały. Ty. River mówił do niego, ale jego głos pełzający w dystansie pomiędzy nimi nie tworzył ciężkiej kotwicy, dzięki której potrafił się utrzymać. Był prędzej szumem gdzieś w tle, wydawał się nierealny jak sen w który mógłby zapaść i nigdy się nie obudzić. Nie patrzył dłużej na niego, wbiegając wzrokiem w zaułek.
- Pierdolisz - wyrzucił z siebie, bardziej rozbawiony tą przesadą niż zły na jego wyznanie, jakim postanowił się podzielić - jakbyś co najmniej stawał się neurologiem, a nie jesteś choć w połowie tak mądry - nie parsknął, pomimo tego, tylko snuł dalej swoją monotonną wypowiedź - albo intensywistą, ale brakuje ci jeszcze ich doświadczenia - dopiero później skupił na nim spojrzenie. Papieros zaczął mu wadzić, ale nie chciał obecnie go wyrzucać. Nie wiedział już, czego szukał, czy chciałby znaleźć się bliżej przyjaciela i spojrzeć mu blisko w oczy, jakby próbował sprawdzić, czy nie kłamie, łowiąc każdą niepewność pojawiającą się w przeręblach jego źrenic, czy wolałby się oddalić, wyrzucając niedopałek do jednego z kontenerów. Stał dalej w tym samym miejscu, zawieszony w kilku możliwych scenariuszach decyzji. Nie wybrał żadnego z nich.
- Inne pytanie, River - przystąpił do niego chytrze - kim byłbyś, gdyby nie to? Zakładam, że bezimiennym ćpunem lub pijakiem. Tak przynajmniej masz imię - nie zostawiał w tym miejsca na współczucie. Możliwe, że w ten sposób chciał sprawdzić, dlaczego oboje jeszcze to robili. Może dla tamtych chwil, w których ktoś jednak nie umierał, a może dla samych siebie, prędzej to drugie, stwierdził. Był przekonany, że jego przyjaciel w tym momencie przesadzał, bo w oddziale ratunkowym znajdowało się dużo osób, które nie powinno tam być, bez wskazań, aby przyjmować je w trybie nagłym do szpitala. Przekrój pacjentów był szeroki, a spora część, w porównaniu do podopiecznych niektórych specjalizacji, miała szansę rokować. Stojąc na linii frontu, przyjmował na siebie wszystko, osoby pełne histerii i zaburzeń oraz tych, którzy naprawdę zaczynali umierać na jego oczach. Sam za to dobrze wiedział, jak to jest ich zabijać. Wystarczy wyjąć protokół wyższej konieczności.
- …i będziesz tego nienawidzić, chociaż nigdy się od tego nie odwrócisz - opuścił luźno swoją rękę wzdłuż ciała. Przeczekał jazgot nocnego autobusu, tak, aby jego słowa były w stanie rozchodzić się wyraźniej. - Rozumiesz? Na tym właśnie polega sens zabawy.


River Gurney
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
35 y/o
For good luck!
186 cm
lekarz medycyny ratunkowej w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
You think it will never happen to you, that it cannot happen to you, that you are the only person in the world to whom none of these things will ever happen, and then, one by one, they all begin to happen to you, in the same way they happen to everyone else
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidowolne zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
opis demencji
Zastanawiał się, czy kiedyś będzie w stanie o tym zapomnieć – kiedy choroba jego matki postępowała, Elodie zapominała o wszystkim, nawet o rzeczach, o których obiecywała zawsze pamiętać. Zaczęło się – jak zazwyczaj bywa ze wszystkim – od spraw nieistotnych, imion postaci z serialu, zgubionych okularów, garnka pozostawionego na gazie, aż makaron skleił się w miękką breję, którą można było rozsmarować na talerzu jak masło. Zapominała, jak nazywały się jej ulubione kwiaty – fokus? hokus? – choć zawsze powtarzała, że kochała je od dziecka, codziennie opowiadała mu o tych samych rzeczach, dzwoniła kilka razy dziennie, a on wściekał się, kiedy telefon po raz kolejny wibrował mu w kieszeni – pamiętał, że któregoś dnia musiała wybrać jego numer piętnaście lub dwadzieścia razy podczas jednego dyżuru, aż w końcu odebrał, szczęka bolała go od zaciskania zębów, palce ślizgały się po ekranie, brudne od krwi. Głos Elodie był tymczasem spokojny, wesoły – zapytała go, jak było w szkole? Dowiedziałeś się dzisiaj czegoś ciekawego? Pracował już wtedy na oddziale ratunkowym, nie chodził do szkoły od czternastu lat i podobnie długo również nie płakał, ale wtedy poczuł łzy zbierające się głęboko w gardle, ciężkie jak kość, i nie mógł przełknąć śliny, był pewien, że mógłby się nimi zadławić. Elodie nie poznała go, kiedy wrócił do domu. Weszła do jego pokoju w środku nocy i zaczęła krzyczeć, okładać go rękami, myślała, że chciał ją okraść, chociaż w domu nie było niczego wartościowego – miesiąc wcześniej ktoś zadzwonił do niej na komórkę, podając się za pracownika banku, a ona przekazała mu wszystkie dane do swojego konta. Zastanawiał się wtedy, czy jego matka wiedziała, że traci pamięć, czy się bała – teraz siadał czasem z głową pochyloną między kolanami i myślał, że być może tak byłoby łatwiej. Zapomnieć – pozbyć się wszystkiego, co ciążyło mu na sumieniu.
Zakrztusił się dymem, kiedy Jude się odezwał i pochylił głowę, kaszląc parę razy, lecz wyciągając rękę, którą zasłonił twarz, pokazując jednocześnie mężczyźnie środkowy palec. Prawdopodobnie miał rację – Min też często powtarzał mu, że przesadzał, choć robił to w milszy sposób, zaciskał mu dłoń na ramieniu, mówił coś w rodzaju chcę z tobą o tym porozmawiać, spójrzmy na to spokojnie lub inne bzdury, które zawsze sprawiały, że miał ochotę krzyczeć. Różnili się od siebie – Min był czuły, często się uśmiechał i płakał na komediach romantycznych. Kiedy dopiero się poznawali, zaprosił go na kolację i do kina, a potem śmiał się, że randka z nim wyglądała jak spotykanie się z niedawnym imigrantem z kraju rozwijającego się albo z kimś, kto dopiero niedawno wyszedł z więzienia. Ostatnim filmem, jaki widział wtedy w kinie, było Skyfall z Danielem Craigiem. Nigdy nie udało mu się w pełni zrozumieć, dlaczego się w nim zakochał.
– Być może – mruknął i ponownie zaciągnął się dymem, opierając tył głowy o ścianę budynku. – Przynajmniej nie musiałbym trzeźwieć. – w jego głosie brakowało rozbawienia. Zawsze był ostrożny – potrafił oddzielić swoje życie od pracy, choć z tego pierwszego pozostało już bardzo niewiele – minęło jednak zaledwie kilka miesięcy, niewystarczająco, aby zapomnieć i był pewien, że Jude również pamiętał, jak zatrzymał go na parkingu przed szpitalem. Złapał go za ramię, a on prawie się przewrócił, był tak pijany, że nie mógł utrzymać równowagi, nie wiedział, jakim cudem dojechał pod Mount Sinai z West Endu. Kazał mu wrócić do domu, a on wtedy pochylił się i zwymiotował mu na buty. Odchrząknął, zażenowany wspomnieniem, i pozwolił papierosowi rozbłysnąć krótkim, pomarańczowym mrugnięciem, zanim rzucił go na wilgotny chodnik, rozdeptując popiół zelówką buta. – Ja w każdym razie wiem, co mi dolega. Jakie jest twoje wytłumaczenie?

Jude Iverson
Ostatnio zmieniony czw paź 22, 2026 6:27 pm przez River Gurney, łącznie zmieniany 2 razy.
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
muppet
trigger mam w excelu
33 y/o
KONSEKWENTNY RENIFEREK
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

Nigdy mu nie powiedział, że może potrzebować pomocy - patrzył na niego zawsze w podobny sposób, bez względu na to czy mijał go tylko w pracy w ruchliwym i chaotycznym oddziale ratunkowym lub siadał obok w stołówce, bez względu na to, czy razem sączyli na krótkiej przerwie papierosa, w miejscu, do którego nie sięgał szpitalny monitoring, bez względu na to, czy zadzwonił do niego w środku nocy, podając, że wypadł z łuku zakrętu i znajduje się teraz poza jezdnią, nie będąc w stanie wyjechać na pobocze, bez względu na to, czy musiał z trudnością trzymać jego rozchwiane ciało i zmywać następnie jego wymiociny, jakby zajmował się w tej chwili nie dorosłym, a dzieckiem wyposażonym w źle dobrany skafander dojrzałości, jakby to wszystko było na nim za duże i drżało mu na ramionach, świat, który go otaczał i obowiązki, które musiał połykać jak pigułki. Nie wiedział, co powinien z nim zrobić i w jaki sposób powinien z nim rozmawiać, więc trwali w tej komitywie jak w długim, pokracznym tańcu, w którym nie znali planu choreografii, potykając się o własne przeszkody w błędnym, kreślonym kole, którego żaden z nich nie potrafił wymazać i poprawić. Nie wierzył, że mógłby istnieć dla nich jakiś ratunek, dlatego, że zdążyli po części sami się uratować, tuszując głębokie bruzdy i kryjąc każdą, potworną niedoskonałość wyuczonym zawodem który w odczuciu innych powinien zawsze ratować ludzkie życia. Czy będąc po stronie życia nie znajdowali się jednak bliżej po stronie śmierci? Nie umiał mu odpowiedzieć, przekonany jedynie, że popadał w przesadę, bo mógł mieć jeszcze nadzieję, bo miał znacznie większą sprawczość niż niektóre z wybranych specjalizacji, jakie wcześniej wymienił, mógł nawet więcej od niego, gdy operował, nie wiedząc dłużej, czy pacjenta który znajdował się na stole uśmierci bardziej choroba czy wykonany zabieg. Zazdrościł mu, mimo wszystko, czego nie przyznał na głos, co pozostało w wąskiej przestrzeni krtani, zazdrościł mu, że wciąż walczył, że ciągle miał wątpliwości, że nadal był bardzo żywy. Czuł, że pod jego skórą nie było nic podobnego, jedynie niemrawe zgliszcza, czuł, że pod spodem był pusty.
- Nie ma dłużej znaczenia - nie kazał mu długo czekać na odpowiedź. Nie wydawał się nad tym nawet szczególnie zastanawiać, zupełnie, jakby nadal był pewny, jakby dalej nie stracił tej swojej przeklętej dumy, z jaką wolno i oszczędnie dawkował każde słowo. Poruszył się i oderwał od chłodnej ściany budynku. Krok, który teraz postawił na chodniku, był miękki i obrzydliwy, jakby stąpał po resztkach mlaszczących pod podeszwami jego butów. Uniósł obecnie głowę. Popatrzył na niego. Znowu.
- Kiedy chorujesz wystarczająco długo, stajesz się z tym jednością - wyjaśnił mu ze spokojem. Stał się własną chorobą. Nie było w nim już nic więcej, co mógłby uznać za obce, okryte potrzebą zmiany. Każda z jego decyzji rosła, jak rósł nowotwór zajmując powierzchnię tkanek, przenosząc się, naciekając. Nawet gniew był spokojem, gdy zmienił się w głód kontroli. Nic więcej nie ma znaczenia. Nic więcej nie mógłby zmienić. Udał się w stronę kontenera i wyrzucił niedopałek papierosa. Wszystko dobiegło końca, a on zaczął odczuwać, jak z jego organizmu niemal irytująco ulatnia się używka. Zawrócił, idąc obecnie w kierunku przyjaciela.
- Idziemy? - zapytał, kiedy niedługo później zatrzymał się obok niego, zdecydowanie bliżej niż dotychczas.


River Gurney
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
35 y/o
For good luck!
186 cm
lekarz medycyny ratunkowej w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
You think it will never happen to you, that it cannot happen to you, that you are the only person in the world to whom none of these things will ever happen, and then, one by one, they all begin to happen to you, in the same way they happen to everyone else
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidowolne zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie potrzebował pomocy – radził sobie sam, odkąd pamiętał. Rodzice często zapominali, że był ich dzieckiem, traktowali go jak zwierzątko, takie, które się kocha, lecz o którym można czasem nie myśleć, zamknąć je w pokoju i nie zauważyć. Sam wracał ze szkoły, przechodząc na skróty przez rozmoknięte pole za domem, sam naprawiał wyłamane szprychy w rowerze, który zawsze był dla niego trochę za duży, ledwo sięgał stopami do pedałów, a kiedy dostał się na studia, sam pojechał do Toronto, bo jego matka nigdy nie zrobiła prawa jazdy, a ojciec był zbyt upalony, żeby wsiąść za kierownicę. Pociąg z Saskatoon do Toronto jechał przez dwa dni, tocząc się powoli przez podmokłe niziny Ontario, a on siedział przykurczony na fotelu pod oknem, obok mężczyzny, który przez całą drogę mamrotał do siebie pod nosem i co jakiś czas sięgał dłonią pod plastikowym stolikiem, głaszcząc go palcami po udzie. Miejsce w akademiku przydzielono mu dopiero cztery dni po przyjeździe, a ponieważ nie miał pieniędzy, spędził je, śpiąc wieczorami w szpitalnej poczekalni i na niewygodnej ławce w Queen’s Park. Był sam, nawet kiedy wyszedł za mąż za Mina – nie mówił mu o niczym ważnym, co działo się w jego życiu, nie chciał jego pocieszenia ani troski, nigdy nie potrafił pozbyć się zacumowanego w świadomości przeświadczenia, że nie tylko nie potrzebował jego pomocy, ale przede wszystkim na nią nie zasługiwał. Powinieneś z kimś o tym porozmawiać, powiedział mu kiedyś, podczas jednej z tych ciężkich, powolnych rozmów, których tak nienawidził, więc wstał i pokręcił głową, machnął ręką, jakby temat dotyczył czegoś błahego. Nie ma o czym gadać, odpowiadał za każdym razem i przez jakiś czas po tym, jak słowa ponownie opuszczały jego usta, naprawdę w to wierzył.
Przed Judem pozwalał sobie na więcej – nie dlatego, że ufał mu bardziej, czasem zastanawiał się przecież, czy właściwie w ogóle go lubił, czy nie łączyła ich przypadkiem jedynie ta sama, żmudna praca i tani papieros, wypalany w pośpiechu przed wyjściem ewakuacyjnym, ale ponieważ wiedział, że Jude nigdy nie spojrzy na niego tak, jak patrzył na niego Min. Ze współczuciem. Z żalem. Jude pozostawał niewzruszony, a jego twarz tak pozbawiona wyrazu, że mógłby odczytać z niej wszystko, co tylko chciał – zazwyczaj wybierał obrzydzenie. Nigdy o tym nie rozmawiali – o jego rwanym oddechu, kiedy wszyscy zbiegli się wokół niego na szpitalnym korytarzu, o tym, że chciał, żeby to był Jude – w sali zabiegowej, chociaż w gardle miał mokro od krwi, nie był w stanie wypowiedzieć niczego wyraźnie, o tym, że było coś nieprzyjemnego w myśli, że leżał nieprzytomny, kiedy ten nachylał się tak blisko niego, że gdyby nie maska ochronna, poczułby jego oddech na swoich ustach. Nigdy mu nie podziękował ani go nie przeprosił, a on nigdy nie sprawiał wrażenia, jakby na to czekał.
– Jak chcesz – mruknął, przyglądając się, jak cienka bibuła papierosa rozmakała na wilgotnym chodniku, przygnieciona do betonu krawędzią jego buta. – Potem mówisz, że to ja pierdolę. Dość żałosne nawet jak na ciebie. – mężczyzna podszedł bliżej, a on odruchowo zacisnął zęby, zaraz z trudem zmuszając się do rozluźnienia szczęki – nie lubił, kiedy ludzie stawali po jego prawej stronie, czuł na sobie ich spojrzenie, nawet kiedy odwracali wzrok, bolesne ciepło w miejscu, gdzie policzek i skroń pokrywały nierówne blizny, mleczne zrosty w kształcie rozgwiazdy. – Dokąd? – musiał odwrócić lekko głowę, żeby dobrze go zobaczyć, zmusić drugie oko do ponownego wyostrzenia obrazu. – Zresztą nieważne. – spojrzał wyżej, w stronę okna nad ich głowami – kiedy milczeli, słychać było pogłos grającej wewnątrz muzyki. – Byle wystarczająco daleko stąd, żeby nie zaprosili nas z powrotem do środka.

Jude Iverson
Ostatnio zmieniony śr paź 28, 2026 8:24 pm przez River Gurney, łącznie zmieniany 1 raz.
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
muppet
trigger mam w excelu
33 y/o
KONSEKWENTNY RENIFEREK
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

Kiedy był dużo młodszy, niemal codziennie pytał się swojej matki, dlaczego jest obojętna na wszystkie, brudne pogłoski, które sąsiedzi wypowiadali na ich temat, co innego mam zrobić?, mówiła zawsze, potrząsając swoją głową, pozwalając swoim włosom opadać i zwiesić się niczym strąki zakrywające wachlarzem jej policzki, co innego mam zrobić?, dopiero później zrozumiał, że nie umiała nawet zacisnąć dłoni w pięść, bo jej ręce wyglądały jak stos spróchniałych gałęzi obgryzionych przez chorobę, zawsze głodną i zawsze niebezpieczną. Nigdy, w podobny sposób, nie chciała mu odpowiedzieć kim mógłby być jego ojciec, szeptała tylko, że starała się wyprowadzić jak najdalej, bo chciała, żeby był zdrowy. Była piękną kobietą, tylko zniszczoną i oszpeconą, dlatego, że jeszcze wcześniej zabrakło jej dyscypliny i nie umiała zawalczyć o leczenie. Nie powtarzała, że kiedykolwiek była z niego dumna, nawet gdy skończył studia i zdał egzamin zawodowy, jakby podskórnie czuła, że tak naprawdę nie miało to znaczenia. Żartowała jedynie, że chciała doczekać wnuków i pytała się go, dlaczego jest samotny, a on jedynie wzruszał ramionami, bo w końcu mijał i poznawał wielu ludzi, ale niekoniecznie chciał, żeby pozostali na dłużej w jego życiu. Nawet przyjaźń z Riverem, o ile zresztą powinien nazywać ją przyjaźnią, składała się przede wszystkim z epizodów, z przerw pochwyconych w pracy, w których często milczeli, chwytając porcje tytoniu łapczywie do swoich płuc, z chwili, gdy schodząc na konsultację, musiał trzymać jego głowę nad powierzchnią szpitalnej umywalki, ściskając ją wtedy sztywno jak pochwycone zwierzę, nie wiedząc już, ile minęło minut, kiedy polewał jego gałkę oczną płynem - z krótkich, urwanych rozmów, jakie przypominały prędzej komunikaty niż szczerą więź bez tajemnic. Mieli dużo sekretów, możliwe, że tak naprawdę wiedzieli rozpaczliwie niewiele na swój temat, nie mieli też przede wszystkim potrzeby lepiej się poznawać, zupełnie, jak gdyby fakty o przeszłości nie stały im na przeszkodzie, by w odpowiednich chwilach móc porozumieć się bez słów.
- Spierdalaj - zaśmiał się nagle szczerze i wyjątkowo dźwięcznie, jakby wcale nie zdążył skończyć trzydziestu lat i miał w swoim życiu dużo więcej momentów na beztroskę. Rzadko mógł tak wyglądać, lekko, jakby przez chwilę stał się innym człowiekiem, który nie wsuwał ręki w miękkie narządy, który nie widział ludzi na skrajnych etapach życia, gdzie każde jego działanie przybierało kształt takich samych, ponurych rezultatów. Nie był urażony uwagą, która przed chwilą padła z ust przyjaciela, zastanowił się nawet, czy nie powinien mu odpowiedzieć - ważne, że jest skuteczne zatrzasnęło się jednak za drzwiami jego ust, a on poczuł, że nie ma wcale potrzeby, aby się podzielić tym przekazem. Wyminął go płynnym ruchem, nie poświęcając chwili na dostrzeżenie dyskomfortu, który odczuwał River za każdym razem, gdy przekraczali dystans. Kopnął pustą butelkę, którą ktoś pozostawił przy samym wejściu do zaułka. Zaszczekała przez chwilę jak uderzony pies, odbijając się rykoszetem od jednej ze ścian budynku. - Nie chcesz wracać do domu? - postanowił się dowiedzieć, odwracając się częściowo przez ramię w jego stronę. Nie umiał zdeptać wrażenia, że było to jedno z bardziej intymnych pytań, jakie kiedykolwiek mu zadał od co najmniej kilku lat, miękko i ostrożnie próbując lepiej odczytać jego myśli.


River Gurney
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
35 y/o
For good luck!
186 cm
lekarz medycyny ratunkowej w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
You think it will never happen to you, that it cannot happen to you, that you are the only person in the world to whom none of these things will ever happen, and then, one by one, they all begin to happen to you, in the same way they happen to everyone else
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkidowolne zaimki
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Min często powtarzał mu, że powinien odpocząć – poczułby się lepiej, gdyby spał osiem godzin dziennie, gdyby nie spędzał tyle czasu przed ekranem, gdyby wieczorami wychodził na spacer, zamiast zasypiać na kanapie przed telewizorem. Przyznawał mu rację, choć głównie dlatego, że nie miał siły się z nim kłócić – przychodził do łóżka i kładł głowę na jego piersi, słuchając, jak oddychał, brał urlop, żeby mogli pojechać razem do Muskoki, spędzić trochę czasu na świeżym powietrzu, choć zmieniało to w rzeczywistości bardzo niewiele. Zmęczenie, które odczuwał, nie było czymś, co mógłby odespać – czasem wydawało mu się, że musiało być zakorzenione w nim zbyt głęboko, wrośnięte jak nowotwór pomiędzy ciasną strukturę kręgów, czuł, jak stopniowo naciekało na pozostałe tkanki, dawało przerzuty do innych narządów. Nie pamiętał, kiedy ostatnio czuł emocję inną niż gniew – wydawało mu się, że był zły codziennie, nie potrafił odpowiedzieć na pytanie, nie podnosząc głosu, a kiedy kładł się wieczorem w łóżku, szczęka bolała go od zaciskania zębów. Zazdrościł Minowi, którego pierwszym odruchem nigdy nie była złość, który wybaczał ludziom, jeszcze zanim mieli szansę go przeprosić, który nigdy nie krzyczał, który potrafił schować twarz w dłoniach i się rozpłakać, często bez powodu, choć zazwyczaj przez niego. Wyobrażał sobie, że miał teraz lepsze życie, z kimś innym i myśl ta denerwowała go jeszcze bardziej – nigdy nie potrafił cieszyć się jego szczęściem. Być może dlatego tak łatwo przychodziło mu spędzanie czasu w obecności Jude’a, który wydawał się, podobnie jak on, nieszczęśliwy. Kiedy się zaśmiał, dźwięk miał w sobie coś zupełnie obcego – odwrócił głowę, żeby na niego spojrzeć, ale nie odwzajemnił uśmiechu. Zastanawiał się – kim by byli, gdyby nie to? Kiedy był dzieckiem, chciał zostać pisarzem, ale marzenie wydawało mu się teraz głupie, infantylne. Nie pamiętał, kiedy ostatnio przeczytał jakąś książkę.
Jude kopnął butelkę, która potoczyła się ze stukotem po chodniku, a on odkleił plecy od ściany, dopiero teraz czując, jak chłód wilgotnego muru przesiąkł mu przez kurtkę i rozprostował się wzdłuż karku nieprzyjemnym mrowieniem. Wcześniej padał deszcz i ulice były teraz prawie zupełnie puste, spomiędzy swoich podziemnych korytarzy wyszły dżdżownice, a on skrzywił się z niesmakiem, kiedy jego but przypadkiem przydepnął miękkie ciało jednej z nich, zgniatając je tak, że przylepiło się do asfaltu. Jude odwrócił się w jego stronę, a on tym razem nie unikał jego spojrzenia – nigdy nie rozmawiali ze sobą o takich rzeczach. Rozmawiali o cudzych problemach, ale nigdy dlatego, że chcieli uczynić je prostszymi, swoje własne obchodzili natomiast wygodnym łukiem, tak jak obchodzi się drapieżne zwierzęta, aby ich nie sprowokować i przypadkiem nie spojrzeć im w oczy.
– Po cholerę mam wracać? – wzruszył ramionami. – Jedyną osobą, która mnie tam znosi, jestem ja. I nawet ja mam już dość. Przynajmniej dostałem dosyć dobry powód, żeby nie patrzeć na siebie w lustrze zbyt długo – wydał z siebie dźwięk przypominający prychnięcie i wykrzywił usta w ironicznym grymasie, który ostatnio często zastępował mu uśmiech. Był przystojnym mężczyzną – wcześniej, zanim blizna przesłoniła mu twarz. – Nie byłem mężem roku, niespodzianka. Ale Min też nie był pieprzonym świętym – warknął, po czym potarł dłonią skroń – wydawało mu się, że wyczuwał pod palcami ciasny supeł bólu. – Ja jebię. Nie wiem po co ci to mówię.

Jude Iverson
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
muppet
trigger mam w excelu
ODPOWIEDZ

Wróć do „The Ritz-Carlton”