Mimo zmęczenia i znużenia, bo nawet pływanie skutecznie nie pozwoliło jej się odstresować, wiedziała, że musiała się zmierzyć z tą rozmową właśnie teraz - póki temat był wystarczająco świeży, a emocje i zmęczenie Santany dawały jej względną przewagę. Owszem, mogłaby po prostu pozwolić mu odpocząć i zarządzić rozmowę na jutro, ale… to byłoby nierozsądne z jej strony, zamierzała się więc upierać przy tej konwersacji, jednak Maurice wcale nie zamierzał skapitulować. I właściwie nie była tym zaskoczona - był wyszkolony, wytrwały i cierpliwy, a kapitulacja z pewnością nie leżała w jego naturze, wiedziała o tym, bo to jedna z rzeczy, które ich łączyły. I jak to mówią: swój pozna swego. -
Początkowo interesowali mnie ludzie, którzy próbowali mnie porwać - owszem, ale obecnie interesujesz mnie Ty, Twoja obecność tutaj i powiązania z człowiekiem, którego zabiłeś - stwierdziła jasno i dosadnie, wpatrując się w niego zawzięcie. Bez problemu analizowała jego zachowanie; to jak uciekał wzrokiem, jak unikał kontaktu wzrokowego i jak próbował grać na zwłokę, starając się zmylić jej czujność. Ale Alba - mimo zmęczenia - zbyt dobrze znała się na ludziach i nawet jego przygotowanie czy wyszkolenie nie mogło jej zbić z tropu. Złapała mocniej szklankę i upiła łyk przeraźliwie zimnego alkoholu, który palił jej przełyk - ale to odczucie było przyjemniejsze niż mogłaby sądzić. -
I jednocześnie upewniłeś się, że już nigdy więcej nic o Tobie nie powie. No popatrz, nie zdążył dokończyć, co miał na myśli… jaki fart dla Ciebie - uniosła kpiąco brew ku górze, nie spuszczając z niego spojrzenia nawet na sekundę. W normalnych okolicznościach Alba byłaby mu wdzięczna za pomoc - za to, jak się poświęcił, jak ją obronił i przede wszystkim, że pozbył się problemu i człowieka, który czyhał na jej życie. Odebranie komuś życia musiało być oczywiście cholernie trudne, na pewno zostawiało swoje piętno, ale - w tej sytuacji to współczucie nie wychodziło na pierwszy plan, bo skupiona była przede wszystkim na szczegółach.
-
Zadowolona? Niekoniecznie. Jak już mówiłam wielokrotnie, chciałam go przesłuchać - i chciałam usłyszeć od niego więcej na Twój temat. Więc to, czy przyjdą po Ciebie z kajdankami i dożywociem, to może być Twój najmniejszy problem, zważywszy na to, że może przyjść również Dante, z podobnym pytaniami do moich. Ale pewnie nie będzie tak cierpliwy… - upiła kolejny łyk, dając mu kilka sekund wytchnienia od ciężaru spojrzenia, którym przytłoczyła go ponownie po tej krótkiej chwili. Oboje doskonale wiedzieli jakie metody preferował jej mąż - i jak traktował potencjalnych nawet zdrajców, więc nie musiała mu tego tłumaczyć ze szczegółami. Ostatecznie prychnęła kpiąco i gdy ponownie na nią nie patrzył, wywróciła oczami w odpowiedzi na jego śmiały żarcik, o który wcale by go nie posądzała, bo istotnie nie wydawał się na tyle „przytomny”, by rzucać nimi na lewo i prawo. -
Nie musisz się martwić o moje zmarszczki, dbam o to, by ich nie było - mruknęła, pozwalając sobie upić kolejny łyk, by „zapić” ten komentarz i fakt, jak bardzo próżnie on wybrzmiał, ale Alba Boucher musiała słynąć z podobnych zwrotów. I musiała o siebie dbać, to było oczywiste - mogłaby więc to odebrać jako jakieś insynuacje z jego strony i udać, że jego słowa ją dotknęły, ale nie miała czasu na to, by teraz rozwodzić się nad zmarszczkami. -
Co innego włosy, możliwe, że porywacz wyrwał mi ich kilka, gdy się z nim szarpałam, nie wiem jak się z tego wytłumaczysz D - dodała trafnie, odstawiając szklankę na blat z charakterystycznym odgłosem, który przerwał nagłą ciszę w kuchni. Nagła zmiana tematu jednak była zaskakująca, żeby nie powiedzieć, że nawet całkiem zabawna - bo od artykułowanych oskarżeń, Moe sprawnie wykpił się od tłumaczenia i skupił się na tym, że nie mogła spać. Wzruszyła lekko ramionami, omiatając wzrokiem pozostawiony w kuchni bałagan. -
Dante pozwolił im tu przebywać i korzystać ze wszystkiego w kuchni. Przyzwyczaiłam się do ich obecności… - stwierdziła, wbijając wzrok w alkohol, który jeszcze znajdował się w jej szklance -
…ale gdy nie można zasnąć, nawet to jak głośno się czasem zachowują nie ma takiego znaczenia - dodała, nie zważając na to, czy faktycznie się o nią martwił czy po prostu wspomniał o tym z grzeczności. Jeżeli jednak Dante coś powiedział, to ona nie miała już nic do gadania i nie sądziła, by gromadka dużych facetów zechciała jej tutaj słuchać, gdy mogli skorzystać z darmowego żarcia i dobrego alkoholu. Wolała nawet nie zaczynać, zamiast tego zaszywając się gdzieś ze swoją bezsennością.
Póki co była jednak ciekawa jak Santana zareaguje na jej mały blef - a przede wszystkim czy w niego uwierzy, czy raczej pozostanie wycofany i nieufny. Oczywiście miał wiele podstaw do tego, by uważać, że wcale nie była z Dante tak szczera, jak twierdziła - ale z drugiej strony, nie mógł mieć stu procent pewności. Niemniej nie znała go na tyle dobrze, by móc śmiało to ocenić. Nawet to intensywne spojrzenie - nieco wyzywające - które z nim podzieliła, nie było całkowicie oczywiste, ale nie uciekła wzrokiem, dzielnie znosząc każdą sekundę, w której „walczyli” w ten niemy sposób. -
Dante nie zawsze się zapowiada, może te wątpliwości nie dadzą mu spokoju i jednak będzie wolał porozmawiać osobiście - stwierdziła śmiało, w odwecie za te jego sugestie, które zrodziły w niej jedynie obawę co do nagłego pojawienia się Boucher’a.
Oby tylko nie przyjechał - pomyślała w duchu, chociaż oczywiście musiała się spodziewać, że jego nieobecność nie będzie trwała wiecznie, ale im dłużej - tym lepiej dla niej. Niemniej ton jego głos wzbudzał w niej konsternację - niby przemawiało przez niego coś w rodzaju zawahania, ale nadal miała poczucie, że bardziej kpił niż się zamartwiał. I znowu próbował celnie uderzyć tam, gdzie zaboli. Parsknęła pod nosem, powstrzymując śmiech, gdy tym „ojcowskim” tonem wyartykułował swoje życiowe, wieloletnie doświadczenie - jakby istotnie przeżył wszystko i widział wszystko. A ona była tylko dzieciakiem, który nie znał życia; a podobna ocena była bardzo błędna, bo mimo młodego wieku, Alba również wiele już przeszła i mogła go zrozumieć lepiej niż mu się wydawało. Istotnie nadal również nie wiedziała ile właściwie miał lat, bo nie miała kiedy tego sprawdzić - a mimo to, Maurice nie wyglądał jej na aż tak doświadczonego życiowo - chociaż oczywiście pewne życiowe trudy musiały być widoczne, tak czy inaczej, gdy śmiało dotrzymywał jej kroku w tamtym samochodzie, wcale nie posądziłaby go o dużo więcej wiosen niż posiadała ona sama. Jej mina stężała w momencie, w którym nazwał ją
żoną-trofeum, chociaż istotnie tym właśnie była, to w jego ustach zabrzmiało to bardzo szyderczo, a w połączenie z tym ostentacyjnym wzrokiem, którym ją wówczas obrzucił, chyba nawet nieco ją uraziło - ale nie dała niczego po sobie poznać. Po prostu dopiła alkohol i odstawiła pustą szklankę na blat, nie uciekając wzrokiem i nie próbując „się poddać” tylko dlatego, że wytknął jej bycie czyjąś nagrodą, jednocześnie nawiązując do największego cierpienia, które towarzyszyło jej w życiu. -
Nadszarpnięte zaufanie ciężko odzyskać, wiesz? A wątpliwości, które może wobec Ciebie mieć Dante, mogą skutecznie zakończyć bycie jego „ulubieńcem” i wszelkie profity, jakie to ze sobą niesie. Ale najwyraźniej nie zależy Ci na uznaniu „byle gangstera”… - wzruszyła nonszalancko ramieniem, obracając w dłoni pustą szklankę, ponownie sugerując, że skutecznie zasiała w mężu te wątpliwości, opowiadając mu o wszystkim. I że jeżeli Moe nie sprzeda mu dobrej historyjki, to straci to, na co mimo wszystko trochę już tutaj pracował.
Ostatecznie Alba jednak zamilkła. Nie spodziewała się, że Santana będzie tak wylewny, ale skoro zamierzał mówić, to ona zamierzała mu na to pozwolić - oceniając słowo po słowie, czy mogła i czy chciała uwierzyć w ten przebieg wydarzeń, który jej właśnie prezentował. Niemniej przykuł jej uwagę i słuchała go z każdą chwilą uważniej, co jakiś czas zerkając w jego kierunku. -
Więc byłeś żołnierzem? - dopytała, chociaż wydawało jej to oczywiste. Większość obecnych tutaj ochroniarzy i pracowników Bouchera to wyszkoleni wojskowi czy ludzie zaciągnięci z innych wyspecjalizowanych jednostek. -
Dobrze, wiemy już, że wpadłeś na ten kartel, którego członkiem był mój niedoszły porywacz… - machnęła ręką, nieco lekceważąc ten fakt -
…co w żaden sposób nie tłumaczy Twoich powiązań z nimi, tego skąd akurat on Cię znał i przede wszystkim dlaczego próbował mnie przed Tobą ostrzegać. I nie próbuj mi wciskać kitu, że blefował, bo widziałam, że właściwie sobie kpił z tego, że Dante dopuścił Cię do siebie - wycelowała w niego palcem wskazującym, siadając bardziej prosto i podpierając łokcie na blacie, jednocześnie wbijając w niego ostrzejsze spojrzenie -
Nie opowiadaj mi więc okrężnych historyjek, tylko powiedz, co miał na myśli - zażądała i zamilkła, gdy mówił dalej. Co prawda spodziewała się, że nie dostanie żadnej oczywistej odpowiedzi ani tym bardziej niczego, co mogłoby go obciążyć - nadal jednak nie wiedział w co ma wierzyć. Coś jej podpowiadało, że Maurice wcale nie był jej wrogiem, ale jednocześnie to wszystko nie trzymało się kupy. Dopiero to jedno z kolejnych zdań, które wypowiedział sprawiło, że na moment zamarła w bezruchu. Spojrzała na niego z zaskoczeniem, a potem oparła się o oparcie krzesła i przełknęła ślinę. Więc tym była
strata, o której mówił tamten porywacz -
strata, którą Santana miał rozumieć. Ukłuło ją lekkie zwątpienie, co do własnego osądu jego osoby i jednocześnie współczucie, którego nie chciała wprost okazywać, ale jednocześnie nie potrafiła go całkowicie ukryć. Serce zabiło jej szybciej, bo po jego twarzy nie przemknął nawet cień emocji, ale mogła się jedynie domyślać, jak wiele go to kosztowało. Nie mógł blefować, bo dostrzegła to w jego oczach, gdy podzielił z nią spojrzenie. -
Zabili Twoją kobietę? - dopytała półszeptem, bo wypowiedzenie tych słów stanowiło dla niej duże wyzwanie. Niemniej coś w jego postawie nagle nabierało sensu - to jak spoglądał na tego porywacza, jak patrzył na jego tatuaż i fakt, że sam chciał pozbawić go życia. -
Więc… zabicie go… to miało być coś w rodzaju zemsty? - odetchnęła cicho, nawiązując do swoich przemyśleń, po czym ześlizgnęła się z krzesła i obeszła kuchenną wyspę, powoli zmierzając w jego stronę. Przystanęła jednak na niewielkim dystansie, sięgnęła po butelkę z whisky i napełniła nią swoją szklankę - a potem śmielej podeszła bliżej niego i nalała jej nieco również do tej jego, która już była pusta. Wiedziała jak boli strata - mogli sobie nie ufać, ale mimo wszystko nie zamierzała wytaczać sobie drogi do kolejnych pytań na śmierci kogoś mu bliskiego. -
Przykro mi - powiedziała cicho, uznając, że tyle będzie wystarczające - nie zamierzała rozdrapywać jego starych ran i co więcej, zdradzać własnych uczuć, ale miała przecież serce i zamierzała odrobinę go okazać. Wsparła się bokiem o blat i upiła łyk whisky - jej przemyślenia jednak były tak cholernie różne; przemknęło jej bowiem przez myśl, że z tego więzienia mogła ją wyrwać tylko śmierć Dante, gdyby więc tylko ktoś pozbawił go życia… Odetchnęła cicho i utkwiła spojrzenie gdzieś za jego sylwetką, pozwalając sobie na cichy, zrezygnowany śmiech - bardziej świadczący o tym, że miała ochotę odpuścić to przesłuchanie aniżeli brnąć dalej w te wzajemne złości. Miała nadal wątpliwości, wiadomo, ale czy w tym całym chaosie nie mogli mieć po prostu odrobiny własnych sekretów? Ona też je miała - a Maurice przecież wywiązywał się ze swoich obowiązków; nie musiał jej lubić i nie musiał być dla niej miły, bo w słowach przecież i tak pozwalał sobie na więcej niż ktokolwiek inny - i nawet ten żal za pewne wypowiedziane kwestie mógł pozostać, ale ostatecznie nie mogła mu niczego zarzucić. Mogła mieć jedynie wątpliwości - nic więcej. Mogła się za to spodziewać odwetu za swój blef, a nawet pewnie byłaby rozczarowana, gdyby z tej opcji nie skorzystał. -
Ta historyjka nie mówi jednak o tym, co on insynuował. Może jedynie potwierdzić, że nie miałeś związku z kartelem Ójeda, ale ja nie mam żadnej pewności, że tamtemu napastnikowi właśnie o to chodziło… to już tylko Twoja wersja wydarzeń, bo na Twoje szczęście, on nam już nic nie powie - stwierdziła, opierając się o blat plecami -
I rozumiem, że zamierzasz teraz opowiedzieć Dante ze szczegółami o tym, że Ci uciekłam i gdzie byłam? - spytała, chociaż jego wcześniejsza insynuacja była odpowiedzią samą w sobie. Co prawda bardzo go wtedy prosiła, by nic mu nie mówił, bo naprawdę zależało jej na tym, by jednak Dante nie poznał szczegółów i co gorsza - nie nabrał podejrzeń albo nie zamknął ją w tym przeklętym domu, ale… nie mogła go znowu
prosić. Groźba pewnie też niewiele by dała. Być może tylko nie zapanowała nad ciałem, które się lekko spięło w obawie o to, jak Dante zareaguje. -
To byłoby fair - pokiwała głową, wpatrując się tępo w jeden punkt, podczas dopijania alkoholu, który znowu podrażnił jej gardło; skrzywiła się lekko, chociaż ciężko powiedzieć czy pod wpływem samego trunku czy może jednak w nawiązaniu do swoich kolejnych słów, chociaż te nie były już wypowiedziane z taką pewnością w głosie. -
Nie martw się o moją historyjkę, poradzę sobie. Popracuj lepiej nad własną, Dante będzie bardziej dociekliwy.
Maurice Santana