25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
179 cm
zawodowo pcha się w kłopoty ale nikt mu za to nie płaci
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jeśli kiedykolwiek miałby nastać dzień, w którym słowa wypowiedziane przed momentem przez Dantego dałoby się uznać za prawdę… najpewniej faktycznie trzeba byłoby uznać, że ktoś musiał go porwać i niezbyt umiejętnie próbował się pod niego podszywać. Stąd pewnie parsknięcie śmiechem w odpowiedzi na kolejne słowa Erica.
Na szczęście nadal wszystko ze mną w porządku. I jeszcze bardziej na szczęście – chyba nie zanosi się, żeby to miało się zmieniać w najbliższym czasie – dodał mimo wszystko, widocznie przyswajając już, że Stones ewidentnie miał w obecnym stanie spore trudności z racjonalnym łączeniem faktów. Inna sprawa, że na jakąkolwiek spektakularną przemianę Dantego nie zanosiło się raczej ani w najbliższym, ani też nieco dalszym czasie. A gdyby mimo wszystko coś podobnego miało się zadziać… ponownie – zdecydowanie należałoby zacząć się martwić.
Jako dobry przyjaciel prawdopodobnie powinien wybić kumplowi pomysł na ten podryw z głowy. Oczywiście. I pewnie właśnie dlatego uśmiechnął się z aprobatą słysząc rozważania Erica, ani przez moment nie wahając się przed tym, zanim mu przytaknął.
No jasne. Pewnie na żadną trzeźwą, ale… hej, to ty powiedziałeś, że nie masz nic do stracenia – choć może Eric nie spodziewał się jeszcze – albo nie przyjmował do świadomości – że okazję do wypróbowania tego niecodziennego pomysłu mógłby zyskać już całkiem niedługo. Pod warunkiem, że plan wyciągnięcia go do ludzi rzeczywiście miałby się powieść i odwlekanie doprowadzenia się do nieco bardziej ludzkiego stanu nie miałoby przedłużyć się do klasycznego nie w tym życiu. Albo do opróżnienia butelki whisky, co w zasadzie mogło oznaczać dokładnie to samo.
Nie mogło oczywiście obejść się bez wymownego wywrócenia oczami po tym, jak Eric mimo wszystko wciąż najwyraźniej uważał, że całe to biczowanie się za błąd, który ostatecznie nie okazał się niczym wielkim, było całkiem niezłym pomysłem. Jasne, niby nikt nie przepadał za popełnianiem jakichkolwiek błędów, ale… o ileż łatwiejsze było życie, kiedy za bardzo się nimi nie przejmowało, prawda?
A co za różnica, jak patrzył na ciebie przełożony, skoro ostatecznie i tak nic się nie stało? Jego chyba raczej nie planujesz wyrywać na tekst o drzewach i rekinach, więc nie musisz się przejmować jego spojrzeniami… – wzruszył lekko ramionami dla lepszego podkreślenia własnych słów. A kiedy Stones poszedł odebrać pizzę, zajął się w tym czasie dolewaniem whisky do szklanek. Przecież nie przyniósł jej po to, żeby tak bezczynnie stała na stoliku i się grzała…
Na pewno możesz spróbować się nią natrzeć… Tylko wcześniej uprzedź, odłożę kawałki, które mam zamiar zjeść – stwierdził z rozbawieniem, jednocześnie zabierając z pudełka jeden z kawałków. Tak na wypadek, jakby Eric miał tę sugestię potraktować zupełnie serio i mimo wszystko nie uprzedzić jednak o swoich zamiarach. – Tylko nie wiem, czy to pomoże ci w doprowadzaniu się do ludzkiego stanu. Wiesz, salami we włosach i takie tam… A nie zostało ci na to dużo czasu, wychodzimy za jakieś piętnaście minut.
I owszem, o ile na co dzień raczej nie słynął z przesadnej punktualności, tym razem faktycznie nie miał zamiaru czekać w nieskończoność aż Stones się ogarnie. Gnicie na kanapie też nie było zbyt kuszącą opcją – zwłaszcza, gdy w głowie pojawił się już pomysł na ciekawsze spędzenie czasu. Niezależnie więc od tego, czy cały ten pomysł miał się Ericowi spodobać czy nie… nie za bardzo miał jakieś inne wyjście.

/ zt

Eric Stones
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
wszystko przejdzie, w razie czego można się dogadać
ODPOWIEDZ

Wróć do „#108”