O ile wcześniej był naprawdę wkurwiony, tak teraz cała sytuacja zaczynała go właściwie odrobinę bawić. Zaczął się zastanawiać czy to życiowy pech, czy może jednak karma, że w tak żałosnym położeniu musiał się znaleźć akurat razem z nią. Heleną Peregrine, kobietą, która szarpała jego nerwy w bardzo skuteczny sposób. I to przy każdym cholernym spotkaniu. Nie mógł tego zdzierżyć.
Chwilę później usłyszał też lecący z samochodu kawałek, który sam nucił. Aż parsknął.
— Idealny, prawda? — krzyknął.
Ponucił jeszcze przez moment, zanim nie przeszył go kolejny potężny dreszcz. Powoli przestawał panować nad drżeniem ciała, ale wizja proszenia jej o pomoc była chyba gorsza niż śmierć.
— A nie wyglądam dobrze nawet wykrzywiony? Całe życie w kłamstwie… — dodał, wzdychając.
Jego mini koncert zdał się na nic, więc ruszył się z miejsca w kierunku własnego samochodu. Zamarzniętą dłonią nacisnął ponownie na pilota, próbując otworzyć drzwi. Nadal bezskutecznie. Pieprzone, nowoczesne BMW.
Oparł się o nie plecami, zerkając w stronę Heleny. Mrużył oczy, czując, że w śniegu miał już prawie całą głowę, włącznie z rzęsami.
— Jak tam, ciepło?
Odkąd zadzwonił po pomoc minęło zaledwie kilkanaście minut. Wyjął telefon, chcąc zadzwonić jeszcze raz, ale nie dość, że dotykowy ekran przy takiej śnieżycy ani trochę nie współpracował, nie było też zasięgu. Syknął pod nosem ciche „kurwa”, wciskając urządzenie do kieszeni płaszcza. Pociągnął nosem.
— Wpuść mnie, Peregrine, bo będziesz mnie miała na sumieniu.