Kiedyś…
Rzucona przez niego obietnica kolejnego razu w zestawieniu ze wzruszeniem ramion i nutą niepewności skrywaną za uśmiechem, choć wywołała w Marii przyjemny dreszcz, nie można było zapomnieć o tym, że przede wszystkim miała potencjał do wylądowania w dziale tych niespełnionych. Jakie były szanse, że ich drogi znów się przetną? Nikłe. Musiałoby zostać to zaplanowane, a ona nawet nie posiadała planu na dzisiaj. Wszystko co działo się tu i teraz było niewskazane, jak na nią skrajnie nieodpowiedzialne, nie mówiąc już o tym, że niestosowne, a jednak... tak bardzo potrzebne. Nie była jednak skłonna przekroczyć granic do tego stopnia, by celowo utorować sobie drogę do kolejnego spotkania, umawiając się z nim z pełną premedytacją. Działanie pod wpływem chwili i emocji to jedno, a planowanie powtórki to już wyższa półka. Raczej nie miała odwagi na taki krok, nawet jeśli w tym momencie o tym nie myślała oddając się chwili i tracąc kontrolę w objęciach młodego chłopaka.
— Element zaskoczenia? — powtórzyła cicho przytakując — Następny raz sam w sobie będzie sporym zaskoczeniem — jeśli do niego dojdzie — ale i tak uważaj Donnie — to w jaki sposób akcentowała jego imię… w jej ustach to nie był zwykły zlepek liter; kiedy wypowiadała jego imię robiła to leniwie, powoli, miękko…i rozbrajająco. — Nie tak łatwo mnie podejść — nie ostrzegała, a raczej obiecywała. W końcu, gdy jest zbyt łatwo, to robi się zbyt nudno.
Postanowiła zostawić za sobą wyobrażenia Lei, Hana Solo i porwania, które prawdopodobnie miało się nie wydarzyć. Postanowiła żyć chwilą zamieniając całą swoją dotychczasową życiową mądrość na jedną noc bezmyślnego szaleństwa. Postanowiła nie szukać w jego oczach sensu, a jedynie odbicia dziewczyny, którą była, zanim dorosła. Postanowiła zignorować fakt, że dzieli ich pokolenie, i skupić się na tym, że łączy ich taniec. I w końcu, postanowiła potraktować Donniego jak najpiękniejszy błąd w swojej nienagannej kartotece.
— Jeszcze nie, ale jesteś na dobrej drodze — zdradziła, jakby to był jakiś sekret, a tak naprawdę była to oczywistość wymalowana: w jej wyrazie twarzy - błogim i rozmarzonym; w oczach przepełnionych odzyskanym blaskiem; w ciele, drżącym pod najprostszym gestem; w ruchu odważnym, pewnym, bez sprzeciwu.
Wzrokiem błądziła gdzieś pomiędzy jego spierzchniętymi ustami, a klatką piersiowa, która raz po raz wyłaniała się spod koszuli, gdy w tańcu poluzowała się o jeden guzik, a może nawet dwa. To jak na nią reagował, jak był w nią wpatrzony niczym w dzieło sztuki którego dotykać nie powinien, a mimo to dotykał, zwalało ją z nóg. Pozwoliła, by adrenalina i tęsknota za utraconą młodością ją otumaniła. — Dwa tańce, jeden drink — ta konfiguracja bardziej jej odpowiadała, choć chyba nie potrzebowała kolejnego drinka. Raczej kubeł zimnej wody, by się jej przydał. Byłby idealny, by stłumić chemię między nimi, która groziła nagłym wybuchem. — Jesteś bardzo pewny siebie — ale w jednym się nie mylił, swój świat zostawiła poza parkietem i teraz to on był w jej epicentrum, generując wstrząsy, które już zaburzyły jej codzienność. Nic nie będzie już takie samo.
Pozwoliła mu na to, na stanie się jej kłopotem. Kiedyś to ona była kłopotem dla innych, a teraz dziwnie było znaleźć się w zupełnie innym miejscu, ale nie wycofała się. Wiedziała, że Donnie to błąd - energiczny, dwudziestoparoletni, pewny siebie - a mimo to zrobiła krok naprzód, oddając się zabawie na parkiecie, co jakiś czas dopuszczając do głosu rozsądek próbujący poprawiać niesforną dłoń chłopaka, stopniowo coraz bardziej tracąc kontrolę i hamulce, coraz mocniej pozwalając sobie na beztroski śmiech...
…aż w końcu całkiem się poddała, gdy przyciągnął ją i jej plecy znalazły oparcie w jego torsie, a głowa spoczęła na jego ramieniu. Zamiast blokować jego zagubione dłonie poddała się pod szeptanym wyznaniem, zamykając na chwilę oczy i pozwalając chwili trwać. Przypomniały się jej te wszystkie młodzieńcze noce, gdzie nikt nie przepraszał za najmniejszy dotyk, nie pytał o zgodę. Przepraszano tylko wtedy, gdy taniec dobiegał końca i trzeba było się rozstać. Otwierając oczy widziała zarys jego szczęki, a gdy spojrzał na nią i ich oczy się spotkały, na pierwszy plan wysunęły się jego usta. Młode, spierzchnięte, jakby spragnione, a w jej oczach tliła się teraz cicha, ale elektryzująca zgoda na upadek.
Na pewno niczego nie ostudził swoim hiszpańskim wyznaniem.
Podsycał żar.
Od jego ust dzieliły ją milimetry…
— Donnie — cichy, niski, lekko chropowaty głos Marii był niczym wołanie o ugaszenie pragnienia, ale jednocześnie stał się głosem rozsądku i sprowadził ją na ziemię. Przywołując jego imię, przywołała siebie. Jeszcze ułamek sekundy wcześniej balansowała na linie nad przepaścią, pod sobą widząc desperację w objęcia której prawie się rzuciła.
Zamiast tego złączyła ich dłonie, zatrzymując tym samym jego wędrówkę po jej brzuchu.
— Muszę się napić — wyznała obracając się w jego stronę czując jak policzki jej płoną, a w ustach zasycha. Była spragniona, niewątpliwie. Tylko pragnienie, które w sobie tłumiła raczej nie sposób ugasić drinkiem lub wodą… a jednak postanowiła się oszukiwać. — Bar?
Han Solo